Onboarding, orientation, randka w ciemno

  • Jak wykonywać obowiązki członka rady nadzorczej bez należytej znajomości spółki?
  • Wskazane jest objęcie nowopowołanych członków rad procesami onboardingu i orientation;
  • Wszyscy członkowie rad nadzorczych, nawet w spółkach nienotowanych, powinni znać Dobre praktyki spółek notowanych na GPW.

Pani X i pan Y zostali powołani do rady nadzorczej. Oboje znajdą się w trudnej sytuacji, bez różnicy, czy na nominacje wpłynęły względy merytoryczne, wysokie kompetencje, bogate doświadczenia, czy przeciwnie: posłuszeństwo wobec dysponenta (inwestora, partii lub resortu), który przepchnął ich do rady. Rzecz w tym, że nie znają oni spółki oddanej im pod nadzór. Nieważne, czy nie znają jej w ogóle, czy tylko z perspektywy, jaką daje udział w pracach rady. Jeżeli w spółce nie utarło się, że nowopowołanych członków rady obejmuje karencja do czasu, aż wnikliwie zapoznają się ze spółką, zaraz po wejściu do rady będą oni mogli uczestniczyć w podejmowaniu uchwał, o skutkach których nie mają pojęcia. Zdarza się, że rada niezwłocznie po jej wyborze odbywa posiedzenie i podejmuje uchwały o skutkach strategicznych lub na ślepo dokonuje zmian w zarządzie nawet nie znając nazwisk jego członków, tym bardziej ich dokonań.

Polskie rady nadzorcze są pogrążone w kryzysie. Ich potencjał intelektualny jest oceniany nisko. Brakuje im zaufania. I członków niezależnych bogatych doświadczeniami, wysokimi kwalifikacjami, odwagą i wyobraźnią. Gdyby spytano mnie, od czego zacząć uzdrawianie rad – odpowiedziałbym, że od ułatwienia ich nowym członkom znajomości spółki, wiedzy o jej sytuacji, szansach i zagrożeniach, o perspektywach spółki i branży, w jakiej działa. Nawet doświadczony weteran rad nadzorczych, by należycie służyć nowej spółce, powinien wpierw ją poznać, przechodząc proces wprowadzenia do rady i orientacji (onboarding & orientation).

Wprowadzenie do rady nadzorczej jest w naszych warunkach uproszczone. Wchodzi się prosto z ulicy, często przez drzwi obrotowe, by pokręcić się w nich i wnet wyjść. Kandydat do rady nadzorczej nie jest poddawany postępowaniu kwalifikacyjnemu, w każdym razie prowadzonemu przez spółkę (ale w niektórych przypadkach przypatrzą mu się służby). Nie wspomnę o wymogu odbycia kursu do rady nadzorczej spółek z udziałem Skarbu Państwa – to zakłamana fikcja. Nikt nie jest badany pod kątem ewentualnego konfliktu interesów. W odróżnieniu od rady dyrektorów, rada nadzorcza w zasadzie nie ma wpływu na swój skład. Kandydatury do rady nie są opiniowane ani przez radę, ani przez jej komitet do spraw nominacji, jeżeli taki byt powołano, ani wreszcie, na zlecenie rady, przez agencję doradztwa personalnego. Nie dochodzi też do spotkań kandydata z radą lub jej przewodniczącym, może z wyjątkiem rzadkich przypadków kooptacji do rady. W praktyce nowopowołany członek rady często nie ma możliwości odbycia, przed formalnym posiedzeniem, roboczego spotkania z przewodniczącym rady i /lub jej członkami, zatem na posiedzeniu zjawi się jak na randce w ciemno.

Orientacja nowopowołanego członka rady nadzorczej powinna obejmować przynajmniej staranne zapoznanie się ze statutem spółki i regulaminami jej organów. Oraz ze strategią, misją i kulturą spółki, jeżeli takie pojęcia można do spółki odnieść. Nowy członek rady powinien zapoznać się z ogłaszanymi przez spółkę w ostatnich latach raportami okresowymi, a także z ogłaszanymi w ostatnich miesiącach raportami bieżącymi. Wskazane jest jego spotkanie z prezesem spółki i członkami zarządu, oraz specjalistami ze spółki, którzy zapoznają go z obowiązującymi przepisami, przede wszystkim dotyczącymi informacji o spółce oraz obrotu emitowanymi przez nią instrumentami. Jeżeli spółka działa w grupie kapitałowej, zakres informacji udostępnianych nowopowołanemu członkowi rady nadzorczej powinien być znacząco poszerzony.

Zdaję sobie sprawę, że mogę być w tej opinii bardzo osamotniony, niemniej uważam, że wszyscy członkowie rad nadzorczych spółek kapitałowych powinni znać dobre praktyki spółek notowanych na GPW, nawet jeżeli posługują w radach spółek nienotowanych. Dobre praktyki służą kreacji zaufania, a spółki notowane oraz nienotowane potrzebują go przecież jednako. Rynek jest wspólny dla spółek notowanych i nienotowanych, wszystkie podmioty powinny się na nim właściwie zachowywać, wszystkie bowiem korzystają z dobrodziejstwa udziału w obrocie, udogodnień infrastrukturalnych, zasobów społeczeństwa i przywileju ograniczonej odpowiedzialności.

Tekst ogłoszony 3 października 2018 r. w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET

Czytaj także:

2000.05.20 Drzwi obrotowe

2003.08.11 Więcej konkursów, mniej kursów!

2014.01.26 Wyższa szkoła demoralizacji

2015.10.07 Karencja

2005.11.21 Impresja o niezależnych

 

 

 

“Co się jemu stało, temu Musku?”, czyli o ustrojach rynków i spółek

  • SEC zawarła z Elonem Muskiem i Teslą Inc. (TSLA) ugodę, której warunki są w polskich realiach niezrozumiałe;
  • Z jakiej funkcji ustępuje Musk i na jak długo? Jaką funkcję zachowuje i na jakich warunkach?
  • Skoro Musk sam wysłał kwestionowanego tweeta, dlaczego ugoda przewiduje nałożenie surowej kary także na spółkę?
  • Musk wymyka się spod kontroli, śle kolejne tweety, na oślep atakuje short-sellerów i SEC („Shortseller Enrichment Commission”), chyba trzeba będzie go wyrzucić.

Informacje na temat ugody zawartej przez SEC z Elonem Muskiem i Teslą Inc. wzbudziły zrozumiałe zainteresowanie. Musk uważany jest za wizjonera, ma wyjątkową charyzmę, wyróżnia się rozmachem działania i fantazją. Niestety, niekiedy ułańską. Tesla uchodzi za bramę wiodącą w przyszłość. Lecz treść ugody rodziła w Polsce pytania: „Skoro Musk ustąpił z prezesury, dlaczego pozostał prezesem?” „Dlaczego został potraktowany tak surowo z powodu jednego tweeta?” „O co chodzi, skoro kłamią wszyscy?”. Szczególnie rozbawiła mnie treść maila: „Co się jemu stało, temu Musku?”

