Jak Krzysztof Tchórzewski psuje spółki, rynek i państwo

Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn97Share on Facebook0

Minister Tchórzewski nie wie, co czyni i mówi. Nikt tak ostatnio Polsce nie zaszkodził, jak ten bolszewik rynku. Na takie określenie zasłużył zamachami na rynek kapitałowy, spółki i inwestorów. Zamierza wspierać budżet podatkami od niepotrzebnego, zamierzonego na szkodę spółek i inwestorów, przesuwania środków między kapitałami spółki akcyjnej. Dąży do radykalnego ograniczenia dywidend, nie zdając sobie sprawy, że w końcu wypłoszy kapitał. Oraz plecie głupstwa, że spółkom z udziałem Skarbu Państwa nie są potrzebni inwestorzy krótkoterminowi.

Opowiadanie, że przesunięcie środków z kapitału zapasowego na kapitał zakładowy wzbogaci spółkę – jest bzdurą. Spółki ocenia się po ich zdolności do generowania zysków; kwestia, w której przegródce bilansu zaksięgowano kapitał, jest tutaj bez znaczenia. Spółki ocenia się także po ich kapitalizacji, czyli iloczynie wyemitowanych akcji i ich bieżącej ceny. Można także dokonać oceny spółki biorąc pod uwagę sumę jej kapitałów: zakładowego, zapasowego i funduszy rezerwowych, przy czym nie ma znaczenia wewnętrzny podział środków między szufladki. Przenoszenie środków z kapitału zapasowego na kapitał zakładowy ma na celu złupienie spółki, obciążanej podatkiem od takiej papierkowej operacji, oraz pokrzywdzenie akcjonariuszy poprzez zmniejszenie przysługującej im dywidendy, albo zgoła odmowę jej wypłaty.

Ministrowie tego rządu mają śmigłą wyobraźnię. Jak wydawać – to bilion, jak auta elektryczne – to milion, jak przesuwać kapitał pomiędzy przegródkami – to 50 miliardów. Otóż warto przypomnieć, że kapitał zapasowy nie jest kaprysem ani marnotrawstwem, jest tworzony obligatoryjnie i służy pokrywaniu strat. Koniunktura, jak wiadomo, jest kapryśna, nawet najlepsze spółki ponoszą czasem straty; na ich pokrycie tworzy się kapitał zapasowy i utrzymuje się go w wysokości określonej przepisami. Dlatego minister nie dysponuje pełną swobodą rozporządzania kapitałem zapasowym. Nawiasem: wspomniane straty są tym bardziej prawdopodobne, im bardziej spółki z udziałem Skarbu Państwa są obsadzane przez „Misiewiczów” pozbawionych kwalifikacji i doświadczeń. To nie tylko psucie rynku, to psucie państwa, jego podstaw ekonomicznych i moralnych.

Z kolei podnoszenie kapitału zakładowego (akcyjnego) poprzez wzrost wartości nominalnej akcji może pozbawić spółkę tzw. zdolności emisyjnej. Mianowicie nie jest dozwolone emitowanie nowych akcji po cenie niższej od wartości nominalnej, może się więc okazać, że kiedy spółka będzie potrzebować dokapitalizowania – zaproponowana rynkowi cena emisyjna nowych akcji będzie na tyle wysoka, że nie zostaną one objęte przez inwestorów. Mógłby je objąć Skarb Państwa, gdyby miał na to pieniądze, ale nie będzie ich miał, bo wszystko wydaje na kiełbasę wyborczą.

Zaiste, trzeba śmigłej wyobraźni, by łudzić się, że możliwy jest rozwój rynku kapitałowego pozbawianego dywidend. A nawet – przetrwanie giełdy. Giełda służy temu, by spółki mogły rozwijać się za cudze pieniądze. Dostawcy kapitału przecież oczekują czegoś w zamian: systematycznej wypłaty dywidend i wzrostu notowań spółki. Minister Krzysztof Tchórzewski deklaruje się wrogiem dywidend; jest on także wrogiem giełdy i rynku kapitałowego. Rynek burzy się przeciwko jego poczynaniom. Giełda milczy – nie wie, jak reagować na „dobrą” zmianę i plany energetycznego ministra.

Minister Tchórzewski oświadczył, że rząd PiS nie jest zainteresowany obecnością w akcjonariacie spółek z udziałem Skarbu Państwa inwestorów nastawionych na krótki horyzont. Są oni, jak wnioskuję, osobnikami gorszego sortu. Lecz inwestorów nastawionych na daleki horyzont rząd PiS płoszy, jak tylko potrafi, a to akurat potrafi. Pana ministra, ani jego rządu, nie powinno obchodzić, czy kupuję akcje spółek na krótko, czy na długo. Nie ich interes. Inwestor krótkoterminowy (za pierwszej komuny zwany spekulantem, jak przezwie go obecna?) dostarcza rynkowi płynności, giełdzie – obrotu, spółkom – ceny. Lecz działa on, jak wszyscy, z chęci zysku, ale spółki z udziałem Skarbu Państwa niewiele mu oferują. Jestem na warszawskiej giełdzie od samego jej początku, akcje niektórych spółek trzymam przez wiele lat, ale spółek porażonych polityką starannie unikam.

Advocatus diaboli. Obrona Dawida Jackiewicza

Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn41Share on Facebook0

Gdyby ogłosić konkurs na najgorszego ministra, Jackiewicz miałby silną konkurencję. Większość pozostałych mogłaby przecież z nim wygrać. Wyrzucono go za to, że stanowiska w spółkach z udziałem Skarbu Państwa powierzał swoim znajomym, nie natomiast za to, że stanowiska w spółkach Skarbu Państwa powierzał znajomym prezesa Kaczyńskiego, premier Szydło, komendanta Macierewicza. Dlatego uważam, że wyrzucenie ministra Jackiewicza – czymkolwiek motywowane, rzekomymi zasługami czy rzeczywistymi przewinami – niczego nie zmieni. Będzie, jak było. Albo jeszcze gorzej.

Jackiewicz jako minister Skarbu Państwa nie prywatyzował spółek. Prywatyzował państwo, właściciela udziałów w tych spółkach. Uznawał je za łup należny kamaryli, którą „suweren” wyniósł do władzy. Dążył do podporządkowania domeny państwowej interesom partyjnym. Lecz najwięcej zgorszenia wywołał polityką kadrową. Paradoksalnie, poszło nie o to wcale, że największe korporacje, jak Orlen, Lotos lub KGHM powierzał menedżerom bez doświadczenia i kwalifikacji, a o to, że na posadach upchnął kilku szemranych ziomali. Którzy brakiem kwalifikacji, doświadczenia, reputacji, nie ustępowali faworytom prezesa, pani premier, komendanta bądź poszczególnych ministrów.

Z zarządów i rad nadzorczych spółek z udziałem Skarbu Państwa pozbyto się setek menedżerów. Zastąpiono ich swoimi, często mniej przydatnymi na powierzanych im funkcjach, za to zaufanymi prezesa lub kogoś z jego otoczenia. Wyrzucanych próbowano przy tym pozbawić reputacji, odmawiając im absolutoriów. Nie starczało przyzwoitości, by poddać pod głosowanie uchwałę o odmowie absolutorium i rzeczowo ją umotywować; procedowano projekty uchwał dotyczących udzielenia absolutorium i odrzucano je głosami Skarbu Państwa oraz podmiotów zależnych. Stawia to wyrzuconych w niekorzystnej sytuacji reputacyjnej, utrudnia im znalezienie zatrudnienia. Wprawdzie w zawód menedżera wpisane jest ryzyko utraty stanowiska, niemniej wpisane jest także prawo do uzyskania merytorycznej oceny. Wielu pozbawionych absolutorium „refuseników” zapewne znajdzie pracę w korporacjach konkurujących z podmiotami z udziałem Skarbu Państwa, co może jeszcze bardziej pogrążyć te podmioty, tracące dramatycznie na wartości.

