Kurier z Warszawy, konwojent, straż pożarna, czyli przypadki prezesów

Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn15Share on Facebook0

Przyczyny wygaśnięcia mandatu piastuna spółki (upływ kadencji, odwołanie, rezygnacja, śmierć) to materia prawa. Natomiast okoliczności towarzyszące odwołaniu lub rezygnacji to materia obyczajów i kultury. Często złych obyczajów i braku kultury. Dotyczy to także spółek notowanych na GPW. Oto wybrane przykłady form pożegnania prezesa zarządu.

KURIER Z WARSZAWY. Rada nadzorcza nie zawsze spotyka się w spółce. Niekiedy sprawuje ona nadzór zaoczny, na dystans. Siedziba spółki mieści się gdzieś w Polsce. W skład rady wchodzą osoby wskazane przez inwestorów, w większości zamieszkałe i zatrudnione w Warszawie. Tam przeto, dla ich wygody, rada odbywa swoje posiedzenia. Czasem zaprasza na nie prezesa spółki i członków zarządu, lecz zdarza się niekiedy, że rada zostaje zwołana poufnie, bez wiedzy zarządu, i spotyka się we własnym tylko gronie, by podjąć uchwałę o odwołaniu prezesa spółki i czasowym oddelegowaniu na jego stanowisko kogoś ze składu rady. Uchwałę rady (czyli wyrok na prezesa piastującego funkcję przez wiele lat) dostarcza do spółki kurier z Warszawy. Prezes nie wie o zwołaniu rady, nie spodziewa się niczego złego, uchwała o odwołaniu ze skutkiem natychmiastowym dla niego zaskoczeniem. Zdarzają się jednak sytuacje odwoływania prezesa w okolicznościach bardzie dramatycznych.

KONWOJENT. Rada nadzorcza odkrywa, że zarząd popełnił nadużycie. Zarząd sprawę bagatelizuje, odpiera stawiane mu zarzuty. Rada zbiera się w siedzibie spółki i odwołuje pełny skład zarządu, w trybie dyscyplinarnym rozwiązując umowy o pracę z jego członkami. Przewodniczący rady wydaje prezesowi i jego kolegom z zarządu polecenie opuszczenia siedziby spółki, przyznaje im na to pół godziny i wyznacza członków rady nadzorczej mających konwojować poszczególnych członków zarządu do ich gabinetów, tam nadzorować pakowanie przez zwolnionych przedmiotów osobistych, po czym wyprowadzić byłych już członków zarządu z pomieszczeń spółki. Do nadużycia rzeczywiście doszło, ale sprawa miała jasny podtekst: przewodniczący rady – prezes firmy, która niedawno nabyła większość udziałów w spółce – był zainteresowany zakończeniem współpracy z zarządem, a zarząd mu to wydatnie ułatwił.

STRAŻ POŻARNA. Spółka od lat ma trudności, regularnie ponosi znaczne straty, utrzymuje się ze sprzedaży składników majątku. W radzie nadzorczej panuje różnica zdań na temat przyszłości spółki, w tym racji jej istnienia. W dniu, w którym zbiera się rada, dochodzi do niej wiadomość, że zarząd obiecał załodze podwyżki wynagrodzeń (umotywowane argumentem, że „podwyżek dawno nie było”). Pracownicy obawiają się, że rada będzie chciała wymóc na zarządzie odwołanie obietnicy, bądź odsunięcie terminu jej spełnienia w nieokreśloną przyszłość, wobec czego ogłaszają pogotowie strajkowe i zbierają się tłumnie na majdanie pośród fabrycznych zabudowań; rzecz działa się w wielkiej rzeźni, załoga uzbroiła się w topory i paralizatory. Rada zgodnie odwołuje zarząd i deleguje przewodniczącego do czasowego pełnienia funkcji prezesa zarządu. Jedyne wyjście z budynku wiedzie na majdan; członkowie zarządu obawiają się kontaktu z pracownikami rozjuszonymi wiadomością, że podwyżek nie będzie, wobec czego uchodzą po drabinie podstawionej z ulicy przez straż pożarną. Byłem tam, ale nie wiem, jak nakłoniono straż do pomocy w ewakuacji zarządu…

NIESPODZIEWANA WIZYTA. Wiele wskazuje, że spółka odnosi na polskim rynku oszołamiający sukces. Prezes wraca z Londynu, gdzie składał w centrali grupy kapitałowej rutynową wizytę „ad limina apostolorum”. Nazajutrz prowadzi posiedzenie zarządu; ku jego zdumieniu zjawia się na nim jego przełożony, z którym pożegnał się dopiero co, popołudniem poprzedniego dnia. Londyńczyk przyleciał do Warszawy porannym samolotem, do spółki zajechał taksówką (zazwyczaj był odbierany firmową limuzyną) i grzecznie poprosił prezesa o pilne złożenie rezygnacji „z powodów osobistych”. Który to prezes tak uczynił, by nie ryzykować utraty odprawy. Do dzisiaj nie wiem, co poszło nie tak. Wspomniany prezes też nie wie.

TRAMWAJ ZWANY POŻEGNANIEM. Nie ma wymogu uzasadniania decyzji o odwołaniu członka zarządu lub rady nadzorczej. Nie ma także wymogu ujawniania prawdziwych powodów rezygnacji (acz jeżeli rezygnacja narazi spółkę na szkodę, składający ją może ponieść odpowiedzialność). Dlatego najczęściej rezygnacje motywowane są tajemniczymi powodami osobistymi. Ambitni menedżerowie wolą jednak ogłaszać rynkowi, że odchodzą, gdyż spełnili swoją misję. Zamiast dojechać do walnego zgromadzenia, które zakończy kadencję, by na nim poddać się ocenie akcjonariuszy, wyskakują ze spółki (najczęściej pod presją dominującego akcjonariusza) w przypadkowym momencie, byle zachować odprawę – bo twarz już niekoniecznie. Bądź po prostu są ze spółki wypychani. Misji nie spełnia się przecież w dowolną środę w południe.
Była piosenka o cysorzu. Nikt nie śpiewa „Dobrze, dobrze być prezesem”. Albowiem czasem wcale nie jest dobrze…

Czytaj także (między innymi):
2001.01.22 Mroczny powód rezygnacji
2001.12.03 Odwołanie na puszczy
2004.11.08 Tramwaj zwany pożegnaniem
2013.03.15 Prezesi odchodzą znienacka
2015.05.31 Czuj się odwołany!

Co rada nadzorcza spółki dominującej ma do spółek zależnych?

Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn21Share on Facebook0

W świetle polskiego prawa rada nadzorcza spółki dominującej może wywierać znaczący wpływ na spółki zależne, lecz ani nie sprawuje nad nimi nadzoru, ani nie dysponuje służącymi temu instrumentami.

Rada nadzorcza jest organem spółki, jej zadania i kompetencje odnoszą się wyłącznie do spółki przez nią nadzorowanej, poza nią rada nie dysponuje żadnymi uprawnieniami, a jej członkowie nie ponoszą odpowiedzialności za sprawy zewnętrzne, w przestrzeni poza spółką, na które rada przecież nie ma wpływu. Taką konstrukcję przyjęto w Kodeksie spółek handlowych z 2000 r. wygodnie zapominając, że wiele spółek działa w grupach kapitałowych, na czele tychże grup, na spodzie, albo pośrodku. Niekiedy rodzi się zatem pokusa, by obciążyć radę nadzorczą spółki dominującej w grupie zadaniami – oraz idącą za nimi odpowiedzialnością – wobec spółek zależnych. Jako przykład można przytoczyć statut jednej ze spółek notowanych na GPW głoszący, iż „rada nadzorcza sprawuje stały nadzór nad działalnością spółki (w tym nad działalnością prowadzoną przez spółki zależne)”. Pierwsza część cytowanego sformułowania jest powtórzeniem fragmentu przepisu art. 382 § 1 Ksh, lecz tekst ujęty w nawias nie ma podstawy w prawie. Polskim.

