Jak zarządy bezkarnie marnotrawią środki spółek na cele pozornie pożyteczne

  •  Jakich korzyści spodziewa się firma gotowa wydać miliony, by jej imieniem nazwano wielką arenę sportową?
  • Czy kupowanie drogiego czasu antenowego na reklamę w przerwie transmisji sportowej pomaga sprzedaży lub promuje markę?
  • Marc Rudov, uznany doradca w dziedzinie zarządzania marką, na pierwsze pytanie odpowiada: firma spodziewa się promocji marki, ale jej nie uzyska;
  • Na drugie pytanie ekspert odpowiada jednoznacznie: reklama nie wspiera sprzedaży, nie promuje marki, jest marnotrawieniem pieniędzy akcjonariuszy.

W styczniu 2018 r. wielki i bogaty bank JP Morgan Chase wygrał przetarg na nazwę nowego stadionu w San Francisco, wznoszonego dla legendarnej drużyny koszykarzy Golden State Warriors, wcześniej grającej w Oakland. Za prawo do umieszczenia swojego loga na obiekcie bank ma płacić przez 20 lat kwoty rzędu 15 – 20 milionów dolarów rocznie. W grudniu 2018 r. Marc Rudov uznał, że drużyna Wojowników osuwa się dramatycznie: Warriors … are a terrible slump. Ostatnie słowo jest znane inwestorom giełdowym na świecie, a ostatnio szczególnie w Warszawie: slump to wielka obsuwa, zjazd notowań.

Nie znam się na koszykówce. Nie jestem słynnym Andrzejem Nartowskim, wicemistrzem Europy z Wrocławia, olimpijczykiem z Rzymu (dla odróżnienia od mistrza jestem Andrzejem S). Marc Rudov też może nie jest znawcą tej dyscypliny, jest natomiast uznanym ekspertem zarządzania marką, producentem MarcRudovTV i autorem dwóch poczytnych książek: Be Unique or Be Ignored: The CEOs Guide to Branding, oraz Brand is Destiny: The Ultimate Bottom Line. O marnotrawnym wydawaniu pieniędzy akcjonariuszy, by uwieczniać nazwy spółek na sportowych arenach napisał 2 grudnia ub.r. artykuł pod wymownym tytułęm CEO’s: Stop Naming Stadiums. Wracam do tego tekstu, ponieważ spełniło się właśnie złowrogie proroctwo autora: Warriors przegrali mistrzostwo NBA z Toronto Raptors. Cieszy się cała Kanada.

Rudov kwestionuje pozytywny wpływ utrzymywania stadionów na wartość marki. Podobnie kwestionuje wpływ niebywale drogich reklam nadawanych w przerwach Super Bowl na sprzedaż reklamowanych produktów. Zarządzanie marką nie polega na krzewieniu jej świadomości, lecz na budowaniu związków. W omawianych przypadkach nie zbudowano związków. A świadomość marki nie skłania konsumentów do kupowania produktów. Ludzie są świadomi potrzeby ćwiczeń fizycznych i właściwego odżywiania się – pisze Mark Rudov – ale niemal 75 procent amerykańskich mężczyzn i ponad 60 procent kobiet cierpi otylstwo lub nadwagę. Ostatnio nie byłem w USA, a tu czytam, że Amerykanki wyszczuplały.

Macierzystym stadionem koszykarzy Toronto Raptors i hokeistów Maple Leaf jest Scotia Bank Arena. Za nazwę bank płaci w ciągu 20 lat 639 mln USD. Nazwa Barclays Center, gdzie grają koszykarze Brooklyn Nets i hokeiści New York Islanders, kosztuje 200 mln USD przez 20 lat. American Airlines Center, gdzie grają koszykarze Dallas Maverics i hokeiści Stars, kosztuje okryte skandalem linie, także w ciągu 20 lat, 195 mln USD. Oracle Corp., patronująca do tej pory osieroconej przez koszykarzy Warriors arenie w Oakland, zastąpi AT&T jako sponsor stadionu San Francisco Giants. Można przyjąć, że te setki milionów są lekką ręką wyrzucane w błoto, a zarządy rozpasanych spółek powinny za to ponieść odpowiedzialność przez akcjonariatem.

Interesuję się patronatami nad sportowymi arenami z uwagi na krytyczną sytuację w Krakowie. Stadion miejski, wzniesiony za ciężkie pieniądze z budżetu miasta, nie przynosi dochodów. Grają na nim piłkarze Wisły, ale klub, rozkradziony przez zarządy, działaczy i kilkudniowych właścicieli (raz sprzedano go aferzyście, drugi raz mniemanemu królewiczowi z Kambodży) nie płaci miastu; prawda, że nie ma z czego. Wobec tego składa propozycje, by miasto umorzyło Wiśle spore długi i udostępniało stadion bez opłat, a to w zamian za reklamę stołecznego królewskiego Krakowa przez klub, niegdyś znany z lokalnych sukcesów, obecnie ze skandali. Na ile należy wycenić wartość herbu Krakowa na portkach zawodnika? Wisła ma wiernych kibiców w kilku dzielnicach Krakowa, gotowych pokroić maczetami kibiców innych drużyn i pomazać sprayem zabytkowe mury – na ile wycenić ich wpływ na marki klubu i miasta?

Mamy też w Krakowie piękną Tauron Arenę. O tym, jak wspiera ona markę spółki, mogą świadczyć wyniki i notowania Tauron SA. To dopiero jest terrible slump!

Czytaj także: pierwsze teksty pokazane przez wyszukiwarkę blogu po wpisaniu do niej hasła sponsor.

ALERT: Pod rynkiem tyka bomba! Czy obligacje banków Czarneckiego wysadzą nas w powietrze?

  • Istnieje niebezpieczeństwo, że obligacje wyemitowane przez banki Leszka Czarneckiego zostaną osierocone;
  • W przypadku obligacji Idea Banku, realnie zagrożonego, dotyczy to obligacji o wartości ok. 500 milionów złotych;
  • Jeżeli Getin Bank nie zdoła pozyskać inwestora strategicznego, zagrożenie może dodatkowo objąć obligacje o wartości 1 900 milionów złotych;
  • Spowodowałoby to niewyobrażalne konsekwencje dla inwestorów, rynku obligacji, TFI, GPW, a także PPK, oraz głęboki kryzys zaufania do państwa i jego organów.

Być może tuż za rogiem czeka nas katastrofa. Jeżeli spełni się czarny scenariusz i banki Leszka Czarneckiego nie będą w stanie obsłużyć wyemitowanych obligacji, pogrąży to nie tylko ich obligatariuszy, lecz stopniowo, krok po kroku, cały rynek. Najpierw dotknięty zostanie obrót obligacjami, ucierpią fundusze obligacji, akcjonariusze i klienci banków, nie tylko notowanych na GPW (bo znowu wzrosną już wysokie obciążenia), obligatariusze i akcjonariusze innych spółek, fundusze inwestycyjne, OFE, Giełda Papierów Wartościowych. Kryzys rynku może wstrząsnąć państwem, przekreślić (przecież już nadwerężone kilkoma wydarzeniami) zaufanie do regulatora i nadzorcy, zagrozić Pracowniczym Planom Kapitałowym.

Media chyba nie widzą problemu. Serwisy informacyjne żyją głównie tematami dnia, ich wyobraźnia się sięga przyszłych dni i tygodni. Dlatego eksponują wieść, że Getin Noble Bank wszedł oto do indeksu WIG40, co może być przez laika poczytane za dobrą wiadomość. Martwią się także losem TFI, które zainwestowały spore środki w ZM Henryk Kania, co zaciążyło na wartości aktywów kilku funduszy obligacji. Piszą o „obligacyjnej odwilży”. Lecz istota sprawy tkwi gdzie indziej.

