CHOICE i wnioski z batalii o wnioski

Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn15Share on Facebook0

Financial CHOICE Act został w czerwcu b.r. uchwalony przez Izbę Reprezentantów mechaniczną przewagą głosów Republikanów. Obecnie proceduje nad nim Senat. Rynek kapitałowy wciąż zgłasza wiele zastrzeżeń. Głosy sprzeciwu dotyczą m.in. przewidywanego wpływu proponowanej ustawy na prawa inwestorów. Regulacja wyraźnie zmierza do ograniczenia możliwości wnoszenia przez akcjonariuszy wniosków o poszerzenie porządku obrad dorocznych walnych zgromadzeń. Wobec tego warto poznać statystyki obrazujące tę formę aktywności na walnych zgromadzeniach.

Według Harvard Law School Forum on Corporate Governance and Financial Regulation, w 2017 roku akcjonariusze wnieśli przed doroczne walne zgromadzenia spółek notowanych w USA 827 wniosków o przyjęcie proponowanych uchwał, mniej niż w ubiegłorocznym sezonie walnych zgromadzeń (916) i znacznie mniej niż w roku 2015 (943). Propozycje najczęściej dotyczyły czterech kategorii spraw: [I] corporate governance i praw akcjonariuszy, [II] środowiska i spraw społecznych, [III] wynagrodzenia menedżerów, oraz [IV] obywatelskiego zaangażowania spółek. Najwięcej (345) propozycji dotyczyło środowiska i spraw społecznych, w tym m.in. ochrony środowiska i zmian klimatycznych (144), różnorodności w składzie rad dyrektorów, oraz dyskryminacji w postaci różnic w wynagrodzeniach kobiet i mężczyzn (gender pay gap).

Jeszcze w 2016 r. akcjonariuszom udało się przepchnąć tylko jedną uchwałę w sprawie środowiska i zmian klimatu; pozostałe wnioski zyskiwały przeciętnie 24,2% głosów oddanych. W 2017 r. uchwały w tej sprawie przyjęły już trzy ważne spółki, a projekty klimatyczne uzyskiwały przeciętnie 32,6% głosów oddanych. O zmianie stanu rzeczy zadecydowało poparcie dużych inwestorów, jak BlackRock, Vanguard, Fidelity. Walne Occidental Petroleum Corp. przyjęło uchwałę klimatyczną większością 67,3% głosów, w tym oddanych przez CalPERS i BlackRock. Walne PPL Corp. przyjęło podobną uchwałę na wniosek New York State Common Retirement Fund; padło na nią 56,8% głosów, w tym oddanych przez CalPERS i inne fundusze emerytalne. Nowojorski fundusz wnioskował także o przyjęcie uchwały klimatycznej przez Exxon Mobil; zyskała ona 62,1% głosów oddanych.

Znaczną aktywnością w sprawach klimatu wyróżnili się także As You Sow Foundation, Trillium Asset Management, New York City Comptroller, Walden Asset Management i Mercy Investment Services. Projekty uchwał klimatycznych zostały ponadto wniesione przed walne zgromadzenia osiemnastu innych spółek i były głosowane przez dziesięć spośród nich, gdzie zebrały przeciętnie 45,6% głosów oddanych. Oprócz bezpośredniego oddziaływania spółek na zmiany klimatyczne propozycje środowiskowe dotyczyły przeciwdziałania deforestacji, stosowania pestycydów, przedkładania przez spółki sprawozdań na temat zrównoważonego rozwoju, energii odnawialnej i recyklingu; zyskiwały one po kilkanaście – kilkadziesiąt procent głosów i nie zostały uchwalone.

Nigdy wcześniej oddziaływanie spółek na środowisko i ich odpowiedzialność klimatyczna nie budziły w USA tak żywego zainteresowania. Natomiast, co znamienne, nie zyskały poparcia starania niektórych inwestorów o przywrócenie postaci fizycznej walnym zgromadzeniom organizowanym wyłącznie wirtualnie. Propozycje w tej sprawie nie stawały na walnych zgromadzeniach w latach 2015 i 2016, pojawiły się one w bieżącym roku, ale żadna z nich nawet nie została poddana pod głosowanie. Silna opozycja poważnych inwestorów wobec odbywania walnych zgromadzeń wyłącznie w postaci wirtualnej zapewne zaowocuje próbami wnoszenia tej sprawy przed walne zgromadzenia spółek, które zrezygnowały, lub zapowiadają rezygnację, z fizycznych walnych zgromadzeń.

Dopóki trwają dyskusje w Senacie USA, nie została przesądzona sprawa podniesienia progów uprawniających inwestorów do wnioskowania uchwał na walnych zgromadzeniach (Rule 14a-8). Chodzi o okres posiadania akcji i ich udział w kapitale spółki. Uważa się, że progi zostaną podniesione. Gdyby nawet nie uczynił tego CHOICE Act, może tego dokonać w ramach swoich kompetencji Securities and Exchange Commission. Z pewnością akronim CHOICE (czyli „zmiana”) wprowadza w błąd. Jego rozwinięcie to Creating Hope and Opportunity for Investors, Consumers and Entrepreneurs. Czyli „Tworząc nadzieję i szansę dla inwestorów, konsumentów i przedsiębiorców”. Brzmi równie obiecująco, co „Dobra zmiana”. Gdybyśmy nadali imiona przyjmowanym w jej ramach ustawom, mielibyśmy Deforestację, Deformę, Demolkę, Dewastację, a wkrótce i Degradację. To już Financial CHOICE Act budzi mniej obaw.
Tekst ogłoszony 4 sierpnia 2017 r. w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET

Czytaj także:
2017.07.27 Akcjonariusze wszystkich spółek, łączcie się!

Nie Amrest ucieka z Polski, ale Polska z Unii (o powodach przeniesienia siedziby Amrest Holding SE)

Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn29Share on Facebook1

Amrest daje wyraz obawom, że Polska znajdzie się poza Unią Europejską. Byłoby to niekorzystne dla spółki, także dla Unii, a Polsce przyniosłoby katastrofę. Niemniej rynek kapitałowy nie docenia znaczenia wiadomości o planie przeniesienia siedziby Amrest Holding Spółki Europejskiej z Wrocławia do Madrytu. Analitycy mojego biura maklerskiego oceniają ją jako neutralną dla kursu spółki. W tym punkcie mogą mieć rację. Przez pryzmat polityki sprawa wygląda inaczej. Jak kiedyś podczas uczty Baltazara, tak dzisiaj podczas posiłku w restauracji Amrestu komuś może jawi się na ścianie złowrogie proroctwo: mane tekel fares.