Poszło o serię tweedów zapoczątkowanych komunikatem: „Rozważam ściągnięcie Tesli po S420. Finansowanie zapewnione” (Am considering taking Tesla private at S420. Funding secured). Musk wysłał go 7 sierpnia b.r. Informacja spadła na giełdę jak grom z jasnego nieba. Niezaprzeczalnie miała charakter cenotwórczy. Wezwanie na takich warunkach byłoby niezwykle korzystne. Akcje Tesli wystrzeliły w górę. Lecz Musk ogłosił nieprawdę. Dopuścił się oszustwa na szkodę inwestorów. Nie miał finansowania (podobnie jak Getback, wbrew komunikatowi Konrada K.). Musk kolejny raz potwierdził, że jego wrogiem jest niesforne ego. Natomiast wspomniane nieporozumienia wokół treści ugody można wyjaśnić poprzez uwidocznienie różnic między polskim („kontynentalnym”) a anglosaskim (tu amerykańskim) modelem rynku kapitałowego i ustrojem spółki akcyjnej.

Informacja o możliwości zdjęcia Tesli z giełdy wymierzona była w inwestorów „na krótko” sprzedających akcje spółki. Musk od dawna walczy z shortsellingiem, prezesowi jednemu z funduszy hedgingowych wysłał nawet parę szortów. Lecz rynek wie swoje: krótką sprzedaż obwinia o samo zło ten, kto pragnie usprawiedliwić własne niepowodzenia.

Sprawę „fałszywych i mylących” tweetów podjął nadzór nad rynkiem (Securities & Exchange Commission, SEC), a nie wymiar sprawiedliwości (Department of Justice, DoJ). Takie rozwiązanie leżało w interesie rynku. Pozwoliło ocalić Muska: SEC przyjęła, że bez niego Tesla byłaby wyceniana niżej, że to on jest najcenniejszym aktywem spółki, oraz że tylko ugoda przewidująca surowe (bądź przynajmniej pozornie surowe) kary pozwoli uchronić Muska przed pójściem do więzienia. A przy okazji pomoże wprowadzić do spółki corporate governance na miarę XXI stulecia. Chociaż, w istocie, ugoda wcale nie zamyka drogi do wszczęcia postępowania przez DoJ.

Ogłoszone 27 września porozumienie z SEC przewiduje, że Elon Musk ma 45 dni na ustąpienie z funkcji przewodniczącego rady dyrektorów i nie będzie się o nią ubiegał przez trzy lata, może natomiast nadal sprawować funkcję CEO. Nowym przewodniczącym zostanie osoba niezależna (podobno rada rozważa kandydaturę Jamesa Murdocha!?). Rozdział obu stanowisk osłabi pozycję Muska. W USA wiele spółek dopuszcza unię personalną przewodniczącego rady i CEO, Wielka Brytania od lat krok po kroku od tego odchodzi. Praktyka brytyjska uważana jest za znacznie zdrowszą.

Przewodniczącemu rady przysługuje tytuł chairman, chairwoman, chairperson, albo po prostu – jak oficjalnie przyjęli niedawno Brytyjczycy – chair. Porównywanie piastuna tej funkcji z przewodniczącym znanej nam rady nadzorczej jest trudne z uwagi na odmienną rolę tych organów w spółce. W skład rady dyrektorów wchodzą bowiem zarówno menedżerowie zarządzający spółką (w tym odpowiednik prezesa zarządu – Chief Executive Officer, CEO) zwani tam inside directors (ich brytyjskim odpowiednikiem są executive directors), jak osoby pozbawione uprawnień decyzyjnych i powołane wyłącznie do sprawowania nadzoru nad działalnością spółki, zwane tam outsider directors (ich brytyjskim odpowiednikiem są non-executive directors, w popularnym skrócie NEDs). Otóż Musk, ustępując przynajmniej na trzy lata jako chair, zachowuje bezterminowo funkcję CEO, czyli nadal sprawuje operacyjne kierownictwo spółką. Aż go wyrzucą, do czego – obawiam się – przecież dojdzie.

Inne komponenty ugody przewidują poszerzenie składu rady dyrektorów o dwóch członków „zewnętrznych” reprezentujących przymiot niezależności, oraz utworzenie w radzie komitetu dyrektorów niezależnych i powierzenie mu odpowiedzialności za komunikację Muska z rynkiem. Ponadto uzgodniono kary finansowe w wysokości 20 milionów dolarów. Takie kwoty zapłacą i Elon Musk, i Tesla. Pozyskane 40 milionów trafi do inwestorów poszkodowanych manipulacjami Muska.

Dlaczego karę ponosi spółka, skoro to Musk osobiście zredagował i nadał tweeta? Otóż przesłanką jej odpowiedzialności jest zaniedbanie nadzoru nad procesem komunikacji z rynkiem. Tesla nie jest osobistą własnością Muska, jest dobrem akcjonariatu i w stosunkach z nim powinna zachowywać się należycie. Wobec tego spółka ponosi pełną odpowiedzialność za twórczość jej menedżerów w mediach społecznościowych.

Imponuje sprawność SEC, lecz sprawa nie jest zamknięta. Podobno, na żądanie Muska, rada dyrektorów Tesli odrzuciła pierwszą wersję ugody. Nową wersję, już surowszą, przyjęła po dwóch dniach wbrew Elonowi Muskowi. Ten hardo zaczepia SEC wyzywając ją epitetem „Shortseller Enrichment Commission”. 4 października wysłał tuzin nowych tweedów, zatrząsł kursem akcji. Ugoda wymaga zatwierdzenia przez sąd. Muskowi nadal grozi orzeczenie o zakazie pełnienia funkcji w spółkach publicznych. Jeżeli rada dyrektorów go nie utemperuje, ukarani mogą zostać jej członkowie.

Akcje Tesli spadają. Ale gdyby Muska odwołano, bądź posłano do więzienia, czy będą spadać bez końca? Menedżerowie odchodzą, nawet tacy, co chełpili się, że „robią robotę Boga”. Świat się z takich powodów nie kończy.

Ryanair w turbulencjach. Proszę zapiąć pasy!

  • Przyczyną turbulencji w RyanAir jest brak corporate governance. Wrześniowe walne zgromadzenie przyniosło manifestację niezadowolenia inwestorów;
  • Dotknęło ono przede wszystkim Davida Bondermana, przewodniczącego rady dyrektorów, który pełni funkcję od 22 lat i już dawno utracił przymiot niezależności;
  • Działalność linii zakłócają strajki pilotów i personelu pokładowego, co skutkuje odwoływaniem setek lotów;
  • Prócz kłopotów wywołanych odwoływaniem lotów pasażerów gnębią restrykcje dotyczące bagażu podręcznego i wymuszanie opłat za dodatkowe usługi.

Gdzie nie ma corporate governance, tam są, lub będą, kłopoty. Przykładem Ryanair – z konieczności mój przewoźnik, bowiem LOT wypiął się na Kraków i przestał obsługiwać większość połączeń z lotniska w Balicach. Za to Ryanair działa tu z rozmachem: obecnie łączy Kraków z portami w 21 państwach. Jest największą linią lotniczą w Unii Europejskiej. Obok gęstniejącej siatki połączeń oferuje też wynajem pokoi, samochodów, coraz bogatszą ofertę zakupów na pokładach swoich maszyn. Irlandczycy dowodzą, że potrafią liczyć pieniądze. Znają się na biznesie i coraz lepiej obsługują Polskę. Lecz nie są u nas szczególnie lubiani, ponieważ wyśmiewają nasz tromtadracki plan zbudowania lotniska-giganta pośrodku niczego, w Baranowie.