Po pierwsze, zagrożone obligacje podporządkowane Idea Banku znajdują się przede wszystkim w portfelach inwestorów detalicznych. Po drugie, są to często ci sami inwestorzy, którzy utopili swoje środki w papierach Getback SA. Na temat kryzysu tej spółki sporządziłem ogłoszony tutaj raport, wskazuję w nim rozlicznych winnych i współwinnych katastrofy, lecz do tego grona nie zaliczam indywidualnych obligatariuszy. Działali oni w dobrej wierze pokładanej w emitencie, jego inwestorze strategicznym, dystrybutorach papierów, nadzorze nad rynkiem i państwie. Misterny system ochrony interesów obligatariuszy zawiódł na całej linii. To nie powinno się zdarzyć. To nie może się powtórzyć!

Komisja Nadzoru Finansowego pozwalała na sprzedaż obligacji Idea Banku klientom detalicznym. Winę można zwalić na poprzedniego przewodniczącego (ciekawe, co się dzieje w jego sprawie?). Bankom Leszka Czarneckiego zaszkodziły i nadmierne apetyty na ryzyko, i chciwość ich kierownictwa, i koniunktura na rynku, i „afera 1 procenta”. Nawiasem: ów jeden procent zdecydowanie potaniał, co jednak nie jest dobrą wiadomością. Zaszkodziły też – jeszcze nieznane w pełni – konsekwencje zaangażowania Idei Banku w obligacje Getback.

Lecz obligatariusze nie ponoszą odpowiedzialności za sytuację banku. Nie są nimi naiwni inwestorzy w Złoto Kolchidy (Amber Gold). Gdyby doszło do ich pokrzywdzenia w procesie resolution, skutki byłyby fatalne. Inwestor oszukany, a wkrótce potem skrzywdzony, w papiery dłużne nie zainwestuje. Odczuje to boleśnie kilka branż. Najpierw będą to spółki żyjące z kapitału indywidualnych obligatariuszy: przemysłowe, windykacyjne, budowlane. Wkrótce do reszty odpłynie kapitał z funduszy inwestycyjnych, następnie z GPW. Gospodarka pozbawiona wsparcia, opuszczona przez dostawców kapitału, pogrąży się w kryzysie, co ugodzi w dobrostan pokoleń pozbawionych oszczędności i nadziei. 

Także obligacje Getin Noble Banku w lwiej części znajdują się w portfelach indywidualnych inwestorów. Jeżeli bank nie pozyska inwestora strategicznego (a kryzys Idea Banku sprzyja tej fatalnej możliwości), osierocone mogą zostać dodatkowo papiery o nominale 1 900 milionów zł. Bank już od dawna nie spełnia wymogów kapitałowych. Sytuacja obligatariuszy byłaby korzystniejsza, gdyby konieczna interwencja została podjęta wcześniej, gdy kapitały własne banku były wyższe. Ta okazja została stracona.

Oprocentowanie emitowanych przez inne banki obligacji podporządkowanych może wydatnie wzrosnąć w obliczu ucieleśnionego w nich ryzyka. Oznacza to groźbę podwyższenia kosztu pozyskania kapitału. Należący do dużego banku dom maklerski, z którego korzystam, wycofał się od czasu załamania papierów Getback SA, może na stałe, z oferowania wszelkich obligacji.

Zapowiadana możliwość nadejścia katastrofy w następstwie osierocenia obligacji banków Czarneckiego nie ma w sobie owej nuty dramatyzmu, jaka nadała ton kryzysowi Getback SA. Nie ma tu toczącego się wątku kryminalnego – gdyż „afera 1 procent” przecież się nie toczy. Nie ma tu missellingu, który w przypadku obligacji Getback definiowałem jako „oferowanie przez niewłaściwe podmioty, niewłaściwym nabywcom, w niewłaściwy sposób, niewłaściwych walorów”. Z tej strony był tu porządek. Grozy mógłby dodać sprawie powołany przez BFG „Zły Bank”, ale nie zdołał on jeszcze ujawnić swojego charakteru. Wszelako mam nadzieję, że Bankowy Fundusz Gwarancyjny i Komisja Nadzoru Finansowego pod nowymi kierownictwami zdołają jeszcze rozbroić minę, która tyka pod rynkiem. Czasu zostało niewiele!

Czytaj także:

2019.03.04 Getback i corporate governance. Raport Nartowskiego

 

 

Corporate governance nie jest głównym winowajcą nierówności społecznych, ale przyczynia się do nich

  • Chociaż brytyjski model corporate governance bywa stawiany światu za wzór, jego aspekty społeczne budzą na Wyspach niepokój;
  • Względnej poprawie relacji między zarządzającymi a nadzorującymi, między spółką a akcjonariuszami, nie towarzyszą następstwa społeczne;
  • Współcześnie corporate governance sprzyja nierównościom, napięciom, poczuciu niesprawiedliwości;
  • Rosną dysproporcje między płacami menedżerów a ogółu zatrudnionych, oraz między prawami akcjonariuszy a pracowników spółek.

Wielka Brytania żyje nie tylko Brexitem. Duże zainteresowanie wywołała na Wyspach inauguracja badań nad raportem o nierównościach społecznych potęgowanych ponoć przez wady systemu corporate governance. Zadanie rozpisano na pięć lat. Przygotuje je Institute of Fiscal Studies, a projektem pokieruje Sir Angus Deaton, profesor Pricenton, laureat ekonomicznego Nobla. Wyobraźnia uczonych i społeczeństw skupi się na pytaniu, czy nierówności i niesprawiedliwość zabiją kapitalizm w postaci jaką znamy? I co w tej kwestii powinniśmy zrobić?

Już kiedyś Brytyjczykom przyszło zmierzyć się z problemem nierówności. W 1942 r., pod niemieckimi bombami, sir William Beveridge ogłosił wyniki badań „Social Insurance and Allied Services”. Raport Beveridge’a został powszechnie uznany za analizę stulecia. Oraz za ważny krok ku rozwoju idei welfare state – państwa dobrobytu dbałego o bezpieczeństwo egzystencji społeczeństwa. Raport zainspirował premiera Winstona Churchilla do podjęcia odpowiednich działań. Zanim powstanie nowy raport, kraj gotów zmienić oblicze

Kryzys unaoczni Brytyjczykom dystans pomiędzy długim cieniem, jaki na historię rzucał Winston, a nicością dzisiejszych przywódców, miałkością ich poczynań…  

Jeszcze w latach siedemdziesiątych ub.w. społeczeństwo brytyjskie miało względnie niskie wskaźniki nierówności. 1 procent najbogatszych gromadził 3 proc. bogactwa – obecnie 8 proc. Wskaźnik dysproporcji między wynagrodzeniem prezesa a przeciętnym wynagrodzeniem pracownika (CEO pay ratio) wynosił 47 – obecnie 145. Pracownicy o najniższych dochodach zarabiają dziś niewiele więcej, niż przed ćwierćwieczem.

Larry Elliot z Guardiana widzi w tym spadek po zapoczątkowanej przez czterdziestu laty erze Margaret Thatcher. Zmierzała ona ku swobodzie przepływu kapitału, niższym podatkom i wydatkom socjalnym, osłabieniu związków zawodowych, prywatyzacji przedsiębiorstw państwowych. Owszem, pomogło to przedsiębiorczości, wzrostowi gospodarczemu, inwestycjom – ale zwiększyło różnice miedzy bogatymi a biednymi. Przypływ nie uniósł w górę wszystkich łodzi…

Następstwa wzrostu nierówności okazują się dramatyczne. Rośnie współczynnik Giniego – wykładnik społecznych nierówności. Wśród mężczyzn i kobiet w wieku czterdziestu – pięćdziesięciu lat wzrasta liczba „śmierci z rozpaczy” (spowodowanych samobójstwami, narkotykami, alkoholem). Ubodzy nie wchodzą w trwałe związki, nie zawierają małżeństw, rośnie liczba rodzin niepełnych lub „chaotycznych”.

Deaton podkreśla: „otrzymywanie” zamiast „wytwarzania”, „pobieranie” zamiast „tworzenia” nie będzie źródłem bogactwa, jest za to zaprzeczeniem demokracji.