Amrest nie opuści Polski całkiem. Spółka prowadzi tu biznes, ma kilkaset restauracji, jest notowana na warszawskiej giełdzie. Wytoczone przez nią argumenty wcale nie przemawiają za potrzebą przeprowadzki. Czytam projekt nowego statutu, niemiłosiernie przegadany, bo napisany językiem brukselskich biurokratów. Dotychczasowy tekst mieścił się na sześciu stronach, nowy zajmuje siedemnaście. Dwie nowości rzucają się w oczy. Po pierwsze, radę nadzorczą zastąpi rada dyrektorów. Po drugie, spółka będzie obowiązana publikować roczne sprawozdania o stosowaniu ładu korporacyjnego.

Wprowadzić radę dyrektorów, jednolity organ zarządczo-nadzorczy, spółka mogłaby śmiało bez wyprowadzki z Polski. Pozwala jej na to status spółki europejskiej, jednolity dla wszystkich państw członkowskich Unii Europejskiej. Dziwiłem się, że w miejsce takiego rozwiązania spółka przyjęła rozpowszechniony w Polsce model odrębnych organów, zarządu i rady nadzorczej. Tłumaczyłem sobie, że zapewne przemówiła za tym obawa przed znacznymi uprawnieniami związków zawodowych (w spółce europejskiej pozycja pracowników jest silniejsza niż w polskiej spółce akcyjnej). Planując przeprowadzkę do Hiszpanii, Amrest Holding SE przyjmuje model ustrojowy bardziej zrozumiały dla nowego otoczenia.

Cieszy mnie, że spółka będzie informować o stosowaniu ładu korporacyjnego. Powinna to robić i w Polsce, gdzie do corporate governance odnosiła się z lekceważeniem. Na stronie internetowej zamieszcza ogólniki na temat stosowania ładu korporacyjnego datowane na 25 listopada 2013 r. Dobre praktyki spółek notowanych na GPW w redakcji z 2016 roku w ogóle nie zostały przez Amrest zauważone. Wiadomo mi natomiast, że na hiszpańskim rynku corporate governance traktowane jest z większą niż u nas uwagą i powagą. Powodzenia życzę! Jeżeli spółka wejdzie, jak planuje, także na drugi parkiet, na którąś z giełd zachodnioeuropejskich, wnet nauczy się, jak ważne jest kierowanie się standardami corporate governance.

Z szacunkiem przyjmuję natomiast argument spółki, że jej dalszy rozwój na rynkach europejskich, z czasem zapewne i na innych, może wymagać kapitału (przeniesienie siedziby nie wpłynie na kapitał zakładowy), który łatwiej będzie zebrać poza Polską.
* Po pierwsze, Polska nie należy do strefy eura, a rządzący zarzekają się, że prędko eura nie przyjmie, co zniechęca do lokowania tu siedziby.
* Po drugie, niechęć do wspólnej waluty europejskiej jest obecnie jednym z komponentów niechęci polskiego rządu do Unii Europejskiej i jej systemu wartości, w tym rządów prawa i wolnego rynku; daje to pożywkę oszalałym pomysłom Polexitu.
* Po trzecie, chociaż w Polsce wcale nie brakuje kapitału, przecież brakuje zaufania. Oraz wiary w przyszłość gospodarki i rynku kapitałowego. Większość spółek notowanych w Warszawie nie jest w stanie przeprowadzić wtórnej oferty publicznej. Oferty pierwotne dochodzą do skutku w dolnych widełkach ceny, bądź są odwoływane, bądź po wejściu na parkiet spółka traci płynność (ratując się zleceniami na jedną akcję składanymi po coraz niższych cenach).
* Po czwarte, warszawska giełda pada ofiarą niejasnych rozgrywek politycznych w łonie grupy trzymającej władzę, która nie umie skutecznie powołać kompetentnego prezesa. Dlatego Amrest myśli o wprowadzeniu akcji do obrotu na jakiejś poważnej giełdzie, gdzie kurs kwotowany będzie w eurach (nawiasem: wartość nominalna akcji holdingu to raptem 1 eurocent).

Spółka taktownie nie wytacza wszystkich przywołanych wyżej argumentów za przeniesieniem siedziby. W Polsce wyrosła przecież ponad Pałac Kultury i zamierza rozwijać się nadal. Na siedzibę wybrała Hiszpanię, która jest jej drugim rynkiem, spośród kilkunastu; niebawem może ich przybyć. Jose Ortega y Gasset, hiszpański eseista i filozof, głosił pogląd, iż w jego ojczyźnie jest dużo do oglądania i mało do jedzenia, z czym zgadzam się w zupełności. Tamtejsza kuchnia nie ma najlepszej opinii, co przed Amrestem otwiera świetlane perspektywy.

Akcjonariusze wszystkich spółek, łączcie się!

Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn16Share on Facebook0

Business Round Table to założona w 1972 r. organizacja zrzeszająca szefów największych notowanych, czyli po prostu największych amerykańskich spółek. Kładzie ona silny nacisk na standardy corporate governance. W sierpniu 2016 BRT przyjęła Principles of Corporate Governance, dokument zadziwiająco wstrzemięźliwy w prezentacji praw akcjonariuszy. Prawom tym stawia się granice. Akcjonariusze nie powinni wykorzystywać spółek, w które zainwestowali, jako platform służących ich osobistym celom, ani do propagowania poglądów politycznych i społecznych. Niektórzy z nich wykazują bowiem dążenia do wywierania wpływu na strategię spółki lub procesy podejmowania decyzji, a przecież są to sprawy zastrzeżone dla rady dyrektorów i zarządu, rodzące odpowiedzialność za długoterminowe kreowanie wartości spółki. Czyli: akcjonariusze, nie zawracajcie głowy; czyż nie wystarcza, że spółki zarządzane przez prezesów z BRT wypłacają wam corocznie ponad 220 miliardów USD dywidend?

W ramach projektu „Shareholder Proposal Process” Business Round Table podejmuje intensywne starania ku ograniczeniu praw akcjonariuszy do wnoszenia projektów uchwał na doroczne walne zgromadzenia. Nacisk zręcznie położono na potrzebę zaostrzenia warunków kwalifikujących akcjonariusza do wnoszenia projektów uchwał. Według obecnej regulacji powinien on reprezentować akcje o wartości co najmniej 2.000 USD i posiadać je co najmniej od roku. Zdaniem prezesów największych korporacji jest to regulacja archaiczna: wystarczy, że szeregowy akcjonariusz posiada przez rok 3 akcje Google Inc., a już nabywa prawo do wnoszenia spraw przed walne zgromadzenie tej spółki.

Wysokość progu została ustalona w 1983 roku, w innych realiach ekonomicznych, kiedy rzeczywista wartość pieniądza była nieporównanie inna; w 1998 r. skorygowano go jedynie o wskaźnik inflacji. BRT optuje za znacznym podniesieniem progu, by drobnica nie mogła zatruwać obrad niedorzecznymi wnioskami, postuluje przeto zastąpienie wymogu kwotowego wskaźnikiem procentowym: prawo wnoszenie projektów pod obrady walnego zgromadzenia mieliby w dużych spółkach akcjonariusze posiadający co najmniej 0,15% kapitału, a w małych 1%. Są to propozycje daleko odbiegające od standardów europejskich. Można natomiast doszukać się w nich analogii do niesławnego postanowienia polskiego Kodeksu handlowego (§ 2 dodany do art. 414, tzw. lex Jedamscy) pozwalającego zaskarżać uchwały walnego zgromadzenia spółki publicznej wyłącznie akcjonariuszowi (lub grupie akcjonariuszy) reprezentującemu nie mniej niż 1% ogólnej liczby głosów w spółce. Po skardze konstytucyjnej Raimondo Egginka Trybunał Konstytucyjny stwierdził niekonstytucyjność tego przepisu.