Wczoraj – w piątek 28 września – z powodu strajku linia odwołała od 250 lotów, w tym kilka z i do Krakowa. Personel strajkuje pod chwytliwym hasłem „no rights, no flights”. Spadają notowania spółki. Niedawne walne zgromadzenie Ryanair w Gormanston dało inwestorom sposobność do demonstracji niezadowolenia z sytuacji w spółce i wokół niej. Blisko 30% głosów padło przeciwko reelekcji 75-letniego Bondermana; w anglosaskich realiach to sporo, ale też nie jest często spotykane, by przewodniczący rady dyrektorów był tak zależny od CEO… Niezadowolenie inwestorów odczuł także senior independent director Kyran McLaughlin. Akcjonariusze, rozzłoszczeni jak pasażerowie odwołanego lotu, zapowiadali, że w następnym roku już nie dopuszczą do kolejnej reelekcji krytykowanej dwójki, względnie także wszystkich członków komitetu nominacji (Aberdeen Standard Investments, Royal London Asset Management, Local Authority Pension Fund Forum; do sprzeciwów namawiały także firmy doradzające inwestorom Glass Lewis i Institutional Shareholders Services).

Oczekiwania inwestorów dotyczą uporządkowania spraw pracowniczych i związkowych, a także wypracowania silnego, niezależnego i odczuwalnego przywództwa w radzie dyrektorów. W obliczu takich nastrojów spółka zamierzała nie dopuścić mediów na obrady zgromadzenia; byłby to skandal nad skandale! Opamiętano się w ostatniej chwili.

Co ciekawe: zadziorny, kłótliwy CEO Michael O’Leary uniknął krytyk. Zdobył 98,55 głosów poparcia. Wszystkim wiadomo o jego przywarach, ale też znane są jego zalety, oddanie spółce, zasługi, niekwestionowane osiągnięcia. Nie było bez znaczenia, iż z powodu odwołanych lotów zrezygnował z przyznanego mu bonusu w kwocie miliona eur. O’Leary kieruje liniami od 1994 r., przez te lata zaleciał daleko. W przyszłym roku wygaśnie jego kontrakt. Przebąkuje więc, że jeszcze nie wie, czy pragnie nadal posługiwać spółce, osiągnie sześćdziesiątkę i nie chce wiązać się aż na 5 lat. Ach, ci młodzi!

Zarzuty inwestorów dotyczą nie tylko braku niezależności rady, także kaprysów kierownictwa spółki i braku należytego stosunku do interesów akcjonariatu. Przed rokiem spółka upierała się, by wiązać pracowników kontraktami irlandzkimi, dzisiaj wypycha ich na kontrakty lokalne i nie może zdecydować się, jak traktować związki zawodowe. W Polsce personel „zatrudnia się sam”, sam też zadba (?) o swoje emerytury. To kosztem ich, a także pasażerów, Ryanair zalicza się do „budget airlines”, co bywa na polski tłumaczone jako „tanie linie”. Tanie są były dranie z piosenki Czechowicza i Gołasa (Kabaret Starszych Panów).

Akcjonariusze Ryanair wywodzą się w znacznej mierze z Wielkiej Brytanii, są więc poważnie zaniepokojeni zapowiedziami spółki, iż w przypadku twardego brexitu, czyli braku umowy o warunkach wyjścia Zjednoczonego Królestwa z Unii Europejskiej, mogą utracić prawo głosu z akcji. Nie jest wykluczone, że O’Leary pragnie w ten sposób poskromić wojownicze zapędy Londynu. Z drugiej strony nie jest wykluczone, że wyjście Wielkiej Brytanii z UE spowoduje przejściowe zawieszenie jej połączeń lotniczych z państwami Unii.

Z podziwem patrzę na rozmach, z jakim rozwija się Ryanair. Przestroga dla akcjonariatu spółki w kwestii możliwości zawieszenia prawa głosu inwestorów spoza Unii Europejskiej sprawia, że przecież nie zainwestuję w akcje ambitnej linii. Prędzej czy później porachują się z nią pracownicy zrzeszeni w związkach zawodowych. Oraz pasażerowie: Trybunał Sprawiedliwości UE orzekł w kwietniu b.r., że linia powinna wypłacać pasażerom odszkodowania za loty odwołane z powodu strajku, nawet niezapowiedzianego.

Jest jeszcze jeden powód. Najważniejszy. Otóż nie mam za grosz zaufania do obecnego rządu Rzeczypospolitej. Przypuszczam, że jest on gotów do wypchnięcia Polski z Unii, bądź doprowadzenia do sytuacji, że Polska zostanie wypchnięta. Mógłbym wtedy stracić prawa z akcji irlandzkiej spółki. Nie wspominając o reszcie, albowiem wszystkich strat nie da się nawet ogarnąć. Doznają ich niebawem Brytyjczycy, ale to inna historia.

 

 

CalPERS pod lupą, czyli alotaż po amerykańsku

  • California Public Employees Retirement System to największy w USA fundusz emerytalny zarządzający aktywami rzędu 360 miliardów USD;
  • CalPERS uchodził przez dekady za złoty wzorzec dobrych praktyk i rzecznika corporate governance;
  • Na wizerunku funduszu fatalnie ciążą decyzje o zatrudnianiu na kierowniczych stanowiskach osób prezentujących fałszywe dane w życiorysach;
  • Potwierdza to prawidłowość, że im większa instytucja finansowa, tym mniej dba o swoją reputację.

W 2016 r. w California Public Employees Retirement System (CalPERS) doszło do nieoczekiwanej zmiany CEO. Z końcem roku obrachunkowego (30 czerwca) odeszła, po siedmiu i pół latach posługi, zasłużona dr Anne Stausboll. W październiku jej stanowisko objęła Marcie Frost. Jej niechlujnie sporządzone CV głosi, że kierowała działem HR w Department of Retirement Services stanu Washington. Oraz, że ma licencjat i nadal studiuje. Jakże skromne to kwalifikacje na stanowisku prezesa największego funduszu emerytalnego! W dodatku fałszywe. Wkrótce okazało się, że Marcie Frost ma nikłe pojęcie o human resources, a zwłaszcza o naturze funduszy emerytalnych, ponieważ na stanowisku głównego aktuariusza usiłowała zatrudnić osobę bez wymaganych kwalifikacji.

Kolejnym dopustem dla funduszu była dymisja niedawno zatrudnionego dyrektora finansowego, gdy wyszło na jaw, że w procesie rekrutacji Charles Asubonten udzielił fałszywych informacji o przebiegu swojej kariery zawodowej. Spółka, w której miał piastować stanowisko dyrektora zarządzającego, w ogóle nie istniała. Na koniec kompromitacja sięgnęła samego szczytu: również Marcie Frost wielokrotnie kłamała na temat swojej kariery zawodowej i wykształcenia. Oszukała także swojego poprzedniego pracodawcę. Znane powiedzenie głosi, że kłamcy powinni mieć dobrą pamięć, natomiast Frost w swoich życiorysach raz pisała, że uzyskała magisterium, innym razem, że jest w trakcie jego uzyskiwania, podawała także różne daty i fakty. A co najgorsze: przewodnicząca rady funduszu Priya Mahur usiłowała ukryć skandal, personel brał winę na siebie, a rzecznik prasowy niemal rzucał się pod koła autobusu zapewniając, że to on jest sprawcą nieporozumień.