Zazwyczaj rada nadzorcza spółki dominującej jest informowana, może nawet szczegółowo, przez zarząd owej spółki na temat działalności, wyników, osiągnięć lub kłopotów spółek zależnych, ale nie na tym przecież polega „stały nadzór” w rozumieniu Ksh. Organem wykonującym władztwo nad spółkami zależnymi jest z natury zarząd spółki dominującej, to on reprezentuje kapitał na walnych zgromadzeniach, kreuje skład rad nadzorczych, nierzadko obsadza je swoimi członkami lub podwładnymi. Jak miałby wyglądać stały nadzór sprawowany nad działalnością spółek zależnych przez radę nadzorczą spółki dominującej? Jakimi instrumentami nadzoru nad działalnością tych spółek dysponuje w świetle prawa i w praktyce rada spółki dominującej?

Rada nadzorcza spółki dominującej nie dokonuje przecież oceny sprawozdań finansowych spółek zależnych, ani sprawozdań z działalności ich zarządów, ani wniosków zarządów w przedmiocie podziału zysku lub pokrycia straty. Nie dokonuje badania dokumentów spółek zależnych, nie przeprowadza rewizji ich majątku. Nie występuje do zarządów spółek zależnych, ani do ich pracowników, z żądaniami sprawozdań i wyjaśnień (większość rad nadzorczych nie zwraca się z takimi żądaniami nawet do pracowników nadzorowanej spółki). Nie powołuje, odwołuje lub zawiesza w czynnościach członków zarządu spółki zależnej, nie ustala ich wynagrodzenia, ani nie zawiera z nimi umów. Nie deleguje swoich członków do czasowego pełnienia czynności członków zarządu spółki zależnej.. Nie deleguje swoich członków do samodzielnego pełnienia określonych czynności nadzorczych w spółkach zależnych. Jeżeli członek rady nadzorczej spółki dominującej wchodzi do organu spółki zależnej, jest na to stanowisko rekomendowany przez zarząd spółki dominującej, nie przez jej radę nadzorczą.

Rada nadzorcza spółki dominującej może wywierać znaczący wkład na spółki zależne. To przecież ona, wespół z zarządem spółki dominującej, współtworzy strategię grupy kapitałowej, uczestniczy w określaniu miejsca i zadań spółek zależnych w grupie, w definiowaniu interesu grupy. Nie sprawuje ona natomiast wspomnianego w cytowanym statucie spółki dominującej „stałego nadzoru” nad spółkami zależnymi. Niefortunne sformułowanie statutu nie przylega do polskich realiów, ani do ustroju polskiej spółki akcyjnej. Przyjęto je na wiwat, nie biorąc pod uwagę, że może ono zamącić w głowach osobom występującym z roszczeniami względem spółek zależnych, gotowym odczytać z niego uznanie odpowiedzialności członków rady nadzorczej spółki dominującej. Niemniej jest ona dominującą tylko na naszym rynku, w płaszczyźnie międzynarodowej jest spółką zależną globalnej korporacji obcego prawa, które inaczej niż nasze reguluje ustrój grupy kapitałowej i jej interes.

Notowania, polityka, reputacja i półsłówko

Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn14Share on Facebook2

Under Armour Inc. (NYSE: UAA) to ambitny producent odzieży sportowej, obuwia i akcesoriów, pogrążony ostatnio w kłopotach, na ogół zawinionych. Notowania dramatycznie słabną. Kurs pędzi na południe, w niespełna rok obsunął się o ponad 50 proc. Po ogłoszeniu dramatycznego raportu za IV kwartał 2016 r. natychmiast stracił 27 proc. Analitycy zwracają uwagę, że marka nie przemówiła do młodych, nie poniosła jej wysoka fala mody, nie sprostała ostrej konkurencji znacznie większych rywali, jak Nike lub Adidas. Owszem, firma zyskała popularność na przedmieściach wschodniego wybrzeża, lecz już nie w bardziej zasobnych śródmieściach, ani na zachodnim wybrzeżu, które jest bardziej jazzy i nadaje ton. A obligacje spółki błąkają się po rubieżach obszarów śmieciowych. Standard & Poor’s ściął ich rating do najniższego poziomu inwestycyjnego, BB+ (poprzednio BBB–) z perspektywą negatywną.

Spółce szkodzi także polityka. Jej CEO Kevin Plank w wywiadzie dla CNBC wychwalał Donalda Trumpa. Wyraził opinię, że tak probiznesowy prezydent to prawdziwy „asset” dla kraju (czytelnikom Parkietu nie muszę objaśniać znaczenia słowa „asset”; dlaczego wszakże pozostawiam je w oryginale, okaże się niebawem). Na reakcję rynku nie trzeba było długo czekać. Sam Poser, analityk Susquehanna Financial, brokera z wysoko cenionym zapleczem badawczym, uznał komentarz prezesa za niewłaściwy, kreujący dla spółki ryzyko reputacyjne, wobec czego przy kursie ok. 24 USD obniżył jej cenę docelową do 14 USD i zaliczył spółkę do kategorii negatywnej (na 310 analizowanych przez Susquehannę podmiotów tylko cztery spotkał taki despekt). Jeszcze do 30 stycznia Under Armour klasyfikowana była pozytywnie, jeszcze do 15 lutego neutralnie.

Ryzyko reputacyjne zmaterializowało się natychmiast. Wypowiedź Kevina Planka ostro skrytykowały twarze sportowej mody, ikony stylu, gwiazdy – jak Dwayne „The Rock” Johnson, niegdyś zawodnik NFL, później zapaśnik, dzisiaj aktor, lub Misty Copeland, podziwiana ballerina. Komentarz najczęściej cytowany, najbardziej dotkliwy dla spółki, wygłosił Stephen Curry, osobowość NBA, zawodnik Golden Star Warriors, związany z Under Armour kontraktem do 2024 roku, podobno opiewającym na 4 mln USD rocznie. Zgodził się on z Plankiem, że Trump to „asset” Stanów Zjednoczonych, aliści – pokreślił stanowczo – po obcięciu dwóch ostatnich liter (zostaje „ass”, czego czytelnikom Parkietu objaśniać nie będę, bo się wstydzę). Ze słowa zostało półsłówko, które poszło w świat i zostało przyjęte rechotem.

Czyli: utrata reputacji spółki nie została spowodowana wyłącznie jej wynikami, chociaż inwestorzy są nimi rozczarowani, natomiast doszło do niej, gdy menedżer niepotrzebnie wdał się w politykę. Menedżerów ceni się nie za to, czy kadzą Trumpowi, czy też go nie lubią (w miejsce Trumpa można wstawić nazwisko dowolnego polityka). Są oni oceniani za efekty pracy i jej styl, za wyniki oraz ich aspekty ludzkie i środowiskowe, za etykę i elegancję w działaniu. Panuje przekonanie, że lepiej niech pilnują interesu spółki i własnego nosa, niech nie pchają się do polityki (lecz co zrobić, gdy to polityka pcha się do nich?).

