Dlaczego “Prawo i Sprawiedliwość” nie lubi rynku kapitałowego i co z tego wynika?

  • Rynek jest żywiołem, którego nie można wziąć w karby, narzucać mu decyzji politycznych, wymuszać na nim procesy korzystne dla rządzących;
  • Rynek ma charakter twórczy, kreuje wartości materialne i niematerialne pobudzając rozwój gospodarczy;
  • Im mniej dotkliwa jest obecność państwa w gospodarce, im bardziej roztropne regulacje, tym bardziej korzystne warunki inwestowania na rynku;
  • Rynek rozwija się dzięki silnej własności prywatnej, preferencje dla własności państwa dotkliwie ograniczają swobodną przedsiębiorczość.

Stawką w wyborach jest nie tylko demokracja, także rynek, przedsiębiorczość, inwestycje. Partia nosząca nazwę „Prawo i Sprawiedliwość” nie lubi rynku kapitałowego, nie rozumie natury przedsiębiorczości, nie sprzyja inwestycjom zagranicznym. Dyskurs publiczny pomija te kwestie, toczy się głownie wokół wydarzeń politycznych, lekceważy sprawy gospodarki, zwłaszcza coraz trudniejsze problemy rynku kapitałowego. A ten więdnie, nie rozwija się, ubywa na nim spółek i pieniędzy, ubywa poszanowania dla zasad corporate governance, bez których kapitał nie napłynie.

Polska transformacja gospodarcza wiele zawdzięcza prywatyzacji niektórych składników majątku państwowego. Objęła ona głównie udziały w przedsiębiorstwach państwowych przekształconych w spółki handlowe. Prywatyzowano ostrożnie i odpłatnie. Ostrożność polegała na udostępnieniu zaledwie części udziałów w większych spółkach wprowadzanych na giełdę; jeszcze po latach Skarb Państwa jest w wielu z nich największym akcjonariuszem. Odpłatność, nie zawsze pełna, co było zrozumiałe w świetle okoliczności, była zaprzeczeniem powszechnego rozdawnictwa, którym objęto uprawnionych pracowników. Czarna propaganda o „złodziejskiej prywatyzacji” wyraża nie tylko brak zrozumienia realiów rynku, także – przede wszystkim – złą wolę, zaślepienie.

Rzecz charakterystyczna: o rzekomo złodziejskim charakterze prywatyzacji głośno mówią na przykład panowie Kaczyński i Jędraszewski – reprezentanci środowisk, które najwięcej uwłaszczyły się na państwowym majątku: Porozumienia Centrum sięgającego po składniki RSW Prasa Książka Ruch (z niego wylęgła się partia „Prawo i Sprawiedliwość”), oraz kościoła rzymsko-katolickiego sięgającego z rozmachem po dobra różnorodne i wszelakie. Przeto prywatyzacja byłaby naganna wtedy, gdy nie ubogaca wspomnianych podmiotów

Z czasem prywatyzacja gasła nie dlatego, że już „nie było czego prywatyzować”, jak głosili politycy różnych orientacji, lecz dlatego, że brakło odwagi stawiania czoło potrzebom rynku kapitałowego i gospodarki w ogóle. Wybitny liberał, gorzko doświadczony posługą w polskim banku należącym podówczas do obcego inwestora, rzucił hasło „udomowienia banków”. Wspomniany bank został z czasem „udomowiony” pod rządami PiS. Dla porządku zaproponowałem sprzedanie udziałów państwa w tym banku przez giełdę, można było uzyskać za nie znacznie więcej, niż wyniosły koszty ich nabycia. Propozycja była nierealna, partii rządzącej chodziło nie o zysk wcale, ale o schronienie dla swoich protegowanych obejmujących, często bez należytych kompetencji, wysoko opłacane stanowiska. Dzisiaj kapitalizacja banku jest znacznie niższa niż w chwili przejęcia, ale za to bank jest polski, narodowy, tromtadrata.

Przyczyną, dla której „Prawo i Sprawiedliwość” nie lubi rynku kapitałowego, jest przekonanie kierownictwa partii o wyższości własności państwowej nad prywatną. Własność  państwowa czyni partię rządzącą gospodarzem wielu tysięcy posad dla swoich popleczników, oraz dysponentem środków spółek z udziałem państwa na cele polityczne, choćby gospodarczo niedorzeczne, jak Polska Fundacja Narodowa. Własnością państwową można dowolnie sterować, łączyć Orlen z Lotosem i na dodatek z Ruchem, łączyć studia filmowe, by je tym sposobem upaństwowić, łączyć Bank Pekao z Aliorem (taki był zamiar prezesa PiS), aż w rozpaczy zakpiłem, że jeszcze połączą LOT ze spółkami górniczymi, a samoloty przerobią na węgiel.

W notowanych na GPW spółkach z udziałem państwa (mylnie nazywanych przez media „spółkami Skarbu Państwa”) są wprawdzie także inni akcjonariusze, krajowi i zagraniczni, instytucjonalni i prywatni, niekiedy reprezentują oni łącznie przewagę udziałów, czyniąc Skarb Państwa akcjonariuszem mniejszościowym, lecz ich głos „i tak nic nie znaczy”, zły wspólnik ich lekceważy, zniechęca do współwłasności, narusza ich interesy i dobre obyczaje. Nie widzę powodu, by Skarb Państwa korzystał w spółkach ze swoim udziałem z przywilejów nieproporcjonalnych do jego współwłasności, gdyż ze współwłasności tej korzysta niezgodnie z interesami i owych spółek, i ich pozostałych akcjonariuszy.

Konsekwentnie upominam się o dobre praktyki spółek notowanych na GPW. Przygotowałem pierwszy projekt dobrych praktyk (2001), opracowałem podręczniki stosowania kolejnych edycji dobrych praktyk (2008, 2016), starałem się inspirować rynek w kierunku poszanowania dobrych praktyk. Lecz często słyszą argument, że nie rozumiem specyfiki spółek z udziałem Skarbu Państwa, dla których dobre praktyki są nazbyt wymagające. Oraz że dobrze byłoby opracować odrębny zbiór dobrych praktyk dla spółek z udziałem państwa, któremu trzeba pozwolić na więcej. Odpowiadam na to, że jeżeli dobre praktyki są dla państwa krępujące, niewygodne – niech sprzeda ono swoje udziały w spółkach notowanych, co wyjdzie tym spółkom na dobre. Lub niech ogłosi wezwania na akcje owych spółek, skupi je i wycofa z giełdy, niech z czasem upadną w ciszy. Ewentualnie niech państwo otworzy osobną giełdę dla spółek ze swoim udziałem. Wtedy liderzy partii rządzącej będą mogli nawet wyznaczać kursy walorów spółek, jeżeli dowiedzą się, co to akcja, kwotowanie itd.

Można naśmiewać się z polityka usiłującego rządzić państwem w XXI wieku, który nie odróżnia akcji od obligacji. Lecz PiS nie dlatego nie lubi rynku, że go nie rozumie. Nie lubi rynku, bo wie, że rynek jest żywiołem swobody, którym politycy nie zdołają bez reszty zawładnąć. Z tego wynika dążenie ku minimalizacji rynku kapitałowego, ku systematycznemu osłabianiu giełdy, do skierowaniu jej do handlu innymi walorami, niż papiery spółek. Akcjonariuszy ubywa, więc ich potencjał wyborczy jest w sumie niewielki, niestety. Szkoda: nie tak miało być!

Jak nowojorską Nieustraszoną Dziewczynkę zamieszano w gorszący konflikt

  • Posążek Nieustraszonej Dziewczynki (Fearless Girl) zdobył w mgnieniu oka fenomenalny rozgłos stając się jednym z symboli XXI stulecia;
  • Jego powstaniu przyświecały światłe i szlachetne zamiary promocji kobiet na rynkach kapitałowych oraz spółek zarządzanych przez kobiety;
  • Nie wystarczą dobre chęci, ogromne pieniądze globalnego funduszu i doświadczenie szanowanej firmy reklamowej: sukces został okupiony katastrofą wizerunkową;
  • Płynącą z dzieła twórczą inspirację przesłonił fatalny konflikt między rzeźbiarką a mecenasem przedsięwzięcia, a na procesie skorzystali tylko prawnicy obu stron.  

Tam, gdzie Broadway rozpoczyna swój szlak biegnący na przełaj przez Manhattan, na placyku Bowling Green nazwanym na wyrost parkiem, w 1989 roku posadowiono słynny postument Szarżującego Byka (Charging Bull). Naprzeciw niego, w wyzywającej go pozie, stanęła w 2017 r., statuetka łobuzerskiej Nieustraszonej Dziewczynki (Fearless Girl) z rękoma wspartymi na biodrach. Ogromne wrażenie wywołał kontrast między obu figurami: pędzący kolos waży 3200 ton, mierzy 3,4 m wysokości i rozciąga się na blisko 5 m, Dziewczynka mierzy ok. 1,25 m, ale nie cofa się przed nacierająca bestią, demonstruje gotowość stawienia jej czoła.