Rzecz nie mieści się w głowie. Kiedy w Polsce przed laty, w epoce AWS, prezesurę Zakładu Ubezpieczeń Społecznych powierzono partyjnemu działaczowi bez kwalifikacji – ukułem termin „alotaż”, brzmiący z francuska (korektor Google poprawia mi pisownię na balotaż), lecz w pełni rodzimy, wywiedziony od nazwiska nominata. Kariera nieszczęśnika trwała krótko, ale należy przyznać, że niczego złego nie dokonał, więc został zapomniany. Także termin „alotaż” nie zrobił kariery, przyćmiła go niebawem formuła TKM („teraz, k…., my), zrazu użyta w tonacji szyderczej, niebawem podniesiona do rangi programu partii rządzącej. Gwoli ścisłości dodam, że za nominacją Marcie Frost, nie stoją, jak się wydaje, przesłanki polityczne. Oceny jej poczynań nie są jednak wolne od zarzutów o cronyism i featherbedding. Pierwszy z tych terminów oznacza kumoterstwo, drugi, m.in., poplecznictwo.

CalPERS ma ogromne zasługi w krzewieniu corporate governance w spółkach portfelowych na wielu rynkach kapitałowych. Uczestnicząc w walnych zgromadzeniach 11 tysięcy spółek, fundusz najczęściej przyjmuje aktywną, nawet waleczną postawę. Toczy i wygrywa spory z zarządami. Ponad 500 spółek portfelowych uległo naciskom funduszu na wprowadzenie, lub zwiększenie ilości kobiet w radach dyrektorów. Oraz zwiększanie różnorodności składu rad. Przy tym fundusz zapatruje się sceptycznie na propozycje wprowadzenia kwot (skarbnik Kalifornii John Chiang daremnie prosił CalPERS o wsparcie dla wymogu 30-toprocentowego udziału kobiet w radach). Szczególnie zasługuje na wyróżnienia działalność funduszu na rzecz krzewienia odpowiedzialności klimatycznej spółek i sprawozdawania przez nie na temat ekologicznych następstw ich działalności. Oraz opór przeciwko planom podnoszenia płac menedżerów.

Z drugiej strony fundusz bywa krytykowany za okazjonalne straty. Za przepłacanie marnych usług zarządzania jego aktywami przez private equity. Za częste i kosztowne przypadki naruszania praw autorskich. Za wewnętrzne intrygi i spory, których echa rozchodzą się daleko. Za wstrzemięźliwość wobec postulatu wycofania się z inwestycji w producentów i dystrybutorów broni palnej (CalPERS twierdzi, że więcej uczyni dla dobra sprawy jako wpływowy inwestor). Cieniem na reputacji funduszu kładzie się wreszcie niska ocena pracy pani prezes i przedziwna atmosfera wokół niej. Odnosi się wrażenie, że funduszowi przestało zależeć na utrzymaniu świetnej reputacji. Im większa instytucja finansowa, im bardziej spuchnięta od miliardów, tym mniejsza jej troska o opinię. Czyżby wielki nie musiał się starać? Czy wszystko mu uchodzi?

Czytaj także:

2017.05.16 Skaza na złotym wzorcu dobrych praktyk

2017.01.30 CalPERS, czyli etyka przed biznesem

2003.04.20 CalPERS, bicz rynku

Czy senator Elizabeth Warren naprawi kapitalizm?

  • Elizabeth Warren, profesor prawa Uniwersytetu Harvarda, wpływowa polityk Partii Demokratycznej, reprezentuje w Senacie USA stan Massachusetts;                           
  • Wyrazista, aktywna, popularna, bywa wymieniana w gronie potencjalnych kandydatów w wyborach prezydenckich w 2010 r.
  • Pani senator promuje projekt Accountable Capitalism Act – ustawy, dzięki której kapitalizm będzie „znowu wielkim” i odpowiedzialnym przed społeczeństwem;
  • Projekt zawiera wiele haseł słusznych i niemało bałamutnych; jeżeli – w co wątpię – wejdzie w życie, więcej zepsuje, niż naprawi.

Założenia są… odważne: Accountable Capitalism Act dokona sprawiedliwej redystrybucji bilionów dolarów (ameryk. trillions) z rąk akcjonariuszy w ręce ludu, czyli klasy średniej. Spółki korzystają z przywilejów przynależnych osobom prawnym, więc powinno się od nich wymagać przyjęcia wynikających z tej osobowości wrażliwości moralnej, sumienia. Owszem, niech sobie odnoszą sukcesy rynkowe, lecz niechaj poczuwają się także do odpowiedzialności wobec pracowników, klientów, społeczeństwa. W ostatnich dziesięcioleciach zaniedbały one swoje zobowiązania wobec interesariuszy, kierują się przede wszystkim dobrem akcjonariatu – a z tym, zdaniem pani senator, należy skończyć.

Senator Warren pragnie ograniczyć środki przeznaczone na dywidendy i skierować je na inwestycje. Pragnie – bardzo słusznie – poskromić polityczne powiązania spółek. Pragnie, też jakże słusznie, zwiększyć ilość szczebli karier dostępnych kobietom. Pragnie większej stabilności finansowej biznesu – któż byłby przeciw? Oraz wyższych płac. A także, może przede wszystkim, udziału pracowników w podejmowaniu przez spółki decyzji strategicznych. Oraz reprezentacji pracowników w radach dyrektorów. Powinni oni stanowić 40 proc. składu rad. Nie jestem przekonany, czy ukształtowana w niemieckich realiach powojennych praktyka Mitbestimmung przyjmie się w USA.

„Spółki nie powinny działać jak socjopaci, których jedynym zadaniem jest zarabianie” – domaga się pani senator. Wobec tego postuluje utworzenie w Departamencie Handlu Biura do spraw spółek. Miałoby ono wymóc na spółkach osiągających przychody przekraczające bilion USD występowanie o federalną kartę obywatelstwa korporacyjnego, która określi obowiązki spółki względem interesariuszy, w tym pracowników, klientów – oraz formy ich udziału w procesach podejmowania decyzji. Elizabeth Warren jest zdania, że takie rozwiązanie pozwoli zastąpić niepożądaną kulturę prymatu akcjonariuszy odpowiedzialnością o ludzkim obliczu.

Jest w omawianym projekcie osobliwe materii pomieszanie. Założenia realne i słuszne idą w parze z pomysłami trudniej wykonalnymi. Z jednej strony mamy zasadę, że menedżerowie nie będą mogli przez 5 lat zbywać akcji otrzymywanych tytułem wynagrodzenia, z drugiej – że polityczne zaangażowanie spółki powinno być uprzednio zatwierdzane przez 75% proc. akcjonariatu oraz 75% proc. dyrektorów, w tym reprezentujących pracowników. Oczywiście, spółki nie powinny zajmować się polityką, ale budowa skomplikowanych procedur decyzyjnych nikomu nie posłuży.

Środowisko corporate governance nie wykazało entuzjazmu wobec projektu lubianej senator. Krytyka formułowana jest oględnie w słowach, celnie w argumentach. W zamierzeniu ustawa miałaby służyć umocnieniu, wręcz wielkiej odnowie, corporate governance. Mówiono o rewolucji na rynku kapitałowym. Ktoś napomknął o współczesnym wydaniu rooseveltowskiego New Dealu. Biorąc pod uwagę doświadczenia mojej strony świata, dostrzegam tu raczej elementy leninowskiego NEPu. Odebrać dywidendy rzekomo bogatym inwestorom, by wspomóc ubożejącą klasę średnią – to współczesna mutacja hasła sprzed stulecia: „Pokój chatom, wojna pałacom”. Elizabeth Warren jest specjalistką prawa upadłościowego. Urzeczywistnienie jej pomysłów może sprawić, że upadłości przybędzie.