Przed laty, po nominacji Stanisława Alota, nauczyciela z technikum, polonisty, absolwenta studiów podyplomowych z wypoczynku i turystyki, na odpowiedzialne stanowisko prezesa ZUS – ukułem na takie praktyki termin alotaż. Niestety, „przykrył go” ukuty przez Jarosława Kaczyńskiego skrót TKM, rozwijany jako Teraz, K…., My. Kaczyńskiemu chodziło o zawłaszczanie państwa przez AWS. Obecnie sam je zawłaszcza na jeszcze większą skalę. Jackiewicz był jedynie wykonawcą jego polityki. A że na boku coś pokombinował? Nie on jeden, wszak kombinatorów jest w tej kamaryli pod dostatkiem. Prezes sam daje przykład: w telewizji upycha kuzyna, kuzyn wkręca się do filmu, jego partnerka dostaje rolę, a ojciec osobistej makijażystki prezesa dostaje stanowisko. François Hollande został potępiony i wyśmiany za zatrudnienie w Élysée fryzjera. Nazywają go Budyniem. Jarosław, nawet w profesjonalnym makijażu, zasłużył na zwarzony Kisiel.

Nie będę wyliczał przewin Dawida Jackiewicza. Nie starczyłoby miejsca na tym blogu. Jako adwokat diabła powołam więc argument na korzyść potępianego. Bardzo zaszkodziło mu powołanie Bartłomieja Misiewicza do rady nadzorczej Polskiej Grupy Zbrojeniowej. Pytano: jak tak można? Wszak „osobisty przedstawiciel” komendanta – cóż za błyskotliwa formuła prawna, nieprawdaż? – nie ma wykształcenia (dopiero robi licencjat), nie ma doświadczenia, żadnych kwalifikacji, był tylko pomocnikiem w aptece gdzieś pod Warszawą. Znany prawnik pośpieszył z obroną tej nominacji: dowodzi, że mimo wszystko nie narusza ona prawa. Panie mecenasie, lubię pana, szanuję za dorobek, za wielką pracowitość, zazdroszczę stanowiska w radzie nadzorczej Przytułku Orlenino (przyszło tam panu pracować z nominatami lepszego sortu), ale przytoczę fundamentalną zasadę corporate governance: „W skład zarządu i rady nadzorczej powoływane są osoby reprezentujące wysokie kwalifikacje i doświadczenie”. Basta.

A Ryszard Petru ogłosił listę „40 Misiewiczów”. Albo zgubił zero, albo liczyć nie umie.

UZUPEŁNIACZ: Poniósł mnie temperament, przypisałem D. Jackiewiczowi decyzję o powołaniu Misiewicza do rady nadzorczej PGZ: dziękuję Czytelnikowi za sprostowanie, iż to decyzja MON.

15 lat później

Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn23Share on Facebook0

Zmarnowaliśmy te 15 lat. My – czyli cywilizacja pokoju i demokracji. Terroryzm tryumfuje. W tekstach pisanych wtedy, we wrześniu 2001 roku, naiwnie liczyłem, że w reakcji na 9/11 terroryzm zostanie odcięty od źródeł finansowania, a na rynkach rozkwitnie przejrzystość jako remedium na zło. Owszem, od tej pory ujawniono wiele faktów kompromitujących polityków, ale chodzi mi po głowie przekonanie, że za poczynaniami Snowdena lub Assange’a krzątają się rosyjskie służby. Owszem, ujawniono także wiele afer gospodarczych, w które zamieszane były nie tylko szanowane korporacje, także państwa. Lecz obraz świata nie napawa optymizmem. Najlepszym środkiem dezynfekującym jest światło, ale rozległe obszary gospodarki światowej, handlu międzynarodowego, finansów – są wciąż skryte za kurtyną tajemnicy.

W cieniu ataków terrorystycznych znalazły się wówczas przedsiębrane w wielu państwach, na różnych kontynentach, inicjatywy ku umocnieniu corporate governance. Wiele z nich wkrótce przybrało dojrzały kształt. Odgrywają liczącą się rolę w przeciwdziałaniu złu. Niemniej należy stwierdzić, że przyjęte rozwiązania są najwyżej połowiczne. Powtórzę swoje naiwne stwierdzenia sprzed piętnastu lat:

„Rozprawa z terroryzmem wymaga reformy finansów przeprowadzonej na globalną skalę, obejmującej wszystkie państwa demokratyczne, wszystkie rynki, nawet wszystkie spółki. Reformy zmierzającej ku zapewnieniu większej przejrzystości wszelkiej działalności gospodarczej. Swoboda przedsiębiorczości musi zostać uwarunkowana pełniejszą jawnością poczynań. Inaczej społeczeństwa mogą przegrać z plagami współczesności, jakże często idącymi w parze: terroryzmem i narkobiznesem. Przeto niemniej ważne od ustalenia, kto dokonuje aktów terroru, jest ustalenie, kto je finansuje, gdzie znajdują się jego pieniądze i w jaki sposób można mu je zabrać” [Więcej światła!].

Niestety, zamiast postępu – dostrzegam regres. Ubywa państw demokratycznych. W każdym razie – ubywa państw niekwestionowanie demokratycznych. Przed 15 laty do tych ostatnich nie zaliczano Turcji, natomiast Polskę – tak. Ale czy dzisiaj ówczesna ocena Polski jest nadal aktualna? Dokąd zajdziemy za rok? Sankcję podejmowane przeciwko „imperiom zła” nie wyrządziły im szczególnej szkody. Domyślamy się, lub dobrze wiemy, jak terroryzm jest finansowany, lecz z tego nic nie wynika. Przeciwko terrorystom posyłamy samoloty, czołgi, jednostki sił specjalnych; chyba bardziej skuteczna byłaby ekipa ekspertów forensic. Wprawdzie podjęto reformy, ale idą one w tym kierunku, że rynki zalewa biurokracja, mnożą się formularze, sprawozdania, dyrektywy i rozporządzenia, ale terroryzm nie został odcięty od źródeł finansowania. Miało być lepiej, a wyszło jak zwykle.

Frustracja ogarnęła mnie blisko rok temu, po szczycie w Antalyi, „Przywódcy G20 zobowiązali się do współpracy mającej na celu zapobieganie aktom terroru i odcięcie finansowania tym grupom, które się ich dopuszczają”. Ogłoszono słuszny komunikat, złożono go w archiwach, ale więcej zainteresowania światowych mediów wywołał powód, za sprawą którego Donald Tusk i Jean-Claude Juncker nie mogli w terminie odlecieć do Brukseli. Gospodarz tamtego szczytu, Turcja, zamiast walczyć z Państwem Islamskim, uporczywie walczy z Kurdami naprawdę walczącymi z Państwem Islamskim. A prezydent Rosji Władimir Putin stwierdził, ze finansowanie terroryzmu płynie z 40 państw, w tym z państw grupy G20. Rosja powołała komisję ds. przeciwdziałania finansowaniu terroryzmu.
Jak już powołuje się komisję – wiadomo, że sprawa nie zostanie załatwiona…

Czytaj także:
2001.09.24 Więcej światła!
2001.10.15 Światłość we wrześniu

Selfie prawdę mówi (czyli żywot prawdziwy Marka Belki po chwilę obecną)

Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn36Share on Facebook0

Marek Belka zachowuje dystans do otaczającego nas świata, do siebie, a także do swojej (spisanej przez Macieja Siembiedę, ale słowami narratora) książki pod trafnym tytułem „Selfie”. Jest w niej pogodna gawęda Autora o sprawach ważnych i poważnych, jest kilka świetnych anegdot, są urocze – acz taktowne – niedyskrecje, można byłoby rzecz uznać za atrakcyjne czytadło, bo lektura jest prawdziwą przyjemnością. Wbrew temu – jest to pozycja wybitna, spleciona z trzech ciekawych wątków: praktyki polityki, ekonomii w wydaniu krajowym i światowym, oraz niepospolitej kariery Autora.