Znalezienie winnych przychodzi badaczom łatwo: to słabość corporate governance, czyli pensje i bonusy menedżerów. „Jeżeli pracownicy tracą, ponieważ corporate governance nad ich interes przedkłada interes akcjonariuszy, lub ponieważ zapaść związków zawodowych sprzyja przewadze kapitału nad pracą, co działa na niekorzyść zarobków pracowniczych, a wspiera akcjonariuszy i piastunów spółek – musimy zmienić zasady tej gry”. Tak Deaton definiuje zadania nowego raportu.

Warto zdać sobie sprawę, że zasady gry zmieniają się bezustannie. Akcjonariuszem ery Thatcher był inwestor prywatny uczestniczący w prywatyzacji, dzisiaj jest to ponadnarodowy inwestor instytucjonalny, nieraz silniejszy od lokalnych władz. Wyjście z Unii wydatnie osłabi konkurencyjność Wielkiej Brytanii. Nowe technologie i dezindustrializacja zmniejszają zatrudnienie, więc pracownicy tracą. Destrukcyjną siłę związków należało rozbić, zanim one zdewastują kraj. Winy za negatywne aspekty globalizacji i rezygnację z szansy, jaką ona równocześnie niesie, nie można przypisać wyłącznie słabości corporate governance lub pensjom tłustych kotów.        

Tekst ogłoszony w Parkiecie 27 maja 2019 r. pod tytułem Wielka wina corporate governance?                                   

 

 

Edynburg pragnie powrócić na parkiet, Londyn tego nie chce

  • Inicjatywa utworzenia odrębnej giełdy papierów wartościowych dla szkockich spółek narodziła się w latach 2017-2018;
  • Ma ona związek z projektem Brexitu i rozważaną przez szkocką opinię publiczną niepodległością kraju;
  • Ma ona także związek z dążeniami do zatrzymania w Szkocji większej niż dotąd części generowanego w niej bogactwa;
  • Zgodę na utworzenie szkockiej giełdy musi wydać pogrążony w chaosie Londyn, lecz woli on blokować ambicje Edynburga.

Kiedy Edynburg przedstawia się jako najpiękniejsze miasto świata, można temu przyklasnąć. Kiedy Edynburg przedstawia się jako czwarte europejskie centrum finansów, rodzą się pytania. Pierwszym jest Londyn, drugim Frankfurt n/M (zapewne wkrótce zamienią się miejscami), trzecim Paryż – zatem gdzie Amsterdam, Mediolan, Zurich? Wielkie edynburskie banki, Royal Bank of Scotland i Bank of Scotland (od fuzji z Halifaxem działa pod firmą HBOS) znane są głównie ze skandali. Wprawdzie Szkocja jest siedzibą firm zarządzających aktywami, ale w stolicy nawet nie ma giełdy…

Wkrótce ma się to zmienić. Im bardziej Wielką Brytanię ogarnia chaos związany z Brexitem, tym bardziej Szkoci próbują organizować się i dbać o własne interesy. Tamtejszy biznes intensywnie pracuje nad projektem HEATHER (WRZOS), zmierzającym do odrodzenia szkockiej giełdy i odbudowy miejscowego rynku kapitałowego. Jeszcze w latach 60-tych ub. wieku działało w Szkocji pięć lokalnych giełd o bogatych tradycjach. Giełdy w Edynburgu i Glasgow powstały w 1844 r., w Aberdeen w 1845, w Dundee w 1879, w Greenock w 1888 r. Wchłonęła je w 1962 r. giełda w Glasgow, ostatecznie przejęta przez Londyn w 1973 r., w epoce zapaści gospodarczej Szkocji.

Od tego czasu zmieniło się wiele. Ewentualność wyjścia Zjednoczonego Królestwa z Unii Europejskiej pobudza szkocką tożsamość. Energiczna szefowa tamtejszego rządu, Nicola Sturgeon, dba o ochronę i wzmacnianie reputacji Szkotów jako narodu kupieckiego. Kraj pragnie zabezpieczyć się przed niekorzystnymi dlań następstwami Brexitu. Przysłuży mu się powołanie lokalnej giełdy prowadzącej notowania spółek o kapitalizacji 50 -100 milionów GBP, reprezentujących walory etyczne oraz odpowiedzialność społeczną i ekologiczną.

Spółka pod firma Bourse Scot Limited została inkorporowana 18 czerwca 2018 i wpisana do rejestru szkockich spółek w Companies House pod numerem SC600288 z siedzibą przy South Charlotte Street 12 w Edynburgu. Przedsięwzięciem kieruje doświadczony w innowacyjnych przedsięwzięciach broker Tomas W. Carruthers. Po uzyskaniu zgody nadzorcy, Financial Conduct Authority, Bourse Scot planuje podjąć notowania jeszcze w II kwartale 2019 r. Nawiązano współpracę z Euronext na bazie jego platformy Optiq. Prowadzone są rozmowy z potencjalnymi emitentami.

Zadania giełdy obejmują umożliwienie lokalnym spółkom pozyskiwania kapitału przy udziale miejscowych inwestorów dysponujących sporymi możliwościami finansowymi; ułatwianie im rozwoju na lokalnym, przyjaznym rynku; oraz zapewnienie płynności obrotu. Przede wszystkim chodzi o wspomożenie Szkocji w procesie zatrzymywania dla niej znacznie większej niż obecnie porcji generowanego w niej bogactwa.

Silne strony lokalnej gospodarki to przedsiębiorstwa działające w dziedzinach biotechnologii i energii odnawialnej, czerpanej w mniejszym stopniu ze słońca, niż z wiatru (na wodach okalających archipelag Szetlandów poznałem niegdyś potęgę szkockich wichrów). Szkocja chlubi się także znaczącym eksportem żywności, nie eksponując wszakże, jakie jej składniki przynoszą największy dochód (acz warto zauważyć, iż wartość zasobów szkockiej dojrzewającej w tamtejszych rafineriach przewyższa wartość złota w lochach Banku Anglii). Liczy się też turystyka: dane za rok 2017 obejmują 166 milionów wizyt turystów, którzy wydali 11,2 miliarda funtów. To dowodzi potencjału miejscowej gospodarki, niemniej zwraca uwagę, że chociaż szkockie spółki mogłyby łatwo wejść na AIM, młodszy parkiet London Stock Exchange, zdecydowało się na to ledwo 25 firm o szkockim rodowodzie. Może pozostałe czekają na lokalną giełdę?

Projektowi WRZOS towarzyszą zapał i optymizm, jakże kontrastujące z przygnębiającym klimatem brytyjskiej polityki. Ale też projekt jest niezwykle wymagający. Na edynburski parkiet dopuszczane będą tylko spółki spełniające rygorystyczne standardy sprawozdawczości o wpływie ich działalności na społeczeństwo i środowisko. Szkoci liczą, że konieczność etycznego uwierzytelniania spółek i dochowania przez nie wymagających zasad moralnych nie przepłoszy emitentów, przeciwnie – zachęci najlepszych do wejścia na giełdę legitymizującą ich status. Tomas Carruthers wyjaśnia, że edynburska giełda nie przewiduje notowania spółek gamingowych lub czerpiących dochody z hazardu bądź pornografii. O producentach szkockiej nie wspomniano, chyba nie zostaną wykluczeni. Whisky galore!

Tekst napisałem na przełomie kwietnia i maja, 15 maja br. ukazał się w PARKIECIE pod tytułem „Edynburg wraca na parkiet”. Obecna wersja została rozszerzona, lecz nie uaktualniona, ponieważ nic się nie dzieje, Londyn blokuje plan.

 

 

 

 

.

Czy spółki szkodliwe dla klimatu zostaną wyrzucone z londyńskiej giełdy?