Dopiero w tle wywodu BRT padł argument o większym ciężarze gatunkowym: akcjonariusze wykorzystują prawo wnoszenia projektów uchwał do zaprzątania uwagi walnych zgromadzeń sprawami, które nie kreują długoterminowej wartości spółki: pragną ujawniać wydatki spółki o charakterze politycznym, ujawniać ryzyko ciążące na działalności spółki w kontekście zmian klimatycznych, albo poruszają kwestie praw człowieka, jakby nie rozumieli, że w oczach menedżerów celem działania spółek jest biznes, tylko biznes. Prezesów największych korporacji zapewne najbardziej boli powszechnie wzbierające wśród akcjonariuszy poparcie dla uchwał dotyczących oddziaływania zarządzanych przez nich spółek na klimat, oraz związanego z tym ryzyka. Wolą jednak ośmieszać aktywność inwestorów przykładem uchwały powziętej przez walne zgromadzenie Kellogg Co., by nie wprowadzać do obrotu jaj z chowu klatkowego. Ale co w tym śmiesznego?

BRT proponuje wydłużenie okresu posiadania akcji z jednego roku do trzech lat, zwiększenie wymogów dotyczących identyfikacji wnioskodawcy działającego przez pełnomocnika (proxy), oraz przestrzegania wymogów w kwestii objętości wniosku: dopuszcza się 500 słów, ale niesforni akcjonariusze dołączają grafy, ilustracje, nawet emotikony. Na koniec, BRT pragnie zaostrzyć warunki resubmisji wniosków: obecnie projekty, które uzyskają co najmniej 3% oddanych głosów mogą być co najmniej raz poddane pod głosowanie na kolejnych walnych zgromadzeniach; te, które uzyskają co najmniej 10% oddanych głosów, mogą być poddawane pod uwagę zgromadzeń w nieskończoność. Prezesi uważają, że jest to „tyrania mniejszości”.

Ich obawy potwierdziły się: projekty uchwał o odpowiedzialności klimatycznej, jeszcze w ubiegłym roku odrzucane przez walne zgromadzenia amerykańskich spółek, w tym roku w kilku wielkich spółkach już uzyskały poparcie większości. I wiele wskazuje na to, że w kolejnym roku poparcie dla nich wzrośnie. Stanowisko Business Round Table pozwala zrozumieć, skąd się bierze poparcie wielkiego biznesu dla Donalda Trumpa, a także – gdzie leżą źródła niechęci Trumpa do uzgodnień paryskiego porozumienia klimatycznego.

Akcjonariusze wszystkich spółek, łączcie się! Prezesi już złączyli swoje siły – na waszą szkodę.

Tekst ogłoszony 19 lipca 2017 r. w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET
Czytaj także:
2017.06.24 Rynek za klimatem, polityka przeciw

Retention bonus: czym jest, czemu służy, jakie ma zalety i wady

Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn9Share on Facebook0

Retention bonus (ang.) to potoczna nazwa nadzwyczajnej wypłaty dla menedżerów i /lub wartościowych specjalistów w celu zatrzymania ich na stanowiskach. Do takiej wypłaty, bądź obietnicy wypłaty, najczęściej dochodzi w sytuacjach, kiedy spółka wchodzi w ostry wiraż, jak głęboka restrukturyzacja, postępowanie układowe /upadłościowe, likwidacja. W czasach pomyślności odejścia menedżerów i /lub specjalistów nie bywają nagminne, a zastąpienie odchodzącego kimś równie wartościowym nie jest zadaniem niewykonalnym. W obliczu nadciągającego kryzysu, bądź w jego trakcie, menedżerowie i specjaliści są skorzy do paniki, obawiają się pociągnięcia do odpowiedzialności za rzeczywiste lub zmyślone przewiny, a także utraty reputacji; jedno i drugie zaciąży niekorzystnie na ich pozycji na rynku pracy. Lecz właśnie wtedy są oni szczególnie potrzebni spółce: znają jej przedsiębiorstwo, sytuację, pracowników, kontrahentów, urzędników skarbowych itd., są znani przez wymienionych, a często też darzeni szacunkiem i zaufaniem. W chwili, kiedy piętrzą się kłopoty, odejście doświadczonych menedżerów byłoby szczególnie bolesne, więc spółka bywa skłonna sięgnąć głęboko do kieszeni – i płacić ekstra premię za pozostanie na pokładzie.

Termin „retention bonus” nie jest w Polsce używany, ani znany, lecz nadzwyczajne wypłaty mające powstrzymać odejścia bywają praktykowane z zachowaniem szczególnej dyskrecji. Chodzi o to, aby o wypłatach dla niektórych nie dowiedzieli się ci, którzy zostali pominięci. I związki zawodowe, propagujące kanon powszechnej równości żołądków. Oraz tabloidy, skłonne robić z igły widły. Pouczające są przypadki zachodnich korporacji, które chociaż – przejrzyste, chętne do komunikowania się z otoczeniem – zostały surowo skarcone przez otoczenie za ujawnienie wypłaty retention bonuses.

Pisałem tu niedawno o Kanadzie, więc mam w pamięci tamtejsze przypadki. Najsłynniejszy dotyczy upadłości Nortel Networks. Największa w swoim czasie spółka na giełdzie w Toronto, zatrudniająca u szczytu powodzenia blisko 100 000 pracowników, reprezentująca kapitalizację przekraczającą trzecią część łącznej kapitalizacji wszystkich spółek notowanych w Toronto, w styczniu 2009 r. wystąpiła o ochronę przed wierzycielami w Kanadzie, Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii, narażając swoich pracowników, uczestników zakładowego funduszu emerytalnego, akcjonariuszy i interesariuszy na straty liczone w miliardach USD. Kilkudziesięciu menedżerów związano na wiele lat ze spółką poprzez retention bonuses, co ułatwiło częściowe zmniejszenie owych strat poprzez upłynnienie znacznego majątku.