Przebiegała ona ruchem jednostajnie przyśpieszonym. Ceniony ekonomista zostawał po kolei, bez przestojów, doradcą ekonomicznym prezydenta, wicepremierem – ministrem finansów, doradcą rządu Albanii ds. europejskich, ponownie wicepremierem– ministrem finansów, dyrektorem do spraw ekonomicznych w administracji Iraku, premierem RP, poważnym kandydatem na funkcję dyrektora generalnego OECD, szefem Europejskiej Komisji Gospodarczej jako United Nations Undersecretary General (”co brzmi dumnie, lecz znaczy niewiele”), dyrektorem Departamentu Europejskiego Międzynarodowego Funduszu Walutowego, prezesem NBP – i tu należy postać znak zapytania w oczekiwaniu, co przyniesie przyszłość. Przeznaczenie wiodło go pod rękę, raz tylko wyjechało na wakacje, gdy ważyły się losy szefostwa OECD.

Ogromnie ciekawe są wspomnienia z Albanii na progu transformacji. Oraz z Iraku, pozwalające zrozumieć, jak niepomiernie szkodliwa jest w polityce głupota (okazana przez Amerykanów). Wreszcie – z Międzynarodowego Funduszu Walutowego, a wśród nich epizod kryzysu na Łotwie i jego przezwyciężania. W sprawach polskich Autor zachowuje znaczną wstrzemięźliwość. Można było spodziewać się tego po złożonej na wstępie zapowiedzi, że w książce nie ma kanalii.

„Ta książka jest bilansem sporządzonym publicznie dla samego siebie. Dodatnim.” Ale trzeźwego samokrytycyzmu nie brakuje. Autor wyznaje, że obejmując po raz pierwszy funkcję wicepremiera i ministra finansów (1997) był do jej pełnienia „kompletnie, ale to kompletnie nieprzygotowany”. Co pomogło? Otóż puls władzy w państwie bił wówczas (1997) w Komitecie Stałym Rady Ministrów, który zajmował się „wszystkim, co najważniejsze w pracach Rady Ministrów”, a Belka przewodniczył mu jako wicepremier; dzisiaj boleje, że pozycja tego gremium uległa dewaluacji. Urząd wicepremiera – mówi – nie ma specjalnego znaczenia, ale szef komitetu stałego może wiele. Usiłuję przypomnieć sobie, bez zaglądania do internetu, kto komitetem kieruje obecnie: musi jakaś postać z dalekiego planu, skoro nie pamiętam.

Na temat powodzi stulecia (1997) Autor wypowiada kilka uwag, dających w gruncie rzeczy diagnozę współczesnej Polski: „Powódź zabiła 56 osób i spowodowała straty rzędu 12 miliardów złotych. (…) Obnażyła polską niefrasobliwość – totalne lekceważenie przepisów, bagatelizowanie zagrożenia i nonszalancję wobec jakiejkolwiek potrzeby przezorności. (…) Polak traktuje przepisy przeciwpowodziowe mniej więcej z taką samą powagą jak prawo o ruchu lotniczym” (s. 72).

Zza kulis: dowiadujemy się, że zasługi z tytułu wprowadzenia „kotwicy Belki” przypadają także Jerzemu Hausnerowi, a „podatku Belki” – Mirosławowi Gronickiemu (nie wiem, czy wymieniony uzna to za tytuł do chwały…). Wprawdzie Marek Belka pośpieszył z Davos do kraju na wiadomość o wrogim przejęciu BIG Banku Gdańskiego przez Deutsche Bank, ale – mówi – „wobec dokonanego faktu transakcji niczego nie byłem już w stanie zdziałać”. Niemniej jego wkroczenie na scenę wywarło duże wrażenie. Transakcja była już dokonana, ale przejęci wbrew swojej woli menedżerowie banku natychmiast wzmocnili ochronę centrali i kołaczących do drzwi przedstawicieli DB posłali do diabła. Co działo się potem – Marek Belka wie, ale nie mówi. Ufam mu, że tak trzeba.

Niedawno na poświęconym prezentacji książki spotkaniu w krakowskiej Kuźnicy Marek Belka użył określenia, że wszystkich poprawiam, przeto poprawię i jego. Opis wydarzenia żartobliwie nazwanego „spiskiem drani”, poprzedzającego nominację Mirosława Gronickiego na urząd ministra finansów, jest nieścisły. Chodziło nie o to, że Andrzej Raczko chciał jechać do Waszyngtonu (chociaż chciał), lecz o chłodną kalkulację premiera: „Jeżeli my weźmiemy Mirka, to tamci go nie wezmą”. Patrząc na to z perspektywy czasu trzeba przyznać: niedobrze się stało. Byłoby przecież lepiej, gdyby to „tamci” Mirka wzięli. Kilku kłopotów uniknęlibyśmy.

Marek Belka: Selfie. Współautor Maciej Siembieda. Wydawnictwo Studio Emka 2006. S. 278 (z indeksem osób). Cena zł 39,00 (warto).

Magazyn Sztuk Padłych (Bogdan Pęk w radzie Banku Pocztowego)

Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn32Share on Facebook0

Nominacje do zarządów i rad nadzorczych spółek z udziałem Skarbu Państwa często budzą grozę. Powoływane bywają osoby pozbawione kwalifikacji, wiedzy, doświadczenia. Partia rządząca wynagradza swoich, lecz jej zaplecze kadrowe jest rozpaczliwie płytkie. Skoro nawet najważniejszych ministerstw gospodarczych nie udało się powierzyć uznanym ekonomistom (finansami zajmuje się prawnik, rozwojem – historyk wspierany przez politolożkę), jest zrozumiałe, że organy spółek, na które Skarb Państwa ma wpływ, obsadza się byle jak. Prezesem spółki paliwowej zostaje więc polityk ze znikomą znajomością branży, członkiem zarządu banku inny polityk, który wcześniej nie przepracował w bankowości nawet jednego dnia – przykłady można mnożyć. Jeden wszakże szczególnie zasłużył na drwinę: chodzi o powołanie Bogdana Pęka do rady nadzorczej de facto państwowego Banku Pocztowego. Jest to klasyczny przykład postępowania określanego mianem alotażu (od nazwiska zucha, który niegdyś został szefem ZUS).

Bogdan Pek zyskał rozgłos, kiedy jako poseł PSL podniósł raban w sprawie prywatyzacji Banku Śląskiego SA (obecnie ING Bank Śląski SA). Oferta publiczna banku spotkała się z ogromnym zainteresowaniem, co można było odczytać jako społeczną aprobatę dla prywatyzacji. Przyjęto 820 tysięcy [!!] zapisów po atrakcyjnej cenie 500 tysięcy zł za akcję (przed denominacją złotego w stosunku 10.000:1). Gigantyczna nadsubskrypcja skutkowała znaczną redukcją zleceń kupna. Większości reflektantów przydzielono po 3 akcje, większe pule przypadły przede wszystkim zarządowi i pracownikom banku. Obrót walorami banku zainicjowano nazbyt wcześnie, ponieważ do chwili debiutu Banku Śląskiego na warszawskiej giełdzie większość emisji nie weszła jeszcze do obrotu.