Analitycy i traderzy Susquehanna Financial nie interesują się polskimi spółkami, nie szacują ich perspektyw, reputacji, a także ryzyka jej utraty. Mieliby u nas dużo do roboty. O reputacji spółek myśli się w Polsce niewiele, o reputacji kraju wprawdzie dużo, ale źle. Ktoś zawierzy kraj lub spółkę opiece boskiej, wystawiając na śmieszność i siebie samego, i nas. Brakuje tylko, by do rad nadzorczych (zapewne i do rządu) powoływano świętych. Reputacji spółek, oraz rynku, na którym są one notowane, nie obroną kropidło i woda święcona, ani kibice Legii albo Arki, ani Reduta Dobrego Imienia, ani finansowana z łupów zdobywanych na spółkach z udziałem Skarbu Państwa jakaś fundacja „narodowa”. Tędy wiedzie droga do śmieszności, przez rynki wycenianej bardzo nisko.

Tekst ogłoszony 1 marca 2017 r. w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET

Gorszący przypadek Farmacolu

Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn17Share on Facebook0

Koniec przygody Farmacolu z giełdą podpowiada kilka smutnych wniosków. Pierwszy: spółka nie powinna zostać wpuszczona na warszawski parkiet, jej statut obrażał prawo, otwierał kanał służący wyprowadzaniu pieniędzy ze spółki do kieszeni jej założycieli. Drugi: akcjonariusze nie zwracali uwagi na statut, inwestowali w spółkę w przeświadczeniu, że skoro prowadzony przez nią biznes przynosi niemałe dochody, będą w tych dochodach uczestniczyć. Trzeci: skoro spółka ani nie płaciła dywidendy, ani płacić jej nie zamierzała, nie dbała o komunikację z rynkiem, nie miała corporate governance, nie stosowała wielu dobrych praktyk, w radzie nadzorczej zasiadali tłumnie członkowie rodziny panującej – rodzą się pytania, co w takiej spółce robili inwestorzy instytucjonalni, oraz na co liczyli wnosząc do Farmacolu pieniądze uczestników? Jesienią ogłosiłem analizę „O co skarżyłbym Farmacol gdybym był akcjonariuszem”, wytykając spółce liczne nieprawidłowości. Teraz pora zastosować naming & shaming (wytykanie i zawstydzanie) wobec funduszy emerytalnych, które wspierały nieprawidłowości lekkomyślnie inwestując w spółkę. Należały do nich otwarte fundusze emerytalne ING, Aviva, Metlife, PZU, PKO BP – instytucje pretendujące w swoim czasie do miana zwolenników corporate governance.

Uważam, że inwestorzy instytucjonalni powinni składać oświadczenia o wnikliwym zapoznaniu się ze statutami spółek, w które zamierzają inwestować pieniądze uczestników. W statutach tkwią bowiem dziury, przez które wyciekają pieniądze akcjonariuszy.

Kolejne wnioski maja charakter ogólny. Nie widzę racji obecności na parkiecie spółek, które nie będą już w stanie pozyskać przez giełdę kapitału. Farmacol miał marną reputację, nie budził zaufania, nie byłby w stanie przeprowadzić podniesienia kapitału. Niestety, takich spółek mamy na giełdzie sporo. Pozyskiwały pieniądze w pierwotnej ofercie publicznej przeprowadzonej w sprzyjającej chwili, ale o inwestorów nie zamierzały dbać. Niepokoi mnie także obyczaj, jaskrawo obecny w Farmacolu, wypełniania rad nadzorczych familiadą. Czasy nie sprzyjają niezależnym, boi się ich panicznie Skarb Państwa, niektóre spółki wolą nasycić skład rady nadzorczej rodziną założyciela lub jego przyjaciółmi. Niekoniecznie jestem przeciwnikiem instytucji małżeństwa, ale brzydzi mnie żona prezesa jako osoba mająca sprawować stały nadzór nad działalnością spółki. Alma niedawno upadła, ambitny Integer przeszarżował, złapał zadyszkę; jak żony cezarów powinny pozostawać poza podejrzeniami, tak żony założycieli spółek powinny pozostawać poza radami nadzorczymi. W Farmacolu do rady nadzorczej wpakowały się cztery osoby o takim samym nazwisku, co podważa istotę nadzoru.

Rodzina panująca w Farmacolu sama sobie określała wynagrodzenia za pracę (pracę? – mam wątpliwości, czy tu użyłem właściwego słowa) w radzie nadzorczej. Chodzi o wynagrodzenia wypłacane nie z prywatnych szkatuł, ale ze środków spółki należących nie do „państwa właścicieli”, a do akcjonariatu. Andrzejowi i Zycie Olszewskim wypłacono zatem spore kwoty bez podstawy w uchwałach walnego zgromadzenia, wbrew interesom akcjonariuszy, a także fiskusa, który nie powinien uznawać tych kwot za koszty uzyskania przez spółkę przychodu. Lecz to już inna historia.
Czytaj także:

2016.11.06 O co skarżyłbym Farmacol gdybym był akcjonariuszem
2017.02.15 „Pan Właściciel”, ornamentariusze, oraz kwestia odpowiedzialności

Złoty róg, czapka z piór, czyli zabawa hegemona giełdą

Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn46Share on Facebook0

Wydarzenia toczące się wokół warszawskiej giełdy przestały być komiczne. Stają się niepokojące. Rzutują one negatywnie na cały rynek kapitałowy. Spółka, której brak corporate governance, zazwyczaj wpada w kłopoty. Wprawdzie tabela notowań akurat olśniewa zielenią, lecz nie zmienia to postaci rzeczy: tam dzieje się źle. Konsekwencje może odczuć gospodarka, a poprzez nią – my wszyscy.

Kolejne nadzwyczajne zgromadzenie uzupełniło właśnie skład Rady Giełdy o dwóch członków. Z lakonicznych oficjalnych życiorysów nie wynika, by mieli oni dostateczne doświadczenie na rynku kapitałowym. Odnoszę wrażenie, że dla pana hegemona nie ma to znaczenia. Polityka rządu wobec giełdy toczy się według znanego założenia: „Robimy, co nam strzeli do głowy i nie uznajemy sprzeciwów ani krytyk. Z urzędu mamy rację, to jest oczywista oczywistość. W tym kraju to my jesteśmy panami, mamy złoty róg, mamy czapkę z piór. Nikt nam nie zrobi nic!”

Skład organów giełdy zmienia się niepokojąco często. Od początku ubiegłego roku zmiany w zarządzie lub radzie znalazły się w porządku obrad wszystkich pięciu walnych zgromadzeń: czterech nadzwyczajnych, oraz zwyczajnego. Uzasadniano to ogólnikami o wzmacnianiu nadzoru nad działalnością spółki. Nieznośna lekkość zwoływania nadzwyczajnych walnych zgromadzeń przyprawia o zawrót głowy. Drobni akcjonariusze nie jeżdżą przez pół Polski, nawet przez pół Warszawy, by wziąć udział w głosowaniu, którego wyniki są właściwie znane z góry; wiedzą doskonale, że ich głos i tak nic nie znaczy. Nawet zwyczajne walne zgromadzenie odbyło się na raty. Na 30 dni odroczono kwestię absolutoriów dla piastunów spółki; kaprys pana hegemona sprawił, że nie wszystkim je udzielono.

Inna sprawa, że organy spółki są jak drzwi obrotowe: wchodzi się często po to, by pokręcić się i zaraz wyjść. Osoby powoływane na piastunów spółki często składają rezygnacje nawet zanim rozejrzą się wokół. Dwaj członkowie Rady Giełdy wybrani do niej 30 listopada 2016 r. niebawem złożyli rezygnacje ze skutkiem na 31 grudnia tegoż roku. Inny niecodzienny przypadek dotyczy odwołania z Rady Giełdy jej przewodniczącego i niebawem ponownego powołania go do rady.