Najświeższy przypadek to Sears Canada Inc., lokalne ramię Sears Holding Corp. W czerwcu 2017 r. spółka wystąpiła o ochronę przed wierzycielami (co było zaskoczeniem chyba tylko dla jej audytora) i podjęła bolesną restrukturyzację; czy coś z niej wyjdzie, zdania są podzielone. 43 menedżerów i specjalistów otrzymało premie za kontynuowanie pracy dla bankruta. Wydano na to 7,6 mln USD. Wypłaty otrzymali także kierownicy ważniejszych sklepów. Pracownicy zostali na lodzie, czują się oszukani. Klienci są oburzeni. Zapowiadają, że nie będą odwiedzać sklepów Sears Canada (lecz czy jeszcze będą sklepy?). Politycy toną w populiźmie. Ich zdaniem, krzywdą emerytów i pracowników sycą się tłuste koty – bezczelni menedżerowie! Guy Caron, walczący o funkcję przewodniczącego New Democratic Party, domaga się zmiany prawa: w pierwsze kolejności, powiada, należy chronić pracowników. Wtóruje mu konkurentka do przywództwa partii, Niki Ashton: „Haniebne zachowanie Sears Canada dowodzi, że potrzebujemy zasadniczej zmiany sprawiedliwości ekonomicznej”. Przeżyłem cały PRL, mam sceptyczny stosunek do gadania o sprawiedliwości ekonomicznej.

Zamknięto 59 placówek handlowych. Pracę straci zapewne 2 900 osób. Menedżerowie, którzy doprowadzili spółkę do upadłości, otrzymują miliony. Nie jest to wszakże nagroda za wątpliwe przeszłe dokonania, ale zachęta do pracy nad ratowaniem marki, majątku spółki, kilkudziesięciu domów towarowych, sklepów i outletów. Media ekscytują się przypadkiem utraty stanowiska przez pracownika mającego na utrzymaniu chorego na Alzheimera. Lecz wypłata nie wzbudziła zastrzeżeń nadzorującego restrukturyzację Sądu Najwyższego Ontario. Zatwierdził on dla spółki Key Employee Retention Plan (KERP), czyli system wynagradzania kluczowych pracowników. Spółka zamierza jeszcze w tym roku wyjść spod ochrony sądowej. Jeżeli tak się stanie, również w tym wypadku pieniądze wydane z myślą o zatrzymaniu menedżerów w spółce będą dobrze wydane.

Czytaj także:
2017.07.10 Kanada pachnąca szwindlem – lecz czy to aby prawda?

Kanada pachnąca szwindlem – lecz czy to aby prawda?

Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn9Share on Facebook0

Kanada jest jazzy! Ma uroczego premiera, a ten ma barwne skarpetki. Tegoroczny Canada Day (obchodzono 150-lecie państwowości) był nadzwyczaj kolorowy i radosny. Giełda w Toronto, o czym już chyba jedynie Wiesław Rozłucki pamięta, była pierwowzorem dla warszawskiej. Wreszcie – w Kanadzie inwestuje Warren Buffett. I tylko New York Times psuje dobry nastrój artykułem „Warren Buffet Invests in Canada, but Should You?” (7 lipca). Podpisała go Gretchen Morgenson, ceniona komentatorka rynku kapitałowego.

Kiedy w czerwcu Buffett nieoczekiwanie zainwestował jakieś 300 milionów USD w pogrążony w kłopotach omnibus finansowy Home Capital Group (depozyty, kredyty hipoteczne i ich underwriting, pożyczki, karty kredytowe), niektórzy inwestorzy mogli poczytać ten krok za dowód zaufania do kanadyjskich akcji. Niesłusznie – twierdzi Al Rosen, współzałożyciel (z synem Markiem) Accountability Research Corp. i ekspert forensic accountancy. Za jego opinią przemawia, że przewidział upadek kanadyjskiego telekomu Nortel Networks dwa lata wcześniej, nim do tego doszło (w 2009 r.). Tyle, że trafność wróżb na temat upadłości niczego nie dowodzi. Ja pięć lat wcześniej przewidziałem upadek Elektrimu, a nie mam się za wyrocznię.

Rosen zaleca inwestorom ostrożność w Kanadzie. Jest, wraz z synem, autorem dwóch pamfletów o tamtejszym rynku kapitałowym wydanych, oczywiście, przez własną firmę ARC. Pierwszy, pod poruszającym tytułem „$windle$. Cons & Cheats + How to Protect Your Investments From Them”, przynosi alarmujący obraz środowiska inwestycyjnego Kanady. Mnóstwo w niej szalbierzy, którzy – złapani – wymykają się sprawiedliwości, ale prawdopodobnie złapani nie zostaną. Drugi, „Easy Prey Investors. Why Broken Safety Nets Threaten Your Wealth”, zawiera ostre oskarżenie kanadyjskich sprawozdań finansowych i badających je audytorów.

Przed inwestycją Buffetta Home Capital Group była polem walki między inwestorami skłonnymi uwierzyć w spółkę a hordą shortsellerów. Nic nie miało wskazywać, że jest to atrakcyjna pozycja, widocznie Wyrocznia z Omaha wie coś, czego nie wie ogół. Al Rosen też wie swoje: rachunkowość kanadyjskich spółek nie służy bezpieczeństwu inwestycji. Chodzi o to, że Kanadyjczycy stosują Międzynarodowe Standardy Sprawozdawczości Finansowej (IFRS), których Rosen nie ceni, przedkładając nad nie amerykańskie Ogólnie Przyjęte Zasady Rachunkowości (GAAP). Amerykańskim inwestorom nie przyjdzie przecież do głów, że w takiej Kanadzie rachunkowość różni się nieco od amerykańskiej, co może ich narażać na ryzyko. Te same standardy, co Kanada, stosują liczne rynki na kilku kontynentach, niemniej – zdaniem Rosena – chodzi o kraje o niższym stopniu rozwoju, gdzie rachunkowość jest mniej wymagająca. Rety, jak można głosić takie nonsensy!

W dodatku kanadyjski Sąd Najwyższy w 1997 r. zdaniem Rosena ograniczył prawo inwestorów do skarżenia audytorów za brak należytej staranności. I to właśnie, wespół z mniej wymagającymi standardami rachunkowości sprawia, że Kanada ma być strefą dla inwestorów niebezpieczną. Przykładem ma być los Sears Canada, spółki notowanej na Toronto Stock Exchange i w Nowym Jorku na Nasdaq. Rok 2016 został zamknięty stratą, niemniej zarząd zakładał kontynuację działalności. 26 kwietnia biegły rewident wydał opinię bez zastrzeżeń, a już 22 czerwca spółka wystąpiła o upadłość, bęc. Casus przemawia do wyobraźni, lecz nie trzeba nadmiernie wysilać pamięci, by wymienić wiele najbardziej spektakularnych bankructw amerykańskich spółek. Oraz katastrofalnych pomyłek audytorów. Nie rozumiem, dlaczego New York Times ogłosił tak jednostronną i powierzchowną krytykę kanadyjskiego rynku. Tych, którzy znają Kanadę, zapraszam do wypowiedzi.