W pierwszy notowaniu w systemie jednolitej ceny dnia akcje banku wyceniono na 6.750 tysięcy złotych, co oznaczało trzynastoipółkrotne przebicie względem IPO. Wkrótce bank podążył na południe, trzeba było czekać wiele lat na przekroczenie kursu z pierwszego notowania. Poseł Pęk rozpętał awanturę wychodząc z założenia, że akcje państwowego banku sprzedano za ułamek wartości, bank jest przecież wart kilkanaście razy więcej niż w pierwotnej ofercie publicznej. Szwindel tkwił jednak nie w wycenie banku, a w opieszałości biura maklerskiego banku, które do prac związanych z potwierdzaniem ponad ośmiuset tysięcy świadectw skierowało ledwie kilka osób. Świadectwa pracowników banku potwierdzano w pierwszej kolejności, wielusettysięcznej rzeszy nowych udziałowców przyszło czekać.

Najważniejszą z ofiar awantury posła Bogdana Pęka miał być wiceminister finansów Stefan Kawalec, analityk wysoko ceniony za twórczą wyobraźnię i rozwagę (wcześniej podpora ekipy współpracowników Leszka Balcerowicza) po prostacku odwołany przez premiera. Po prostacku, ponieważ ówczesny szef rządu Waldemar Pawlak nie uznał za stosowne uzgodnić odwołania wiceministra z ministrem finansów Markiem Borowskim, który – nie godząc się na takie praktyki na jego podwórku – elegancko zbeształ premiera i ustąpił z funkcji.

Poseł Pęk snuł poglądy zgodne z jego wykształceniem i dorobkiem. Wcześniej, z dyplomem zootechnika, zasłynął jako niefortunny szef tuczarni trzody chlewnej w podkrakowskich Tomaszowicach. Pod jego kierownictwem zespół pałacowy uległ degeneracji, w najlepszym stanie ostał się budynek służący za Magazyn Sztuk Padłych, najbardziej chyba przydatny w następstwie marnego zarządzania. Później Bogdan Pęk zajął się polityką, był posłem na Sejm, europosłem, senatorem. Nie zliczę wszystkich partii, którym służył wiedzą – o niektórych nawet nie słyszałem. Na jakiś czas zniknął z oczu, gdy sfotografowano go na korytarzu sejmowym w stanie bliskim sztuce padłej. Teraz wrócił na scenę i wyjaśnia, że ma kwalifikacje do pracy w radzie banku, ponieważ działał w sejmowych komisjach do spraw przekształceń własnościowych (1993-1994) oraz Skarbu Państwa (1997-2001). Na wszelki wypadek bank nie umieszcza na swojej stronie internetowej życiorysu tego członka rady.

Bank Pocztowy SA jest własnością Poczty Polskiej (ok. 75% kapitału i głosów na walnym zgromadzeniu) i PKO Banku Polskiego (25%). W grę wchodzą przeto interesy ogółu podatników finansujących państwo będące właścicielem poczty i większościowym udziałowcem banku, oraz rzeszy akcjonariuszy mniejszościowych banku notowanego na warszawskiej giełdzie. Jak w innych spółkach ze swojej domeny, wyłącznej bądź dzielonej z innymi udziałowcami, Skarb Państwa lekceważy interesy podatników i akcjonariatu. Organy niektórych spółek przypominają już magazyny sztuk padłych. Może jeszcze jesteśmy bezpieczni, ale nasze pieniądze już nie.

O prawie wyjścia ze spółki (ius dissidentium)

Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn20Share on Facebook0

Polskie piśmiennictwo prawnicze zostało wzbogacone przez dr. Arkadiusza Radwana pozycją niepospolitą. Monografia „Ius dissidentium. Granice konsensusu korporacyjnego i władzy większości w spółkach kapitałowych”, ogłoszona przez Wydawnictwo C.H.Beck w serii „Instytucje prawa prywatnego” (Warszawa 2016, cena 189 zł)) zasłużyła na szczególną uwagę tematem, jakiego dotyczy; rozmachem, z jakim ów temat podejmuje; oraz wnikliwym charakterem analizy, jakiej ów temat poddaje. Podziwu dla tego wyjątkowego dzieła nie umniejsza przestroga, jaką kieruję do odbiorców: tekst nie jest łatwy w lekturze, liczy kilkaset stron gęsto utkanych przypisami przywołującymi literaturę i orzecznictwo; narracja często odsyła do poprzedzających lub następujących partii wywodu; rozważania zawierają potężną dawkę teorii i filozofii prawa oraz uwag o naturze spółki; wreszcie – całość jest mocno nasycona erudycją. Wspomniane przymioty omawianego dzieła zobowiązują do uważnej nawigacji po jego kartach.

Tytułowe ius dissidentium to w dosłownym przekładzie ustawowe prawo wspólników (akcjonariuszy) do odłączenia się, za słuszną spłatą, od spółki w obliczu mającej ją dotknąć fundamentalnej zmiany korporacyjnej. Autor postuluje wprowadzenie na grunt prawa terminu „dysydenci”, obejmującego „schizmatyków”, „rozłamowców”, „którzy kwestionują nową postać konsensusu korporacyjnego i dlatego decydują się na odszczepienie od korporacji” (s. 288). Chodzi o sytuacje, w których wspólnik lub grupa wspólników, z istoty rzeczy mniejszość, decyduje się na wyjście ze spółki w następstwie braku zgody na zmianę, której dysydenci nie są w stanie przeciwstawić się siłą swoich głosów.

Rozważania o prawie dysydentów prowadzą na obszar gęsto usiany nieścisłościami terminologicznymi. Autor stawia im czoła, punktując wątpliwości względem niedoskonałości języka prawnego (tego, jakim posługują się akty normatywne) i prawniczego (tego, jakim posługują się prawnicy opisując znaczenie przepisów i stosując je). Nie chodzi o terminologię wyłącznie rodzimą; w perspektywie komparatystycznej Arkadiusz Radwan przedstawia omawiane zagadnienie w świetle kilkunastu (!) światowych systemów prawnych. Jego badania prawnoporównawcze, jak pisze w recenzji wydawniczej prof. Stanisław Sołtysiński, „nie są oderwane od historycznego, kulturowego i instytucjonalnego kontekstu”. Recenzent zwraca też uwagę na dwie inne cechy pracy: pierwsza to „częste sięganie do teorii prawa cywilnego, a także prac z dziedziny logiki formalnej i metodologii nauk”, inna to „pogłębiona analiza problematyki ekonomicznej badanych instytucji” (prawnych). Podzielam te opinie.

Obfitość cytowanej literatury i przywoływanego orzecznictwa budują mylne wrażenie, jakoby temat był już wszechstronnie omówiony przez piśmiennictwo, rozstrzygnięty przez judykaturę. Lecz doktryna najczęściej ledwo dotyka istoty tematu, bądź zbywa go przyczynkami, także orzecznictwo nie objęło go jeszcze w pełni, wobec tego bogactwo aparatu naukowego zdaje się działać na szkodę Autora, maskując pionierski charakter omawianej pracy.

Wewnętrzna struktura wywodu jest, jak wspomniałem, złożona i trudna. Tekst składa się z części (jest ich dziewięć), te z rozdziałów (od dwóch do czternastu), rozdziały dzielą się na paragrafy, przy czym numeracja paragrafów – nierzadko obszernych treściowo, dążących do objęcia w sposób wyczerpujący rozważanej kwestii – jest ciągła, prowadzona ponad podziałami na części i rozdziały. W częściach od I do VIII zawarto ich 160; jedynie część IX (wnioski finalne) ma inną budowę. Rozdziały prezentujące wnioski de lege lata i wnioski de lege ferenda zawierają uwagi ujęte w punkty. Użytecznym przewodnikiem po całości jest szczegółowy spis treści (17 stron!), tak starannie dopracowany, że można już nie korzystać z indeksu rzeczowego (5 stron).