Obie rzeźby mają swoje historię. Obie związane są przecież z nowojorskim rynkiem kapitałowym, gdzie często dzieją się niezwykłe wydarzenia. Szarżujący Byk wstąpił na Dolny Manhattan po wielkim kryzysie giełdowym u schyłku lat osiemdziesiątych ub. stulenia. Twórcą jest Alfredo di Modica, który wpierw ustawił dzieło na Wall Street (stąd nazwa Toro di Wall Street), gdzie rzeźbę skonfiskowano jako nielegalną ingerencję w substancję miejską. Gdy byka ułaskawiono, wskazano mu kwaterę na Bowling Green. Stał się jednym z symboli miasta, wyrazem przekonania, że giełda jeszcze nieraz popędzi jak szalona, nie zważając na wszelkie trudności.

Szarżujący Byk to pomnik optymizmu. Nieustraszona Dziewczynka to pomnik feminizmu. Figurkę postawiono na placyku pod osłoną nocy z 7 na 8 marca 2017 r., nie bez związku z Międzynarodowym Dniem Kobiet, ale przede wszystkim – w rocznicę powstania SHE Fund (SPDR SSGA Gender Diversity Index ETF), prowadzonego przez State Street Global Advisors funduszu inwestującego w spółki zarządzane lub współzarządzane przez kobiety. State Street GA to jeden z trzech największych na świecie potentatów zarządzania funduszami. Pragnąc zwrócić uwagę na SHE Fund i swoją politykę wspierania udziału kobiet w radach dyrektorów oraz zasypywania przepaści między wynagrodzeniami mężczyzn i kobiet, fundusz zamówił, za pośrednictwem wielkiej agencji reklamowej McCann New York,  figurkę Nieustraszonej, podobno wydając na to 250 tysięcy USD.

W sprawozdaniu agencji wyliczono, że przy projekcie działało kilkadziesiąt osób (oni potrafią zatrudnić dwadzieścia siedem osób do nakręcenia budzika). Dopiero na końcu tej litanii pojawiło się nazwisko Kristen Visbal, artystki rzeźbiarki, która… Właśnie, jaka naprawdę była jej rola?

Nieustraszona Dziewczynka zrobiła ogromną furorę. Wspomnianej nocy wyładowano ją z samochodu około północy, instalowanie potrwało do świtu, kiedy zaczęto robić sobie selfie z figurką. Wybuchła sensacja, już pierwszego dnia Nieustraszona podbiła media społecznościowe, zyskała miliony wzmianek, fotek, polubień. Niebawem obwołano ja symbolem XXI stulecia. Oraz inspiracją dla dążeń o rzeczywiste równouprawnienie kobiet, ich przywództwo w spółkach, udział w radach dyrektorów, sprawiedliwe płace. Aspiracje ku temu wzbierały latami, teraz przerwały niewidoczną tamę, rozlały się po rynku.

State Street Global Advisors to gigantyczna firma, o której mało kto wie. Nieustraszoną uznano za świetny znak rozpoznawczy. Rozgłos wokół rzeźby pomógł jej patronowi wyciszyć wzburzenie społeczne wywołane dochodzeniem dotyczącym kontrowersyjnej polityki płacowej SSGA względem kobiet i mniejszości. Spółka zapłaciła ponad 300 pracownikom 5 milionów USD, by ich uciszyć i przezwyciężyć kryzys. Odkryto, że figurka ma nieprzeciętną wartość marketingową.

Lecz sławą Nieustraszonej przyszło dzielić się z rzeźbiarką. Fundusz, który nieoczekiwanie wstąpił w rolę mecenasa sztuki, sprzeciwiał się produkcji i wprowadzaniu na rynek niezliczonych kopii i miniatur najsłynniejszej rzeźby naszych czasów. Kiedy doszło do procesu o prawa do figurki, fundusz twierdził, że on jest autorem koncepcji słynnego dzieła, a Visbal została wynajęta do prac wykończeniowych. Artystka twierdziła natomiast, że pomnik stworzyła samodzielnie, ma do niego określone prawa, State Street je kwestionuje, dopuszcza się działania wbrew umowie, usiłuje pozbawić ją możliwości reprodukowania figurki. SSGA replikuje, że chodzi mu jedynie o zapobieżenie sprzedawania kopii dzieła „nieuprawnionym nabywcom”. Agencja reklamowa wspiera swojego klienta dowodząc, że Visbal została wynajęta dopiero kilka tygodni przed odsłonięciem pomnika, więc jej rola była mniej istotna: ot, miała przekształcić model z gliny w odlew w brązie.

Innym powodem do kłótni było wykorzystanie przez rzeźbiarkę repliki Nieustraszonej na 2019 Women’s March w Los Angeles. Takie imprezy nie leżą w centrum zainteresowania instytucji finansowych. Zamiast wzmacniać chwałę bostońskiego funduszu, elektryzująca społeczeństwo rzeźba działa jako manifest praw kobiet. Sąd uwzględnił wiele argumentów Visbal, niemniej kontrowersje nie ustają.

Obraził się twórca Szarżującego Byka. Ponoć Nieustraszona zgasiła dynamikę jego dzieła. Ktoś twierdził, że Dziewczynka nadaje się najwyżej do reklamy hamburgerów. Ktoś dostawił do niej figurkę sikającego psa. Dziewczynkę przeniesiono na Wall Street, przed siedzibę nowojorskiej giełdy, gdzie nadal budzi sensację. Awantura o prawa autorskie i pieniądze zapewne zaciążyła na jej magii. Szkoda. Ale Gender Diversity Goals pozostają wyzwaniem dla wszystkich rynków kapitałowych.

Zdjęcie Bowling Green z domeny publicznej

 

 

Cisza wyborcza na temat corporate governance trwa w Polsce przynajmniej cztery lata

  • W Polsce trwa kampania wyborcza. Żadne z ugrupowań ubiegających się o miejsca w parlamencie nie poświęca należytej troski sprawom rynku kapitałowego;
  • Ostatnie cztery lata upłynęły w polskiej polityce pod znakiem całkowitego braku zainteresowania tematyką corporate governance;
  • Politycy są przerażająco krótkowzroczni: interesują ich wyłącznie wyniki sondaży i władza, brak im szerszego spojrzenia na interesy państwa i społeczeństwa;
  • Państwo demoluje wolny rynek, zawłaszcza spółki ze swoim udziałem, zniechęca inwestycje zagraniczne, staje się Poletkiem Pana Prezesa.

Jedna z partii politycznych zapowiada ogłoszenie Aktu Przywrócenia Demokracji. Chciałbym wzbogacić tę piękną inicjatywę Aktem Ustanowienia w Polsce Ładu Korporacyjnego (czyli corporate governance). Ustanowienia, nie przywrócenia, bo nie wystarczy przywrócić sytuację na rynku kapitałowym do stanu z wybranego okresu lub roku, ponieważ nigdy nie był to stan należyty. Polska transformacja gospodarcza zakładała prywatyzację znacznej części przedsiębiorstw państwowych, w oparciu o własność prywatną uruchomiono giełdę, dzięki giełdzie kapitał zaczął napływać na rynek, sprawy szły w dobrym kierunku. Niebawem jednak opadł zapał reformatorski, prywatyzacja zaczęła wygasać, pojawiły się hasła głoszące potrzebę „udomowienia” banków zdominowanych przez obcy kapitał. A nadto odkrywcze stwierdzenia, że kapitał ma narodowość. Zaczęto głosić potrzebę pielęgnowania „narodowych czempionów” (jedynym prawdziwym czempionem, wiernie wspieranym przez państwo, jest kościół katolicki). Rozpoczęto pełzającą inwazję polityki na Giełdę Papierów Wartościowych. Jej współtwórca, Krzysztof Lis, powiadał, że “giełda zawdzięcza immunitet od polityki opiece Najświętszej Panienki“, lecz Panienka wyjechała na wakacje, a dzisiaj nie ma już do czego wracać.

Nigdzie na świecie temat corporate governance nie dominuje w debatach politycznych ani w kampaniach wyborczych. „Przypadkowy elektorat” (mimo wszystko, wolę ten nieszczęsny epitet od „ciemnego ludu”) nie dba o porządek na rynku kapitałowym, ponieważ nie zdaje sobie sprawy, że od owego porządku zależy pomyślność pokoleń: wzrost gospodarczy, inwestycje, emerytury. Niemniej są politycy, którzy w ostatnich latach sprawom corporate governance poświęcili niemało uwagi.

W Wielkiej Brytanii premier Theresa May nie spełniła pokładanych w niej nadziei, ale pobudziła świadomość potrzeby doskonalenia corporate governance jako paszportu gospodarki w przyszłość: Brytyjczycy pragną zwiększyć konkurencyjność kraju po opuszczeniu Unii poprzez wprowadzenie na swój rynek najwyższych standardów władztwa w korporacjach. Za czasów Theresy May przyjęto nowoczesny 2018 UK Corporate Governance Code, podjęto starania na rzecz wprowadzania pracowników do rad dyrektorów i analizy rozpiętości płac prezesów i pracowników.