Czytaj także:
2002.09.24 ELE mele dutki

Dudu, czyli powiązania w cieniu rządu

Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn41Share on Facebook0

Zmęczony bezmiarem nieporządku korporacyjnego w polskich spółkach z udziałem Skarbu Państwa rozglądam się po innych rynkach szukając przykładów niemniej istotnych naruszeń corporate governance. Żadne to pocieszenie, iż skandale znajduję bez trudu. Niedawno pisałem o Zimbabwe. Dzisiaj wspomnę o Republice Afryki Południowej, gotującej się z oburzenia na postępowanie faworyty tamtejszego prezydenta Jacoba Zumy. Jego fundacją kieruje od 2008 r. Duduzile Cynthia Myeni (ur. 1963). Prowadzi ona także założoną przez siebie (1999 r.) firmę konsultingową Skills Dynamics obsługującą agencje i programy rządowe. Doradza też spółkom notowanym na giełdzie i pełni różne funkcje w firmach i stowarzyszeniach zajmujących się gospodarka wodną. Uważa się, że Madame Myeni, zwana Dudu, zawdzięcza karierę wyłącznie protekcji prezydenta; nie kwestionuje ona istnienia związku z nim, ale uparcie twierdzi, że nie rodzi on konfliktu interesów…

Dudu Myeni zasiada także w radzie dyrektorów South African Airways, jednej z linii zrzeszonych w lotniczym przymierzu Star Alliance. Kwalifikacje ma skromne: podobno uzyskała licencjat z pedagogiki, za to skłamała na temat dyplomu uniwersyteckiego. Kłamie często i nieumiejętnie, dopuszcza się też innych przewin. Świadczy o tym czytelny ślad korupcyjny w tzw. aferze związanej z zakupem przez SAA samolotów Airbusa.

Południowoafrykańskie linie lotnicze są, jak wielu innych przewoźników, w kłopotach finansowych. Właścicielem linii jest państwo. Stan zadłużenia na 30 czerwca br. wyniósł 9 miliardów randów. Ostatnio rząd RPA wsparł SAA kwotą 2,207 mld randów pozwalającą na spłatę postawionego w stan wymagalności kredytu udzielonego przez Standard Chartered Bank. Innym problemem są żałosne standardy corporate governance. Spółka należy do państwa, podlega jego wpływom, prócz polityki dokucza jej korupcja, a częste zmiany kadrowe powodują brak stabilizacji procesów zarządzania. W obliczu kłopotów finansowych rada dyrektorów zbierała się i po trzy razy w tygodniu przy częstej nieobecności przewodniczącej rady – wspomnianej już Dudu Myeni.

Weszła ona do rady dyrektorów SAA w 2009 r., a w 2012 r. objęła przewodnictwo rady zdemolowanej jednoczesną rezygnacją ośmiu jej członków, w tym przewodniczącej. Niebawem doprowadziła do usunięcia p.o. prezesa. W 2014 r. sześcioro dyrektorów spółki wystąpiło do sprawującego nad nią nadzór właścicielski ministra z serią zarzutów wobec Madame Myeni. Po jej konflikcie z kolejnym usuniętym przez nią CEO minister Malusi Gigaba zapowiedział zdyscyplinowanie Dudu, za co stracił stanowisko. Jego następczyni, Lynne Brown, usunęła z rady dyrektorów krytyków Dudu Myeni, polecając jej przywrócenie na stanowisko usuniętego CEO, do czego wszelako nie doszło.

Południowoafrykański przewoźnik zawarł z Airbusem umowę leasingu 10 maszyn A330. Wkrótce Dudu Myeni, nie konsultując się z radą dyrektorów, poinformowała producenta, że linia odstępuje od pierwotnych założeń umowy: część maszyn zostanie zakupiona przez stronę trzecią leasingującą je przewoźnikowi. Było to niezgodne z porozumieniem oraz z miejscowym prawem. Minister finansów odmówił renegocjowania umowy, za co stracił stanowisko, taki los spotkał niebawem jego następcę i dopiero trzeci z kolei piastun teki wymusił odstąpienie od angażowania pośrednika w transakcję opiewającą na 10 miliardów randów.

Dudu Myeni nie potrafiła wyjaśnić swojego postępowania. Dwukrotnie skłamała w pismach kierowanych do ministra przedsiębiorstw publicznych, a także kilkakrotnie w składanych pod przysięgą zeznaniach przed sądami i urzędami, jak trybunał ds. spółek oraz komisja ds. spółek i własności intelektualnej. Utraciła certyfikat compliance, wymagany dla pełnienia funkcji publicznych, oraz została napiętnowana przez pozarządową Organisation for Undoing Tax Abuse, OUSA jako deliquent director – osoba niezdolna do piastowania funkcji w radach dyrektorów, w tym w Jacob Zuma Foundation.

Afera Dudu gorszy RPA, ale mnie bardziej gorszą analogie do rodzimych realiów. W aferze caracali też bije w oczy ślad korupcyjny, lecz nikt go nie podejmuje. Zarządy i rady nadzorcze spółek też obsadzane są osobami pozbawionymi należytych kwalifikacji zawodowych i etycznych. Nie wymagamy od nich certyfikatów compliance, a szubrawców nie piętnujemy jako niezdolnych do piastowania funkcji w zarządach i radach nadzorczych. Natomiast różni nas to, że przewodnictwa rady nadzorczej Polskich Linii Lotniczych LOT nie powierzono (jeszcze) Ruchadłu Leśnemu. Może ma to związek z tym, że Szyszko wycina lasy.

Post scriptum: Gdzieś na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych wystawiono w Warszawie dramat Eugene’a O’Neill’a „Pożądanie w cieniu wiązów” (Desire under the Elms). Główną rolę kobiecą powierzono żonie premiera, zresztą wybitnej aktorce. Ulica natychmiast sparafrazowała tytuł: „Powiązania w cieniu rządu”. Minęło ponad pół wieku – powiązania w cieniu rządów trwają.

Dlaczego prezydent Francji przyrównał nas do Zimbabwe?

Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn49Share on Facebook0

„Potraktowaliście nas tak, jak my nie potraktowalibyśmy Zimbabwe” – oświadczył Madame Szydło prezydent Macron. Lecz o Zimbabwe wiemy niewiele: że gdzieś na południu Afryki, że Robert Mugabe, że hiperinflacja i denominacja w stosunku 10 000 000 000 : 1 (nasza była w stosunku o siedem zer niższym!). W poprzednim wcieleniu zawodowym, gdy zajmowałem się problematyką międzynarodową, kraj ten pojawił się w moim polu widzenia jako ówczesna Rodezja Południowa, gdy jednostronnie ogłosił niepodległość (1964); rząd brytyjski przez lata nie potrafił unieść odpowiedzialności za swoją byłą kolonię. Współcześnie zajmuję się czymś innym, przeto poświęcę kilka zdań tematyce corporate governance w Zimbabwe. Jeżeli ktokolwiek wyniesie z lektury przekonanie, że w tle wywodu snuję analogię do sytuacji w Polsce – zapewniam, że nie taka jest moja intencja. O Polsce potrafię pisać otwartym tekstem.