W założeniu spółka jest koncertem zgodnych interesów jej uczestników. W praktyce w wielu spółkach, zwłaszcza kapitałowych, łatwo dostrzec sprzeczność pomiędzy założeniem o rządach większości oraz założeniem o harmonijnym poszanowaniu praw mniejszości. Decyzje wyrażające interesy większości często bywają podejmowane nawet bez oglądania się na interes mniejszości lub poszczególnych jej grup. Mniejszość bywa uważana za „pasażerów na gapę”. W wielu sytuacjach prawo grodzi większości drogę do wszechwładzy, bierze pozostałych wspólników w ochronę przed pokrzywdzeniem. W innych pozostawia sprawy do rozstrzygnięcia społeczności wspólników, nie zawsze bowiem może skutecznie chronić partykularny interes wspólnika lub grupy wspólników, nie zawsze też ów interes na ochronę zasługuje.

Wspólnik, który nie zgadza się na zmiany, jakim poddawana jest spółka, zwłaszcza jeżeli mają one charakter zasadniczy, fundamentalny, nierzadko pragnie z niej wyjść, co wcale nie bywa proste. I często łączy się ze stratą majątkową. Tu tkwi istota problemu iuris dissidentium. Przy czym prawo wyjścia (ustąpienia) wspólnika nie jest absolutem; mogłoby ono przecież burzyć stałość i stabilność układu właścicielskiego. Nie istnieje katalog powodów dopuszczających lub ułatwiających owo ustąpienie, aczkolwiek najczęściej wspólnik pragnie opuścić spółkę z obawy przez ekonomicznymi konsekwencjami zachodzących w niej zmian (lub zmiany).

Mec. Arkadiusz Radwan, czynny prawnik, założyciel i prezes cenionej Fundacji Allerhanda, osadził wywód w realiach rynkowych. W ich świetle prawo ustąpienia ze spółki napotyka niekiedy na praktyczne trudności, narastające wprost proporcjonalnie do potrzeby ustąpienia. Pragnienie wyjścia ze spółki bywa podyktowane działaniami żywiołów rynkowych, jak fuzje i przejęcia, zwłaszcza transgraniczne, podziały lub przekształcenia spółki, delisting… Powodem może być także przedłużenie czasu trwania lub reaktywacja („cofnięcie” likwidacji przed ostatecznym rozwiązaniem) spółki, zmiany kapitałowe, wprowadzenie ownership ceiling, scalenie lub split akcji, jeżeli miałoby to skutkować pokrzywdzeniem akcjonariusza, uporczywe niewypłacanie dywidend – i tak dalej: opracowany przez Autora katalog źródeł praw wyjścia liczy 32 pozycje (s. 138 – 140).

Temat ma wprawdzie bogate zaplecze teoretyczne, ale jego przydatność jest w polskich realiach wątpliwa. „Wynika to stąd, że teorie te zostały w większości sformułowane w nauce amerykańskiej, która wychodzi od odmiennej struktury własnościowej korporacji, czego konsekwencją jest też odmienny model ustrojowy (corporate governance) spółki kapitałowej. O ile przeważającą strukturą własnościową w USA jest akcjonariat rozproszony, o tyle w Europie kontynentalnej, w tym także w Polsce, dominuje własność skoncentrowana charakteryzująca się występowaniem w spółce wspólnika większościowego. Pochodną wymienionych różnic w strukturze własnościowej jest inny przebieg linii tzw. konfliktu agencyjnego (agency conflict) – o ile w modelu własności rozproszonej podstawowym problemem jest mitygowanie konfliktu interesów na linii zarząd – akcjonariusze, o tyle w modelu własności skoncentrowanej na czoło wysuwa się konflikt większość – mniejszość” (s. 400-401).

Na marginesie dodam, że sprawę komplikuje pewna wstydliwa osobliwość polskiego rynku kapitałowego. Otóż utarło się, zapewne za chytrą poradą prawników, zawierać w statutach nadmiernie rozbudowany opis przedmiotu działalności spółki, często obejmujący nawet sto kilkadziesiąt pozycji PKD. Inwestorzy, także instytucjonalni, mają zwyczaj wchodzenia do spółek bez zwracania należytej uwagi na ich założenia ustrojowe, na zastawiane w statutach pułapki na wspólników lub na ukryte tam dziury, przez które wyciekają ze spółek pieniądze. W takiej sytuacji, jeżeli spółka zmieni – nawet radykalnie – swój profil zarzucając, powiedzmy, produkcję komputerów i podejmując w to miejsce inne dopuszczone statutem dziedziny działalności, jak żegluga morska, wyrąb lasów lub pośrednictwo finansowe, niezaprzeczalnie dojdzie w niej do „fundamentalnej zmiany korporacyjnej”. Niemniej wspólnicy, którzy owej fundamentalnej zmiany nie zaakceptują, nie będą mogli skorzystać z procedury wykupu akcji na podstawie art. 416 § 3 Ksh. Autor słusznie odrzuca formalistyczne rozumienie „istotnej zmiany przedmiotu działalności spółki” nawiązujące jedynie lub głównie do pozycji w PKD, a za zmianę uzasadniającą zastosowanie prawa dysydentów uznaje przebranżowienie spółki (s. 610).

Płynące z poszczególnych partii wywodu wnioski cząstkowe dla tematu pracy są zaprezentowane w paragrafach, w których zostały wywiedzione. Wnioski końcowe sformułowane na gruncie prawa obowiązującego kwalifikują prawo dysydentów jako osobną instytucje prawną. Dotycząc szczególnego prawa wyjścia ze spółka, instytucja ta może być uznana za środek ochrony ex ante, czyli mający zastosowanie (w postaci wykupu) przed planowaną zmianą korporacyjną, która dysydentów już nie dotknie. Innymi słowy: „Ius dissidentium chroni wspólników mniejszościowych przed ‘odnalezieniem się’ w spółce, która fundamentalnie różni się od tej, na udział w której wyrazili zgodę” (s. 604; napisałbym raczej „na udział w jakiej” – ASN).

Zaliczając (słusznie) ius dissidentium do kategorii praw mniejszości, Autor (słusznie) przeciwstawia się próbom ograniczania katalogu praw mniejszości do praw określanych przezeń (trafnie) jako „progowe”, czyli przysługujące wspólnikom reprezentującym określony udział w kapitale zakładowym bądź ogólnej liczbie głosów. Opowiada się natomiast za szerokim ujęciem praw mniejszości, „zgodnie z którym prawa te obejmują wszelkie uprawnienia służące ochronie wspólników mniejszościowych: zabezpieczenie ich praw i interesów w spółce przed uszczerbkami mogącymi wynikać z działań, w tym zwłaszcza decyzji korporacyjnych, podejmowanych przez większość, nie tylko takich, które przybierają postać nadużyć, ale także tych, które trudno poddać takiemu wartościowaniu, ale które przez wzgląd na ich wagę, prowadzą do rewizji fundamentów pierwotnego konsensusu korporacyjnego, wbrew subiektywnej preferencji mniejszości” (s. 605-606). Tu dwie uwagi o przytoczonym fragmencie zdania: po pierwsze, jest on reprezentatywny dla stylu Autora; po drugie, dopatruję się w tym stylu wpływów prof. Maurycego Allerhanda (to nie złośliwość, raczej komplement).

Kolejna kwestia to cena wykupu udziałów dysydentów. Autor opowiada się za „ceną godziwą”, a nie ceną ustaloną przez biegłego, podlegającą kontroli sądowej. Przepisy wyłączające środek odwoławczy od orzeczenia sadu rejestrowego zapadłego w sporze na tle wysokości spłaty ustępujących wspólników są ewidentnie niezgodne z Konstytucją.