Można tę karuzelę tłumaczyć wewnętrznymi rozgrywkami w PiS: pod dywanem pinczerki gryzą się z ratlerkami, ale ostatnie słowo i tak należy do kota. Chodzi o personalia, nie o sprawy merytoryczne. Na tych nikt w PiS się nie zna. Na dronach zresztą także, jedynie na andronach. Autor strategii 27-lecia zapomniał o rynku kapitałowym, ze znacznym opóźnieniem dopisywano mu slajd o GPW. Komisja Nadzoru Finansowego w odnowionym składzie zadziwiająco długo zwleka z zatwierdzaniem nominatów do zarządu GPW.

Na temat zmian w Komisji też mam krytyczne zdanie. Przed laty powiedział mi jeden ze znanych finansistów: „Zarabiam więcej niż prezydent Stanów Zjednoczonych, a boję się Kwaśniaka”. Sprawdziłem: mój rozmówca rzeczywiście zarabiał więcej niż Barack Obama; nie miałem podstaw, by wątpić, że czuje wielki respekt przed Wojciechem Kwaśniakiem. Wszyscy czuli. Tego życzę nowym zastępcom przewodniczącego KNF. Przewodniczący na respekt dla siebie będzie musiał jeszcze popracować. Ośmieszył się składaniem rezygnacji z Rady Polityki Pieniężnej; obracaniem kota ogonem, że to nie rezygnacja, a wniosek; po czym ponownym rezygnowaniem, gdy wyklarowała się sprawa nowej posady. Wstyd.

Czapkę wiatr poniesie, róg pohuka po lesie….

„Pan Właściciel”, ornamentariusze, oraz kwestia odpowiedzialności

Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn49Share on Facebook3

Niedawno (13 lutego) czytałem w „Parkiecie” arcyciekawy tekst Macieja Bitnera i Macieja Bukowskiego. Przyniósł on wartościowe propozycje ożywienia polskiego rynku kapitałowego; mniejsza, czy realne w obliczu agresywnie antyrynkowej polityki rządu. Skupię się na jednym ze spostrzeżeń: „co czwarta spółka notowana na GPW ma bardzo poważny problem z nadużywaniem pozycji (przez – ASN) akcjonariusza dominującego. Dotyczy to zarówno przedsiębiorstw, których głównym udziałowcem jest Skarb Państwa, jak wielu spółek prywatnych. Rozwiązaniu tego problemu sprzyjałoby ułatwienie akcjonariuszom składania pozwów o działanie na szkodę spółki”.

Rzeczywiście, Skarb Państwa często nadużywa swojej pozycji wobec pozostałych akcjonariuszy spółek z jego udziałem, co może doprowadzić te spółki do katastrofy, a rynek do uwiądu. Dominującej pozycji nadużywa też niejeden „właściciel spółki”: tak właśnie przedstawiają się publicznie niektórzy inwestorzy… Zdarza się także, że ktoś z tego grona obrzuci akcjonariuszy spółki z jego udziałem mianem „spekulantów i troglodytów”. Mniej gorszą mnie epitety, bardziej bezkarne przypadki działania na szkodę spółki, w przekonaniu inwestora – „własnej”.

Z tematem koresponduje świeży przypadek z USA. „Panem Właścicielem” jest Edward S. (Eddie) Lampert, posiadający bezpośrednio i poprzez kontrolowany przezeń fundusz hedgingowy ESL Investment dominujący udział w Sears Holding zarządzającym tysiącami placówek handlowych w USA, w tym sklepami Kmart. Jako CEO Lampert wyznaje osobliwą filozofię zarządzania: kontaktuje się z podwładnymi wyłącznie w formie telekonferencji (siedziba koncernu mieści się w Illinois, on sam najczęściej przebywa na Florydzie), jest arogancki i zarozumiały. Rzecz w tym, ze zdaniem mniejszościowych akcjonariuszy, Lampert działa na niekorzyść spółki.

Rażącym przykładem konfliktu interesów była transakcja sprzedaży przez Sears 235 placówek handlowych w najlepszych lokalizacjach – i wynajętych następnie przez koncern – funduszowi nieruchomości (REIT) Seritage Growth Properties. Dało to sprzedającemu upragniony przypływ gotówki (2,7 mld USD), ale dało też asumpt do stawiania Lampertowi zarzutów konfliktu interesów i asset stripping – słusznych, skoro występował on jednocześnie po obu stronach transakcji. Lampert i fundusz nazwany jego inicjałami mają ponad 54% akcji Sears Holding i 43% akcji Seritage. Co ważne, szemranej transakcji udzieliła wsparcia rada dyrektorów Sears złożona z biernych ornamentariuszy – jednym z nich był Steven T. Mnuchin, nominowany przez prezydenta Trumpa na stanowisko sekretarza Skarbu. Akcjonariusze Sears wystąpili z pozwem, zarzucając piastunom holdingu działanie na jego niekorzyść poprzez wyprzedaż „klejnotów koronnych”. Zawarto ugodę, na mocy której Lampert i członkowie rady dyrektorów Sears wypłacą spółce 40 mln USD; wymaga ona jeszcze zatwierdzenia przez Court of Chancery stanu Delaware.

Nasz system prawny nie sprzyja takim rozwiązaniom, przeto nie dziwi postulat dwóch Maciejów dotyczący ułatwienia akcjonariuszom postępowania w sprawie działania przez piastunów spółki na jej szkodę. Przykłady konfliktu interesów i występowania przez „Pana Właściciela” po obu stronach transakcji znane są także z polskiego rynku: ot, dominujący akcjonariusz ma zbędne nieruchomości, więc sprzedaje je „swojej” spółce. Lub wyprowadza z niej cenne aktywa. Ma przy tym prawo za nic, czemu trudno się dziwić. Postępowanie przed sądami lub Komisją Nadzoru Finansowego trwa długo, jest opieszałe. Brytyjczycy powiadają:justice delayed is justice denied, co ładnie się rymuje, a w istocie oznacza iż sprawiedliwość opieszała jest jej zaprzeczeniem.

Zresztą akcjonariat bywa słaby. Chlubą polskiego rynku jest Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych, ale jego zdolność procesowa jest naturalnie niewielka. Inwestorzy instytucjonalni niechętnie wikłają się w spory. Zanim ruszy procedura, musi być podmiot gotowy do jej uruchomienia… Niestety, nasza kultura prawna – a raczej jej brak! – nie sprzyja polubownemu załatwianiu sporów. Znowu odwołam się do mądrości Brytyjczyków: bad settlement is better than a good judgement, nawet kiepska ugoda bywa lepsza od dobrego wyroku. My wszakże ugód nie cenimy, wolimy iść w zaparte: apelacje, kasacje, groźby wniesienia prawomocnie osądzonej sprawy do Strasbourga, Hagi; czemuż nie do Caipirinhi?

Podobieństwo między sytuacją w Stanach i w Polsce znajduję jednak w praktyce obsadzania rad nadzorczych (tam rad dyrektorów) ornamentariuszami. Sprzedają oni nadzorowanej spółce swoje nazwiska opromienione wcześniejszymi dokonaniami, czasem podzielą się doświadczeniami, ale ani czasu, ani pasji już jej nie poświęcą. Wzbogacą stronę internetową spółki, ale już nie ją samą, ani jej akcjonariat. Tam przynajmniej bywa, że ścigają ich pozwy akcjonariuszy, ponoszą odpowiedzialność. U nas trwa cisza przed burzą. Wierzę, że burza nadejdzie, oczyści atmosferę.