W kwietniu 2015 r. w Zimbabwe przyjęto National Corporate Governance Code (potoczna nazwa ZimCode). Wydarzeniu towarzyszyła nadzieja, że zbiór dobrych praktyk, adresowany zarówno do sektora prywatnego, jak państwowego, pobudzi rozwój gospodarczy. Jego naczelnym zadaniem było przeciwdziałanie korupcji. W trakcie ceremonii wprowadzania ZimCode w życie zabrał głos wiceprezydent Emmerson Mnangagwa. Podkreślał, że korupcji nie da się zwalczyć samymi regulacjami, potrzebna jest wielka zmiana kultury, w związku z czym zapowiedział politykę „zero tolerancji” dla nadużyć. W tamtym czasie prowadzono już prace legislacyjne nad przepisami mającymi przeciwdziałać korupcji i przygotowywano ustanowienie państwowej specjalnej komisji antykorupcyjnej wyposażonej w rozlegle kompetencje.

ZimCode był od początku pomyślany jako instrument wspomagający tamtejsze prawo spółek, wielokrotnie nowelizowane, chaotycznie uzupełniane, gmatwane tymi uzupełnieniami, przez co trudne w praktycznym stosowaniu. Przyjęto, że następnym krokiem będzie głęboka rewizja i uwspółcześnienie przepisów prawa spółek (do czego jeszcze nie doszło). Wiceprezydent podkreślał wówczas, że członkowie rad dyrektorów i menedżerowie spółek wykorzystują piastowane przez nich stanowiska jako zasłonę kryjącą ich brudne interesy osobiste. Taka praktyka świadczy – stwierdził – o niedoskonałości prawa. Nie dorasta ono do wymogów współczesnego zarządzania gospodarką i nadzorowania kapitału. Zimbabwe przechodzi trudny okres kłopotów (rzecz jasna przejściowych) natury gospodarczej, a społeczeństwo oczekuje powrotu dynamicznego wzrostu gospodarczego i etycznego zarządzania organizmami gospodarczymi. Gdyby inwestorzy mieli zaufanie do spółek, do miejscowego systemu corporate governance, łatwiej byłoby o kapitał.

Tamtejsze koła gospodarcze pozytywnie przyjęły zasady corporate governance. Canaan Dube, który kierował pracami zespołu redakcyjnego, oświadczył, że ZimCode ma wspierać pełne urzeczywistnienie zasad dobrych praktyk i etycznego zarządzania, przewidzianych w konstytucji państwa i założeniach jego polityki. Natomiast Bothwell Nyajaka, prezydent Instytutu Biegłych Rewidentów Zimbabwe, wyraził poparcie tego środowiska dla ZimCode, upatrując w nim zaczyn procesu ożywienia gospodarczego i budowy wartości dla akcjonariuszy. Z kolei wiceprezydent Związku Banków Zimbabwe Charity Jinya zwróciła uwagę, że brak corporate governance przyczynił się, za sprawą nieetycznych postępowań, do upadku wielu banków.

Wiele wskazuje jednak, że ogromne oczekiwania pokładane w dobrych praktykach do tej pory nie zostały spełnione. Otóż 27 czerwca br. dziennik Zimbabwe Daily przyniósł omówienie inauguracyjnego wystąpienia nowoobranego prezydenta Instytutu Certyfikowanych Sekretarzy (spółek – ASN) i Administratorów w Zimbabwe. Paradza Paradza w ostrych słowach piętnował narastającą w kraju endemiczną korupcję i nieetyczne praktyki hamujące rozwój zarówno w sektorze prywatnym, jak państwowym. Jego zdaniem, większość piastunów stanowisk zarządczych i nadzorczych nie jest zainteresowana służeniem akcjonariuszom i interesariuszom, jedynie sobie samym, priorytetowo traktując interesy osobiste. Obecny stan corporate governance w Zimbabwe mówca uznał za katastrofalny. Struktury zarządzania spółkami oraz kontroli wewnętrznej są w żałosnym stanie, zasoby spółek – i państwa – są powszechnie nadużywane. Dostrzegać to mają nawet ci, którzy o gospodarce mają jedynie blade pojęcie. A kiedy incydenty korupcyjne zostają zidentyfikowane i upublicznione, brakuje mechanizmów postępowania wobec sprawców nieprawidłowości, brak także inicjatywy ze strony państwa, ponieważ odpowiedzialni za zwalczanie korupcji są przecież w korupcję zamieszani.

Paradza alarmuje, że wiele osób (wspomniał o większości) odpowiedzialnych za stosowanie najwyższych standardów etycznych opuszcza stanowiska, ponieważ pragną one uniknąć kojarzenia ich z powszechnymi niepowodzeniami. Strukturom zarządczym brak niezbędnej niezależności, ponieważ liczni piastuni wysokich stanowisk obsiedli je, zwłaszcza w sektorze publicznym, za sprawą nepotyzmu lub powiązań osobistych.

Niemniej, prezydent Republiki Francuskiej uważa, że Zimbabwe zasługuje na potraktowanie lepsze od tego, jakie Rzeczpospolita Polska zastosowała wobec Jego kraju.

Rynek za klimatem, polityka przeciw

Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn14Share on Facebook0

www.personalities.plRynek nie zawsze podąża w tym samym kierunku, co państwo. Wypowiadając paryskie porozumienie klimatyczne prezydent USA stanął przeciwko rynkowi. Akcjonariusze usiłują wymuszać na spółkach przejrzystą politykę informowania o szacunkowych kosztach ryzyka płynącego z oddziaływania ich działalności na klimat, a także o podejmowanym na tym polu lobbingu. Aktywni inwestorzy, szczególnie finansowi, dają wyraz społecznej odpowiedzialności dążąc do wprowadzania w życie uzgodnionych w Paryżu standardów. Doroczne walne zgromadzenia coraz częściej podejmują uchwały w tym przedmiocie, często wbrew opozycji rady dyrektorów.

Oświadczenie prezydenta Trumpa o odstąpieniu przez Stany Zjednoczone od paryskiego porozumienia klimatycznego wisiało już w powietrzu, gdy walne zgromadzenie Exxon Mobil, jednej z flagowych korporacji Ameryki, powzięło ważną uchwałę o sprawozdawaniu przez spółkę na temat długoterminowego ryzyka ciążącego na jej działalności w następstwie zmian technologicznych i klimatycznych w świetle paryskich postanowień. Przeciwko projektowi opowiedziała się rada dyrektorów, za projektem głosowała doraźnie skomponowana koalicja inwestorów finansowych, w tym globalny fundusz inwestycyjny Black Rock, fundusz emerytalny pracowników stanu Nowy Jork i fundusz inwestycyjny Kościoła Anglii. W ubiegłym roku ta sama propozycja zyskała 38,1% głosów, więc uchwała nie została przyjęta; obecnie została powzięta większością 62% głosów i chociaż nie ma charakteru wiążącego, spółka nie może jej po prostu zignorować. Zwłaszcza, że SEC oraz stany Nowy Jork i Massachusetts prowadzą wymierzone w nią postępowania.