W Stanach Zjednoczonych sprawom corporate governance wiele uwagi poświęcają liczne stany zabiegające o zwiększenie udziału kobiet w radach dyrektorów, a na szczeblu federalnym – senator Elizabeth Warren (demokratka z Massachusetts), zabiegająca o nominację swojej partii w wyborach prezydenckich 2020 r. Wprawdzie jej najpoważniejszy rywal twierdzi, że senator jest „niewybieralna”, lecz iluż pretendentów do prezydentury głosiło to samo w 1975 r. na temat Jimmy’ego Cartera, gubernatora Georgii, który wzbogacił zwycięską kampanię prezydencką ideą międzynarodowej ochrony praw człowieka? Politycy najczęściej dbają o słupki poparcia, lecz gdy pomiędzy nich wkracza rzecznik prawdziwych wartości, ma szansę rozgonić konkurentów.

W Polsce ostatnich lat nikt dostatecznie stanowczo nie zabiega o wartości. Cisza na temat corporate governance trwa od lat, bez względu na kolejne kampanie wyborcze. Populizm i rozdawnictwo skutecznie przemawiają do bezideowych mas. Lecz takie postępowanie prowadzi do upadku. Politycy nie są pomni faktu, że rozdawanie pieniędzy jednym wymaga zabierania ich wszystkim, lecz kiedyś, zapewne już wkrótce, skończą się możliwości zabierania pieniędzy społeczeństwu, więc skończy się władza łaskawców. Zapewne pozostanie po nich susza, moc rozczarowań, inflacja i kryzys zadłużenia.

Przez lata usiłowałem walczyć z określeniem „spółki Skarbu Państwa”; są to przecież spółki z udziałem państwa, niekiedy mniejszościowym, ale świadomość tego systematycznie gaśnie, ponieważ państwo nie liczy się ze wspólnikami, lekceważy ich interesy, pozbawia ich prawa współdecydowania o spółkach i ich pieniądzach. Krzyczącym przykładem jest Polska Fundacja Narodowa. Nawet nie chodzi o to, że marnotrawi ona pieniądze, lecz przede wszystkim o to, że pieniądze płyną do niej ze spółek z udziałem Skarbu Państwa bez pytania ich akcjonariuszy o zgodę na takie wydatki. Państwo, które lekceważy swoich wspólników, oszukuje ich na pieniądzach, traci zaufanie.

W państwie Prawa i Sprawiedliwości nie ma miejsca na prywatyzację, na silny rynek kapitałowy, giełdę, corporate governance. Wspomniane zjawiska dałyby Polsce i jej gospodarce rzeczywisty impuls do rozwoju. Gospodarki nie należy zaklinać w slajdach pełnych niedorzecznych założeń. Prezes ma wielką władzę, potrafi łamać prawa, ale praw ekonomii nie zmieni, nie pokona. Tu kończy się jego poletko.

Czytaj także:                                                                                                                                Nie napisałem tu niczego, czego nie głoszę w tym miejscu od blisko 20 lat. Musiałbym przywołać kilkaset tekstów…

 

Dlaczego Hong Kong Exchange & Clearing nie przejmie London Stock Exchange Group?

  • Hong Kong Exchange and Clearing (HKEX) złożyła niespodziewaną ofertę nabycia wszystkich akcji London Stock Exchange Group (LSEG); 
  • Oferta została szybko i zdecydowanie odrzucona, a każdy z argumentów podniesionych przeciwko transakcji sam z osobna także wystarczyłby;
  • Potwierdziło się po raz kolejny, że giełda zdominowana przez rząd nie jest poważnie brana pod uwagę jako ewentualny nabywca innych giełd;
  • Blask Hongkongu zwolna blednie, nadciąga kryzys, lecz miasto nadal pełni rolę śluzy, przez którą płyną do Chin wzory corporate governance.

Oferta giełdy z Hongkongu na LSE nie była dyktowana arogancją, jak pomysł Trumpa nabycia Grenlandii. Ani poczuciem humoru, jakim błysnęła Grenlandia rozważając kupno USA. Lokator Białego Domu wyrwał się z propozycją nabycia wyspy jak Filip z konopi, a kiedy go wyśmiano, obraził się na Danię. Grenlandia bawiła się pomysłem kontroferty przejęcia całych Stanów Zjednoczonych, ale odstąpiła od zamiaru z powodu nadmiernego zadłużenia przedmiotu takiej transakcji. Natomiast oferta z Hongkongu okazała się nie do przyjęcia, a to z mnogości powodów.

Rada dyrektorów LSE szybko rozprawiła się z ofertą odrzucając ja zdecydowanie. Uznano, że transakcja przyniosłaby poważne ryzyko dla akcjonariuszy londyńskiej giełdy. Stwierdzono, że proponowana cena za wszystkie akcje LSE Group (32 miliardy funtów) nie odzwierciedla wartości londyńskiej giełdy. Zwrócono uwagę, że oferta nie została biznesowo przedstawiona i uzasadniona (w rzeczy samej, złożono ją na chybcika). A ponadto, może przede wszystkim, propozycja byłaby trudna do przyjęcia z uwagi na związki HKEX z władzami autonomii (pośrednio z rządem Chin). Blisko połowa składu tamtejszej rady dyrektorów to nominaci rządu lokalnego, który w takich sprawach kieruje się zdaniem Pekinu.

Nie bez znaczenie jest także, że londyńska giełda niedawno ujawniła plan globalnej ekspansji poprzez nabycie, za 27 miliardów USD, kontroli nad Refinitiv, operatora danych biznesowych świadczącego globalnie usługi na bankowych parkietach transakcyjnych. Realizacja tego zamysłu postawiłaby londyńską giełdę na pozycji znaczącego rywala obecnego hegemona rynku, Bloomberg LP.

Rada dyrektorów LSE mogła też wziąć pod uwagę inwazję chińskiego kapitału na rynki Wielkiej Brytanii. W bieżącym roku chińskie spółki dokonały w Zjednoczonym Królestwie 15 dużych akwizycji za 6,75 miliarda funtów; w ubiegłym roku Chińczycy wydali 6 miliardów funtów na 23 akwizycje. Przyczyniły się do tego niewątpliwie spadek wartości funta, oraz okazja polityczna związana z zamieszaniem w toku przygotowań do Brexitu. Giełda z Hongkongu, jedna z najważniejszych na świecie, zyskała globalną pozycję m.in. dzięki przejęciu przed siedmiu laty London Metal Exchange.

Przejmując LME, Chińczycy zachowali na wskroś brytyjski charakter instytucji i jej personelu, ale zwiększyli jej zasięg. Fuzja giełd Londynu i Hongkongu pozwoliłaby na nieprzerwany handel przez 18 godzin na dobę. Zamysł reklamowany był jako „korporacyjny związek Romea i Julii”, lecz ten Romeo nie podbił serca Julii. Zwłaszcza, że oferta dotyczyła nie tylko zapłaty nie tylko w gotowce, także w akcjach. Z jednej strony, ofertę można było potraktować jako dowód zaufania w pozycję Londynu w światowych finansach, bez względu na Brexit. Z drugiej – odmowę uzasadniano także argumentem, że LSE dostrzega możliwości dla siebie i dla Chin w partnerstwie z giełdą w Szanghaju.

Londyńska giełda zapewne przywykła do składanych jej ofert handlowych.  Od roku 2000 była przedmiotem siedmiu nieudanych propozycji przejęcia lub fuzji. Sprawy zaszły najdalej w toku przygotowania w 2017 r. wartej 21 miliardów funtów fuzji z Deutsche Börse z Frankfurtu nad Menem, zablokowanej przez Komisję Europejską. LSE założyli w 1773 r. kupcy handlujący od ponad 200 lat w londyńskich kawiarniach (stąd rezerwa wobec giełd rządowych). Giełda przetrwała niemieckie bombardowania („blitz”) i zamach irlandzkich terrorystów.

W tle niedoszłej do skutku transakcji przejęcia LSE Group przez HKEX słychać rozchodzące się po świecie echa wydarzeń w Hongkongu. Od ponad 100 dni miasto żarliwie walczy o zachowanie swojej autonomii. Zasada „jeden kraj, dwa systemy” powoli odchodzi w niepamięć. Ze wzgórz za dzielnicą Nowe Terytoria widać fenomenalnie rozkwitający Shenzen, miasto będące potencjalnym konkurentem Hongkongu, z własną giełdą, która z czasem winna aspirować do pozycji tej w Szanghaju. Kiedy przed trzydziestu kilku lat odwiedziłem ambitny Shenzen, był on śluzą (ten trafny termin ukuł na miejscu prof. Ryszard Ławniczak), przez który z Hongkongu do Chin ostrożnie sączono nowoczesność. Dzisiaj to Hongkong jest śluzą, przez którą płyną ze świata do Chin zasady corporate governance.