  • Spośród spraw współcześnie nurtujących rynki kapitałowe na pierwszy plan wysuwa się potrzeba przeciwdziałania negatywnym zmianom klimatu:
  • Manifestacje brytyjskiej młodzieży pod hasłem Extinction Rebellion nieoczekiwanie owocują projektem delistingu spółek szkodliwych dla klimatu;
  • Występuje z nim opozycyjna Partia Pracy, lecz ani ona sama, ani rynek, nie odniosły się do propozycji z należną jej powagą;
  • Jeżeli Wielka Brytania pragnie osiągnąć do roku 2050 stan gospodarki zeroemisyjnej, powinna już obecnie skupić się na tym zadaniu.

Z projektem usunięcia z londyńskiej giełdy spółek, które nie podejmują skutecznych działań ku zapobieżeniu negatywnemu wpływowi ich działalności na klimat, wystąpił John McDonnell, kanclerz w gabinecie cieni. Inicjatywę o takim znaczeniu powinien raczej zgłosić osobiście przywódca opozycji Jeremy Corbyn. Lecz ten niebawem zapowiedział, że po dojściu do władzy Labour Party znacjonalizuje liczne dziedziny gospodarki, co zaniepokoiło kręgi gospodarcze i przyćmiło pomysł McDonnella. A przecież jest on wart wnikliwej analizy.

Wielka Brytania planuje podjęcie radykalnych działań ku zazielenieniu gospodarki. Do roku 2050 lub wcześniej Partia Pracy zamierza osiągnąć zerową emisję szkodliwych substancji (zero-carbon economy). Spodziewając się objęcia władzy po nieodległych wyborach parlamentarnych, opozycja deklaruje gotowość przeprowadzenia głębokich zmian regulacji i użycia wszelkich środków w dyspozycji rządu dla poprawy klimatu. John McDonnell jeszcze jako backbencher (poseł z tylnych ław Izby Gmin) opowiadał się za poszerzeniem kryteriów dopuszczenia spółek do notowań na londyńskiej giełdzie o poszanowanie praw człowieka i praw związkowych, oraz prowadzenie polityki ochrony środowiska. Jeżeli zostanie kanclerzem skarbu, będzie miał możliwość urzeczywistnienia tych zamierzeń.

Postulowane zmiany będą niemiłe dla City, dla giełdy i wielu spółek, w tym największych światowych koncernów wydobywczych. Lecz będą one usprawiedliwione skalą szkód już wyrządzonych klimatowi. By uniknąć delistingu, brudne spółki powinny podjąć kosztowne działania nie tyle ku ochronie reputacji, ale ku rzetelnej ochronie środowiska. McDonnell jest tu stanowczy: chodzi nie o to, by komuś pogrozić, kogoś postraszyć, ukarać – lecz by ratować planetę. Ładnie powiedziane, ale słyszałem tę myśl ponad pół wieku wcześniej, kiedy Narody Zjednoczone uświadamiały światu, czym jest Statek Kosmiczny Ziemia (Spaceship Earth) i jakiej wymaga troski. Ten czas, niestety, został zmarnowany.

Przeciwko temu marnotrawstwu zaprotestował w Londynie ruch nazwany Extinction Rebellion – Buntem Zagrożonych. Manifestanci blokowali ulice w londyńskiej City i wejście na giełdę pod hasłami „Klimat w niebezpieczeństwie”, „Mówcie prawdę”, „Nie ma przyszłości bez żywności”, „Pieniędzy nie zjecie”. Nie był to bunt roszczeniowy na tle społecznym i ekonomicznym, jaki przed kilku laty rozpętali w Hiszpanii Oburzeni, ani przejaw ogólnej frustracji, jakiej doświadczają francuskie Żółte Kamizelki; tym razem idzie o przekaz pozytywny: ratujmy planetę, siebie i przyszłe pokolenia.

Zapowiadany delisting brudasów to element szerszego planu działania Labour Party na rzecz zielonej gospodarki, przygotowywanego na wybory parlamentarne, których partia spodziewa się już jesienią. Jej działacze podkreślają, że do tej pory nikt inny nie potraktował potrzeby ochrony środowiska z równą powagą i rozwagą. Gotowi są zadeklarować oficjalny stan zagrożenia dla klimatu. Inna sprawa, że niedzielne wybory do Parlamentu Europejskiego mogą wywrócić wszelkie kalkulacje: głosy zwolenników opcji remain, na które liczą labourzyści, prawdopodobnie odpłyną do Liberalnych Demokratów (z kolei głosy na rzecz opcji leave, na które liczą Konserwatyści, przejmuje Nigel Farade, a partia Change z udziałem Jana Rostowskiego przestała się liczyć).

John McDonnell zdaje sobie sprawę z potrzeby wsparcia jego planów przez Bank Anglii. Do października powinno się rozstrzygnąć, kto w przyszłym roku zastąpi Marka Carneya na fotelu gubernatora. McDonnell nie wyklucza, że wcześniej zostanie kanclerzem skarbu i uzyska wpływ na wybór przyszłego szefa banku. Carney ostrzega, że globalny system finansowy stoi w obliczu zagrożenia zmianami klimatu i wymaga reform. McDonnell chciałby, by następny gubernator kontynuował tę politykę, ale w sposób bardziej radykalny. Na ścianie, mówi, niewidzialna ręka już kreśli złowrogie proroctwo. Czas działać.

Przestrzegam przed odnoszeniem pomysłu delistingu brudnych spółek do warszawskiej giełdy. Z indeksu WIG20 powstałby może indeks 5-i-pół. Lecz przetrzepanie skóry spółkom wydobywczym i energetycznym, oraz instytucjom finansującym je, wyszłoby wszystkim na dobre.

 

 

 

Buffett: Dyrektorzy niezależni płaszczą się przed prezesem

  • Wielkie skandale korporacyjne systematycznie podważają zaufanie do audytorów
  • Wyrwę w systemie corporate governance starano się przeto wypełnić niezależnymi członkami rad dyrektorów (rad nadzorczych);
  • Ich status, obowiązki, pokładane w nich oczekiwania, nigdy nie zostały należycie sprecyzowane;
  • Pora więc powrócić do dyskusji na tematy dyrektorów niezależnych.

Z początkiem lat dziewięćdziesiątych ub. w. brytyjskim rynkiem zachwiała seria skandali. Na przełomie stuleci seria skandali zachwiała rynkiem amerykańskim. Mijają dekady, skandale trwają w najlepsze. Wydarzenia te znacząco podważyły zaufanie do audytorów. Spowodowaną tym wyrwę w systemie corporate governance usiłowano zasypać instytucją dyrektorów niezależnych. Brzmiało to pociągająco: dyrektor (odpowiednio: członek rady nadzorczej), wolny od wszelkich powiązań z nadzorowanym podmiotem, zachowa niezbędny obiektywizm, rzetelnie oceniając działalność zarządu spółki, jej współpracę z biegłym rewidentem, strategię, audyt wewnętrzny i zarządzanie ryzykiem. Będzie miał on zatem sporo pracy, ale czeka go wynagrodzenie adekwatne do zakresu obowiązków. Wszyscy powinni być zadowoleni.

Entuzjazm dla instytucji niezależnych członków rad nadzorczych dotarł niebawem do Polski. Ogłoszono dokument pod nazwą „Dobre praktyki spółek publicznych w 2002 roku”. Intencja była taka, że owe dobre praktyki wejdą w życie we wspomnianym roku i będą trwać aż do chwili, gdy zostaną wzbogacone lub zmienione, ale nie potrafiono należycie tego sprecyzować. Przyjęto natomiast zasadę, że w radzie nadzorczej spółki publicznej przynajmniej powoła miejsc przypadnie niezależnym członkom rady, wyposażonym do tego w szczególne uprawnienia względem niektórych decyzji. O niezależnych członkach rad nadzorczych mało kto wtedy słyszał, a tu znienacka wprowadzono wymóg oddania im władzy w radach, oczywistym kosztem inwestorów, którzy musieli także ustąpić część miejsc w radach przedstawicielom pracowników, a często i Skarbu Państwa. Uznałem to za nonsens. Mój głos nie został wzięty pod uwagę. W Polsce nad dobrymi praktykami zaciążył więc grzech pierworodny: stanowienie zasad bez udziału zainteresowanych.