Wobec tego CEO Darren Woods, unikając formalnego zobowiązania do stosowania uchwały zapewnił, że rada dyrektorów przemyśli model komunikowania z interesariuszami na temat, jak paryskie limity wpływają na wartość pól naftowych, rafinerii i ropociągów. Jego zdaniem spółka jest gotowa do kierowania się paryskimi metodami i celami, ale porozumienie nie zmieni faktu, że popyt na ropę będzie rósł w najbliższych dekadach, zwłaszcza w regionach słabiej rozwiniętych. Zapotrzebowanie na energię wynika z demografii i standardów życia. Celem jest ograniczanie emisji gazów cieplarnianych najniższym kosztem dla społeczeństwa. Woods kieruje koncernem od 1 stycznia b.r.; w podobnym duchu wypowiadał się jego poprzednik Rex Tillerson, obecnie sekretarz stanu w administracji Trumpa.

Nie wszędzie głosowania w sprawie ryzyka zmian klimatycznych doprowadzały do powzięcia uchwał. Wielu inwestorów instytucjonalnych zwyczajowo głosuje na walnych zgromadzeniach zgodnie ze stanowiskiem rady dyrektorów. Brak jedności funduszy emerytalnych zważył na odrzuceniu projektu przez walne zgromadzenia Verizon Communications Inc. oraz First Energy Corp. Podobnie zdecydowało walne Chevron Corp., natomiast uchwały klimatyczne udało się funduszom przeforsować na walnych zgromadzeniach PPL Corp., a także Occidental Petroleum Corp., gdzie uchwała została powzięta większością 65,7% głosów z inicjatywy funduszu emerytalnego California Public Employees’ Retirement System (CalPERS) dzięki poparciu jej przez Black Rock. największego akcjonariusza spółki. Ten przypadek jest znamienny z trzech powodów: Occidental ma mroczną historię szkodnika politycznego i środowiskowego, przeciwko uchwale wypowiedziała się rada dyrektorów, a jeszcze w ubiegłym roku taki sam projekt nie zyskał większości głosów. Nie poparł go wówczas Black Rock, który obecnie zmienił stanowisko stwierdzając brak postępu w dostosowaniu polityki klimatycznej Occidental do porozumienia paryskiego z 2015 r.

Kompanie naftowe spoza Stanów Zjednoczonych już wcześniej podejmowały podobne uchwały: Royal Dutch Shell Plc, British Petroleum Plc oraz Statoil ASA raportują na temat polityki klimatycznej od roku 2015. Akcjonariusze, kiedy się jednoczą, potrafią oddziaływać na politykę spółek. Czy także potrafią wymusić zmianę polityki państwa? Za poszanowaniem paryskiego porozumienia opowiadają się liczne spółki, amerykańskie i obce, ale prowadzące działalność w USA, m.in. Adidas, Adobe, Allianz, Apple, Dow Chemical, Dupont, eBay, Gap, General Mills, Google – by poprzestać na pierwszych literach alfabetu…

Można oczekiwać rosnącego zaangażowania inwestorów na rzecz zwiększenia przejrzystości polityki klimatycznej spółek. Niechętne porozumieniu paryskiemu stanowisko prezydenta USA nie zatrzyma tej tendencji. Odpowiedzialność klimatyczna staje się jednym z ważnych kryteriów oceny spółek i tkwiącego w nich ryzyka. Natomiast tam, gdzie państwo jest obecne na rynku, ma silną pozycję w akcjonariacie spółek, jest w stanie narzucić im swoją politykę – należy spodziewać się trudności w realizacji standardów paryskich, co w może przyszłości owocować reakcją społeczności międzynarodowej. Nieprędko do tego dojdzie – ale zapewne dojdzie…

Tekst ogłoszony 20 czerwca 2017 r. w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET
Czytaj także:
2000.07.24 Zysk z plusem

Odpowiedzialność klimatyczna

Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn0Share on Facebook0

Warto odnotować epizod z innego kontynentu, jakby z innego świata, które zapewne w bliskiej już przyszłości ukształtuje standard postępowania spółek względem jednej z najważniejszych spraw ludzkości. 12 maja doroczne walne zgromadzenie Occidental Petroleum Corp., jednej z wielkich firm wydobywczych i przetwórczych z siedzibą w Houston (Texas) zobowiązało spółkę do publicznego sprawozdawania na temat wpływu jej działalności na zmiany klimatyczne. Uchwała została powzięta większością głosów z inicjatywy funduszu emerytalnego California Public Employees’ Retirement System (CalPERS) dzięki poparciu jej przez największego akcjonariusza spółki, globalny fundusz inwestycyjny BlackRock.

Occidental ma mroczną historię. Spółka zyskała opinię szkodnika politycznego za sprawą działalności w Libii od roku 1965 do 1986, kiedy kraj został objęty sankcjami, oraz od 2004 do 2011, kiedy kraj uległ rozpadowi. Zyskała także opinię szkodnika środowiskowego, bo chociaż stosuje nowoczesne technologie poszukiwania złóż, ich wydobycia i przetwórstwa, emituje do atmosfery ogromne ilości toksycznych chemikaliów. Bywała też uwikłana w niezliczone skandale w Stanach Zjednoczonych (dramatyczne skutki zdrowotne gromadzenia odpadów w rejonie Love Canal, wyciek ropy w Pensylwanii) i w krwawe afery w Ameryce Łacińskiej (Kolumbia, Peru). Obecnie akcjonariusze wprowadzają drapieżną korporację na drogę cnoty. Brawo!

Inne kompanie naftowe już wcześniej podejmowały podobne uchwały: Royal Dutch Shell Plc, British Petroleum Plc oraz Statoil ASA raportują na temat polityki klimatycznej od 2015 roku. Przypadek Occidental z kilku powodów trzeba jednak uznać za znamienny. Jeszcze w ubiegłym roku podobna uchwała nie uzyskała większości głosów. Nie poparł jej wówczas BlackRock, który wobec braku postępu w dostosowaniu polityki klimatycznej Occidental do porozumienia paryskiego z 2015 r. ostatecznie zmienił stanowisko. Co najważniejsze: uchwała została powzięta wbrew obiekcjom rady dyrektorów Occidental, co w amerykańskiej praktyce zdarza się przecież rzadko. Aktywni inwestorzy ustanowili więc ważny precedens. 31 maja nad podobnym projektem uchwały głosować będą akcjonariusze Exxonu.