Donald Trump zaślepił swój elektorat populizmem pseudoprawicowym, wahadło wychyla się teraz ku lewicowej wersji populizmu. Musimy uzmysłowić ignorantom: spółka akcyjna wcale nie służy wyłącznie akcjonariuszom, z dobrodziejstwa jej zysków korzysta w pierwszej kolejności społeczeństwo reprezentowane przez fiskusa. Najpierw spółka wywiązuje się z podatków, wszak płaci nie tylko dochodowy; dopiero z zysku, która pozostanie w kasie spółki po uiszczeniu rozmaitych danin, może być jakaś cząstka wypłacona inwestorom w formie dywidendy. Kto pragnie naprawiać kapitalizm zwalczając dywidendę, podąża na manowce.

Tekst ogłoszony 11 września 2018 r. w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET

Czytaj także:

2018.01.24 Black Rock podważa dogmat rynku, promuje cele społeczne

Reforma corporate governance w Indiach – pierwsze kroki

  • Indie, srodze dotknięte korupcją, podejmują ostrożne reformy na niwie corporate governance;
  • Regulator zarządził oczyszczenie parkietów z setek nieprowadzących działalności spółek-wydmuszek;
  • Podjęto dyskusję nad ustrojem rady dyrektorów i niezależnością jej przewodniczącego;
  • Planuje się wprowadzenie egzaminu dla kandydatów na niezależnych członków rad i rejestru uprawnionych do piastowania tej funkcji.

Przyczynkiem do oceny rynku kapitałowego Indii jest pozycja kraju w ogłaszanym przez Transparency International dorocznym Corruption Perceptions Index 2017. Największa demokracja świata została sklasyfikowana na 81 pozycji wraz Ghaną, Marokiem i Turcją (dla porównania: Polska jest na 36 miejscu, za Botswaną i Słowenią, razem z Seszelami). Prócz wysokiej tolerancji dla korupcji TI piętnuje Indie (oraz Filipiny i Malediwy) także za ograniczanie wolności słowa oraz warunki pracy dziennikarzy i rekomenduje zdecydowane zwiększenie wysiłków na rzecz wolności słowa, wolnych mediów, politycznej różnorodności oraz otwartego, zaangażowanego społeczeństwa obywatelskiego. Chodzi o ograniczenie regulacji dotyczących mediów, promowanie swobody głoszenia opinii oraz ochronę dostępu do informacji. Polskie doświadczenia potwierdzają wpływ tych zjawisk (lub ich braku) na rozwój rynku kapitałowego.

W sierpniu ub.r. regulator – Securities & Exchange Board of India (SEBI) zarządził podjęcie przygotowań do usunięcia z parkietów spółek, których notowania zawieszone były ponad sześć miesięcy, przede wszystkim z uwagi na brak znamion prowadzenia działalności. Bombay Stock Exchange (BSE) w maju b.r. usunęła z notowań 200 spółek, a z początkiem lipca kolejnych 210 zawieszonych spółek oraz 6 spółek w procesie likwidacji; ponadto National Stock Exchange (NSE) usunęła 6 spółek; robi to wrażenie, ale liczba spółek notowanych w Mumbaju przekracza 3 tysiące. Inwestorzy strategiczni (w lokalnej angielszczyźnie „promoters”) są zobowiązani do przeprowadzenia wykupu akcji od pozostałych akcjonariuszy; nie dotyczy to spółek w likwidacji. Zakazem powrotu na rynek przez okres 10 lat objęto usunięte z parkietu wydmuszki, ich dyrektorów wykonawczych, a także wspomnianych „promoters”.

Wiosną 2017 r. powołano komitet na rzecz poprawy standardów w notowanych spółkach. Na jego czele stanął bankowiec Uday Kotak (stąd potoczna nazwa Kotak Commission). Ogłoszony w październiku ub. r. raport komitetu wyznaczył kierunki dalszej reformy corporate governance. SEBI przyjęła ogromną większość z ok. 100 rekomendacji, odrzuciła jednak te, które dotyczyły uprzywilejowania znaczących inwestorów w dostępie do informacji o spółce. Z dniem 1 IV 2020 r. upłynie termin obligatoryjnego rozdzielenia w 500 największych notowanych spółkach funkcji CEO i przewodniczącego rady dyrektorów. Od 1 IV 2019 przynajmniej jeden mandat niezależnego członka rady dyrektorów powinna piastować kobieta. Od 1 IV 2019 r. dopuszczalne będzie piastowanie stanowiska w nie więcej, niż ośmiu radach, a od 1 IV 2020 r. – w nie więcej niż w siedmiu (obecnie w dziesięciu). Przewiduje się także zwiększenie przejrzystości related-party transactions.

Najwięcej dyskusji wzbudza rozdział stanowisk CEO i przewodniczącego rady. Słyszy się głosy, że to rozwiązanie zachodnie; że nie wszystko, co przychodzi z Zachodu, jest dla Indii właściwe; że specyfiką miejscowego rynku jest szczególna pozycja inwestora strategicznego („promoter”), który zazwyczaj lubi łączyć te funkcje. Zwraca się uwagę na silną w Indiach tradycję rodzinnego władztwa w spółkach publicznych. Tak więc w Bajaj Group wspomniane funkcje skupia Rahul Bajaj, w reliance Group – Mukesh Ambani, a gdyby przewodnictwo rady powierzyć komuś niezależnemu, nie miałby on nic do powiedzenia…

Zwraca się uwagę na słabość dyrektorów niezależnych, na serię afer w spółkach IT, a na tym tle pojawia się postulat dopuszczenia na gruncie miejscowego prawa spółek rozdziału zarządu i rady nadzorczej (two-tier board) oraz, podążając dalej za niemieckim modelem spółki akcyjnej – wprowadzenia do rady nadzorczej reprezentacji pracowniczej. Lecz nawet zwolennicy tej koncepcji przyznają, że do jej urzeczywistnienia daleka jeszcze droga. Bardziej realne są propozycje SEBI dopuszczenia hinduskich spółek do bezpośrednich (bez kwitów depozytowych) notowań na zagranicznych giełdach, a spółek zagranicznych – na miejscowych giełdach.

Rząd zmierza do ograniczenia swojej pozycji na rynku kapitałowym, co pociągnie za sobą wzrost znaczenia rad dyrektorów, zwłaszcza ich członków reprezentujących przymiot niezależności. Minister do spraw korporacyjnych P.P. Chaudhary opowiada się za podniesieniem kwalifikacji niezależnych członków rad dyrektorów poprzez adresowane dla nich kursy i wprowadzenie obowiązkowego egzaminu państwowego dla kandydatów na takie funkcje w radach. Rozważa się także powierzenie Indian Institute of Corporate Affairs (IICA) listy osób legitymujących się złożeniem takiego egzaminu. Mam szczególne powody, by śledzić realizację tego pomysłu…

 

Koalicja oszustów (Main Street Investors Coalition)

Jak państwo oszukuje obywateli za ich własne pieniądze, rzekomy rzecznik inwestorów za ich własne pieniądze zwalcza ich interesy.

  • Nazwa „Main Street Investors Coalition” brzmi poczciwie: sugeruje, że chodzi o obronę interesów rzeszy akcjonariuszy mniejszościowych;
  • Koalicja zdołała zyskać wpływ na Komisję Papierów Wartościowych i Giełd (SEC) i członków Kongresu USA, zyskała też posłuch w Białym Domu;
  • Szkopuł w tym, że koalicja jest zdominowana przez lobbystów i finansowana przez wielkie korporacje, z którymi niby walczy;
  • Koalicja kwestionuje wpływ spółek na zmiany klimatyczne, zwalcza postulaty kontroli broni palnej i tezy o zaletach zróżnicowania zatrudnionych.