Podczas mojej pierwszej podróży przez Chiny nikt tam nie słyszał o corporate governance. W toku kolejnej podróży stwierdziłem, że giełda w Szanghaju przyjęła zasady dobrej praktyki notowanych na niej spółek zanim my w Polsce przystąpiliśmy do prac nad projektem takich zasad. Dzisiaj działają zespoły ekspertów giełd Hongkongu i Chin opracowujące wspólne standardy postępowania na rynku kapitałowym. Propozycja przejęcia LSE nie była przeto rozpaczliwym krokiem ku uchronieniu Hongkongu przed rosnącą dominacją Chin, chociaż stworzono pozory, że jest to nagła akcja ratunkowa. Przeciwnie: chodziło o wzmocnienie pozycji Chin w Europie. Do czego zresztą dochodzi.

Czytaj także:  

2018.09.28 Corporate governance w Chinach. Raport AGCA 2018

2005.09.26 W Państwie Środka

Światły manifest Business Roundtable

  • Wpływowa amerykańska organizacja Business Roundtable (RBT) zrzeszająca prezesów największych spółek, zakwestionowała dogmat spółki akcyjnej;
  • BRT odrzuca prymat interesów akcjonariuszy nad interesami społeczeństwa oraz innych uczestników rynku;
  • Każda spółka, dążąc do spełnienia własnych celów biznesowych, powinna wznieść się ponad partykularyzm i służyć dobru interesariuszy;
  • Spółka powinna inwestować w pracowników, dbać o środowisko i przeciwdziałać zmianom klimatu, przyzwoicie traktować dostawców, być dobrym obywatelem.

Amerykańskie spółki wypowiedziały służbę swoim akcjonariuszom. Tak odebrano oświadczenie sierpniowego spotkania Business Roundtable z udziałem 181 liderów rynku kapitałowego, w tym prezesów Apple, JPMorgan Chase, Pepsi lub Walmart. Manifest o celach korporacji został ogłoszony nie bez związku z narastającymi napięciami w kwestiach nierówności społecznych, pogarszających się warunków pracy, nadmiernych wynagrodzeń menedżerów, niedostatku odpowiedzialności klimatycznej spółek.

Toczy się przecież kampania wyborcza, senatorowie Bernie Sanders i Elizabeth Warren wnoszą do niej krytyczne oceny działalności wielkich korporacji, a prawnicy biorą na warsztat dominację spółek technologicznych, jak Amazon i Facebook – pisze New York Times. „Gdy konsumenci i pracownicy domagają się wyższych standardów etycznych, wielkie firmy coraz silniej muszą bronić swoich stanowisk w kwestiach wynagrodzeń pracowników, (dostępu do) broni palnej, imigracji, prezydenta Trumpa – i innych.”

Właśnie na łamach NYT Milton Friedman, ekonomista uniwersytetu w Chicago, główny ideolog doktryny o służebnej woli spółki wobec akcjonariuszy, formułował przed półwieczem słynną formułę, iż społeczną odpowiedzialnością biznesu jest zwiększanie zysków. Dzisiaj przeważa pogląd, że szkoła chicagowska przyczyniła się do wzrostu nierówności, że to ona wykreowała hasło: Chciwość jest dobra. Także Business Roundtable przez lata zakładała, że menedżerowie i dyrektorzy służą akcjonariuszom. Niedawno doszli do głosu liderzy nowej generacji, jak Larry Fink z Black Rock, kładąc nacisk na odpowiedzialność klimatyczną spółek, przeciwdziałanie nierównościom, wspomaganie zdrowia publicznego.

W ub.r. przewodniczący BRT Jamie Dimon z JPMorgan Chase zapoczątkował redefinicję misji spółki. Komitetowi redakcyjnemu przewodniczył Alex Gorsky z Johnson & Johnson; wspomina on, że pisząc manifest czuł się chwilami jak Thomas Jefferson… Wcześniej, na fali sprzeciwu przeciwko polityce prezydenta, liderzy świata biznesu zerwali współpracę z Białym Domem. Wkrótce okaże się, czy skrzydlate słowa manifestu zostaną przekute w czyny, na wzrost płacy minimalnej, na rzetelne płacenie podatków, wspieranie różnorodności, ograniczenie pay ratio – rozpiętości między wynagrodzeniem CEO a przeciętną płacą w korporacji.

Lecz wystarczy wczytać się uważnie w manifest BRT, by dostrzec, że nie jest to akt błagający społeczeństwo o wybaczenie grzechów nieludzkiego kapitalizmu, lecz racjonalny katalog działań mających zmierzać do lepszego niż dotychczas zaspokojenia oczekiwań akcjonariatu w harmonii z poszczególnymi grupami interesariuszy. Temu przecież mają służyć „nowe” elementy misji spółki: kreowanie wartości dla klientów, inwestowanie w pracowników, przyzwoite i etyczne postępowanie wobec dostawców, wspieranie społeczności, w których spółki działają. To wszystko, w ostatecznym rozrachunku, służy generowaniu przez spółki długoterminowej wartości dla jej akcjonariuszy. Czyli, konkretnie, praktycznym sprawdzianem misji spółki będzie, jak była i jest – dywidenda.

Reakcja na stanowisko Business Roundtable jest zdumiewająco żywa. 300 słów oświadczenia zaowocowało wieloma tysiącami komentarzy w światowych mediach. Jedni są zaskoczeni, nie dostrzegli wzbierającej fali na rynku kapitałowym, nie czytali dorocznych listów słanych przez Black Rock prezesom i zarządzającym funduszami. Inni pytają o konkrety: cele są słuszne, ale w jaki sposób mają być osiągane? Jak powinny spółki raportować o działalności na rzecz klimatu, redukcji zanieczyszczeń środowiska, różnorodności załogi? Kto miałby te dane audytować? Jak zwrot w stronę interesariuszy, jeżeli naprawdę nastąpi, odbije się na kosztach i na zyskach? Przypominane są archaiczne dzisiaj założenia, że spółka ma dbać o swoich dostawców kapitału, a sprawami interesariuszy powinien zajmować się rząd.

Dobrze się stało, że wskazano kierunek rozwoju rynku, podkreślono większe powinności spółki kapitałowej wobec społeczeństwa. Manifest BRT sprawy nie załatwia, ale wskazuje, co należy robić. Myślę, że nadszedł też czas na analizę odwrotnej strony zjawiska, na wskazanie powinności społeczeństwa wobec rynku kapitałowego, wobec działających na nim spółek, wobec akcjonariuszy inwestujących pieniądze wprawdzie na własne ryzyko i dla własnego zysku, ale z pożytkiem powszechnym. Czas dostrzec ich twórczą rolę w społeczeństwie.

Tekst ogłoszony w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET 4 września 2019 r.

 

 

 

 

Whistleblowing: anonimowość jest przywilejem, nie przywarą

  • Wsparcie regulacyjne niewątpliwie jest bardzo korzystne, niemniej skuteczność whistleblowingu jest pochodną kultury społeczeństwa;
  • Od regulacji zależy ochrona anonimowości demaskatora, od kultury zależy, czy jego wystąpienia wywołają należyty odzew;
  • Mniej ważne, czy termin whistleblower zostanie przełożony jako demaskator, czy też sygnalista; ważniejsze, że nasza kultura widzi w nim donosiciela;
  • Jedni demaskatorów ścigają i prześladują, inni nagradzają ich sowicie – jak na tym wypada polski rynek i dlaczego wypada żałośnie?

Przed kilkoma miesiącami ogłosiłem Raport Nartowskiego: Sprawa Getback SA (2018) w świetle corporate governance. Przedstawiłem w nim obszerny katalog zaleceń dla rynku i spółki na rzecz poprawy corporate governance; całkiem niepotrzebnie się trudziłem, skoro nikt się do niego nie odniósł, nawet inwestor, który zamówił ów raport i rzetelnie udostępniał mi żądane materiały. Z nieco większym zainteresowaniem spotkała się prowadzące do zaleceń skrótowe omówienie przypadku. Fragment omówienia wywołał żywą reakcję. Zawierał on (strony 24 -25) opis listu insidera – insiderów? – na temat licznych, poważnych i ciągłych nadużyć w spółce, zwłaszcza w toku współpracy z jednym z TFI. Dokument, zatytułowany Zawiadomienie sygnalisty (whistleblower’s notification) został wystosowany do KNF, GPW, UOKiK, Deloitte (feralnego audytora Getback SA), EY (audytora TFI), PwC i KPMG. Otrzymał go także przewodniczący rady nadzorczej spółki.