Wnioski de lege ferenda wskazują na potrzebę rekodyfikacji praw dysydentów. Jest to postulat w założeniu słuszny, mam jednak wątpliwości w kwestii obwarowania prawem dysydentów uchwał mających za przedmiot wprowadzenie do umowy/statutu spółki klauzuli arbitrażowej – otóż m.zd. nie będzie to eo ipso stanowić naruszenia praw/interesów mniejszości. Uznaję postulat Autora w kwestii objęcia prawem dysydentów wprowadzenia w spółce voting cap i ownership ceiling, lecz niechybnie znajdzie się ktoś, co podniesie, iż takie dziwolągi wprowadzane są w interesie „suwerena” – i basta, dyskusja skończona. Na tle omawianego problemu rzuca się w oczy dotkliwy brak w polskim prawie regulacji dotyczących grup kapitałowych.

Nie przepadam za wytartym komunałem recenzentów, iż omawiana praca wypełnia dotkliwą lukę w literaturze przedmiotu. Owszem, wypełnia, lecz przecież idzie dalej: obnaża nasze luki w sposobie myślenia o prawie, spółce, wspólnikach, ich prawach, interesach, współpracy, oraz – bywa! – sporach i niezgodzie. Koncepcja prawa dysydentów ma znaczenie praktyczne, może pomóc w cywilizowaniu i rozwiązywaniu sporów korporacyjnych.

Tekst został ogłoszony przez blog prawno-biznesowy Korporacyjnie.pl

Headhunter na zasiłku, czyli czyja władza, tego posady

Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn40Share on Facebook0

Spółki Skarbu Państwa stały się przytułkami dla wyznawców jednej wiary, headhunterzy przestali być potrzebni i poszliby z torbami, gdyby nie kobiety.

Cuius regio, eius religio – czyje panowanie, tego wyznanie. Na mocy pokoju augsburskiego (1555) to władca decydował o religii obowiązującej poddanych. W Koronie i na Litwie panowała swoboda wyznaniowa. „Nie jestem królem sumień waszych” – mówił posłom Zygmunt August. Cytowaną paremię łacińską można współcześnie parafrazować: czyje rządy, tego posady. Nie tylko w administracji, także w gospodarce. Stanowiska w spółkach z udziałem Skarbu Państwa obsadzane są przez stronników partii rządzącej, wyznawców wiary smoleńskiej. Nawet jeżeli na stanowisko zaplącze się ktoś neutralny wyznaniowo, przecież staje się owocem zatrutej aury. Jeszcze w ubiegłym roku pisałem o tym w Rzeczpospolitej: „Pomazańcy rządzącej ekipy, która usiłuje zatrząść wszystkim, nawet jeżeli będą wiarygodni, mianowani zgodnie z prawem i statutem, przecież spotkają się z zastrzeżeniami, że nie są należycie pozyskani, że nie przychodzą z konkursów, a z woli lub kaprysu prezesa rządzącej partii.”

Z tego punktu widzenia liczne spółki z udziałem Skarbu Państwa: KGHM, Orlen, Lotos, PKO Bank Polski – stają się przytułkami dla działaczy i stronników Prawa i Sprawiedliwości. Na odpowiedzialne stanowiska w zarządach i radach nadzorczych powoływani są ludzie bez kwalifikacji i doświadczenia, których prywatny przedsiębiorca z pewnością nie zatrudniłby z obawy o utratę pieniędzy i reputacji. Ktoś, kto w życiu nie parał się prawdziwą pracą, może wejść do zarządu swojej partii, lecz nie do zarządu wielkiego banku lub spółki paliwowej. Takie decyzje personalne wynikają z pogardy dla podatnika, któremu przyjdzie pokrywać straty spowodowane kadrowym szaleństwem.

Jeszcze niedawno stanowiska w spółkach obsadzano w drodze selekcji kandydatów rekomendowanych przez doświadczone firmy doradztwa personalnego. Headhunterzy (dosłownie „łowcy głów” – doradcy personalni nie przepadają za tym określeniem, jest ono jednak lubiane przez publicystów) typowali kandydatów na prezesów, członków zarządu, nawet pełne składy rady nadzorczych największych polskich spółek, a ich propozycje bywały przyjmowane z uznaniem i wdzięcznością. Dobra passa doradców personalnych skończyła się z chwilą, gdy jądro władzy państwowej zostało przeniesione z Alei Ujazdowskich na Nowogrodzką. Ministerstwa i spółki z udziałem Skarbu Państwa przestały dawać zlecenia, gdyż o polityce personalnej nie decydują już względy merytoryczne, a kaprysy prezesa i jego akolitów. Grzechem byłoby stwierdzenie, że wcześniej wszystko było idealne, że brakowało przypadków partyjnych nominacji, zwłaszcza w domenach państwa zawłaszczanych przez ludowców, lecz specjaliści z branży doradztwa personalnego nie byli dotknięci koniecznością udania się na zasiłki.

Zamiast łowić talenty, headhunterzy są dzisiaj proszeni o znalezienie pracy setkom menedżerów wyrzuconym z pracy, nierzadko przy okazji pozbawionym absolutorium. Także zagraniczni przedsiębiorcy dają obecnie mniej zleceń; jedni zastanawiają się, czy biznes w Polsce rozwijać, czy może ograniczyć działalność; inni – czy do Polski wchodzić, czy może przeczekać „dobrą zmianę”. Przeto od kiedy spółki Skarbu Państwa stały się przytułkami dla wyznawców jednej wiary, headhunterzy przestali być potrzebni i poszliby z torbami, gdyby nie kobiety.

Otóż liczne zachodnie korporacje, już działające w Polsce lub szykujące się do wejścia na nasz rynek, pragną wzbogacić swoje kadry zarządzające przedstawicielami lokalnego rynku, a ponieważ we współczesnym świecie przywiązuje się ogromną wagę do różnorodności w składzie zarządów i rad nadzorczych – zlecenia dla headhunterów często dotyczą kobiet. W polskich warunkach płeć jest najważniejszym kryterium różnorodności. Nie jesteśmy społeczeństwem zróżnicowanym pod względem etnicznym lub rasowym, nie ma potrzeby różnicowania składu organów spółek pod względem wieku, nie grozi nam, jak stało się to w Wielkiej Brytanii, powstanie kasty dyrektorów wykonawczych i niewykonawczych obsiadających większość dużych spółek.

Jest oczywiste, że zleceniodawcy oczekują od doradców personalnych, iż kandydatka będzie reprezentować wysokie kwalifikacje, doświadczenie i inne przymioty przydatne na polskim rynku. Sama płeć nie jest przepustką do zarządu lub rady nadzorczej. Odpowiednich kandydatek nie brakuje. Niemniej wiele rodzimych spółek składa oświadczenia, że w ich organach pracują wyłącznie mężczyźni. Niedawno jedną z takich spółek KNF ukarała usunięciem z notowań i wysoką karą pieniężną, wprawdzie za wiele innych przewin, niemniej niewykluczone, że w przyszłości nastaną kary również za brak różnorodności…

Tekst ogłoszony 3 sierpnia 2016 r. w dzienniku PARKIET

„Governance” ma wiele znaczeń

Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn16Share on Facebook0
Źródło: CorpGov Bulletin

Źródło: CorpGov Bulletin

Zachwyciłem się zdjęciem przedstawiającym dominujące nad nowojorskim Times Square reklamy podręcznika „The Handbook of Board Governance”. Ogłosiłem tweeta z pytaniem: Czy można wyobrazić sobie cos podobnego u nas? Pewna spółka z New Connect zapewniła mnie w odpowiedzi, ze owszem, na wszystko przyjdzie czas, także na reklamy książek o investor relations, i podobnych, na warszawskim Times Square. Obawiam się, czy doczekam. Oraz, czy doczeka owa spółka.

Z kolei pod dachem hali odlotów gigantycznego Terminalu 5 na londyńskim lotnisku Heathrow wiszą plansze EY: „Czy aktywni akcjonariusze to mąciciele, czy doradcy?” (Are activist shareholders disruptors or advisors?). EY działa także w Polsce, czy wywiesiłby podobną planszę na lotnisku w podkrakowskich Balicach? Zapewne i tym razem odpowiedź brzmiałaby, że przyjdzie na to czas. EY jest, jak wiadomo, liderem w badaniach nad korupcją. Na naszym rynku niełatwo o aktywnych akcjonariuszy. O korupcję łatwiej.