Kiedy do walnego zgromadzenia nie dochodzi [Między walnym zgromadzeniem a walnym zwyrodnieniem cz. II]

Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn21Share on Facebook0

Nieprawidłowości związane ze zwoływaniem walnego zgromadzenia przybierają rozmaitą postać. Należy do nich wspomniane w poprzednim szkicu na temat WZ wadliwe zwołanie walnego zgromadzenie do hotelu położonego poza granicami administracyjnymi Warszawy, w miejscowości nieprzewidzianej w statucie spółki jako miejsce odbywania walnych zgromadzeń. Wiele spółek ma kłopoty z prawidłowym oznaczaniem terminów przewidzianych przepisami Ksh (odmiennych dla spółek publicznych i niepublicznych). Zdarzyło się nawet, że spółka wyznaczyła dzień rejestracji przed dniem publikacji ogłoszenia o zwołaniu walnego zgromadzenia. Sprawę komplikuje brak regulacji dotyczących ewentualnego odwoływania prawidłowo zwołanego walnego zgromadzenia. W praktyce dochodzi do sporów w kwestii kto, kiedy i z jakiego powodu może odwołać walne zgromadzenie.

Jest kilka przyczyn uniemożliwiających zwołanie lub odbycie walnego zgromadzenia. Oto roboczy przegląd głośnych przypadków.
UNIEMOŻLIWIENIE ZWOŁANIA WALNEGO ZGROMADZENIA UPRAWNIONYM DO ZWOŁANIA WALNEGO ZGROMADZENIA. Prócz zarządu spółki i sądu, uprawnionymi w określonych sytuacjach do zwołania walnego zgromadzenia są rada nadzorcza, akcjonariusze reprezentujący określoną część kapitału zakładowego lub ogółu głosów w spółce, a także osoby upoważnione do tego w statucie spółki. Rada nadzorcza może zwołać zwyczajne walne zgromadzenie jeżeli zarząd nie zwoła go w terminie określonym w Ksh lub statucie, a także nadzwyczajne walne zgromadzenie, jeżeli zwołanie go uzna za wskazane. Nadzwyczajne walne zgromadzenie mogą zwołać akcjonariusze reprezentujący co najmniej połowę kapitału zakładowego lub co najmniej połowę głosów w spółce (może się zdarzyć, że w spółce występują obie takie grupy akcjonariuszy i każda z nich zwoła „swoje” NWZ…). Wreszcie statut może upoważnić do zwołania zwyczajnego walnego zgromadzenia, jeżeli zarząd nie zwoła go w terminie określonym w Ksh lub statucie, oraz do zwołania nadzwyczajnego walnego zgromadzenia, także inne osoby. Niemniej w spółce publicznej, zwołującej walne zgromadzenia na jej stronie internetowej oraz w systemie ESPI, zarząd może skutecznie uniemożliwić uprawnionym dostęp do strony spółki i do ESPI, co jednak rodzi odpowiedzialność i nie powinno pozostać bez kary.

NIEOBECNOŚĆ AKCJONARIUSZY (BĄDŹ ICH PEŁNOMOCNIKÓW). Zdarza się, że nikt z akcjonariuszy nie dokona rejestracji akcji upoważniającej go do uczestnictwa w walnym zgromadzeniu. Bywa tak nawet w spółkach publicznych, które nie wiedzieć czemu zawdzięczają swoją obecność na giełdzie. W takiej sytuacji, po upływie terminu rejestracji, zarząd powinien odwołać walne zgromadzenie i taki akt nie wzbudzi kontrowersji. Bywa także inaczej: akcjonariusze (bądź akcjonariusz) dokonują rejestracji, ale nie stawiają się na walnym zgromadzeniu, wobec czego nie może się ono odbyć. Takie przypadki znane są praktyce. Natomiast, jeżeli w spółce nie obowiązuje wymóg kworum na walnym zgromadzeniu, wystarczy obecność jednego prawidłowo zarejestrowanego akcjonariusza, bądź jego pełnomocnika, by zgromadzenie mogło procedować.

NIEOBECNOŚĆ OSOBY UPRAWNIONEJ DO OTWARCIA WALNEGO ZGROMADZENIA. Pomijając walne zgromadzenia zwoływane w trybie specjalnym, gdy zwołujący wyznacza przewodniczącego zgromadzenia, walne zgromadzenia otwierane są w trybie określonym przez Ksh (otwiera przewodniczący rady nadzorczej albo jego zastępca, a w razie ich nieobecności prezes zarządu albo osoba wyznaczona przez zarząd), bądź w trybie określonym w statucie spółki. Może on upoważnić do otwarcia walnego zgromadzenia każdą osobę uprawnioną do uczestnictwa w walnym zgromadzeniu, może także niebywale skomplikować sprawę wyznaczając zamknięty krąg osób uprawnionych do otwarcia WZ, a wówczas, pod ich nieobecność, zgromadzenia nie można otworzyć. Nie takie fantazje można znaleźć w statutach spółek

BRAK KWORUM. Prawo w zasadzie nie wymaga kworum na walnym zgromadzeniu, ale statut spółki może zawierać w tym względzie odmienne rozwiązania. I nierzadko zawiera. Bywa, że za wymogiem kworum przemawiają względy praktyczne, na przykład dominujący akcjonariusz pragnie zabezpieczyć swoją pozycję w spółce na wypadek, gdyby nie dokonał rejestracji swojego udziału w zgromadzeniu, w ten sposób uniemożliwiając podjęcie pod jego nieobecność niekorzystnych dlań uchwał, i w ogóle wszelkich uchwał. Zdarzyło się na rynku, że tak zabezpieczył swoją pozycję w pewnej spółce Skarb Państwa, ale gdy spółka poszła do prywatyzacji, nikt nie przeczytał statutu (co zdarza się zaskakująco często), pozostał więc wymóg kworum na wysokim poziomie, w spółce pojawił się mocno rozproszony akcjonariat i na żadnym z kolejno zwoływanych walnych zgromadzeń wymóg kworum nie został spełniony. Przytaczam ten przypadek ku przestrodze spółkom, w których wymóg kworum został wprowadzony do statutu bez istotnej po temu potrzeby, najczęściej przy okazji bezmyślnego przeklejania przez kancelarię prawną postanowień statutu innej spółki.

NIEMOŻNOŚĆ WYBORU PRZEWODNICZACEGO WALNEGO ZGROMADZENIA. Bez przewodniczącego, podobnie jak pod nieobecność notariusza protokołującego uchwały WZ, zgromadzenie nie może się odbyć. Zazwyczaj wybór przewodniczącego nie nastręcza trudności: kandydat został zawczasu ugadany przez spółkę, podpisał z nią umowę wchodzącą w życie pod warunkiem wyboru go na tę funkcję, a niekiedy nawet przygotował się do posługi przewodniczenia obradom (zapoznał się ze statutem, regulaminem walnego, sytuacją spółki i jej akcjonariatem). Zdarzają się jednak sytuacje, gdy do wyboru przewodniczącego nie dochodzi czy to z powodu konfliktu o obsadę tej funkcji toczonego przez grupy akcjonariuszy o zbliżonej sile głosów, czy z powodu braku chętnych do podjęcia się misji przewodniczenia obradom skłóconego zgromadzenia. W przypadku niemożności wyboru przewodniczącego walne zgromadzenie nie może procedować. Wyjściem z sytuacji będzie wyznaczenie przewodniczącego przez uprawniony organ (sąd) lub uprawnionych akcjonariuszy, ale będzie to dotyczyć innego już walnego zgromadzenia.

