Miesięczne archiwum: Marzec 2000

Bicz z piasku [2000]

Przed sądem w Krakowie zawisła sprawa z powództwa Raimondo Egginka wytoczonego w trybie art. 414 kodeksu handlowego. Powód to dobry znajomy pieniędzy (jest doradcą inwestycyjnym ABN Amro, co mówi samo za siebie) i czytelników Magazynu Finansowego. Pozew zmierza do unieważnienia uchwały walnego zgromadzenia Polifarbu Dębica SA o wycofaniu spółki z obrotu publicznego.

Wspomniany art. 414 kh daje akcjonariuszowi (i tylko jemu, bądź im) legitymację do zaskarżenia uchwały walnego zgromadzenia, nawet zgodnej z prawem i statutem, jeżeli wbrew dobrym obyczajom kupieckim godzi ona w interes spółki lub ma na celu pokrzywdzenia akcjonariusza. Zapewne pokrzywdzono grupę akcjonariuszy Polifarbu Dębica, którzy de facto zostali zmuszeni do odstąpienia spółce akcji po cenie znacznie niższej od zapłaconej przez spółkę innym akcjonariuszom. Szczególnie bulwersuje, że do wybrańców, których lepiej potraktowano, bez żenady dołączył… Skarb Państwa. Kiedyś Skarb Państwa wykiwał akcjonariuszy BPH SA. Banku już dawno nie będzie, a o tym przypadku wciąż będą wspominać podręczniki. Nie dochowuje dobrych kupieckich obyczajów, kto nie odróżnia kupca od przekupki.

Z kodeksu handlowego płynie czytelne przesłanie, że nie należy krzywdzić akcjonariusza. Nawet jednego. Nawet drobnego. Nawet zgodnie z prawem i statutem! Niestety, tę zasadę z czasem okaleczono, dzieląc akcjonariuszy na lepszych i gorszych. Otóż w 1997 r. dodano do wspomnianego przepisu feralny § 2, pozwalający zaskarżać taką uchwałę walnego zgromadzenia spółki publicznej tylko uprzywilejowanym, a to akcjonariuszowi lub grupie akcjonariuszy, posiadającym bezpośrednio akcje uprawniające do wykonywania nie mniej niż 1% ogólnej liczby głosów.

Ustawodawca, być może, obraził konstytucję. Popełnił także głupstwo. Przestraszył się braci Jedamskich, bojowych akcjonariuszy b. Łódzkiego Banku Rozwoju, nękających procesami BIG BG SA. W obawie przed pieniactwem, pozbawił ważnych praw drobnych akcjonariuszy, tych poniżej progu 1% głosów. Właściwie pozbawił praw także Raimondo Egginka, który ma tylko 165 akcji Polifarbu Dębica. Ale są jeszcze sędziowie w Krakowie.

Póki sądy sprawy nie rozstrzygną, nie będę o niej pisał. Powrócę do kodeksu. Akcjonariusz może zaskarżyć jedynie uchwałę walnego zgromadzenia. Nie może skarżyć uchwał zarządu i rady nadzorczej. Ale nie znaczy to wcale, że zarządowi lub radzie nadzorczej przystoi wbrew dobrym obyczajom kupieckim godzić w interes spółki lub mieć na celu pokrzywdzenie akcjonariusza. Wręcz przeciwnie. Nie przystoi.

Kodeks nie definiuje, co to jest „pokrzywdzenie akcjonariusza”. Wynika z niego niezbicie, że może to być działanie w pełni zgodne z prawem i statutem. Istnieją przeto inne dyrektywy postępowania spółki względem akcjonariuszy, jak tylko kodeks handlowy i statut. Ich wspólnym mianownikiem jest interes drobnego akcjonariusza.
Duzi akcjonariusze potrafią zadbać o swoje. Nie tylko podczas walnych zgromadzeń. Także w okresie między walnymi zgromadzeniami – a to dlatego, że mają dość głosów, by w każdej chwili zażądać zwołania walnego zgromadzenia. Dlatego zarząd tańczy koło nich, szanuje ich rada nadzorcza. Wprawdzie jeden z wielkich polskich banków próbował wywieść w pole dużego akcjonariusza, ale teraz pokutuje za to, odmawiając w kółko „Deutsche nasz”.