Nadto nie było jasne, jakie należy przyjąć kryteria niezależności. Do pierwotnego wymogu braku powiązań ze spółką, jej piastunami i pracownikami, usiłowano dodać brak powiązań z akcjonariuszami. Takich niezależnych, którzy nikogo nie znają, z nikim i niczym nie są powiązani, można bez trudu znaleźć pośród dworcowych meneli. Nie mają oni wprawdzie stosownych kwalifikacji, lecz skoro geniusz z nadzoru nad rynkiem opowiedział się przeciw wynagradzaniu niezależnych (chyba, że pracują w komitecie audytu), zwrócę uwagę, że nawet menele potrzebują na flaszkę.

Ostatnio niezależni ponownie zyskali rozgłos. Na ich temat wypowiedział się stanowczo Warren Buffett, Wyrocznia z Omaha. Wypowiedział się bardzo krytycznie. Niezależni są nazbyt skupieni na swoich wynagrodzeniach, powiedział CEO Berkshire Hathaway, nie na nadzorowaniu prezesa. Z jego obserwacji na podstawie udziału w pracach rad spółek publicznych wynika, że w wielu przypadkach „dyrektorzy niezależni są najbardziej niezależni”. Jeżeli taki dyrektor zarabia w spółce 250 000 USD rocznie, co stanowi znaczną część jego dochodów, nie będzie wywracał stołu obrad. Wynagrodzenie dyrektorów pnie się w górę w ślad za wzrostem wynagrodzenia prezesa, którego wysokość zależy właśnie od dyrektorów. Są oni skłonni płaszczyć się przed prezesem, zamiast go rzetelnie nadzorować.

Wypowiedź Buffetta wywołała, jak zwykle, żywy odzew. Charles Elton, dyrektor John L. Weinberg Center for Corporate Governance Uniwersytetu Delaware przyznaje Buffettowi rację, jeżeli chodzi o tych dyrektorów, którzy nie mają udziałów w nadzorowanej spółce lub są wprowadzani do rady dyrektorów przez zarządzających spółką. Lecz taki model niezależności ulega z czasem zmianom, coraz liczniejsi dyrektorzy niezależni mają udziały w nadzorowanych spółkach, a o ich powołaniu do rady decydują komitety nominacji. Ponadto, im wyższą wartość ma udział dyrektorów niezależnych w spółce, tym większe prawdopodobieństwo, że w obliczu niezadowalających wyników rada zdecyduje się na zmianę prezesa – konkluduje Charles Elton.

Leo Strine, sędzia Sądu Najwyższego Delaware, zwraca uwagę na przerost oczekiwań pokładanych w dyrektorach niezależnych. „Odstąpiliśmy od wymogu większości niezależnych (w radzie dyrektorów) na rzecz wymogu superwiększości niezależnych”. Rady dyrektorów, menedżerowie i inwestorzy instytucjonalni, nie doceniają wpływu pracowników na wyniki spółki. Pojęcie niezależności jest puste. Dyrektorzy niezależni są jak chorągiewki na wietrze; nie mając istotnych związków ze spółką, nie widzą powodu do wykazywania należytej staranności. Niezależny zarobi w jednej spółce więcej niż sędzia… Obawialiśmy się – dodaje sędzia Strine – że dyrektorzy niezależni będą zabiegać o sympatię menedżerów spółki; okazuje się, że teraz starają się oni przypodobać inwestorom instytucjonalnym i doradcom w sprawie głosowania na walnych zgromadzeniach. Wobec tego ich decyzje mogą być w znacznej mierze kształtowane przez (zmienne! – ASN ) sentymenty rynkowe.

Czas i na polskim rynku rozważyć przydatność niezależnych członków rad nadzorczych.

Czytaj także, m.in.:

2003.06.23 Niezależni: odrzut z importu

2004.10.25 Niezależni w przeciągu

2005.11.11 Impresja o niezależnych

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Co to jest attendance record i jakie ma znaczenie?

  • Attendance record – wskaźnik frekwencji w radzie i jej komitetach – może posłużyć za ważne kryterium oceny rady nadzorczej lub rady dyrektorów;
  • To, czy nieobecność jest usprawiedliwiona, może mieć znaczenie przy wypłacie wynagrodzenia, nie ma natomiast znaczenia przy ocenie pracy rady;
  • Należy brać także pod uwagę udział poszczególnych członków rady w jej pracach poza posiedzeniami, w tym w procesie podejmowania uchwał;
  • Należyta frekwencja ma tym większe znaczenie, im wyższe ustanawia statut kworum wymagane dla podjęcia uchwały.

W czasach, kiedy podstawową, a nawet jedyną formą pracy rady nadzorczej lub rady dyrektorów były posiedzenia, pod pojęciem attendance record (sprawozdania na temat frekwencji) rozumiano doroczny wykaz obecności członków rady na jej posiedzeniach. Bywał on traktowany jak jeden z czynników dających podstawę ocenie pracy rady i jej poszczególnych członków (performance indicator). Bywał także brany pod uwagę przy ewentualnej reelekcji członków rady. Kto często opuszczał posiedzenia, mógł z tego powodu stracić szanse na ponowny wybór.

Lecz rady zmieniły się. Dzisiaj posiedzenia są jedną z wielu form pracy rad. Przybywa komitetów obsadzonych członkami rady, a ich udział w pracach komitetów, mierzony między innymi frekwencją na spotkaniach, należy do ważnych kryteriów oceny pracy rady i jej członków. Szczególnie ważną rolę pełni komitet audytu, ale wzbierają na znaczeniu także komitety wynagrodzeń, strategii, corporate governance, a w radach dyrektorów także komitety nominacji. Attendance record powinien więc obejmować także frekwencję na spotkaniach komitetów. Absencja, zwłaszcza incydentalna, może nie ciążyć na pracach kilku– lub kilkunastoosobowej rady, może jednak skomplikować pracę trzyosobowego komitetu (spotyka się nawet komitety złożone z dwojga członków rady).

Nie dość na tym. Rady korzystają z możliwości podejmowania uchwał poza posiedzeniami. W przypadku uchwał podejmowanych w trybie pisemnym, albo obiegowym, zazwyczaj udaje się zgromadzić głosy wszystkich członków rady, więc tutaj nie ma tematu: w attendance record nie chodzi o to, kto uczestniczył w podejmowaniu uchwały, ale o to, kto nie uczestniczył i jaki był tego powód. Zatem wykaz frekwencji powinien obejmować uczestnictwo w posiedzeniach, względnie głosowaniach, odbywanych przy użyciu środków bezpośredniego porozumiewania się na odległość (przy założeniu, że rada dopełnia należytej procedury).

Członkowie rady miewają też inne obowiązki, z których powinni zostać rozliczeni. Rada może przecież delegować każdego z członków do rozmaitych zadań. Do pełnienia funkcji członka zarządu – nie dłużej niż przez trzy miesiące (ale po upływie tego czasu nierzadko rada ponawia delegację). Do indywidualnego wykonywania określonych czynności nadzorczych – nawet na całą kadencję. Wspomniane delegacje mogą w znacznym stopniu zróżnicować zaangażowanie czasowe poszczególnych członków w prace rady i powinny być brane pod uwagę w procesie ich oceny, zatem i uwzględniane w sprawozdaniu na temat frekwencji.