PODJĘCIE PRZEZ WALNE ZGROMADZENIE UCHWAŁY O NIEODBYWANIU OBRAD. Osobliwa to sytuacja: walne zgromadzenie zostaje prawidłowo zwołane, zbiera się w wyznaczonym terminie i miejscu, zostaje sprawnie otwarte – i podejmuje uchwałę o nieodbywaniu obrad… Gdzie tu sens? Otóż zdarza się tak w sytuacjach zwołania walnego zgromadzenia na uprawnione żądanie akcjonariusza lub grupy akcjonariuszy, na przykład dla przeprowadzenia wyboru rady nadzorczej w drodze głosowania odrębnymi grupami. Z żądaniem takim występuje uprawniona do tego mniejszość; gdy jest ono nie w smak większości, walne zgromadzenie zostaje zwołane, ale – by zablokować możliwość wyboru przez mniejszość niechcianych przez większość członków rady nadzorczej – dochodzi do przegłosowania przez ową większość uchwały o rozwiązaniu zgromadzenia. Jest to klasyczny przykład działania niezgodnego z dobrymi obyczajami i mającego na celu pokrzywdzenie (mniejszościowego) akcjonariusza. Głośna była w swoim czasie sprawa nabycia przez spółki zależne agresywnego banku (którego już nie ma) znaczących udziałów w banku z natury spokojnym. Agresorzy domagali się zwołania walnego, lecz zwołanego walnego zgromadzenie ostatecznie nie przeprowadzano, ponieważ atakowany bank przyjął linię obrony sprowadzającą się do podejmowania większością głosów uchwał o nieobywaniu walnych zgromadzeń. Formalnie rzecz biorąc, to agresor był w porządku, zaś przewinienia należało przypisać bankowi, który obronił swoją niezależność i dalej działa, chociaż rzadko o nim słychać…

Czytaj także:
2017.01.15 Między walnym zgromadzeniem a walnym zwyrodnieniem – cz. I

CalPERS czyli etyka przed biznesem

Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn33Share on Facebook0

Lektura depesz ze świata umacnia mnie w przekonaniu, że corporate governance to w Polsce pojęcie wciąż obce. Oto największy na świecie fundusz emerytalny, CalPERS – California Public Employees’ Retirement System (kalifornijski fundusz emerytalny pracowników sektora publicznego), po wnikliwej dyskusji podtrzymał zasadę nieinwestowania środków swoich uczestników w przemysł tytoniowy. Zasada została wprowadzona w roku 2000. Analiza Wilshire Associates, konsultanta inwestycyjnego CalPERS, wykazała że w następstwie tego kroku fundusz utracił latach 2001 -2014 ok. 3 miliardy USD.

W grudniu 2016 r. rozważano, czy zasadę utrzymać, czy uchylić. Utrzymano ją znaczną większością głosów. Co więcej: zdecydowano o wycofaniu się przez fundusze afiliowane z inwestycji w akcje i obligacje spółek tytoniowych; chodzi o kwoty rzędu 547 milionów USD. Inny kalifornijski potentat emerytalny, CalSTRS – California State Teachers’ Retirement System (kalifornijski stanowy fundusz emerytalny nauczycieli) poszedł tą drogą już w 2009 r.
Decyzja nie była łatwa. Eksperci CalPERS wnioskowali o powrót do praktyki inwestowania w branżę tytoniową. Dyskusja chwilami przybierała tony emocjonalne. Jeden z menedżerów funduszu, Terry Brennand z Service Employees’ International Union, deklarował „Nie stanę przed moimi emerytami by im oświadczyć, że ich świadczenia zależą od firm produkujących choroby lub śmierć” (cyt. za dziennikiem Sacramento Bee). Ustalając politykę inwestycyjną funduszu wzięto więc pod uwagę opinie m.in. American Heart Association i American Cancer Society, że podejmując współpracę z firmami tytoniowymi CalPERS naraziłby się na ryzyko kroku, który mógłby zostać niewłaściwie odczytany przez potencjalnych palaczy.

Nasuwa się wniosek, że etykę postawiono przed biznesem. W polszczyźnie słowo etyka spotykam coraz rzadziej. Nie występuje ono w języku polityków, zostało wyparte z języka rynku kapitałowego. Należę do obrońców Otwartych Funduszy Emerytalnych, lecz nie wyobrażam sobie prezesa zarządzającego funduszem Powszechnego Towarzystwa Emerytalnego, który staje przed swoimi emerytami i oświadcza im cokolwiek. Może wśród przyczyn kryzysu OFE należy wymienić nie tylko błędy popełnione przy ich konstruowaniu, nie tylko kalkulacje budżetowe Jana Rostowskiego, nie tylko zamiary obecnego rządu odebrania przyszłym emerytom ich składek dla łatania nimi dziury w finansach państwa – także konsekwentne stawianie biznesu przed etyką, a z czasem polityki przed biznesem.

Ale sprawa nie jest aż tak prosta. Albowiem pod uwagę wzięto nie tylko etykę, także ideologię inwestowania społecznie odpowiedzialnego (Socially Responsible Investment), wspartą fałszywymi prognozami, że przemysł tytoniowy chyli się ku ruinie, że tylko patrzeć, jak zniknie. Słyszałem takie proroctwa już przed 20 laty. Decyzją CalPERS z 2000 r. sterowała nie tylko etyka, także błędne kalkulacje inwestycyjne. To one kosztowały fundusz (a właściwie jego uczestników) aż 3 mld USD. Niby niewiele, skoro jego środki wynoszą aktualnie 303,6 mld USD. Lecz najprawdopodobniej fundusze emerytalne nie zwiążą w przyszłości końca z końcem. CalPERS oficjalnie zakłada roczną stopę zwrotu z inwestycji na poziomie 7,5%, ale pospolitość skrzeczy: w ostatnim roku obrotowym uzyskano 0,61%, w poprzednim 2,4%.

CalPERS zyskał zasłużoną opinię rzecznika corporate governance. Owszem, może za daleko wyszedł na spotkanie idei inwestowania społecznie odpowiedzialnego, lecz przecież lepsze to, niż zaślepienie bezwzględnym podnoszeniem stopy zwrotu. Niemniej im słabsze CalPERS osiągał będzie wyniki, tym mniej nieba gwiaździstego nad nim będzie, tym mniej ładu moralnego w nim. Niepowetowana byłaby to szkoda!

Tekst ogłoszony w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET 14 stycznia 2017 r.

Dlaczego nie inwestuję w spółki z udziałem Skarbu Państwa

Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn80Share on Facebook15

Kurs KGHM rwie na północ, ostatnio rośnie nawet PZU, moje biuro maklerskie zaleca kupno akcji m.in. PKO BP, PGNiG, PZU oraz akumulowanie walorów Energy, Tauronu, KGHM. Lecz ja jestem niedzisiejszym starszym panem i odżegnuję się od interesów ze Skarbem Państwa, a już szczególnie od inwestowania w spółki z jego udziałem. Albowiem nie ma „spółek Skarbu Państwa”, to niesympatyczny skrót myślowy. Są spółki, w których Skarb Państwa ma udział większościowy albo mniejszościowy, co przecież nie ma znaczenia: ileż razy ze zgorszeniem wskazywałem, że nawet w spółce, w której Skarb Państwa ma niespełna 30 procent kapitału zachowuje się on tak, jak gdyby miał 330 procent! Zawłaszczono więc nie tylko terminologię, także władztwo w spółkach.