Najpierw przywołuje się argument ahistoryczny: „W 1950 r. inwestorzy detaliczni bezpośrednio posiadali ponad 90 proc. akcji wyemitowanych przez amerykańskie spółki. Dzisiaj ta wielkość bliższa jest 30 proc., a rynek kapitałowy jest zdominowany przez wielkich instytucjonalnych i często pasywnych inwestorów”. Takie postawienie sprawy ułatwia atak na zarządzających funduszami: to wielkie, ociężałe instytucje dbające o własne interesy kosztem interesów detalistów, którzy wnieśli do spółek kapitał, w sumie wcale niemały, ale nie mają na te spółki wpływu. Brzmi dobrze, nieprawdaż?

Main Street Investors Coalition pragnie przekonać regulatorów, że lepiej rozumie problemy drobnych inwestorów, uczestników funduszy emerytalnych i planów inwestycyjnych 401(k), niż te tłuściochy BlackRock albo Vanguard lansujące jakieś kłopotliwe, abstrakcyjne teorie o potrzebie krzewienia ESG (environment, social, governance). Jak pisze jeden z krytyków koalicji, jej celem jest wywołanie wrażenia, że to nie Dow Chemical występuje przeciwko zgłoszonemu przez akcjonariuszy projektowi uchwały przeciwko zatruwaniu chemikaliami ziemi uprawnej. To raczej sprawka Karen, samotnej matki, posiadaczki konta 401(k) z saldem 936,14 USD, walczącej o to, by firma zarządzająca jej środkami nie zawracała korporacjom głowy jakimiś sprawami społecznymi. Po ciężkim dniu, zmęczona pracą i dodatkowymi zajęciami (czynsz właśnie znowu wzrósł), Karen śle artykuły do lokalnych mediów.

Lecz żadnej Karen nie ma. Pod prowincjonalnie brzmiącym hasłem main street (głównej ulicy miasteczka lub wielkomiejskiego przedmieścia) działa chmara lobbystów finansowanych przez waszyngtońską organizację National Association of Manufacturers. W jej władzach zasiadają przedstawiciele nie drobnych inwestorów, a bogatych firm wydobywczych i produkcyjnych jak Exxon Mobil, Goodyear, Dow Chemical, Cargill, Pfizer, Toyota. Firm, którym prospołeczne, prośrodowiskowe zapędy wielkich fund managerów, jak BlackRock, przeszkadzają.

Dlatego koalicja neguje wpływ działalności spółek na klimat i środowisko, kwestionuje idee ograniczania dostępu do broni palnej, wyśmiewa teorię o korzyściach płynących ze zróżnicowania siły zespołu menedżerów i pracowników. Kwestionuje system wartości propagowanych na rynkach przez BlackRock oraz innych wielkich zarządzających funduszami. I broni wielkie spółki przed koniecznością wprowadzania zmian korzystnych dla społeczeństwa, oraz dla środowiska, lecz przecież kosztem tych spółek.

Zatem koalicja jest oszustwem. Jest uzurpacją na szkodę drobnych akcjonariuszy. Jak państwo oszukuje obywateli za ich własne pieniądze, rzekomy rzecznik inwestorów za ich własne pieniądze zwalcza ich interesy. Natomiast występuje w interesie spółek niezdolnych do stawienia czoła realiom współczesnego świata, co naraża na znaczne ryzyko ich pracowników oraz inwestorów.

Afera ma także wymiar medialny. Zwróciła na nią uwagę Nell Minow, jedna z najbardziej rozpoznawalnych w świecie postaci corporate governance. Z jej inspiracji fałszywą koalicją fałszywych inwestorów zajął się New York Times, ogłaszając demaskatorski, miażdżący artykuł. Oszustom na ratunek pośpieszył Forbes osobliwym (niewykluczone, że kupionym) tekstem, w którym z Nell zrobiono mężczyznę o imieniu Neil. Ani to mądre, ani gustowne. Albo nie wiedzieli, kim jest Nell, co dowodzi dokuczliwej ignorancji, albo wiedzieli, lecz chcieli to ukryć, co jedynie dowodzi głupoty.

Tekst ogłoszony 25 września 2018 r. w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET

 

 

 

 

 

 

Corporate governance w Chinach. Raport ACGA 2018

  • Postępujące umiędzynarodowienie gospodarki Chin oznacza konieczność zwrócenia uwagi na corporate governance;
  • Reformy objęły najpierw spółki notowane na zagranicznych giełdach, obecnie dotykają także spółek notowanych lokalnie;
  • Bierze się pod uwagę nie tylko zarządzanie spółkami i ich nadzorowanie, także wpływ ich działalności na środowisko i klimat;
  • Niemniej najważniejsze decyzje nie należą do rynku, spółek, inwestorów, ale do rządu pod kierownictwem partii…

Asian Corporate Governance Association jest stowarzyszeniem non-for-profit założonym w Hongkongu w 1999 roku. Współpracując z regulatorami, notowanymi spółkami i inwestorami, ACGA działa na rzecz corporate governance upatrując w nim warunek rozwoju gospodarek i rynków kapitałowych. Stowarzyszenie zrzesza 110 instytucji, nie tylko z Azji, i prowadzi badania 11 rynków regionu (w kolejności alfabetycznej Chin, Filipin, Hongkongu, Indii, Indonezji, Japonii, Korei Południowej, Malezji, Singapuru, Tajlandii i Tajwanu), wydaje dwumiesięcznik Asia Regional Briefing i dwurocznik CG Watch, a także organizuje doroczne konferencje Asian Business Dialogue on Corporate Governance; najbliższa – The Rise of ESG in Asia: Implications for Companies and Investors odbędzie się 13 i 14 listopada w Pekinie.

Warto zwrócić uwagę na obszerne (ponad 200 stron), wnikliwe i dobrze udokumentowane opracowanie „Awakening Governance. The evolution of corporate governance in China. ACGA China CG report 2018” (https://www.acga-asia.org/specialist-research.php). Ukazuje ono rosnące aspiracje Chin ku uporządkowaniu corporate governance. W 1987 r. odbyłem podróż studyjną po Chinach dla zapoznania się z działalnością specjalnych stref ekonomicznych. Nikt wtedy tam nie słyszał o corporate governance (lecz w Polsce także nikt). Rynek kapitałowy powstał w Państwie Środka już kilka lat później: giełdę w Szanghaju powołano w 1990 r., kolejną w Shenzen rok później. Tematykę corporate governance podjęto zrazu dla zwiększenia przejrzystości spółek z dominującym udziałem państwa notowanych na zagranicznych giełdach (w Nowym Jorku od 1992 r., w Hongkongu od 1993 r.). Z kolejnej podróży po Chinach przywiozłem wrażenie, że tamtejsza „gospodarka już mknie po odległych orbitach, porządek korporacyjny dopiero wsiada na rower”. Zwróciłem jednak uwagę, że „szanghajska giełda przyjęła zasady dobrej praktyki notowanych na niej spółek już w 2000 roku, czyli wcześniej, niż w Polsce podjęto prace nad kleceniem takich zasad”.