Ostatnio w USA podjęto kolejne badania nad aktywnością inwestorów. Jest ona skupiona wokół węzłowych zagadnień corporate governance, jak prawa akcjonariuszy, wynagrodzenia menedżerów, usiłowania zmierzające do burzenia zapór przeciwko przejęciu, dążenie do zwiększenia w radzie dyrektorów liczby i znaczenia dyrektorów zewnętrznych (niewykonawczych) oraz do umacniania ich niezależności. Inicjatywy na tych polach mogą liczyć na poparcie większości. Użyty w tytule reklamowanego na Times Square podręcznika termin „board governance” mieści się wobec tego w szerszym pojęciu „corporate governance” oznaczającym, jak spółka jest zarządzana i nadzorowana. Definicję tę ukuł niezapomniany Adrian Cadbury; jest także wiele innych, zazwyczaj bogatszych w słowa, ale uboższych w treść.

Lecz nasila się i inny nurt aktywności inwestorów, określony popularnym skrótem ESG: Environment, Social, Governance. Chodzi o styk korporacji ze światem zewnętrznym w wymiarze jej oddziaływania na środowisko, na społeczeństwo (bądź społeczności lokalne), oraz… Tu pojawia się słowo „governance”, ewidentnie rozumiane inaczej niż wspomniany w powyższym akapicie termin „corporate governance”. Najczęściej określa się nim szczególnie interesujące akcjonariat sprawy o charakterze politycznym: skuteczność oddziaływania lobbingu na spółkę; finansowe wspieranie przez spółkę polityków, względnie partii politycznych; korupcję; oraz stosunek spółki do standardów praw człowieka. Aktywni inwestorzy dążą do poszerzenia board governance poprzez postawienie w polu zainteresowania rady dyrektorów nie tylko zagadnień corporate governance w ścisłym znaczeniu, także spraw governance w rozumieniu politycznym, społecznym i ekologicznym.

Co ciekawe: większość wniosków zmierzających ku zainteresowaniu spółek ostatnim z wymienionych znaczeń pojęcia governance nie znajduje aprobaty akcjonariatu. Brak consensusu w tej sferze może wynikać z obaw o finansowe konsekwencje takich inicjatyw. Odsetek wyrażających dla nich poparcie nie przekracza 20% głosujących. Lecz nie znaczy to, że z chwilą odrzucenia wniosku sprawa umiera. Przeciwnie: nawet odrzucone postulaty pełnią istotną funkcję promocyjną, krążą w obiegu intelektualnym, drążą umysły, zwolna zyskują poparcie i mobilizują zwolenników, czasem też kruszą opór oponentów. Jest prawdopodobne, że niepopularnym dzisiaj wnioskom zostaną nadane nowe, bardziej atrakcyjne szaty słowne, że powrócą one pod obrady już w innej, korzystniejszej atmosferze. Obserwatorzy amerykańskiego rynku są przekonani, że tematyka ESG z czasem przybierze na znaczeniu.

Powstała nawet nowa instytucja, The Sustainability Accounting Standards Board (SASB), zajmująca się pomiarem finansowych następstw postulatów zgłaszanych przez akcjonariuszy. Zbadano już 2.665 wniosków dotyczących zagadnień ESG. Chodzi o to, które z nich kreują wartość spółek, które zaś ją umniejszają. Próba badawcza jest – zważywszy skalę rynku kapitałowego USA – zbyt niewielka, by wynik badania okazał się konkluzywny. Zwłaszcza, że próby wyceny spodziewanych następstw niektórych aspektów aktywności akcjonariatu mogą okazać się kontrowersyjne.

Pragnę zwrócić uwagę na problem, w którego obliczu stajemy. Jest nim dążenie do kwantyfikacji wszelkich aspektów rynku. Być może w przyszłości zostanie wypracowana metodologia rzeczywiście pozwalająca na kwantyfikację wielu aspektów żywiołu rynku. Wcześniej należy je przecież porządnie zdefiniować. Łatwiej rozróżnić między „governance” w przytoczonym powyżej znaczeniu a powszechnie rozumianym „corporate governance”. Trudniej poruszać się po obszarze pojęć tak nietrafnie nazwanych, jak nasz rodzimy przekład „corporate governance” na „ład korporacyjny”. Jako zawzięty przeciwnik tego terminu zostanę zapewne znowu nazwany zwolennikiem sprawy już przegranej. Lecz nie ustąpię.

Wielka Brytania na opak wywracana

Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn13Share on Facebook0

Wcale nie tak miało być! Referendum, zamiast rozbroić zwolenników wystąpienia Zjednoczonego Królestwa z Unii Europejskiej, przyniosło zwolennikom opcji „Leave” niespodziewaną przewagę nad głosującymi „Remain”. Premier David Cameron, który w ubiegłym roku zapewnił Partii Konserwatywnej zdecydowane zwycięstwo w wyborach parlamentarnych, w pośpiechu odszedł z urzędu. Objęła go minister spraw wewnętrznych Theresa May; wcześniej opowiadała się za pozostaniem Wielkiej Brytanii w Unii – teraz robi dobrą minę do złej gry i obiecuje, że przekształci Brexit w sukces (ciekawe, jak).

Jedyna, do tej pory, korzyść z Brexitu, to pogrom jego zwolenników. Najgłośniejszy z krytyków UE, szef stronnictwa „niepodległościowego” Nigel Farade, w obliczu tryumfu nieoczekiwanie wycofał się z polityki. Były burmistrz Londynu Boris Johnson, który najbardziej wśród konserwatystów mącił za wyjściem z Unii, nawet nie ośmielił się stanąć do wyborów przywódcy partii (i szefa rządu); dostał posadę ministra spraw zagranicznych, ale jej zapewne nie podoła. Szpetnie zdradził go poplecznik, minister sprawiedliwości Michael Gove, który niebawem przepadł. Na koniec z rywalizacji z Theresą May szybko wycofała się odpowiedzialna w rządzie za energię Andrea Leadsom, gwiazda kampanii „Leave”. Niech będzie to przestrogą dla przeciwników Unii, nie tylko w Wielkiej Brytanii: zaprawdę, marny spotyka ich los!

Brexit rozpoczyna proces wywracania Wielkiej Brytanii na opak. 76. premier Zjednoczonego Królestwa zapowiada reformę państwa, rządzącej nim Partii Konserwatywnej, gospodarki, corporate governance. Państwo ma zapewnić, że dobrodziejstwa gospodarki będą dostępne dla wszystkich, nie tylko dla nielicznych uprzywilejowanych (the privileged few). Partia Konserwatywna ma odtąd służyć ludziom pracy… Opozycyjna Labour Party oddała torysom pole, jest zajęta i przejęta przepędzaniem swojego nieudanego przywódcy: Jeremy Corbyn długo występował jako eurosceptyk, zmienił zdanie tuż przed referendum, ale niewielu przekonał do pozostania w Unii.