Można wziąć pod uwagę, że nieobecny na posiedzeniu członek rady oddał głosy na podejmowane pod jego nieobecność uchwały za pośrednictwem innego członka rady. Niemniej do oceny jego pracy wnosi to wkład nieznaczny. Głos w taki sposób oddany liczy się do większości, nie liczy się jednak do kworum. Dobrze o takim członku rady świadczy, że zadał sobie trud oddania głosu. Ma to jednak i ujemną stronę. Nie można oddać głosu w sprawie, która nie została uwzględniona w proponowanym zawczasu porządku obrad, co skłania niektóre spółki do uniemożliwienia radzie wprowadzania nowych spraw do porządku już na posiedzeniu. Dobrze, jeżeli porządek jest ustalony wcześniej, co pozwala przygotować się do obrad; niedobrze, jeżeli rada nie jest w mocy podjąć sprawy nagłej, nawet niezmiernie ważnej (lecz to już inna historia).

W Polsce rady nadzorcze składają doroczne sprawozdania ze swojej pracy (prawo ich nie wymaga) według wzoru: rada zebrała się x razy, podjęła xy uchwał. Liczba uchwał nie powinna ważyć na ocenie rady; wiadomo, że polskie rady podejmują wiele uchwał po to, by usprawiedliwić nieobecność członka rady – w przeciwnym razie spółka może nie wypłacić mu wynagrodzenia za dany miesiąc… Z punktu widzenia oceny pracy rady ważna jest nieobecność, nie jej usprawiedliwienie; niekiedy rady usprawiedliwiają nieobecność nawet przed poznaniem jej przyczyny.

Sprawozdanie na temat frekwencji na posiedzeniach rady i udziału w innych formach jej prac nabrało znaczenia w chwili nałożenia na członków rady obowiązku uczestniczenia w jej pracach, w tym w posiedzeniach. Wiąże się z tym wymóg kworum przy głosowaniu uchwał. Kiedy nie istniał jeszcze wymóg kworum, członkowie nie byli związani obowiązkiem przybywania na posiedzenia. Jeżeli statut spółki podniesie wysoko próg wymaganego dla podjęcia uchwał kworum, nawet przypadkowa nieobecność niewielkiej liczby członków rady może sparaliżować jej prace.

Szczególne znaczenie ma frekwencja przewodniczącego rady. Jest on organizatorem jej pracy i gospodarzem posiedzeń. Niepokojąco często statuty polskich spółek zakładają możliwość niezdolności przewodniczącego do wykonywania jego zadań (czyżby miał siedzieć w więzieniu?), natenczas powierzając jego obowiązki zastępcy.

Szczególne znaczenie ma także frekwencja na posiedzeniach odbywanych przez radę w ścisłym gronie (in camera), poświęconych ocenie pracy zarządu lub strategii spółki.

Czytaj także:

2002.09.16 Usprawiedliwienie, czyli fikcja

Jak notowane spółki tracą zdolność do przeprowadzenia wtórnej oferty publicznej?

  • O zdolności emisyjnej świadczy przede wszystkim stosunek wartości nominalnej akcji do kursu, po jakim akcje są notowane w obrocie;
  • Spółka nie może bowiem wydawać akcji po cenie niższej od wartości nominalnej;
  • Wzrostowi notowań do poziomu dorównującego wartości nominalnej mogą sprzyjać osiągnięcia spółki i pokładane w niej przez rynek zaufanie;
  • Odnosi się jednak wrażenie, że niektórym spółkom nie zależy na zaufaniu inwestorów.

Wiele spółek notowanych na warszawskim parkiecie jest niezdolnych do przeprowadzenia kolejnej emisji akcji. Powód jest oczywisty: nie mogą one oferować akcji poniżej ich wartości nominalnej, a notowania kształtują się znacznie poniżej tej wartości. W takiej sytuacji znajduje się PMPG Polskie Media SA. Wartość nominalna jest akcji, po obniżeniu z 10 zł, wynosi obecnie 7 zł, a kurs kształtuje się w okolicach 1,71 (notowania z piątku 26 IV). Wcześniej spółka skupowała swoje akcje po znacząco wyższej cenie (2,67 zł).

Chociaż, z formalnego punktu widzenia, o zdolności emisyjnej spółki decyduje możliwość uzyskania przez akcje nowej emisji ceny równej lub wyższej od wartości nominalnej, o gotowości rynku do nabywania akcji decydują także inne względy, w tym zaufanie pokładane w spółce. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że PMPG Polskie Media SA o zaufanie wcale nie zabiega. Świadczy o tym niedbały stosunek spółki do jej dokumentów ustrojowych. Utarło się wprawdzie przekonanie, że statutów i regulaminów nie czyta żaden inwestor, zwłaszcza inwestor instytucjonalny, lecz przecież bywają wyjątki.

W statucie spółki może zniechęcić inwestorów nazbyt szerokie ujęcie przedmiotu działalności, obejmującego aż 98 pozycji. Na stronie spółki czytam, że do grupy kapitałowej PMPG należą m.in. wydawca „najbardziej opiniotwórczego polskiego tygodnika” (nie wiedziałem tego, prawda?) Wprost, oraz wydawca Do Rzeczy i Historia Do Rzeczy (tytuły dokumentują pierwotny związek pism z dziennikiem Rzeczpospolita, który otrząsnął się z tych wydawnictw), a strategia spółki zakłada jej rozwój w nowych mediach.

Niemniej statutowy przedmiot działalności wylicza m.in. wytwarzanie i przetwarzanie koksu, produkcję chemikaliów organicznych, sprzedaż hurtową i detaliczną samochodów osobowych i furgonetek, działalność agentów zajmujących się sprzedażą paliw, rud, metali i chemikaliów przemysłowych, statków i samolotów, wyrobów tekstylnych, futrzarskich, obuwia, artykułów skórzanych, mebli, dywanów, zegarków, nawet badania naukowe i prace rozwojowe w dziedzinie biotechnologii. Wiem, że spółka nie musi zajmować się wszystkim, o czym plecie w statucie, ale też dostrzegam ryzyko, że może ona znienacka zarzucić ów najbardziej opiniotwórczy tygodnik i zająć się wytwarzaniem koksu. Byłoby to legalne, ale czy eleganckie?

Mam zastrzeżenia do § 16 statutu, dopuszczającego, by walne zgromadzenia odbywały się „w Warszawie albo w miejscu wskazanym w ogłoszeniu o zwołaniu lub pisemnym zawiadomieniu”. PMPG ma siedzibę w Warszawie, jest notowana na warszawskiej giełdzie, przeto może odbywać walne zgromadzenia wyłącznie w Warszawie, a zwołuje je w trybie przewidzianym w art. 4021 Ksh i żadne „pisemne zawiadomienie” nie wchodzi w rachubę. Śmieszy mnie powtarzanie w statutach spółek publicznych (w tym przypadku w § 12.4) dyspozycji Ksh o uchwałach podejmowanych przez walne zgromadzenie bez formalnego zwołania: spółka publiczna musi formalnie zwoływać walne zgromadzenia, a reprezentacja całego kapitału bez formalnego zwołania zgromadzenia jest w praktyce nieprawdopodobna.

Wypada natomiast pochwalić PMPG za jasną dyspozycję § 25 statutu.  Ksh wprawdzie stanowi (art. 389 § 1), że przewodniczący rady nadzorczej zwołuje posiedzenie rady w terminie dwóch tygodni od dnia otrzymania wniosku zarządu lub członka rady, lecz nie określa, w jakim terminie należy odbyć zwołane w tym trybie posiedzenie. Wiele statutów spółek publicznych bezmyślnie powtarza dyspozycję Ksh (nazywam to efektem kaskady) i na tym poprzestaje, milcząco dopuszczając nieokreśloną zwłokę przewodniczącego. Statut PMPG stanowi, że wspomniane „posiedzenie powinno zostać zwołane […] na dzień przypadający nie później niż przed upływem trzech tygodni od dnia otrzymania takiego wniosku”. Takie rozwiązanie wyklucza możliwość obstrukcji wniosku przez przewodniczącego.