Następne lata przyniosły próby reform dotyczących spółek notowanych lokalnie, ich rad nadzorczych i wprowadzania do nich członków niezależnych, raportowania kwartalnego itd. Kolejne kroki zmierzające do umiędzynarodowienia rynku i ułatwień dla zagranicznych inwestorów instytucjonalnych (lecz do dzisiaj nie zostały zniesione wszystkie restrykcje wobec nich) zaowocowały wprowadzeniem do MSCI Emerging Market Index akcji 234 chińskich spółek. Do opinii publicznej zaczęło docierać, że sfera corporate governance obejmuje także elementy społeczne i ekologiczne (ESG) i uwzględnia wpływ spółek na zmiany środowiska i klimatu. W konsekwencji China Securities Regulatory Commission ostatnio uwspółcześniła, po raz pierwszy od 2002 roku, Code of Corporate Governance for Listed Companies.

Na chińskim rynku działają byty dwojakie: spółki z dominującym udziałem państwa (state owned enterprises, SOEs) oraz spółki prywatne (privately owned enterprises, POEs). Drogę toruje sobie pogląd, że jednym i drugim corporate governance i ESG w dłuższym horyzoncie czasowym kreują wartość i wspomagają efektywność. Zagraniczni inwestorzy dojrzewają do wyjścia poza schemat, że SOEs są niechętne akcjonariuszom innym niż państwo (choć często bywają), a POEs są ekscytujące, ale ryzykowne (bywają). Obie kategorie notowanych spółek mają trudności w komunikowaniu się zwłaszcza z zagranicznymi inwestorami. Większość z nich nie rozumie chińskiego wydania corporate governance. Albowiem chińskie corporate governance to nie tylko zarządy i rady nadzorcze, niezależni dyrektorzy w radach, komitety audytu itd., ale także dominujące w gospodarce komitety i organizacje partyjne sprawujące kierowniczą rolę.

Raport ACGA zwraca uwagę, że zagraniczni inwestorzy wykazują zdecydowanie wyższy sceptycyzm wobec chińskiego rynku kapitałowego niż inwestorzy lokalni. Znaczną rolę odgrywają trudności językowe i niedostateczna znajomość miejscowych tradycji i wartości kulturalnych. Zresztą nawet chińscy inwestorzy, obyci już na rynku, skarżą się na trudności w zrozumieniu przekazywanych przez spółki „ukrytych znaczeń”. Jak mają czytać między wierszami ci, którzy nie znają miejscowego pisma? Bardzo trudno o dostęp do spółek, o spotkania z menedżerami. Relacji inwestorskich albo nie ma wcale, albo są nieprofesjonalne. Zasady corporate governance bywają traktowane formalnie, jak punkty do odhaczenia. Inwestorzy mniejszościowi, krajowi i zagraniczni, skarżą się na brak poszanowania przez spółki z przewagą państwa. To rząd, nie inwestorzy, nadaje kierunek decyzjom…

Czytaj także:

2005.09.26 W Państwie Środka

Dobre praktyki spółek nienotowanych – wzór brytyjski

  • Wielka Brytania inicjuje kolejny ważny etap procesu reformy corporate governance;
  • Po spółkach notowanych przyszła kolej na wielkie spółki nienotowane;
  • Zostają one objęte obowiązkiem sprawozdawania o stosowaniu corporate governance;
  • Ponadto przedstawiono do konsultacji projekt dobrych praktyk dla wielkich spółek nienotowanych.

Na rozwiniętych i rozwijających się rynkach przyjmuje się powszechnie, że spółki notowane poddane są rygorowi stosowania dobrych praktyk. Dążąc do zwiększenia atrakcyjności i konkurencyjności swojego rynku kapitałowego, Wielka Brytania rozciąga niektóre zasady corporate governance na prowadzące działalność w większym rozmiarze spółki nienotowane. Nie podlegają one adresowanemu do spółek publicznych UK Corporate Governance Code, lecz ich powinności nie ograniczają się do obowiązku przestrzegania prawa. Wszystkich podmiotów gospodarczych dotyczy kanon należytego gospodarowania.

Nienotowane spółki ważą na brytyjskiej gospodarce, są znaczącymi płatnikami podatków, pracodawcami dla milionów. Wywierają istotny wpływ na społeczeństwo, które oczekuje, że będą one dobrze zarządzane i przejrzyste, a rady dyrektorów spółek nienotowanych będą aspirować do standardów spółek publicznych. Zwiększenie przejrzystości i odpowiedzialności spółek prywatnych ułatwi im rozliczenie się przed społeczeństwem z tytułu korzystania z kapitału społecznego i dobrodziejstwa ograniczonej odpowiedzialności. Spółki nienotowane, wolne od presji inwestorów na krótkoterminowe wyniki, powinny kreować wartość nie tylko dla akcjonariuszy, także dla szeroko rozumianego kręgu interesariuszy. Liczne spośród nich dobrowolnie stosują dobre praktyki spółek notowanych, ponieważ jest to opłacalne, buduje reputację i zaufanie.

Ważne: prywatna własność nie ogranicza publicznych następstw upadłości tych podmiotów. Impuls do podjęcia kwestii corporate governance dla prywatnych spółek dał skandaliczny upadek British Home Stores (2016), spółki w swoim czasie notowanej, ściągniętej z parkietu i doprowadzonej do katastrofy na szkodę tysięcy osób tracących pracę, a także uczestników zakładowego funduszu emerytalnego, w którym zabrakło ponad 0,5 mld GBP. Obrazu grozy dopełnił bulwersujący upadek budowlanego giganta Carillion (2018), wykonawcy licznych kontraktów rządowych, zatrudniającego dziesiątki tysięcy pracowników w Wielkiej Brytanii i na kontynencie.

W czerwcu wpłynął do parlamentu projekt Companies (Miscellaneous Reporting) Regulation 2018. Przewiduje on wprowadzenie od 1 stycznia 2019 r. obowiązku sprawozdawania przez wielkie spółki nienotowane, w corocznych raportach rady dyrektorów i na stronach WWW, o stosowaniu corporate governance. Spółki mają składać oświadczenia, który zbiór zasad corporate governance (alternatywą dla UK Corporate Governance Code może być zbiór QCA – Quoted Companies Alliance) stosowały w poprzednim roku finansowym, w jaki sposób stosowały ten zbiór, jeżeli zaś odstąpiły od stosowania zasad – powinny wyjaśnić, o które zasady chodzi i jakie były przyczyny ich niestosowania / niezastosowania. W nawiązaniu do wspomnianego zbioru QCA: ciekaw jestem, jak wyglądałby zbiór dobrych praktyk przygotowany przez Stowarzyszenie Emitentów Giełdowych…

W tym samym czasie został poddany pod konsultacje dokument zawierający założenia dobrych praktyk wielkich spółek niepublicznych: The Wates Corporate Governance Principles for Large Companies (Wates Principles). Zespół redakcyjny został powołany w styczniu b.r. z udziałem kompetentnych organizacji pozarządowych, m.in. Confederation of British Industry, Trade Union Congress, Institute of Directors, a także Financial Reporting Council. Zespołowi przewodniczy James Wates, szef rady dyrektorów firmy konstrukcyjnej The Wates Group, jednej z największych brytyjskich spółek rodzinnych. Termin „wielkie spółki” obejmuje nienotowane podmioty zatrudniające przynajmniej 2 tys. osób lub wykazujące obroty ponad 200 mln GBP rocznie i sumę bilansową ponad 2 mld GBP.