Żaden z adresatów nie zareagował na zawiadomienie z należną mu powagą. Owszem, dokument był anonimowy, lecz trzeba mieć na względzie, iż insider, unikając ujawnienia swojej tożsamości, zachował zrozumiałą ostrożność. Była ona zapewne dyktowana nieufnością wobec Getback SA i wspomnianego TFI, w pełni uzasadnioną tolerowaniem przez oba podmioty ewidentnych nieprawidłowości. Lecz adresaci zapewne uznali, iż anonimowy charakter zawiadomienia zwalnia ich od obowiązku reagowania na jego treść, a nawet zapoznania się z nią. Godna smutnej anegdoty jest reakcja ówczesnego przewodniczącego rady nadzorczej, obcokrajowca działającego w aureoli uczciwego autorytetu zaufania (wyszło na jaw, że na wyrost). Nie znając języka polskiego, przekazał on zawiadomienie… prezesowi zarządu, osobie najsilniej uwikłanej w demaskowane nieprawidłowości. Do dzisiaj w dyskusjach na temat Getback SA wspomniane zawiadomienie kwitowane jest pogardliwym określeniem: anonim.

Kilka osób zwracało się do mnie o udostępnienie im tekstu zawiadomienia. Nie znając ich intencji – odmawiałem. Uważałem, że w swoim raporcie należycie przedstawiłem tenor i treść dokumentu. Jako doświadczony redaktor wiem dobrze, iż na podstawie lektury tekstu łatwiej zidentyfikować osobę autora (bądź kilku autorów). Uważam, że ochrona demaskatora polega przede wszystkim na ochronie jego anonimowości. Jest ona jego przywilejem, nie przywarą dyskwalifikującą treści przekazywane przez demaskatora (bywa on też nazywany sygnalistą, co jest mniej trafnym terminem).

Są kraje, gdzie demaskator bywa ścigany, karany. Są kraje, gdzie demaskator otrzymuje sowite nagrody, od ich wielkości kręci mi się w głowie. Są kraje, gdzie demaskator bywa lekceważony. I takie, w których jest lżony. Donosiciel jest najsłabszym epitetem. Silniejsze to kolaborant, kapuś, zdrajca, kanalia. W Polsce utarł się pogląd, że demaskator nie zasługuje na szacunek, gdyż kryje się za zasłoną. Czytam, że połowa Ministerstwa Sprawiedliwości kryła się w swoich plugawych kampaniach za zasłonami nicków, ale na naganę zasłużył uczciwy człowiek anonimowo zgłaszający nieprawidłowości, sięgający po anonimowość z uwagi na swoje bezpieczeństwo.

Współczesna gospodarka jest umiędzynarodowiona, firmy działają w wielu krajach, pod różnymi jurysdykcjami, odmienność regulacji utrudnia ściganie nadużyć i skuteczną ochronę demaskatorów. Coraz więcej inicjatyw zmierza ku umiędzynarodowieniu ram prawnych ochrony demaskatorów. Współczesnej Polsce byłoby z tym nie po drodze: nasi europosłowie występujący na forum swojego parlamentu w obronie praw człowieka i podstawowych wolności bywają pomawiani przez rządowych o donoszenie na Polskę (lecz bez wartości najwyższych: praworządności, praw człowieka, swobód obywatelskich, Polski może nie być). Demaskatora nieprawidłowości łatwo pomówić, ukarać; jego działalność nie jest chroniona immunitetem, jego pozycja jest słaba.

Wsparcie whistleblowingu wymaga budowania w społeczeństwie kultury szacunku dla demaskatora. W raporcie o Getback SA zaleciłem, by rady nadzorcze zadbały o uruchomienie w spółkach bezpiecznych – i gwarantujących anonimowość demaskatorów – procedur whistleblowingu, kierujących informacje do przewodniczącego rady, bądź przewodniczącego komitetu audytu, bądź niezależnego członka rady, bądź audytora wewnętrznego, według wyboru i wygody demaskatora. Zgłoszenia dotyczące nieprawidłowości w spółce i / lub jej najbliższym otoczeniu powinny być poważnie traktowane i starannie badane (s. 55). Bardziej rozbudowane zalecenie w tej kwestii skierowałem do zarządów spółek (s. 57).

Ostatnio Anna Garwolińska zaproponowała ustanowienie w spółkach instytucji męża zaufania, który gwarantowałby, że wnoszenie skarg lub uwag nie będzie karane. Istotne jest tu słowo zaufanie. Whistleblowing rozwinie się wtedy, kiedy demaskatorzy nabędą zaufanie, że ich zawiadomienia zostaną rzetelnie potraktowane, a społeczeństwo, rynek, spółki, nabędą zaufania do demaskatorów działających w dobrej wierze. Zważywszy powszechny brak zaufania w państwie i społeczeństwie, przyjdzie nam na to pracować długo i bardzo wytrwale.

 

Audyt po brytyjsku: reformować czy pudrować?

  • Brexit jest jak chmura gradowa zawisła nad Wyspami, jeszcze więcej obaw budzi nadciągający kataklizm Boris*, ale państwo działa;
  • Jednym z obszarów jego aktywności są usiłowania ku uporządkowaniu skandalicznej branży audytorskiej;
  • Przez półtora roku od upadku Carilliona prześwietlano brytyjski audyt, odsłonięto jego liczne niedomagania i podjęto dyskusję nad sposobami poprawy stanu rzeczy:
  • Jedna z koncepcji zakłada rozpędzenie zblazowanych gigantów Tłustej Czwórki, czyli rozdzielenie pionów audytu i wszelakiego doradztwa.

Szokująca niekompetencja i chciwość brytyjskich audytorów zadziwia nie od dzisiaj. Po upadku Carilliona wyszło na jaw, jak przez lata pasły się na spółce firmy Tłustej Czwórki. Po niemniej głośnym upadku Patisserie Valerie, sieci cukierni, dowiedzieliśmy się, że adytor nie zapoznał się z sytuacją badanej spółki, ponieważ go to nie interesuje. Skandali jest tak wiele, że społeczeństwo traci zaufanie do branży autorskiej, natomiast regulator nie nadąża z wymierzaniem kar.

Wyróżnić można dwa podejścia do problemu. Izba Gmin optuje za radykalną reformą, rząd za przypudrowaniem kryzysu. Parlamentarna komisja ds. BEIS (Biznesu, Energii i Strategii Przemysłowej) pod energicznym przewodnictwem Rachel Reeves opracowała 32 zalecenia, w tym ścisłe rozdzielenie w firmach Tłustej Czwórki działu audytu od pozostałych. Greg Clark, odpowiedzialny na te materię w rządzie, pragnie ograniczenia akcji do niezbędnego minimum w zamiarze „zachowania pozycji Wielkiej Brytanii jako ośrodka doskonałości audytowej”. Jej świadectwem mają być wpływy z eksportu usług audytowych: w 2017 r. przyniosły one 1,3 mld GBP, co dało 11 proc. PKB.

O rzekomej „doskonałości audytowej” świadczą dokonania nadzoru, Financial Reporting Council, oraz imponujące wpływy z kar nakładanych na firmy audytorskie za niestaranne, niechlujne usługi. Najczęściej zarzuca się im brak profesjonalnego sceptycyzmu, przyjmowanie na wiarę oświadczeń menedżerów, brak krytycznego podejścia do przychodów, brak wyobraźni w ocenie kontynuacji działalności. Ale niby jest postęp: za poprawne lub wymagające względnie niewielkich korekt uznano w roku 2018/19 „aż” 70 proc. (!) badań sprawozdań spółek z indeksu FTSE 350; w r. 2017/18 było ich 73 proc. Cel na rok 2019/20 wynosi 90 proc. poprawności badań i jest w tym świetle nadzwyczaj ambitny. FRC zakłada osiągnięcie wskaźnika 100 proc. w roku 2020/21.

Najniżej oceniono PwC i Grant Thornton. Pierwszą za znaczący spadek jakości badań sprawozdań klientów z indeksu FTSE 350, drugą za kompromitujący upadek standardów. Jego świadectwem było oświadczenie audytora po upadku badanej przez lata Patisserie Valerie, że nie jest on od tego, żeby wykrywać oszustwa. Wolał dokonywać ich sam?

W przypadku PwC za satysfakcjonujące lub wymagające niewielkich poprawek uznano zaledwie 65 proc. (mniej niż dwie trzecie!) badań spółek FTSE 350; w poprzednim roku 2017/18 uznano za takie 84 proc. badań. Tegoroczny wskaźnik dla wszystkich badanych spółek jest lepszy: 77 proc. Albo FRC przykłada się bardziej do kontroli badań sprawozdań spółek notowanych, albo PwC przykłada się bardziej do badań spółek nienotowanych. Aż 50 proc. wszystkich przeprowadzonych przez Grant Thornton badań sprawozdań za rok 2018/19 nie spełniło standardów; w ub. roku odsetek rażących braków wyniósł 26 proc. W lipcu b.r. audytor przystąpił do przeglądu jakości swoich usług.