Drobni akcjonariusze są w znacznie trudniejszej sytuacji. Mają mniej pieniędzy, więc mniej akcji, mniej głosów i mniej praw. Akcje są niby wszystkie takie same, lecz każda z licznych waży znacznie więcej, niż taka sama z nielicznych. Pracując w radach nadzorczych, najczęściej dobrze znam dużych akcjonariuszy. Z drobnym akcjonariuszem mógłbym spotkać się na walnym zgromadzeniu, gdyby brał on w nim udział, ale najczęściej nie bierze, bowiem szkoda czasu i atłasu. Tam drobny akcjonariusz mógłby dorzucić swój głos do wniosku, lub przeciw wnioskowi, o skwitowanie rady, albo mnie osobiście. Ten głos ważyłby tyle, ile drobinka piasku, lecz z drobinek usypana jest Sahara. W jedności siła! Wiedzą o tym Niemcy, gdzie prawa rzesz drobnych akcjonariuszy wykonują z ich mandatu banki.

Drobni akcjonariusze powinni łączyć się, bo wtedy łatwiej im uniknąć pokrzywdzenia. Z drobnicy można sklecić aż 1% ogólnej liczby głosów, co ułatwi zaskarżanie uchwał. Można też sięgnąć wyżej, dokonać jeszcze więcej. Wszak bies zdołał skręcić z piasku bicz. Jak łączą się korporacje, tak ich akcjonariusze winni jednoczyć się, tworzyć stowarzyszenia wspólnego inwestowania. Niech drobni inwestorzy nie liczą na chytry Skarb Państwa. A kiedy związek ich bratni ogarnie cały rynek – ruszą z posad zarządy i rady.

Tekst ogłoszony 27 marca 2000 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka

Drzwi obrotowe [2000]

Częste zmiany w składzie rad nadzorczych rozmywają ich odpowiedzialność. Skarb Państwa nie jest bez winy.

Rady nadzorcze w wielu polskich spółkach są jak drzwi obrotowe. Stale ktoś do nich wchodzi, ktoś wychodzi. Nie korzystają na tym ani spółki, ani akcjonariusze, ani inni uczestnicy rynku. Jest wiele przyczyn ruchu w składzie rad. W spółkach publicznych często zmienia się akcjonariat. Zmiany struktury własności znajdują odzwierciedlenie w układzie sił na walnych zgromadzeniach, a w konsekwencji – w składach rad nadzorczych. To przecież zrozumiałe, że główni inwestorzy chcą, poprzez obsadzenia swoimi ludźmi miejsc w radzie, wpływać na bieg spraw spółki.

Czasem jednak akcjonariat spółki nie uległ liczącym się zmianom, nie zmieniła się sytuacja spółki, a dochodzi do zmian w składzie rady. To główni inwestorzy, mający w radzie nadzorczej swoich przedstawicieli, zmienili kurs wobec spółki. Inaczej niż poprzednio postrzegają swoje interesy, więc powierzają ich realizację innym niż dotąd osobom. Najczęściej domyślam się tego, bowiem rzadko uzasadnia się wnioski o odwołanie z rady. Od biedy można wyobrazić sobie, że inwestor traci zaufanie do swoich ludzi w radzie, lub nie ma przekonania, że potrafią oni wcielać w życie jego zmienioną strategię.