Zbiór proponowany przez zespół Jamesa Watesa obejmuje 6 zasad:

  1. PURPOSE: chodzi o zgodność przyjętych przez spółkę wartości, strategii i kultury z celem spółki;
  2. COMPOSITION: chodzi o skład rady, skuteczność przewodnictwa i kwalifikacje, doświadczenia oraz wiedzę dyrektorów zdolnych do wnoszenia wkładu w jej prace. Liczebność rady powinna odzwierciedlać skalę i złożoność działalności spółki;
  3. RESPONSIBILITIES: chodzi o znajomość zadań i odpowiedzialności rady przez dyrektorów. Regulamin rady winien wspierać niezależność i skuteczność uchwał;
  4. OPPORTUNITY AND RISK: rada powinna działać na rzecz długoterminowego sukcesu spółki poprzez kreowanie i pielęgnowanie wartości oraz nadzorowanie identyfikowania i mitygowania ryzyka;
  5. REMUNERATION: rada powinna zadbać o wynagradzanie zarządzających służące zrównoważonemu długoterminowemu sukcesowi spółki, biorąc pod uwagę płace i warunki pracy zatrudnionych;
  6. STAKEHOLDERS: rada odpowiada za współpracę z interesariuszami, w tym z pracownikami, w oparciu o cele spółki, i bierze ich pod uwagę przy podejmowaniu uchwał.

Są to zasady ogólne, miękkie, łatwe do zaakceptowania przez wszystkich uczestników rynku. Z biegiem czasu i w miarę pozyskiwania doświadczeń mogą być one konkretyzowane. Brytyjskie koła gospodarcze silnie wspierają dążenia do wzmocnienia i kodyfikacji governance spółek nienotowanych. Konsultacje zasad Watesa trwają do 7 września br., ostateczna redakcja zasad zostanie opracowana w grudniu i wejdzie w życie z początkiem 2019 roku, równocześnie z korespondującymi przepisami o obowiązkach sprawozdawczych spółek nienotowanych.

Czytaj także:

2018.07.23 2018 UK Corporate Governance Code – podstawowe założenia

Kto powinien administrować zasadami corporate governance?

  • Wielka Brytania, pionier zasad corporate governance i lider w procesie ich rozwoju stanęła przed pytaniem, kto powinien odpowiadać za tę materię;
  • Do tej pory odpowiedzialność za rozwój corporate governance pełniła niejako z urzędu Financial Reporting Council;
  • Jej najświeższym osiągnięciem jest ogłoszony w lipcu 2018 r. nowy UK Corporate Governance Code, ogólnie dobrze przyjęty;
  • Jednak wpływowy Instytut Dyrektorów proponuje: niech FRC zajmie się swoim podstawowym zadaniem – audytem, a zasady corporate governance zostawi rynkowi.

Wielka Brytania dba o zasady corporate governance. Szczególnie teraz, ponieważ upatruje w nich ważny argument przemawiający za atrakcyjnością jej rynku kapitałowego w obliczu brexitu, zapewne katastrofalnego dla gospodarki. Gospodarzem tej materii jest Financial Reporting Council, regulator i nadzorca standardów rachunkowości, audytu i aktuariatu oraz promotor przejrzystości i uczciwości biznesu. FRC związała się z procesem kształtowania zasad porządku korporacyjnego już u jego zarania, jako uczestnik inicjatywy owocującej raportem na temat finansowych aspektów corporate governance (1992), znanym jako Cadbury Report.

Obejmując urząd premiera, Therese May zapowiedziała reformę corporate governance. Wkrótce poddano pod dyskusję jej założenia, zebrane w Zielonej Księdze. 16 lipca b.r. FRC ogłosiła nowy UK Corporate Governance Code. Rynek pozytywnie ocenił ten dokument. Koresponduje z nim oczekiwanie na przedstawienie przez FRC, jeszcze w tym roku, nowej redakcji UK Stewardship Code, adresowanego do inwestorów. Ponadto trwają prace nad zbiorem zasad corporate governance dużych spółek niepublicznych; ich projekt został już poddany pod dyskusje i zyskuje przychylne oceny.

Powszechne uznanie dla dorobku Financial Reporting Council na polu corporate governance nie przeszkodziło The Institute of Directors zakwestionować pozycji FRC jako gospodarza tej dziedziny. IoD wystąpił właśnie z postulatem, by Financial Reporting Council skupiła się na swoim podstawowym zadaniu – rachunkowości i nadzorze nad audytem, pozostawiając administrowanie zasadami corporate governance i stewardship niezależnemu ciału ściśle powiązanemu z biznesem i inwestorami. Wniosek skierowano do tamtejszego ministerstwa gospodarki, czyli Department for Business, Energy and Industrial Strategy (BEIS).

Dina Medland, komentatorka tematyki corporate governance, zareagowała ogórkowo: jest sierpień, a w tym miesiącu pisuje się różne rzeczy. Lecz nie sądzę, by Instytutowi Dyrektorów przywidziała się potwora z Loch Ness. Nietrudno domyślić się, że proponując przejęcie tematu przez kręgi gospodarcze, Instytut ma na myśli swój udział w takim projekcie. Jest to nadzwyczaj wpływowa izba gospodarcza brytyjskiego biznesu, ma znaczny potencjał lobbingowy, ale przede wszystkim ma autorytet i spory dorobek w dziedzinie corporate governance. Z tego powodu IoD stał się wzorem dla podobnych organizacji w kilkunastu krajach, zajmujących się przede wszystkim krzewieniem corporate governance. Co więcej: Instytut ma wszelkie kompetencje by przejąć tę dziedzinę.

Zwłaszcza, że na Financial Reporting Council ciążą poważne zarzuty związane z brakiem skutecznego nadzoru nad profesją audytorską. Ilustracją fatalnego stanu rzeczy jest afera związana z nagłym upadkiem wielkiego konglomeratu budowlanego Carillion. Na spółce pasła się przez lata Tłusta Czwórka firm audytorskich, większość z nich pogrążała się w intratnych konfliktach interesów. Sprawę podjęły komisje parlamentarne, media, opinia publiczna; przeważa stanowisko, że konieczne jest rozbicie oligopolu potentatów branży. FRC bada sprawę, ale wyników jej śledztwa nie należy oczekiwać rychło. Ostatnio, 7 sierpnia, FRC zamknęła postępowanie wszczęte w 2014 r. w sprawie nieprawidłowości w sprawozdaniach finansowych jednej ze spółek z AIM za lata obrachunkowe kończące się 31 marca 2009 r. oraz 31 marca 2010 r. Na marginesie: wobec tego radzę nie złorzeczyć Komisji Nadzoru Finansowego za rzekomo karygodną opieszałość…

Znaczenie problemu wykracza daleko poza Wielką Brytanię. Czy zasadami corporate governance powinien administrować organ rządowy, bądź rządowo-prywatny – czy lepiej, by ta dziedzina znalazła się w gestii biznesu? W wielu państwach, w tym w Polsce, zasady corporate governance są stanowione przez giełdy. Kiedy Komisja Nadzoru Finansowego próbowała w 2014 r. upaństwowić tę problematykę, istniejący wówczas Polski Instytut Dyrektorów stanowczo sprzeciwiał się temu. Uważałem, i uważam nadal, że biznes lepiej czuje żywioły rynku, niż urząd – bunkier ufortyfikowany przed wpływami realnego świata, uzbrojony w nadzorców zza biurek. Wieczne urzędowanie racz im dać, Panie!

Czytaj także:

2014.08.16 Stosuj, albo pożałujesz!

2018.01.02 Wielka Brytania zmaga się z czasem

2018.06.16 Napychali sobie gęby złotem

2018.07.23 2018 UK Corporate Governance Code