Inna sprawa, że regulamin rady nadzorczej rozszerza krąg upoważnionych przez Ksh do żądania zwołania posiedzenia rady o akcjonariusza lub akcjonariuszy reprezentujących co najmniej 10% kapitału zakładowego. Otóż takie uprawnienie nie może płynąć z regulaminu rady. Nadto nie rozumiem sensu osobliwego postanowienia  9 in fine regulaminu rady: „Korzystając ze swoich uprawnień, Przewodniczący rady nadzorczej powinien stosować się do uchwał i opinii rady, a także – w razie potrzeby – uzgadniać swe decyzje z Wiceprzewodniczącym”.

Udostępniony na stronie internetowej spółki regulamin walnego zgromadzenia to istny zbiór bzdur sprzecznych z wprowadzoną w 2008 r. daleko idącą reformą walnego zgromadzenia spółki publicznej. Przeto PMPG SA miałaby zwoływać zgromadzenia przez ogłoszenia w Monitorze Sądowym i Gospodarczym oraz w swojej siedzibie. Członek zarządu i pracownik spółki nadal nie mogliby być pełnomocnikami na walnym zgromadzeniu, zaś akcjonariusz mógłby głosować akcjami tylko w sposób jednolity. Czyżby spółka podróżowała w czasie?

O regulaminie zarządu nie piszę, ponieważ sytuacja zmienia się zasadniczo. Dotychczas zarząd był jednoosobowy, jego członek niebawem przejdzie do rady nadzorczej, powołano do zarządu trzy kompetentne osoby, ale jego kształt nie został jeszcze ustalony (na stanowisku prezesa jest vacat). Ważne, że rysują się korzystne perspektywy wyrównania chociaż części strat spowodowanych skandalicznym upadkiem Ruch SA; że sytuacja założyciela spółki może wyklarować się dlań korzystnie; że ostatni wynik finansowy jest dodatni.

Niemniej zaufania do spółki nie przybywa. Jej oświadczenie o stosowaniu zasad ładu korporacyjnego dotyczy roku… 2015. Oznacza to zlekceważenie akcjonariuszy i rynku.  

Niekończąca się opowieść o potrzebie poskromienia wielkich firm audytorskich

  • Za firmami Tłustej Czwórki ciągną się, zwłaszcza w Wielkiej Brytanii, gęste smugi skandali, błędów i niedoróbek;
  • O potrzebie reformy audytu mówi się tam od dawna, podjęto nawet reformę organu nadzoru, Financial Reporting Council;
  • Za firmy audytorskie bierze się także Competition and Market Authority (CMA), tamtejszy urząd ochrony konkurencji i rynku;
  • CMA domaga się obecnie częściowej reformy, ale zastrzega sobie możliwość wprowadzenia radykalnych rozwiązań w przyszłości.

Wygląda na to, że w Wielkiej Brytanii zawisł nad Tłustą Czwórką miecz Damoklesa. Wprawdzie brytyjski organ nadzoru nad konkurencją i rynkiem oparł się płynącym z rynku sugestiom ku rozpędzeniu wielkich firm audytorskich, niemniej takiej możliwości nie wyklucza: zostanie ona ponownie rozważona w ciągu pięciu lat, jeżeli sytuacja profesji nie ulegnie poprawie. Doraźnie CMA, biorąc pod uwagę poważne zagrożenie konkurencji w sektorze, zaleca rządowi przyjęcie regulacji wymuszającej na firmach Tłustej Czwórki zwiększenie dystansu między pionami audytu i bardziej lukratywną działalnością konsultingową. Za operacyjnym oddzieleniem poszczególnych pionów (z własnymi organami, rachunkowością i polityką płacową i zakazem profit-sharingu) przemawiają doświadczenia wskazujące na zachodzące między nimi konflikty interesów.

Anegdotyczny wręcz argument za częściowym splitem firm Tłustej Czwórki dotyczy British Home Stores, jednej z najgłośniejszych upadłości na rynku brytyjskim. W 2014 r. wiodący audytor PwC spędził 2 godziny na badaniu sprawozdania finansowego (zwalając resztę roboty na mniej doświadczonych pracowników), a na lepiej płatny konsulting poświęcił 31 godzin. PwC została za ten wybryk ukarana grzywną w wysokości 6,5 mln funtów. Ciekawe, na ile zostałaby w funtach wyceniona staranność Deloitte w badaniach naszej Getback SA?

Niech zatem pion audytu bada i opiniuje sprawozdania finansowe nie angażując powiązanych z nim służb konsultingu, prawnych i podatkowych do kształtowania treści tych sprawozdań. Można dodać, że skomplikowane konstrukcje wielkich firm audytorskich i nieczytelne, nieprzejrzyste sieci powiązań licznych podmiotów w grupie wynikają z celowego zamierzenia unikania odpowiedzialności.

Natomiast w kwestii współpracy wielkich firm audytorskich z mniejszymi partnerami CMA zatrzymuje się w pół kroku: owszem, należy skłonić większych do wspólnych badań z  mniejszymi, ale należy uczynić wyjątek dla podmiotów największych, najbardziej skomplikowanych strukturalnie, jak HSBC lub Barclays, których mniejsi audytorzy mogą nie ogarnąć.

Lobbyści protestują: zamierzona reforma zaowocuje błyskotliwymi nagłówkami w mediach, ale nie ma dowodów, że cokolwiek poprawi. Prawda, wszak to ulubiony argument demagogów: dowody będą, lub nie, po podjęciu działań, nie zawczasu. Szef CMA Lord Tyrie (Andrew Tyrie, były torysowski poseł do Izby Gmin) wskazuje na powagę tematu: dobrobyt społeczeństwa, oszczędności i emerytury, zależą od dotrzymania przez audytorów najwyższych standardów zawodowych. Ale ponad jedną czwartą audytów można zakwestionować! Za podjęciem reformy przemawiają także raport Johna Kingmana o regulacjach branży audytorskiej i raport Donalda Brydana o jakości audytów, a także raport BEIS (Ministerstwa Gospodarki, Energii i Strategii Przemysłowej);

Minister Greg Clarc popiera zamierzenia CMA, lecz zamierzenia dotyczące częściowego splitu firm Tłustej Czwórki nie będą łatwe do realizacji. Właściwość rządu dotyczy tylko rynku brytyjskiego, który – gdyby doszło do Brexitu – może poważnie stracić na znaczeniu, natomiast PwC, EY, Deloitte, KPMG to firmy na wskroś globalne, odporne na kaprysy lokalnych jurysdykcji. Poskromić je skutecznie mogłaby tylko Unia Europejska, z której Wielka Brytania być może wkrótce wystąpi. To niewątpliwie przemawia na rzecz wzmacniania Unii.

Lecz nie należy lekceważyć brytyjskiej determinacji ku porządkowaniu audytu. Grant Thornton, piąta firma audytorska na tamtejszym rynku, jest objęta dochodzeniami Financial Reporting Council w związku z upadkiem Interserve i opisywanym tu już kilkakrotnie skandalem Patisserie Valerie. Doradcy Interserve, w tym Grant Thornton, zgarnęli w ostatnich 12 miesiącach przed upadkiem Interserve 90 mln funtów – czyli więcej, niż wcześniej wynosiła kapitalizacja spółki! KPMG jest objęta dochodzeniem w związku z opisywaną tu katastrofą Carilliona, a Deloitte – dochodzeniem za audyt Mitie  w 2017 r. Pod naciskiem kar już orzeczonych i grożących firmom audytorskim, są one skłonne do ustępstw. Brytyjska odnoga BDO już rozdziela swoje piony audit & non-audit, jej śladem zmierza też KPMG.

Czytaj także teksty wskazane przez wyszukiwarkę blogu po wpisaniu do niej haseł:

Carillion

Patisserie Valerie

Tłusta Czwórka

 

 

RAPORT NARTOWSKIEGO o Getback SA: sprostowanie, wyjaśnienia, przygany

W poniedziałek 4 marca ogłosiłem tu materiał „Sprawa Getback S.A. (2018) w świetle corporate governance”. Zawiera on dwa wątki: studium przypadku oraz zalecenia, jakie kroki warto podejmować, by do takich przypadków nie doszło. Pora na krótki przegląd reakcji na mój raport.