Na postawione w tytule pytanie odpowiedź jest całkiem prosta: otóż żywię głębokie przekonanie, że jako akcjonariusz spółki z udziałem państwa zostałbym oszukany. Mali mogą wchodzić w relacje gospodarcze z dużymi, lecz na uczciwych zasadach. Takie zasady nie są dzisiaj praktykowane. Zostałem oszukany jako obywatel, skoro parlament nie potrafił uczciwie uchwalić budżetu. Oraz jako podatnik uczciwie dostarczający państwu środków wydawanych przezeń nieroztropnie. Nie zostałem oszukany jako uczestnik Otwartego Funduszu Emerytalnego wyłącznie z tego powodu, że z racji wieku nie zostałem objęty reformą emerytalną. Natomiast jako inwestor nie dam się oszukiwać, ponieważ na rynku mam prawa, których odebrać sobie nie pozwolę – dopóki rynek trwa.

Rekomendowane przez maklerów blue chips to w istocie blue cheats, antyrynkowe mutanty na służbie polityków. To oni zabiegają o tzw. repolonizację banków, czyli nacjonalizację, dla wykorzystywania ich potencjału w celach politycznych. Istnieją obawy, że kredyty popłyną nie do tych, którzy rokują spłatę, a „do tych, którzy zasłużyli” (czego domagał się niegdyś Jarosław Kaczyński). Ponadto: czy ktoś obliczył, ile stanowisk otrzyma do obsady partia rządząca po ostatecznym przejęciu Banku Pekao? Puls Biznesu od czasu do czasu ogłasza listę posad obsadzonych na rynku przez nominatów partii politycznych. Nad listą protegowanych przez PO i PSL oburzali się kiedyś obłudnie politycy PiS: Dawid Jackiewicz (był taki) i Mariusz Błaszczak (jeszcze jest). Ogłoszona ostatnio lista nominatów PIS i przystawek (tzw. sPiS zasobów własnych) zawiera ponad tysiąc nazwisk. Nie wszyscy z listy wstydu są do niczego, chociaż większość jest – lecz nawet wymienione tam osoby kompetentne stały się ofiarami zatrutej w kraju aury.

Ze spółek z udziałem Skarbu Państwa wyciskane są przez rząd pieniądze obracane na cele bez związku z przedmiotem działalności tych spółek. Zrobiono zrzutkę na Polską Fundację Narodową o mętnym posłannictwie. Ministerstwo Skarbu komunikowało: „Czempioni łączą siły w budowaniu nowego wizerunku polskiej gospodarki”. Wcześniejszy wizerunek gospodarki był wprawdzie lepszy, natomiast tu chodzi o obronę osobliwych metod rządzenia krajem. Lecz tego nie da się obronić za żadne pieniądze, nawet wydatkowane na szkodę inwestorów mniejszościowych. Zarządom spółek z udziałem Skarbu Państwa wyznacza się, gdzie wolno lokować ogłoszenia, jakie tytuły prasowe należy prenumerować, komu należy powierzać kolportaż przesyłek i listów, jakie inicjatywy wspierać, jakie obrzydzać.

Co gorzej: zarządom spółek z udziałem Skarbu Państwa wyznacza się cele inwestycyjne odległe od strategicznych interesów spółek i ich akcjonariatów. W niektórych spółkach otwarcie dąży się do ograniczenia dywidendy, co uderza mniejszość po kieszeni. Tę mniejszą mniejszość, czyli inwestorów indywidualnych. Instytucjonalni, gotowi skutecznie walczyć o prawa mniejszości w innych spółkach, są wobec Skarbu Państwa zadziwiająco potulni. Niektóre decyzje „właściciela” wyrządzają spółkom trwałą szkodę. Najbardziej wymownym przykładem grania akcjonariuszom na nosie było przeniesienie części kapitału zapasowego pewnej spółki na kapitał zakładowy. Niby nic się nie zmieniło, spółce nie przybyło, ale pieniędzy ubyło z niej sporo, poszły na podatek od tej ekscentrycznej operacji, a przy okazji trwale ograniczono zdolność emisyjną spółki. Wiele spółek z udziałem Skarbu Państwa już tej zdolności nie ma.

W interesie rynku leży niezbędna stabilizacja kadr zarządzających spółkami i nadzorujących je. Niestety, kadencyjność nie jest w poszanowaniu. Niesławnej pamięci minister Jackiewicz pouczał menedżerów, że nie mogą być pewni swoich posad. Wymieniał ich po uważaniu, nie bacząc kwalifikacji, doświadczenia, walorów etycznych swoich nominatów. W takim samym stylu wymienia się jego ludzi na innych, a i tych innych zapewne wkrótce wymiotą na czysto. W taki sposób nie uzyska się oczekiwanych wyników. Od rad nadzorczych nie oczekuje się wcale sprawowania stałego nadzoru nad działalnością spółek we wszystkich dziedzinach ich działalności; ważna jest dyspozycyjność polityczna, gotowość do sprawnego wyrzucania wskazanych członków zarządów. Zwołuje się nadzwyczajne walne zgromadzenie poważnej spółki, by dokonać kolejnych zmian w składzie rady, po czym odracza się obrady na trzy tygodnie: to skrajna amatorszczyzna, ludzie rynku tak nie postępują.

Od nadejścia „dobrej zmiany” w spółkach z udziałem Skarbu Państwa nie respektuje się Dobrych praktyk spółek notowanych na GPW. Dobre praktyki naprawdę są dobre, natomiast „dobra zmiana” niekoniecznie. Doświadczenia płynące z wieloletniej obserwacji rynków kapitałowych skłaniają mnie do poparcia opinii licznych znawców zagadnienia, że spółki bez corporate governance wcześniej czy później ugrzęzną w kłopotach. I raczej wcześniej niż później. Wynika z tego, że spółki z udziałem Skarbu Państwa mogą poważnie ucierpieć z powodu nieudolnego władztwa polityków. Nie mam ochoty do tego dopłacać. Niestety i tak ucierpię, kiedy podniosą podatki.

Czytaj także:
2015.12.12 Owoce zatrutej aury
2016.09.24 Jak Krzysztof Tchórzewski psuje spółki, rynek i państwo
2016.10.10 O pułapce utraty zdolności emisyjnej

Między walnym zgromadzeniem a walnym zwyrodnieniem [I]

Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn57Share on Facebook0

Walne zgromadzenie nie zawsze toczy się sprawnie, w harmonii uczestników. Nierzadko dochodzi do wydarzeń zakłócających przebieg obrad lub uniemożliwiających podjęcie uchwały, nawet odbycie zgromadzenia. Oto pierwszy z wpisów przedstawiających skrótowy przegląd sytuacji krytycznych, mogących prowadzić do przekształcenia walnego zgromadzenia w walne zwyrodnienie… Kontynuacja tematu – niebawem.