Polityka klimatyczna to coraz ważniejszy wymiar społecznej odpowiedzialności współczesnej korporacji wobec jej interesariuszy; globalizacja sprawia, że zaliczamy do nich nie tylko społeczności lokalne, także po prostu ludzkość. Sprawozdawanie o wpływie działalności na zmiany klimatyczne bywa dla wielu spółek kłopotliwe; dzisiaj przynosi ono tylko wstyd, niebawem posypią się surowe kary. Inwestycje zostaną skierowane głównie tam, gdzie praktykuje się odpowiedzialność klimatyczną. Fundusze emerytalne i inwestycyjne udanie poskramiają niedotykalne do niedawna koncerny naftowe. Warto zdać sobie sprawę, że uporczywe opieranie gospodarki na węglu, dyskryminowanie odnawialnych źródeł energii, osobliwe podejście do ochrony środowiska – nie zjednają Polsce sympatii światowych inwestorów. Ani ich pieniędzy.

Tekst ogłoszony 8 czerwca 2017 r. w dzienniku Rzeczpospolita
Czytaj także:
2017.06.24 Rynek za klimatem, polityka przeciw
2017.07.27 Akcjonariusze wszystkich spółek, łączcie się!

Piastuni Deutsche Banku łapią się za portfele

Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn29Share on Facebook0

Niełatwo zliczyć łączną wysokość kar nałożonych w ostatnich latach na Deutsche Bank. Do orzeczonych już kilkunastu miliardów dolarów mogą niebawem przybyć spore sumy. W Mediolanie trwa akurat proces w sprawie ukrywania strat przez Banca Monte dei Paschi di Siena SpA, w którym menedżerowie Deutsche Banku stanęli pod zarzutami objętymi karami pozbawienia wolności do 9 lat. Co gorzej, prokuratura pragnie wykazać, że niemiecki bank de facto działa jak międzynarodowa organizacja przestępcza. Mają o tym świadczyć dopuszczone jako dowody wewnętrzne dokumenty Deutsche Banku i e-maile jego pracowników.

Deutsche Bank nie ma dobrej opinii. Jest rówieśnikiem naszego Banku Handlowego w Warszawie, ale losy obu instytucji poszły innymi drogami. DB obsługiwał kontakty rosnącej niemieckiej gospodarki ze światem, finansował zbrojenia i wojny, ma na sumieniu afery związane z żydowskim złotem, lecz ma też chwalebny udział w powojennej odbudowie Zachodnich Niemiec. Gdyby tylko poprzestał na działalności w charakterze bezpiecznego niemieckiego kredytodawcy, filaru solidnej niemieckiej gospodarki, jego wcześniejsze wyczyny mogłyby iść w zapomnienie. Lecz pokusa powiodła bank na manowce działalności inwestycyjnej. W 1988 r. Niemcy kupili w USA Bankers Trust, rok później w Wielkiej Brytanii bank inwestycyjny Morgan Grenfell; wkrótce DB wciąż był w Niemczech budzącym zaufanie dr. Jekyllem, ale już poza nimi – drapieżnym Mr. Hyde’m. Dwóch tak różnych modeli bankowości, oraz wielu tak odmiennych kultur, nie udało mu się trwale zlepić.

DB wszedł do dziesiątki największych banków świata. W 2001 r. udanie zadebiutował na NYSE. Z rozmachem wkraczał na nowe rynki. Poznaliśmy go i my. By wejść do Polski, musiał ugiąć się przed warunkiem prezes NBP i nabyć polecany przez nią Bank Współpracy Regionalnej w Krakowie, pogrążony w dramatycznych kłopotach wskutek fatalnego zarządzania i rozkradania przez piastunów. By sobie to powetować, Deutsche porwał się, sposobem jak na rympał, na przejęcie BIG Banku Gdańskiego (obecnie Millennium). Sprawę zakończono tak, jak ją rozpoczęto: nasi wzmocnili ochronę i intruzów do banku nie wpuścili. Dopiero na tej płaszczyźnie podjęto kroki dyplomatyczne.

Już przed kilkunastu laty zwracałem uwagę na odmienność interesów klienteli banku w Niemczech i akcjonariuszy w City i Nowym Jorku. Proponowałem odkręcenie we Frankfurcie tabliczki z nazwą banku i przykręcenie jej w Londynie, gdzie podejmowano decyzje. DB zatrudniał dziesiątki tysięcy obcokrajowców, zwłaszcza Amerykanów, którzy nie potrafili poprawnie wymówić „Deutsche”. Rósł poziom tolerancji dla ryzykownych operacji. Bank finansował amerykańską bańkę mieszkaniową, pompował pieniądze rosyjskich oligarchów z kraju na ich rachunki w rajach podatkowych, manipulował cenami złota i srebra oraz wskaźnikiem LIBOR, naruszał międzynarodowe sankcje wobec Iranu, Syrii, Libii, Myanmaru (d. Birma), Sudanu. Na gigantyczną skalę prano pieniądze i finansowano terroryzm. Ogromne kwoty szły na pokrycie kosztów postępowań przed regulatorami i sądami, ugód i wyroków. Uważa się, że gdyby w czasach upadku Lehman Bros znano prawdę o sytuacji Deutsche, i on upadłby z hukiem. Wiarygodny whistleblower głosił, że bank był strukturalnie zaprojektowany w sposób umożliwiający skorumpowanym indywiduom popełnianie przestępstw. Czy tylko indywiduom?

18 maja b.r. podczas walne zgromadzenie banku we Frankfurcie podjęło kwestię odpowiedzialności piastunów banku za nieprawidłowości skutkujące wielomiliardowymi stratami finansowymi i ruiną reputacji. Przewodniczący rady banku Paul Achleitner ujawnił, że rada i dwa komitety przedyskutowały kwestię zadośćuczynienia i w oparciu o zewnętrzne opinie prawne bank zwróci się do grona szczególnie odpowiedzialnych z propozycją wpłaty, na podstawie indywidualnych porozumień, znaczących sum. Nie zostały wymienione kwoty ani nazwiska. Dano do zrozumienia, że podjęte zostaną usiłowania ku ugodowemu załatwieniu sprawy. Nie ulega wątpliwości, że bankowi przysługują roszczenia wobec winnych, ale postępowanie może trwać latami, a w jego toku (jak ostatnio w Mediolanie) mogą wyjść na jaw fakty kompromitujące nie tylko pozwanych, także Deutsche Bank.

Wtajemniczeni uważają, że kontrybucjami zostaną objęci byli współszefowie Deutsche Banku Anshu Jain i Juergen Fitschen, byli członkowie organów Stephan Leithner, Rainer Neske, Henry Richotte, Stefan Krause oraz, sposób obecnych piastunów, Stuart Lewis. Reakcję akcjonariuszy na te rewelacje można określić jako „schadenfreude”. Wszystkie straty nie zostaną policzone ani wynagrodzone. Winni nie zostaną puszczeni bez skarpetek. Lecz wiele wskazuje na to, że sprawa nie zostanie zamknięta bez wskazania odpowiedzialnych na szczytach hierarchii i głębokiego sięgnięcia do ich portfeli. Co dedykuję sprawcom ogromnych strat systemu Spółdzielczych Kas Oszczędnościowo-Kredytowych.

Tekst ogłoszony 31 maja 2017 r. w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET
Czytaj także:
2006.01.30 Odkręcić tabliczkę