W badaniach sprawozdań spółek z FTSE 350 lepszy wskaźnik osiągnęła KPMG**: 80 proc. badań wymagało nie więcej niż drobne uzupełnienia, co robi wrażenie w porównaniu z katastrofalną oceną za poprzedni rok: zaledwie 50% poprawności. Zamiast bawić się w audyt, można było rzucać monetę. Jeszcze lepszy wynik: 84 proc. osiągnęła Deloitte (poprzednio 75 proc.). Ale firmę ukarano grzywną (pierwotnie 6,5 mln GBP, po okazaniu skruchy i czynnego żalu karę zmniejszono do kwoty 4 225 tys. GBP) po zawiadomieniu Serious Fraud Office o poważnych nieprawidłowościach w badaniu sprawozdań spółki outsourcingowej Serco Geografix. Deloitte zapłaciła także 300 tys. GBP tytułem kosztów postępowania, oraz przyrzekła przeprowadzenie programu szkolenia całego personelu. Grzywną ukarano także partnerkę prowadzącą audyt w Serco. Za to EY dochowała należytych standardów w badaniach 89 proc. sprawozdań spółek z FTSE 350.

*Tekst wysłany do Gazety Giełdy i Inwestorów PARKIET 14 lipca 2019 r. i ogłoszony 30 lipca. Zmieniło się tyle, że Boris został już premierem Zjednoczonego (jeszcze) Królestwa.

**Pierwotnie “napisało mi się” KGHM. Przepraszam. Czytelnikowi dziękuję za zwrócenie mi uwagi.                                                                                                     

 

 

 

 

 

 

 

W mrocznym labiryncie światowych finansów – powieść Tomasza Pruska

Tomasz Prusek: P·I·I·G·S.                                                                                                        

Świat giełdowych spekulacji. Tu można wygrać miliony lub stracić wszystko. Nawet życie.                                                                                                                     

Wydawnictwo Agora 2019. S. 343. Cena zł 36,99.

Powieść Tomasza Pruska prowadzi czytelnika przez labirynt światowych finansów, odsłania ich tajemnice, ukazuje mechanizmy spekulacji na szkodę rynków finansowych i pozwala zrozumieć, jak toczy się mroczna gra o nieprzeciętne zyski prowadzona przez fundusze, banki, rządy i tajne służby.

Fabułę wypełniają postacie, instytucje, wydarzenia, wykreowane przez Autora na podstawie jego znajomości tematu. Tomasz Prusek był przez wiele lat dziennikarzem Gazety Wyborczej piszącym o polskim rynku kapitałowym. Jego teksty wyróżniały się znawstwem i dojrzałością, co zjednało mu uznanie środowisk finansowych i czytelników. Przed kilku laty zadebiutował jako pisarz powieścią K·I·S·S umiejętnie łączącą dramaturgię opisywanych skandali rynkowych z przystępną dydaktyką o naturze pieniądza, rynku, spekulacji i oszustw. Była to pierwsza w naszej literaturze próba powieściowego opisu tych zjawisk, została ona dobrze przyjęta przez czytelników, recenzenci nie szczędzili pochwał (na tle tego, co pisali inni, moja recenzja wypadła zbyt blado).

Można było oczekiwać, że Autor podąży za sukcesem, co wszakże następuje nie od razu. P·I·I·G·S to poniekąd kontynuacja poprzedniej narracji, ale wyprowadzona z polskich realiów w szeroki świat i wypełniona aferami o globalnym już zasięgu. Tytuł powieści to skrót złożony z inicjałów nazw krajów, które na przełomie pierwszej i drugiej dekady XXI wieku wpadły w kryzys spowodowany nadmiernym zadłużeniem. Pierwotnie chodziło o Portugal – Italy – Greece – Spain, państwa południa Europy, członków Unii i uczestników strefy eura. Nieco później dołączono do nich drugie I – Irlandię, która co pewien czas wpada w kłopoty; niemniej skrót niewiele wyjaśnia, bowiem największym grzesznikiem była – i nadal jest – Grecja. Została ona przyjęta do Unii pod wpływem kalkulacji politycznych i sfałszowanych statystyk, bez pamięci zadłużała się, nie była w stanie obsługiwać zadłużenia, co zagroziło napakowanym jej obligacjami bankom francuskim i niemieckim. Te niemieckie może pójdą  na dno, ale francuskim koncertowa akcja pomocy Grecji rzeczywiście pomogła. Po szczegóły odsyłam do omawianej powieści. Najważniejszych informacji Autor nie przekazuje od siebie, utyka je w wypowiedziach dramatis personae, co jest zabiegiem zręcznym.

Książka ma dwie bohaterki: Olgę Kirsch i strefę eura. Pierwsza, znana już z kart poprzedniej powieści, jest postacią fikcyjną, aczkolwiek niektóre jej cechy zapożyczono od prawdziwych osób. Autor nie kryje sentymentu dla pierwszej, kreśli idealistyczny obraz młodej, arcyzdolnej finansistki. Druga bohaterka – strefa eura jest bytem rzeczywistym, mam do niej ogromny sentyment, chciałbym znaleźć się w niej, chociaż kalendarz nieubłaganie przekreśla tę nadzieję. Oglądana w lustrze powieści strefa eura prezentuje się mniej ciekawie, ma wiele słabości, lecz w końcu zostaje uratowana.

Z zainteresowaniem będę oczekiwać kolejnej powieści: czy intryga sięgnie gwiazd? Na tylnej okładce czytam błyskotliwą wypowiedź: „Kiedy Bóg stworzył Olgę Kirsch, w niebie trwała hossa”. Olga jest postacią pozytywną: doskonale orientuje się w arkanach sztuki finansów, ma przy tym zasady, stara się być uczciwą i etyczną. Nie są to cechy na rynkach szczególnie rozpowszechnione, ogromna większość osób opisywanych przez Pruska zapewne wywodzi się z piekieł i do nich niebawem powróci.

Akcja prowadzi czytelnika między innymi przez gabinet szefa banku federalnego w Nowym Jorku, gabinet zarządzającego globalnym „sępim” funduszem (kiedy takie pojęcia pojawiają się w tekście, zostają należycie objaśnione), alpejską klinikę nieopodal Berchtesgaden, oficjalne i tajemne adresy instytucji finansowych w Londynie, pole elitarnego klubu golfowego nieopodal Nowego Jorku (pojawia się na nim, na krótko, bo niezadługo trafi za kratki, sobowtór Bernarda Madoffa), pokład gigantycznego superjachtu greckiego finansisty, feralny hotel w Atenach, osobliwy pub w londyńskiej Soho, ponury gmach berlińskiego ministerstwa finansów, niemiecki ośrodek analiz finansowych, gabinet prezesa dużego greckiego banku, rzymskie centrum konferencyjne, greckie ministerstwo finansów, biura agencji bezpieczeństwa narodowego USA, bar kawowy lotniska w Zurychu, Biały Dom, Ministerstwo Finansów w Warszawie, Europejski Bank Centralny, alejkę w nowojorskim Central Parku, Dublin i prowincjonalną destylarnię whiskey (z pokojami gościnnymi), zurychską willę tajemniczego arcyspekulanta, ławkę przy fontannie w londyńskim Parku Św. Jakuba, wreszcie – kabinę luksusowego prywatnego odrzutowca oczekującego w Londynie na pozwolenie startu… Akcja toczy się wartko, ciekawie. Nie trzeba kończyć szkół ekonomicznych, by zrozumieć misterną intrygę. To dobra książka.

Wątkowi przewodniemu towarzyszą godne uwagi wątki uboczne. Jak ten, gdy doradca prezydenta USA setki razy starał się odpowiedzieć sobie na pytanie, jak jeden, niepozornie wyglądający człowiek, który pomimo miliardów dolarów na koncie nie nosił garniturów Armaniego ani butów Gucciego, mógł przewidzieć na giełdzie coś, czego nie przewidział rząd federalny, bank centralny, komisja papierów wartościowych razem wzięte? Dodam, iż ów zadziwiający geniusz finansów nawet nie miał na mankietach koszuli wyhaftowanych swoich inicjałów.

Z należnym szacunkiem dla Pruska – pisarza, który jak nikt potrafi przenikać tajemnice wielkich finansów i interesująco je opisać, pragnę wyrazić żal, że z łamów Gazety Wyborczej znikł Prusek – komentator rynku kapitałowego, kompetentny, rzeczowy, potrafiący utrzymać należny dystans do opisywanych zjawisk, wydarzeń, procesów. Tracą na tym czytelnicy, traci gazeta. Tematyka giełdowa warta jest uwagi.

Czytaj także:

2014.05.29 Im więcej kobieta ma zasad…

 

 

Governance na antypodach, antypody governance w Polsce

  • W Australii i Nowej Zelandii można zaobserwować wysokie stany zainteresowania problematyką corporate governance i etyki biznesu;
  • W Australii znaczne poruszenie wzbudziły wyniki badań komisji królewskich, m.in. nad kryzysem corporate governance i etyki w bankach i instytucjach finansowych;
  • Nowa Zelandia może się poszczycić wzorowym Corporate Governance Handbook, niedawno ogłoszonym przez New Zealand Market Authority;
  • Na tym tle pojawiają się pytania o stosowanie standardów corporate governance przez kościoły i instytucje wyznaniowe.