Na wstępie SPROSTOWANIE. W rozdziale VIII – OBLIGACJE, w akapicie NADZÓR POD LUPĄ przywołałem wypowiedź prezesa Najwyższej Izby Kontroli z której wynikało, że NIK – sprawdzając, jak Komisja Nadzoru Finansowego kontrolowała zgodność działań podejmowanych przez banki w związku z obrotem obligacjami Getback SA – wykryła wiele nieprawidłowości w działaniach Komisji. Jacek Barszczewski, dyrektor Departamentu Komunikacji Społecznej KNF zwrócił mi uwagę na popełnioną w tym miejscu nieścisłość, a nawet wskazał źródło, z którego nieścisłość pochodzi. Otóż kontrola NIK, o której prezes Izby wypowiadał się w związku z wykryciem w pracach KNF licznych nieprawidłowości, dotyczyła innej sprawy. Natomiast związana z Getback SA kontrola NIK nie została jeszcze podsumowana raportem, więc na ogłoszenie dotyczących tej sprawy nieprawidłowości w pracach Komisji Nadzoru Finansowego jeszcze czekamy. Może opiszę je jeszcze, zanim zgaśnie i spółka, i zainteresowanie jej losami.

Przepraszam KNF za pomyłkę. Zarazem wyjaśniam zwłokę w ogłoszeniu sprostowania: przyjąłem, ze w tak obszernym tekście mogłem użyć wielu sformułowań budzących czyjeś wątpliwości lub sprzeciwy, więc dałem sobie 40 dni na pozbieranie ich i ogłoszenie wyjaśnień. Lecz nikt więcej sprostowań nie żądał.

WYJAŚNIENIA

Spotykam się często z pytaniami „CZY RAPORT BĘDZIE GDZIEŚ OGŁOSZONY?” Otóż został ogłoszony na stronie www.andrzejnartowski.pl, zajrzały do niego tysiące Czytelników, wielu ściągnęło plik, tekst jest i będzie dostępny dopóki prowadzę swój blog.

Otrzymuję także pytania, CZY OPISZĘ TEŻ INNE AFERY? Otóż może byłbym skłonny otworzyć Biuro Opisywania Szokujących Przypadków Rynkowych, acz dopiero pod kilkoma warunkami. Że polskim rynkiem kiedyś wstrząśnie podobna sprawa, do czego – mam nadzieję – nie dojdzie. Że otrzymam swobodny, nieskrępowany dostęp do tajemnic spółki, a jeżeli zajdzie potrzeba – także do tajemnic inwestora. I że zapłacą mi za moją pracę. Liczę niedrogo, ponieważ bez daleko idącej współpracy uczestników sprawy niczego nie zdołam dokonać.

HECNE TEORIE SPISKOWE. Pisząc raport na zlecenie Abris Capital Partners – przecież Abrisu nie oszczędzałem. W kilku reakcjach internautów na raport pojawiły się jednak sugestie, że kryję niecny spisek: otóż Getback SA miała na zlecenie funduszu wykupić złe portfele kredytowe z banków z udziałem Skarbu Państwa, oczyścić w ten sposób ich bilanse, po czym upaść pod ciężarem wykupionych długów. Ja także oglądałem kiedyś filmy o gangu Olsena, bawiły mnie wyrafinowane plany Egona i działania jego wspólników potykających się o własne nogi, oczywiście dostrzegałem także nieporadności funduszu, lecz przypomnę, że to właśnie Abris wiosną 2018 r. ratował Getback SA przed upadkiem. A później, zamiast zacierać ślady, z własnej inicjatywy udostępnił mi wszystkie informacje i materiały, o jakie się zwróciłem.

Zaczepiano mnie, czy zawsze (?) skrzętnie skrywam prawdziwe tło afer. To pytanie w stylu: „Czy pan nadal bija żonę”. Nie można odpowiedzieć ani przecząco, ani twierdząco. Więc czy wiem, że „Abris wszedł do Polski za równowartość kilkunastu paczek papierosów?”. Skądże miałbym to wiedzieć ja, niepalący? Więc nie wiem, lecz i nie wierzę.

Teorie spiskowe są dowodem nieprzebranej mądrości zbiorowej internautów. Wszak wiedzą oni, że „dr Kulczyk kupił klinikę w Wiedniu, by w niej dyskretnie zniknąć”. A nieszczęsny król Władysław III Warneńczyk dyskretnie żyje sobie na Maderze.

Temat budzący zainteresowanie: JAK DOPAŚĆ DELOITTE? Otrzymałem wiele próśb o wskazówki w tym przedmiocie. Informuję zainteresowanych, że pomocy prawnej im nie udzielę. Nie taka jest moja rola.

Inny temat budzący zainteresowanie: WHISTLEBLOWING. Czy mógłbym udostępnić tekst omówionego w raporcie Zawiadomienia sygnalisty? Nie, ponieważ ujawnienie tekstu może przyczynić się do ujawnienia tożsamości demaskatora/ów, czego nie chciałbym z uwagi na konieczność ochrony whistleblowera/ów przed ciekawością postronnych, w tym wszelkich organów ścigania. Szanujmy demaskatorów!

Pytają, CZY ZOSTANĘ POLSKIM JEFFREYEM ARCHEREM? Zwracano mi uwagę, że narracja raportu jest wartka, mógłbym na jego kanwie napisać powieść sensacyjno-kryminalną w stylu Archera. Nie napiszę jej, Archera nie poważam, zawsze dziwiłem się, że Ropuchowi (przezwisko nadali mu koledzy – jeżeli przyjąć, że ten typ miał w ogóle kolegów) tak niewiele zabrakło do objęcia urzędu premiera Wielkiej Brytanii, ale przestaję się dziwić pod wpływem obserwacji, co dzieje się tam obecnie.

A CO TERAZ DZIEJE SIĘ ZE SPÓŁKĄ I WOKÓŁ NIEJ? Tego już nie badam, czyli nie wiem. Z mojego raportu wynika, że wątek aferalno-kryminalny został zamknięty wraz z utworzeniem nowego zarządu z Przemysławem Dąbrowskim na czele. Nastał czas sprzątania. Niedawno ogłoszono, że Dąbrowski ustąpił z prezesury i został wiceprezesem, a z rady nadzorczej ustąpiła i weszła do zarządu Paulina Pietkiewicz z Abris CP (która de facto w radzie nie pracowała, była systematycznie delegowana do pracy w zarządzie). Rozdzwonił się telefon. Proszę przyjąć do wiadomości, że sprawy nie znam, decyzje mają zapewne charakter biznesowy, może spółka wkrótce coś ogłosi, niemniej proszę nie dopatrywać się w tym związku z moim raportem.

PRZYGANY

Raport nie narzucał jedynej słusznej prawdy. Sprawa od dawna żyła w mediach, każda redakcja głosi prawdę własną. Skorzystałem z przyjaznej relacji z PARKIETEM (od lat tam pisuję), by rozgłosić powstanie raportu. Nie oczekiwałem medialnego poruszenia, sprawa nie była już świeża, lecz nie spodziewałem się także tak skromnej reakcji mediów, niemal kompletnego braku zainteresowania.

Przypomnę także: raport dotyczył CORPORATE GOVERNANCE i zawierał zalecenie w tym przedmiocie, na które nie zwrócono należnej im uwagi. Ogromna większość kierowanej do mnie korespondencji dotyczyła nieprawidłowości w spółce i wokół niej, na rynku i w państwie, ale dyskusji na temat moich zaleceń w przedmiocie dobrych praktyk – nie podjęto. Szkoda. Lada chwila ktoś znowu zasypie rynek obligacjami. Lecz powiadał Benny Hill: „Że nikt się nie skarży – nie oznacza, że wszystkie spadochrony się otwierają”. Kiedy nie otworzy się kolejny, proszę mnie nie obwiniać. Ostrzegałem!