Póki o zmianach w radzie decydują – bezpośrednio, lub nawet pośrednio – względy związane z rynkiem, jak wymienione powyżej, zjawisko to mieści się w ramach norm porządku korporacyjnego. Wszelako, często w spółce nie zmienił się akcjonariat, nikt z inwestorów nie zmienił – nawet o stopień! – kursu wobec spółki, a przecież zmiany w radzie toczą się wartkim tempem. O niektórych decyduje polityka, o innych – powiązania natury biznesowej lub prywatnej, potocznie nazywane „układami”. Polityka i układy szkodzą spółce, a przede wszystkim – rynkowi. Polityka i układy psują rynek. Sprzyjają pladze korupcji i płoszą inwestorów.

Inaczej wyobrażał to sobie ustawodawca. Kodeks handlowy daje nieskrępowaną możliwość odwołania „w każdej chwili” członków zarządów spółek akcyjnych, ale przemilcza kwestię odwoływania członków rad nadzorczych. Znamienne jest porównanie z kodeksową regulacją spółki z ograniczoną odpowiedzialnością: w niej członków organów nadzoru także można odwoływać „w każdej chwili”. Ustawodawca sądził, że rada spółki akcyjnej będzie zmieniać się w rytmie kadencji, zakłócanych najwyżej żądaniem wyborów oddzielnymi grupami. Kodeks handlowy jest jak zarośnięte dawne koryto rzeki, która zmieniła bieg. Życie płynie inaczej niż kodeks. Kadencyjność rady jest już fikcją. Zwołuje się nadzwyczajne walne zgromadzenie, nawet kilka razy w roku, i dokonuje się zmian w składzie rady. Czasem bywa to jedyny powód zwołania NWZ, zaś czasem – przy okazji – załatwia się inne sprawy. Mniejsza o koszty! Furda obraz spółki w oczach akcjonariuszy! Personalia zdają się ważniejsze.

Dochodzi do sytuacji wręcz komicznych. W spółce (giełdowej!) zmieniono skład rady, lecz zanim jeszcze rada w nowym składzie w ogóle zdołała się zebrać – a nie zdołała przez kilka miesięcy – dokonano w niej ponownych zmian. Inna sytuacja: osoba wybrana do rady NFI natychmiast rezygnuje, zasłaniając się jakąś przeszkodą natury formalnoprawnej, a niebawem zostaje wybrana, jakoby już bez tej przeszkody, do rady innego funduszu. Trzeba jednak uzupełnić skład rady w ten sposób zdekompletowanej. Zabawa w kadry toczy się na koszt spółki, czyli – akcjonariuszy…

W wielu spółkach, w tym w spółkach giełdowych, ważnym inwestorem jest Skarb Państwa. Czy usiłuje on odgrywać rolę stabilizującą, czy przeciwstawia się praktyce drzwi obrotowych? Wszak nazbyt częste zmiany w składzie rad rozmywają ich odpowiedzialność… W spółkach, gdzie nie ma konfitur, z ramienia Skarbu Państwa pracują długie lata ci sami kompetentni urzędnicy. W atrakcyjnych spółkach jest inaczej. Należne Skarbowi Państwa miejsca w radach nadzorczych mają obsadę zmienną, zależną od rozgrywek koteryjnych. Polityka kadrowa resortu przypomina nie drzwi obrotowe, ale diabelski młyn. Inni akcjonariusze najwyraźniej mają tego dość. Zatem Skarbowi Państwa coraz częściej nie udaje się odwołać z rad nadzorczych jego przedstawicieli (by ich miejsca padły łupem innych, aktualnie lepiej notowanych), względnie – po udanym odwołaniu na wniosek Skarbu Państwa jego przedstawiciela – obsadzić zwolnione miejsce innym przedstawicielem.

Jest to sytuacja szkodliwa dla rynku. Płynie z niej bowiem czytelne przesłanie dla rzeszy drobnych inwestorów: nie liczcie na Skarb Państwa, że ujmie się za wami, wspomoże waszą pozycję, ponieważ sam traci swoją. Zaś bez mniejszościowych inwestorów – rynek obumrze. A kto zgasi światło?

Artykuł został ogłoszony 20 marca 2000 r. (a więc jeszcze pod rządami powołanego w nim Kodeksu handlowego) w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka.