Dlaczego kościół rzymsko-katolicki odrzuca zasady corporate governance? W przypadku Nowej Zelandii odpowiedzi udziela niedawno powołany dyrektor generalny diecezji Auckland, James van Schie. Uczestniczył on niedawno w programie Australijskiego Uniwersytetu Katolickiego w Rzymie dla menedżerów katolickich organizacji biznesowych, skąd przywiózł stanowisko: kościół i organizacje katolickie nie kierują się standardami corporate governance, ponieważ nie działają dla zysku, natomiast kierują się misją. Stanowisko to nie bierze pod uwagę, że corporate governance, dotycząc przede wszystkim przejrzystości, nie koncentruje się na kwestii zysku. Nic przecież nie stoi na przeszkodzie, by misję spełniać przejrzyście, uczciwie rozliczać się z pieniędzy, ogłaszać wiarygodne sprawozdania na temat przychodów i wydatków.

Według dwutygodnika New Zealand Catholic, jedynego katolickiego periodyku w kraju, James van Schie twierdzi, iż cele działania organizacji katolickich , czyli rozwój ludzi i dobro powszechne, są niemniej ważne od zasad corporate governance, których nie należy traktować jako standardu złota. Ryzyko organizacji katolickich tkwi w ich reakcjach na niepowodzenia: szukają one wówczas łatwych odpowiedzi na trudne pytania i zwracają się ku zasadom corporate governance. Lecz zasady te nie przystają do celów kościoła, są od nich całkiem odmienne, ponieważ zakładają one naganne dążenia do zysku. Jest to osobliwe odczytanie zasad corporate governance – prymitywne, lecz jakże wygodne.

Niemniej należy przyznać, że diecezja Aukland podjęła – ustami swojego ekonoma – temat corporate governance. Trudno byłoby milczeć dłużej. Nowa Zelandia w znacznym stopniu podąża śladem rozwiązań australijskich. Tamtejsze komisje królewskie, powoływane w sprawach budzących szczególne zainteresowanie, bardzo krytycznie oceniają stan corporate governance i etyki w kraju. Zwrócono uwagę, że banki powinny w większym stopniu brać pod uwagę interesy klientów. Komisje stanowczo wskazują, że opieka nad osobami w podeszłym wieku powinna stawiać troskę o podopiecznych ponad planowaniem, a kościoły powinny bardziej zadbać o wiernych, niż o siebie. Na marginesie: na antypodach może chodzą do góry nogami, ale standardy etyczne mają wyższe od naszych. Niedawno stracił posadę szef nowozelandzkiego oddziału największego tamtejszego banku, Australia & New Zealand Banking Group, ponieważ usiłował obciążyć firmowy budżet wydatkami na szofera i wina. Porównanie z wydatkami na podróże Marka Kuchcińskiego byłoby nie na miejscu.

Nie sądzę, by rozważania o corporate governance na antypodach, ani o kościele Nowej Zelandii, rozpaliły wyobraźnię Czytelników. Zwrócę jednak uwagę na brak przejrzystości majątku i działalności kościołów i organizacji wyznaniowych w Polsce. Nie stosują się one do zasad corporate governance nie dlatego, że zasady te dopuszczają – zgoła promują! – działalność dla zysku; kościół katolicki w Polsce bliższy jest zyskom, niż zbawieniu. Zatem nie charakter działalności jest przeszkodą w upublicznieniu danych o majątku i działalności kościoła rzymsko-katolickiego. Najbardziej boleśnie uwiera postulat dochowania przejrzystości.

W Polsce kościół utrzymuje się nie tylko z datków wiernych. Korzysta w coraz większym stopniu także ze środków publicznych. Płyną one, nadzwyczaj obficie, także do Tadeusza Rydzyka i jego przedsięwzięć biznesowych. Nie tylko kościół oficjalny, także toruński przedsiębiorca nie rozliczają się z dotacji budżetowych. Nie sądzę, bym doczekał zmiany stanu rzeczy.

Za to wszystko winię nie tylko kościół. Przede wszystkim państwo: ospałe, wyprute z energii, posłuszne wymaganiom kościoła i nieposkromionym żądaniom imć Rydzyka; państwo, które samo zapędziło się na antypody governance. Nie tak powinno być.

 

 

 

 

 

 

Sotheby’s schodzi z parkietu

Jako spółka publiczna Sotheby’s była mocno krępowana niską otwartością na ryzyko.

  • Sotheby’s (NYSE, kod BID) zamknęła notowania po kursie 35,38 USD, nazajutrz otwarto je po kursie 55,30 USD, obroty wzrosły blisko 50 razy. Przyczyna?
  • Ogłoszono wezwanie na spółkę z najdłuższą tradycją spośród wszystkich na rynku i jedyną notowaną w branży;
  • Christie’s – największy konkurent legendarnego domu aukcyjnego – nie jest spółką notowaną, więc korzysta z przewagi konkurencyjnej;
  • W warunkach rynkowego duopolu status spółki publicznej ogranicza możliwości rozwojowe Sotheby’s, o czym świadczą stracone okazje z ostatnich lat.

Oferta wynosi 3,7 mld USD, czyli 57 USD za akcję (notowania przekroczyły już tę cenę), co dało premię ponad 61 proc. Wzywającym jest Patrick Drahi, kolekcjoner sztuki, francuski potentat telekomunikacyjny i miliarder. Z własnej szkatuły wykłada 1,5 mld USD, reszta to kredyty. Sotheby’s przyjął ofertę. Prawdopodobnie transakcja zostanie domknięta jesienią. Z punktu widzenia spółki delisting ma same zalety. Daje elastyczność finansową. Daje możliwość zachowania w poufności procesu przygotowań do największych transakcji. Daje szansę wzmocnienia obecności na rozwijającym się rynku globalnym. Daje możliwość wykorzystania najnowszych technologii pomagających w uzyskiwaniu najwyższych cen transakcyjnych. Drahi jest inwestorem i kolekcjonerem długoterminowym. Kieruje firmą Altice, działającą także w USA.

Poza zasięgiem czujnego wzroku uczestników rynku, uwolniony od presji na doraźne wyniki pokazywane w raportach kwartalnych, dom aukcyjny może skupić się na dążeniach do osiągnięcia zamierzeń długoterminowych, zyska też zdolność do oferowania właścicielom obiektów wystawianych na aukcje przyzwoitych gwarancji ceny minimalnej. Jako spółka publiczna Sotheby’s była mocno krępowana niską otwartością na ryzyko.

Giełdowa karuzela                                                                                                             

Sotheby’s legitymuje się tradycją sięgającą roku 1744. Spółkę zawiązano w Londynie, do dzisiaj zachowała historyczny budynek przy New Bond Street. Upubliczniona została w 1977 r. Już w 1983 r. ściągnął ją z parkietu amerykański kolekcjoner i inwestor (centra handlowe) A. Alfred Taubman. Po 5 latach spółka powróciła na rynek, tym razem notowana przez 31 lat. Jeszcze niedawno płacono za akcję po 32 USD. Spółka działa pod prawem stanu Delaware. W 2018 r. przychody ze sprzedaży wyniosły 6,4 mld USD (wzrost 16% r/r).

Największy konkurent spółki i obecny lider rynku sztyki, dom aukcyjny Christie’s, powstał w Londynie w 1766 r. W latach 1973 – 1999 spółka była notowana na giełdzie londyńskiej, skąd ściągnął ją François Pinault. Firma z brytyjskim rodowodem i charakterem należy do Francuza, działa na całym świecie, a główną siedzibą ma w Nowym Yorku, Rockefeller Plaza 20. W 2018 przychody wyniosły 7 mld USD (wzrost 6 r/r). Powrót do notowań nie jest przewidziany.

Trzeci z globalnych domów aukcyjnych, Bohnams, powstał w Londynie w 1793 r. (wszystkie trzy domy wywodzą się z dzielnicy Mayfair i utrzymują placówki na New Bond Street). Firma nigdy nie była na giełdzie; ma barwną historię fuzji i przejęć, we wrześniu 2018 r. nabył ją brytyjski fundusz private equity Espiris. Wprowadzenie spółki do notowań nie jest przewidziane.

Cena gwarantowana                                                                                                               

Dlaczego wielkie domy aukcyjne wolą iść w prywatne ręce, niż korzystać z dostępu do kapitału poprzez giełdę? Wynika to ze specyfiki ich branży.

Rynek sztuki jest materią  delikatną. Zależy od mód, kaprysów i koniunktur. Od gotowości właścicieli dzieł sztuki do wystawienia ich na sprzedaż. Od gotowości nabywców do spełniania apetytów właścicieli dzieł na przyzwoite ceny. Kiedy obiekt spada z aukcji, o czym niekiedy przesądzi nieodgadniony przypadek, opinia o jego wartości może doznać znacznego uszczerbku. Nawet kiedy znajdzie się reflektant, lub kilku reflektantów podbijających cenę, przecież nie można przewidzieć, jak zamknie się licytacja, ani czy jej rezultat zadowoli wystawiającego.