Zapowiedziana reforma corporate governance zmierza daleko. Po pierwsze, przewiduje ona zapewnienie pracownikom reprezentacji w radach dyrektorów. Po drugie, zakłada umocnienie pozycji akcjonariuszy, którzy mają decydować o wynagrodzeniach menedżerów (obecnie mają głos wyłącznie opiniujący, najczęściej puszczany mimo uszu). Po trzecie, Theresa May zapowiada ograniczenie wynagrodzeń i przywilejów kadry zarządzającej największymi spółkami. Brzmi ładnie, ale szczegółów dotąd nie przedstawiono. Najdalej idzie zapowiedź wzbogacenia składu rad dyrektorów o przedstawicieli pracowników. Zostali oni pominięci, kiedy do rad dyrektorów wprowadzano reprezentację konsumentów. Klawo być konsumentem klejnotów Asprey’a lub samochodów aston martin! Za obecnością pracowników w radach dyrektorów przemawia postulat zwiększenia liczby beneficjentów (spodziewanego) wzrostu gospodarczego. To ważny zwrot w polityce Partii Konserwatywnej, która do niedawna zaprzeczała, jakoby nie wszyscy w równym stopniu korzystali z dobrodziejstw gospodarki. Pani premier uważa, że dominujący w radach dyrektorów non-executive directors (NEDs, dyrektorzy niewykonawczy, czyli spoza zespołu zarządzających) reprezentują te same kręgi zawodowe i społeczne, co dyrektorzy wykonawczy, których mają nadzorować. Dyskusji na temat reprezentacji pracowniczej zaniechano w radach przed czterdziestu laty (po raporcie Bullocka z 1977 r. o demokracji w przemyśle), lecz dzisiaj odżywają oczekiwania, że rady dyrektorów będą dzięki udziałowi pracowników podejmować lepsze decyzje, co leży w interesie spółek, gospodarki i społeczeństwa. Pożyjemy, zobaczymy.

Zapowiedź wzmocnienia roli akcjonariuszy w procesie ustalania płac menedżerów oznacza zerwanie z zasadą, że akcjonariuszom przysługuje tylko głos opiniujący propozycje zarządzających, często bezkrytycznie zatwierdzane przez radę dyrektorów. Od ćwierćwiecza opinia publiczna krytycznie oceniała wysoko opłacanych menedżerów przyrównując ich do tłustych kotów, które wylegują się leniwie na przypiecku, spijają śmietankę, a strącone – bezpiecznie spadają na cztery łapy. Obecnie w Westminsterze dojrzewa apetyt na zmiany. Przyczynił się do tego prezes BP Bob Dudley, który za nieudany rok marnego przywództwa w spółce zgarnął – mimo sprzeciwów akcjonariuszy – 14 milionów funtów, czym zgorszył brytyjską opinię. Narastający sprzeciw wobec przywilejów, z jakich korzystają menedżerowie, pobrzmiewa jednak tanim populizmem.

Wywracanie Wielkiej Brytanii na opak ilustruje rysunek w jednym z dzienników. Kelner proponuje gościowi herbatę, gość… odmawia. Podpis pod rysunkiem: „Anarchia w Zjednoczonym Królestwie”. O czasy, o obyczaje!

Tekst ogłoszony w dzienniku Parkiet 20 lipca 2016 r.

Walne na antypodach

Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn25Share on Facebook0

Nie tylko w Polsce widoczny jest kryzys walnych zgromadzeń (szczególnie irytują mnie spółki gromadnie zwołujące swoje zgromadzenia akurat na 30 czerwca, co utrudnia akcjonariuszom możliwości uczestniczenia). Nie tylko w Unii Europejskiej, która z takim animuszem przystąpiła do promowania możliwości zdalnego udziału akcjonariuszy w elektronicznych walnych zgromadzeniach, lecz krnąbrni akcjonariusze nie widzą w tym korzyści i rezygnują z tej możliwości. Na temat konieczności modernizacji walnego zgromadzenia spółek notowanych i kierunku pożądanej reformy wypowiedział się ostatnio poważny, wpływowy i niezależny Australijski Instytut Dyrektorów (Australian Institute of Corporate Directors, AICD) zrzeszający ponad 38.000 członków (!).

Członkowie AICD zgodnie uznają, że walne zgromadzenie w formie praktykowanej w spółkach notowanych na tamtejszym rynku pozostaje daleko w tyle za zmieniającym się światem. Popierając inicjatywę rządu na rzecz reformy walnego zgromadzenia, zwracają oni uwagę na kilka kwestii praktycznych. Ich przegląd dowodzi niezbicie, że nasze regulacje poszły wcześniej i o wiele dalej; inna sprawa, że jeszcze nie doszły do celu. Instytut opowiada się za wykorzystywaniem udogodnień dostarczanych przez współczesną technologię, ale przy zachowaniu konieczności odbywania walnego zgromadzenia w postaci fizycznej. Uważa się, że obecność akcjonariuszy na obradach walnego zgromadzenia jest ważnym komponentem corporate governance. Na ich frekwencję ma wpływ metoda dostarczania im dokumentacji walnego zgromadzenia. Zdobycze elektroniki można – i należy – wykorzystać w procesach komunikacji spółki z akcjonariatem, w szczególności dla dystrybucji do akcjonariuszy materiałów przygotowanych na walne zgromadzenie, oraz w głosowaniu na walnym zgromadzeniu.

W kwestii dostępu akcjonariuszy do materiałów walnego zgromadzenia panuje zgoda, że należy w tym celu wykorzystać komunikację elektroniczną, lecz istnieją rozbieżności w kwestii, jak należy to robić. Jedni uważają, że każdy akcjonariusz powinien indywidualnie otrzymać pocztą elektroniczną komplet materiałów dotyczących walnego zgromadzenia (chyba, że jednoznacznie zrezygnuje z tej możliwości, poprzestając na powszechnie dostępnych informacjach), inni – że spółka powinna udostępniać te materiały do pobrania ze swojej strony internetowej, ale indywidualnie zawiadamiać każdego z akcjonariuszy pocztą elektroniczną lub (w formie SMS) o dostępności tych materiałów. AICD odrzuca obiekcje rządu, iż tylko 86% ludności kraju dysponuje w mieszkaniach dostępem do internetu. Liczba elektronicznie wykluczonych jest znacznie niższa, ponieważ wielu posługuje się internetem w telefonie komórkowym, inni dysponują łączem w miejscu pracy.

AICD zwraca uwagę na spadającą od lat frekwencję na walnych zgromadzeniach. Można temu zapobiec poprzez upowszechnienie bezpośredniego głosowania akcjonariuszy (direct voting), bez konieczności udzielania wcześniej lub ad hoc pełnomocnictw do oddana głosu na formularzach ukierunkowujących sposób głosowania (proxy voting) i zdalnego głosowania elektronicznego. Ogromna większość członków Instytutu opowiada się za zobowiązaniem notowanych spółek do wprowadzenia głosowania bezpośredniego. Niemniej walne zgromadzenie nie powinno być jedynie platformą do głosowania, powinno ono służyć przedkładaniu sprawozdań i dyskusji nad nimi, oraz zadawaniu pytań. AICD proponuje, by kandydaci do rad dyrektorów zostali zobowiązani do udzielania odpowiedzi na pytania akcjonariuszy. Można wnioskować, że przynajmniej uczestniczą oni w zgromadzeniach; w Polsce często – nazbyt często! – kandydat do rady nadzorczej nie jest w ogóle obecny, nawet nie można mu zadawać pytań, jego życiorys zawodowy budzi wątpliwości, liczy się głównie rekomendacja władzy aktualnie panującej. Do czasu.

Australijskie rozważania na temat wykorzystania elektroniki w głosowaniu na walnym zgromadzeniu kładą nacisk na potrzebę odstąpienia od zwyczaju głosowania na walnych zgromadzeniach notowanych spółek przez podniesienie rąk… Wynika z tego, że na antypodach dopiero szykują rozwiązania wprowadzone na naszym rynku już dawno, ale – jak dotąd – bez wpływu na ożywienie walnych zgromadzeń, na wzrost frekwencji akcjonariuszy na walnych, na praktyczne wykorzystywanie możliwości oferowanych przez współczesną technikę. Za kilka lat Australia znajdzie się w tym miejscu, co my teraz. Gdzie my będziemy wówczas?

Tekst ogłoszony 11 lipca 2016 r. w dzienniku PARKIET