 

(CZYTAJ TAKŻE: Rada w przeciągu, 2013.01.17

Ujmujące rady [2000]

Skuteczny nadzór krzewi zaufanie do spółki, przysparza jej wartości, wzbogaca inwestorów.
Prasę obiegł dramatyczny anons podpisany przez radę nadzorczą i zarząd pewnej spółki akcyjnej: „Informujemy, że pan dwojga imion X od dnia 7 X 1998 r. nie pełni żadnej funkcji w (tu nazwa spółki) i nie reprezentuje interesów spółki. Tego dnia został odwołany z funkcji przewodniczącego Rady Nadzorczej, którą pełnił od 13 maja 1998 roku. W związku z powyższym spółka nie bierze odpowiedzialności za podejmowane przez niego działania”.

Spółka nie zamieściła anonsu dla reklamy, gdyż szkodzi jej on bardzo. Widocznie były, a epizodyczny, przewodniczący rady szkodzi spółce jeszcze bardziej. Traktowany jest wszakże z estymą, gdyż ostrzegając przed nim – tytułuje się go przecież „panem”. Jest to zjawisko powszechne i śmieszne: w protokołach i komunikatach spółek, nawet w anonsie brzmiącym jak list gończy – sami panowie i panie. Jeżeli kiedyś ukaże się anons, że pan X został skazany prawomocnym wyrokiem sądowym za działalność na szkodę spółki – nie zdziwi mnie, że skazaniec został nazwany panem, lecz że zapadł wyrok skazujący.

Niestety, brakuje nam wciąż jednoznacznych kryteriów oceny, jaka działalność wyrządza spółce szkodę, a jaka przynosi jej korzyść. Wśród zadań rady nadzorczej często wymienia się „kreowanie wartości dodanej”. Oznacza to w praktyce, że dzięki radzie i jej dorobkowi spółka jest warta więcej. Znane są też niestety przypadki, że dzięki radzie nadzorczej spółka jest warta mniej. Nazbyt często decydują o tym nazbyt wygórowane zarobki członków rady. Pominę klasyczny przykład wałbrzyskiej Porcelany. Panuje niestety zasada, że wynagrodzenia za pracę w radzie nadzorczej nie są proporcjonalne ani do skali działalności spółki, ani do jej wyników. Wysokość tych wynagrodzeń często ciąży na wynikach spółek. Niekiedy rada nie tylko nie przysparza spółce wartości, ale ujmuje jej, co widać gołym okiem. Spośród spółek giełdowych najwięcej kosztowały akcjonariat rady nadzorcze Polisy SA i Banku Współpracy Regionalnej SA – z wiadomym rezultatem.

Następuje przebudzenie inwestorów. Dotąd inwestor potrzebny był spółkom tylko po to, by dostarczać im kapitał. Obecnie coraz częściej podczas walnych zgromadzeń akcjonariuszy dochodzi do kontrowersji w kwestii wysokości wynagrodzenia członków rady lub w kwestii przyznania im tantiem. W bliskiej przyszłości spółki będą korzystać na tym, że inwestor trzyma się za portfel, głosuje z ręką w kieszeni. Na rozwiniętych rynkach już z początkiem obecnej dekady, w następstwie serii afer i katastrof spółek źle strzeżonych, doszła do głosu tendencja doskonalenia zasad najlepszej praktyki nadzoru (ang. best practice of the boardroom) i porządku korporacyjnego (ang. corporate governance). Rozlicza się surowo nie tylko zarządy spółek, lecz także rady nadzorcze. Fachowa, dobrze pracująca rada daje akcjonariuszom rękojmię poszanowania ich interesów.