Dlatego domy aukcyjne niekiedy dają sprzedawcy gwarancję uzyskania przezeń dobrej ceny; jeżeli licytacja nie doprowadzi do jej osiągnięcia, będą musiały dopłacić. Jeżeli sprzedaż nastąpi po wyższej kwocie, różnica zostanie podzielona między dom aukcyjny i sprzedawcę. Operacja jest ściśle poufna, nikt postronny nie powinien poznać ceny gwarantowanej i związanego z tym ryzyka ciążącego na domu aukcyjnym.

Ograniczając ryzyko, spółka publiczna nie może oferować wysokich gwarancji. Dlatego Sotheby’s straciła na rzecz Christie’s aukcję kolekcji Davida i Peggy Rockefellerów, sprzedanej (poszły wszystkie obiekty!) za 832,6 mln USD – była to najwyższa cena uzyskana kiedykolwiek za prywatną kolekcję. Christie’s udało się także pokonać konkurenta w dążeniu do sprzedaży obrazu Leonarda da Vinci Salvador Mundi. Ten najdroższy w dziejach pojedynczy obiekt nabył saudyjski książę za 450 312 500 USD (rzeczywista cena sprzedaży). Obie transakcje wymagały wystawienia sprzedawcom gwarancji i zaangażowania przez dom aukcyjny dużego kapitału. Christie’s mógł sobie na to pozwolić, Sotheby’s – jako spółka publiczna – nie. W obu przypadkach ryzyko popłaciło.

W labiryncie wartości i cen                                                                                                   

W transakcjach handlowych zazwyczaj cena jest jedna, znana z góry. W handlu sztuką jest inaczej. Prócz ceny gwarantowanej występuje cena wywoławcza, nominalna cena sprzedaży i rzeczywista cena sprzedaży. Cena wywoławcza to ta, po której obiekt zostaje wystawiony na licytację. Zbyt wysoka cena wywoławcza rodzi ryzyko, że obiekt został przeszacowany i nie znajdzie reflektanta. Zbyt niska rodzi ryzyko, że obiekt przejdzie w inne ręce po tej cenie, bez postąpienia w licytacji.

Dom aukcyjny zawsze liczy na to, że licytacja poniesie cenę w górę, często ponad wartość szacunkową oferowanego obiektu (tzw. estymację, określaną widełkowo, na oko, na podstawie znajomości dzieła, jego proweniencji oraz sytuacji na rynku). Decyduje o tym atrakcyjność oferty, sposób jej prezentacji, atmosfera i przebieg licytacji, waga i powaga jej uczestników, także zręczność prowadzącego licytacje aukcjonera w kreowaniu ducha rywalizacji cenowej. Licytacja prowadzi do ustalenia nominalnej ceny sprzedaży – idzie ona w świat, niesiona tłustymi nagłówkami prasowymi, wspierana komentarzami w mediach, przyprawiając wielu o istny zawrót głowy.

Paradoks polega na tym, że nominalnej ceny sprzedaży ani nie uiszcza kupujący, ani nie otrzymuje sprzedawca lub dom aukcyjny. Nabywca płaci rzeczywistą cenę sprzedaży, na którą składa się wylicytowana kwota nabycia, marża transakcyjna domu aukcyjnego, nierzadko także podatek. Dom aukcyjny marżę zatrzymuje, podatek odprowadza. Dzieli się ze sprzedawcą nadwyżką uzyskana ponad cenę gwarantowaną, wcale niekoniecznie w proporcji fifty-fifty. Każda transakcja jest inna, dla każdej wielkiej transakcji ustalane są własne zasady.

Znane są przypadki zbycia obiektu po zaoferowanej przez reflektanta cenie przedaukcyjnej, tak korzystnej dla sprzedawcy i domu aukcyjnego, że rezygnują z licytacji (publicznej lub zamkniętej) i związanego z nią ryzyka. A kiedy obiekt wystawiony na licytację nie znalazł nabywcy, reflektant może dyskretnie zaproponować jego kupno po cenie poaukcyjnej. Jeżeli sprzedający okaże się desperatem, a dom aukcyjny znajdzie się w potrzebie gotówki, można będzie trochę utargować.

Cena drugiej oferty płacona jest przez nabywcę w tzw. akcji Vickrey’a. Oferowane dzieło wystawia się publicznie bez ceny wywoławczej, ale z określeniem estymacji (wartości szacunkowej). Oferty składa się, do oznaczonego terminu, w zamkniętych kopertach. Nabywcą zostaje ten, kto zaoferował najwyższą cenę. Płaci wszakże nie aż tyle, ile sam oferował. Obowiązuje go cena zgłoszona przez następnego po nim. W grę wchodzą przeto nie tylko pieniądze, lecz także elegancja, absolutna dyskrecja, uczciwość i przejrzystość transakcji.

Brzemię giełdy

Jest przeto zrozumiałe, że dom aukcyjny źle czuje się na giełdzie. Krępują go wymogi przejrzystości i sprawozdawczości. Jak raportować akcjonariatowi, że kapitały spółki zostały uwięzione w gwarancji sprzedaży obiektu, którego twórca jest rozpoznawalny tylko na rynku sztuki, lecz na kapitałowym może nikt o nim nie słyszał? Jak pogodzić konieczne ryzyko z wymogami fiduciary duty? Jak wyjaśnić rynkowi dowolność i mnogość cen? Jak przekonać inwestorów o korzyściach cen drugiej oferty?

The Economist ocenia, że na Sotheby’s i Christie’s przypada aż 80 proc. wartości transakcji powyżej 1 mln USD na globalnym rynku sztuki. Ale ogromna większość transakcji na rynku sztuki dotyczy obiektów sprzedawanych poniżej 10 000 USD. Czy istnieje bariera grodząca profanom dostęp do tej lukratywnej branży? Czy cokolwiek powstrzyma giganty, jak Alibaba lub Amazon, przed wejściem na to poletko? Nie wszyscy są świadomi, czym różni się handel sztuką od handlu mydłem lub grochem. Kiedy powstawał w Polsce rynek kapitałowy, a rynek sztuki wkraczał do domów aukcyjnych, dzwoniły do mnie redakcje z prośbą o wskazówki, jakiego można oczekiwać przebicia (!), w skali roku i trzech lat, nabywając obraz Malczewskiego (nie potrafiono wyjaśnić, którego).

Zdanie w nawiasie zostało przytomnie poprawione przez redakcję Parkietu. Słowo „którego” zastąpiono słowem „który”. Lecz mnie nie chodziło o konkretny obraz, a o to, czy pytają o Jacka, czy Rafała…)

Problemem rynku sztuki nie jest popyt, o dzieła naprawdę wybitne kupcy zwykli się bić (i przebijać oferty konkurentów). Problemem jest podaż. Niezliczone arcydzieła są wyłączone z rynku przez muzea i kościoły; nie bywają one nabywcami, gdyż nie dysponują funduszami, ale korzystają z darowizn i legatów. Vermeerów już nie przybywa. Odkryty u dziadka na strychu Tycjan lub Caravaggio to może temat na opowieść, ale nie rzeczywistość. Dzieł mniej wybitnych jest sporo, lecz trzeba umieć je sprzedać, umiejętnie podpompować ich legendę.

Zasoby domu aukcyjnego

Najcenniejszym dobrem domu aukcyjnego jest jego reputacja. Niebywale ważna jest historia: ile dzieł sprzedanych przez ten dom znajduje się w Ermitażu, Metropolitan, Luwrze? Jakie słynne kolekcje pomyślnie zlicytowano? Ile razy najsłynniejsze obiekty wracały pod młotek aukcjonera? Ale zasobem najdroższym, najrzadszym, trudnym do pozyskania, są pracujący dla danego domu wybitni specjaliści. Handluje się nie, jak kiedyś, książkami i obrazami, a wszystkim, co pobudza wyobraźnię: sztuką współczesną i dawną w przekroju przez tysiąclecia, kontynenty, rozmaite formy i style; cennymi dokumentami; starymi winami; historycznymi samochodami; wytwornymi rezydencjami; olśniewającymi klejnotami, sukniami Marylin lub Diany; meblami, numizmatami, zegarami i zegarkami, ceramiką, fotografiami, sztychami, lalkami i zabawkami…

Potrzebni są zatem eksperci gotowi oceniać obiekty, zbadać stan ich zachowania, ustalić proweniencję, oszacować przybliżoną wartość. To wymaga wnikliwej specjalistycznej wiedzy z rzadkiej dziedziny, bogatego doświadczenia, wyrafinowanego znawstwa. Lecz mało tego: liczą się ich kontakty w kręgu potencjalnych zbywców, nabywców, ekspertów, muzealników, twórców kolekcji, doradców kolekcjonerów itd. Takie przymioty i umiejętności kosztują dużo pieniędzy. Dom aukcyjny nie może spowiadać się inwestorom z ponoszonych kosztów osobowych, oni mogą tego nie zrozumieć.

Tekst ogłoszony w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET w lipcu 2019 r. (jestem na urlopie, konkretnej daty nie pamiętam)