AWANTURY I ZAMIESZKI. Spory między uczestnikami walnego zgromadzenia nie zawsze toczą się z poszanowaniem prawa, dobrych obyczajów, kultury. Dochodzi do ekscesów i skandali. Tumult, obstrukcja walnego zgromadzenia, pyskówki – powodują, że czasem można ustalić ani treści głosowanych uchwał, ani wyników głosowania. Pisałem kiedyś o przypadku, gdy do krewkiego pełnomocnika trzeba było wezwać policję; pikanterii sprawie dodał fakt, że owym pełnomocnikiem był… adwokat. W Wielkiej Brytanii głośny był przypadek, że akcjonariusze przybyli na walne zgromadzenie ze świnią, nazwaną w dodatku imieniem prezesa spółki. Nasi okazali mniej kurtuazji: w Gliwicach związkowcy przynieśli kiedyś na walne zgromadzenie jedynie świński łeb. W Gandawie zakłócono doroczne walne zgromadzenie wielkiego niegdyś banku, ponieważ inwestorzy wdarli się na scenę, gdzie stał stół prezydialny, i obrzucili prezesa butami. W Dublinie na walnym akcjonariusze zachowali się bardziej konwencjonalnie obrzucając prezesa banku jajami. W USA inwestorzy niekiedy korzystają na walnych zgromadzeniach z tub, trąbek i innych przedmiotów zakłócających obrady. Do dzisiaj pamiętają tam przypadek sprzed lat, gdy protestujący usiłowali uniemożliwić akcjonariuszom wstęp na walne niepopularnej korporacji; doszło do zamieszek, wezwano policję konną, aresztowano kilkunastu zadymiarzy. Rany odnieśli demonstranci, policjanci, oraz ich konie, które akcji ani nie miały, ani nie miały nic przeciwko im.

SZANTAŻ. Najbardziej wyrafinowane formy przybierał szantaż spółek przez uczestników walnych zgromadzeń w Japonii. Mafijny gangster (sokaiya) rozgarnięty w prawie i finansach rejestrował się na walne zgromadzenie i – wcześniej opanowawszy dokumenty i materiały spółki – zasypywał zarząd pytaniami, niekiedy związanymi z tematyką obrad, niekiedy nie. Na przykład pytano o koszty utrzymania przez spółkę kochanek prezesa, niekiedy trafiając w punkt. Nic dziwnego, że nawet największe spółki Japonii opłacały się gangsterom, którzy – posmarowani – przeobrażali się w stróżów porządku na zgromadzeniu. W Polsce w pierwszym okresie rozwoju rynku szantażowano spółki głosując przeciwko uchwałom walnego zgromadzenia i zgłaszając sprzeciw, a następnie proponując zarządowi wypłacenie szantażyście okupu w zamian za odstąpienie od zaskarżania uchwał. To już nie działa. Prawdziwi gangsterzy zalęgli się nie w spółkach, a w klubach piłki nożnej – i wokół nich. Za to wprowadzenie telewizyjnych transmisji walnych zgromadzeń zmobilizowało kilku przyjemniaczków do żądania od spółek odszkodowania za naruszenie ich praw do wizerunku…

NIEDOPUSZCZENIE NIEKTÓRYCH AKCJONARIUSZY DO UDZIAŁU W WALNYM ZGROMADZENIU. Powód jest zawsze jeden: konflikt w akcjonariacie. Metody bywają różne. Czasem traktuje się antagonistów w rękawiczkach, odmawiając im prawa do uczestnictwa w walnym z powodu prawdziwych lub wydumanych przeszkód formalnych i na podstawie wniosku komisji zgromadzenia do sprawdzenia listy obecności. Czasem traktuje się akcjonariuszy siłowo, nie dopuszczając ich fizycznie do uczestnictwa w obradach. Dlatego twierdzę, że najważniejszym organem spółki bywa niekiedy firma ochroniarska. Zdarza się, że wypędzeni z walnego zgromadzenia, lub niedopuszczeni do udziału w zgromadzeniu, przewidzieli taki obrót sprawy i mając pod ręką własnego notariusza odbywają swoje konkurencyjne walne na parkingu lub gdziebądź, powołują na nim swoją radę nadzorczą, ta powoła swój zarząd – a konflikt znowu przyjdzie rozstrzygnąć firmie ochroniarskiej, która zdecyduje, który zarząd wpuścić do spółki, a który nie. Głośne przejęcie skromnego polskiego banku przez wielki bank niemiecki zostało udaremnione właśnie przez ochroniarzy, którzy nie wpuścili „agresorów” do siedziby banku.

NIEDOPUSZCZENIE DZIENNIKARZY NA WALNE ZGROMADZENIE. Formalnie rzecz ujmując, na spółce nie ciąży obowiązek dopuszczania dziennikarzy na walne zgromadzenia, lecz wymagają tego dobre praktyki spółek notowanych na GPW, oraz dobre obyczaje. Spółka publiczna nie powinna ukrywać swoich spraw przed akcjonariuszami nieobecnymi na walnym, przed potencjalnymi inwestorami, przed opinią publiczną. Nieprzyjazne traktowanie dziennikarzy świadczy niezbicie, że coś śmierdzi, że spółka pragnie się schronić za kurtyną poufności. Nic z tego!

EGZOTYCZNY TERMIN WALNEGO ZGROMADZENIA. Prawo temperuje zapędy do odbywania walnych zgromadzeń w egzotycznych miejscach, lecz zezwala na zwoływanie ich na egzotyczne terminy. Nie masz co robić w sylwestrowy wieczór? Jedną z propozycji może być spędzenie czasu na ciekawym walnym zgromadzeniu jakiejś zabawnej spółki. Zamiast biletu na zabawę wystarczy nabyć jedną akcję i zarejestrować uczestnictwo. Niektóre spółki zwołują walne zgromadzenia w wigilię Bożego Narodzenia.

NIEMOŻNOŚĆ ODBYCIA WALNEGO ZGROMADZENIA WSKUTEK NIEPRAWIDŁOWEGO ZWOŁANIA. Prawo ściśle reguluje tryb i formę zwoływania walnych zgromadzeń, niemniej spółkom zdarza się popełniać błędy, jak zwołanie walnego zgromadzenia do miejscowości, która nie jest wyznaczona w statucie jako miejsce odbywania walnych zgromadzeń. Albo zwołanie walnego tak, by nie wszyscy uprawnieni mogli się o tym dowiedzieć…

NĘKANIE AKCJONARIATU ZWOŁYWANIEM NADZWYCZAJNYCH WALNYCH ZGROMADZEŃ BEZ RZECZYWISTEJ POTRZEBY. Doroczne walne zgromadzenie w celu zatwierdzenia sprawozdań, rozdysponowania wyniku i rozpatrzenia absolutoriów jest obligatoryjne. Nadzwyczajne walne zgromadzenia mogą być zwoływane bez ograniczeń i często są zwoływane bez istotnej potrzeby. Dla przykładu: zwołano nadzwyczajne walne w celu ograniczenia wynagrodzenia przewodniczącego rady nadzorczej, a zarząd utrzymywał, że koszty walnego zwrócą się już po miesiącu. Nie wzięto – i zazwyczaj nie bierze się pod uwagę – kosztów akcjonariuszy, którzy mogliby wziąć udział w zgromadzeniu. Ale zazwyczaj nie biorą, ponieważ nie widzą ani korzyści, ani potrzeby. A później narzekamy na bierność akcjonariuszy – niesłusznie.

NIEODBYWANIE PRZEZ SPÓŁKĘ WALNYCH ZGROMADZEŃ RZEKOMO Z POWODU „braku środków”. Na polskim rynku wszelkie granice przekroczyła pewna spółka z Rybnika, która „zgubiła się” giełdzie, nie przysyłała raportów bieżących lub okresowych, nie odpowiadała na pisma z GPW i nie zwoływała walnych zgromadzeń, ponieważ „nie stać jej na to”.

Kontynuacja przeglądu krytycznych aspektów walnych zgromadzeń – niebawem.