Skuteczny nadzór krzewi zaufanie do spółki i legitymizuje jej obecność na rynku. Strażnikami porządku korporacyjnego stają się tam coraz skuteczniej fundusze emerytalne. Mają pieniądze, przeto inwestują, a następnie doglądają inwestycji. Jeżeli spółka nie kreuje zysku, nie działa efektywnie, fundusze reagują. Reakcja nie polega na panicznym wychodzeniu z inwestycji, kiedy doznało się straty. Spółka jest pod baczną obserwacją, więc inwestorzy potrafią wcześniej wymusić zmiany, bezwzględnie egzekwując odpowiedzialność rad nadzorczych i zarządów. I na nasz rynek wkraczają fundusze emerytalne. Z czasem będą one dysponować coraz większymi środkami, więc coraz więcej będą inwestować i – oby! – coraz pewniej rozeprą się na rynku. Być może staną się one w przyszłości sprzymierzeńcami drobnych inwestorów. Wobec tych oczekiwań, uważnie obserwujmy, co dzieje się w powszechnych towarzystwach emerytalnych, które zawiadują funduszami. Jaki kształtuje się w nich porządek korporacyjny? Jak działają ich rady nadzorcze i kto pracuje w nich?

Jedno z PTE rozesłało do prasy komunikat, w którym przechwala się, że w jego radzie nadzorczej „znaleźli się wybitni fachowcy z różnych dziedzin wiedzy oraz autorytety społeczne”. Są to rzeczywiście ludzie znani, acz nie wszyscy z nich potrafią czytać bilans. W Polsce uważa się jeszcze, że receptą na kreowanie przez radę nadzorczą wartości spółki jest wypełnianie jej znanymi nazwiskami. Są to najczęściej ludzie zbyt zajęci, żeby uważnie przyglądnąć się spółce – anonimowo wyznaje prezes zarządu firmy nadzorowanej przez autorytety – ale dręczą ich chyba sumienia, ponieważ wciąż pytają, co mogą dla spółki załatwić, dając do zrozumienia, że mają znajomości. Byliby zachwyceni, gdybym kiedyś poprosił ich o coś. Może poproszę o jakieś uszczelki?

Tekst ogłoszony 13 marca 2000 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka

Tłuste koty [2000]

Czy wkrótce ruszą w teren patrole kontrolujące płace w zarządach spółek Skarbu Państwa?

Może nie jest to powód do chluby, lecz warto odnotować, że pod kolejnym względem dogoniliśmy Zachód. Mamy już rodzime „tłuste koty” – wysoko opłacanych menedżerów, których zarobki budzą kontrowersje. Mamy też, oczywiście, naszą narodową specyfikę. Sięgamy mianowicie po metody administracyjne. Władza wie wszystko lepiej, więc sama ureguluje, ile się komu należy.

Na całym świecie opinia publiczna lubi zaglądać do cudzych portfeli. Puste nikogo nie interesują. Pełne wywołują namiętności. Jednych dręczy pospolita zazdrość, inni przywołują ideały sprawiedliwości społecznej. Świat jednoczy się w powszechnym przekonaniu, że płace menedżerów bywają wygórowane. Z każdego chyba kraju można przytoczyć przykłady szokująco wysokich zarobków prezesów korporacji, a nawet członków zarządów. Brytyjczycy obdarzyli ich obrazowym mianem „tłustych kotów”. Wiadomo: spijają śmietankę, na którą nie zasłużyli ani nakładem pracy, ani wynikami w zarządzaniu, ani ciężarem odpowiedzialności.

Apetyt tłustych kotów próbuje się poskramiać różnymi metodami. Chyba najbardziej skuteczną okazuje się karząca ręka rynku. Akcjonariusze przestają być bierni. W zamian za dobre zarobki – domagają się dobrego zarządzania, które najłatwiej poznać po wynikach. Kiepskie wyniki wróżą, że zarząd rychło znajdzie się w kłopotach. Pod presją akcjonariuszy rady nadzorcze staranniej niż dotąd kształtują składy zarządów i określają ich wynagrodzenie. Jest ono coraz częściej powiązane z wynikami spółek.

Powiązanie to polega na tym, że część wynagrodzenia zarząd pobiera w opcjach, uprawniających do objęcia akcji po określonej cenie. Wzrost wartości akcji owocuje wzrostem wartości opcji. Jak dotąd, ta metoda wynagradzania kadr nie została w Polsce doceniona. Niewiele mamy spółek uczestniczących w obrocie, lub wybierających się na parkiet. Opcja dojrzewa latami, więc wiąże zarząd ze spółką, daje też korzyści podatkowe. Nasi menedżerowie mniej dbają o przyszłe korzyści, niż o doraźne wypłaty w gotówce.

Spółką kręci więc bez reszty rynek, czyli akcjonariusze. Rada nadzorcza, czyli ręka rynku, dobiera spółce zarząd, docenia go i ocenia, a gdyby oceniła go krytycznie – potrafi popędzić mu kota.

Mechanizm rynku nie jest doskonały. Jeszcze gorszy jest jednak brak rynku. Próżnię wypełni władza. Gdzie płac zarządów nie ustala rynek, reguluje je administracja. Jej ręka wcale nie jest protezą ręki rynku, za to jest politycznym narzędziem rozdawnictwa. Rozdaje się stanowiska, bez przypisanej do nich odpowiedzialności. Dla władzy mniej liczy się, za co menedżer zarabia. Bardziej liczy się, ile zarabia, zaś najbardziej, czy jego zarobki spełnią kryteria jakiejś nieokreślonej słuszności.

Wysokość wynagrodzeń tłustych kotów, a w szczególności odpraw kwitujących ich niepowodzenia, to pożywka opinii publicznej. Na tej pożywce chętnie żerują politycy. Niejeden trybun ludu zdobywa głosy wyborców piętnując zawyżone zarobki menedżerów. Lecz tam, gdzie rządzi rynek, polityk nie ma wpływu na poziom wynagrodzeń w prywatnych przecież spółkach. Spółek innych, niż prywatne, jest niewiele, a mechanizmy ustalania płac i obsadzania stanowisk są w nich na tyle przejrzyste, że rugują wpływy polityków.

W polskiej gospodarce w dalszym ciągu mniej rynku, niż polityki. Obsada większości stanowisk jest nadal domeną władzy, czy państwowej, czy samorządowej. Każda partia dysponuje własną pulą. Lecz władza straciła kontrolę nad ustalaniem płac na rozdawanych przez siebie posadach. Można przytaczać rażące przykłady z rozmaitych spółek Skarbu Państwa, lub spółek komunalnych. Najpierw własnymi ludźmi obsadza się rady nadzorcze. Rady potrafią zadbać, by stanowiska w zarządach przypadły komu trzeba. Nie jest to wcale trudne, wystarczy nie zgubić kartki z nazwiskami osób namaszczonych. Wszelako, rady nadzorcze nie są aż tak kompetentne, by powołane przez siebie zarządy właściwie wynagradzać, nie wywołując przy tym zgorszenia powszechnego.

Dlatego rząd, bądź jego ministrowie, pragną sami ustalać zarobki członków zarządów spółek w swojej gestii. Nawet nie dziwię się temu, wszak powołane przez nich z klucza politycznego rady nadzorcze są niekompetentne, więc trzeba je wyręczać. W Polsce panuje wokół tłustych kotów nerwowa atmosfera, przywołująca wspomnienia czasu wojskowych grup operacyjnych i Inspekcji Robotniczo-Chłopskiej. Może niebawem płacami działaczy samorządowych, dietami radnych, wynagrodzeniami członków zarządów spółek Skarbu Państwa zajmą się bacznie patrole płacowe, wysłane w teren przez władzę, która wsłuchuje się w głos społeczeństwa? Bo w to, że społeczeństwo przemawia jednym głosem, zwątpić nie wolno nikomu.

Artykuł został ogłoszony 6 marca 2000 r. w Magazynie Finansowym, poniedziałkowym wydaniu dziennika Prawo i Gospodarka.

Wytłuszczenia współczesne.