Miesięczne archiwum: Kwiecień 2000

Alotaż [2000]

Substancja Skarbu Państwa oddawana jest pod wpływy polityczne. Zgodnie z prawem. Lennym!
Alotaż to misterium wielkanocne wywodzące się z tradycji lenna. Na rozkaz księcia wasal z pomocą halabardników osadza zausznika na posadzie. Tym razem poszło o fotel szefa Totalizatora. Zmianę zapowiadano od pewnego czasu. Strach padł na graczy, kiedy do kierowania firmą pretendował Stanisław Alot. Nie zgadzały mu się liczby w ZUS, czy zgodzą się w toto-lotku? Ostatecznie do Totalizatora alotowany został prezes PZU. W macierzystej firmie zawieszony w czynnościach (formalnie nie stanowi to przeszkody do objęcia posady gdzie indziej).

Co łączy PZU z Totalizatorem? Z obu firm można czerpać pieniądze na wybory. W lutym 1999 ‘Polityka’ ogłosiła raport o „Kraju rad (nadzorczych)”. Autorzy wyjaśnili, dlaczego minister Skarbu Państwa poszerzył zakres działania Totalizatora o… poligrafię: „Jeśli Totalizator drukowałby plakaty propagandowe na kampanie wyborczą, nie byłoby kłopotów z rozliczaniem kosztów – firma przynosi duże zyski z całkiem innej działalności. Można też, jak np. PZU, wspierać małe, politycznie zaangażowane wydawnictwa, zamieszczając w nich ogłoszenia”. Święte słowa.

Minister mógł dokonać zmian w składzie rady Totalizatora. Rada mogła odwołać prezesa i powołać nowego. Wszystko odbyło się zgodnie z prawem. Zwłaszcza lennym. Tyle, że w wiekach średnich nie dbano o standardy życia publicznego, o przestrzeganie zasad porządku korporacyjnego. Panowała hierarchia wasalna. Co udzielny książe kazał, wasal musiał (korektora proszę, by wasala nie zmienił w wąsala). Mało zmieniło się od tego czasu. Najpierw minister – wasal wymienia radę nadzorczą, czyli halabardników. Następnie halabardnicy wykonują powierzone im zadania. Jeden z nich ma już wprawę. Niedawno psocił w PKO bp, gdzie także dobył broni przeciwko kompetentnemu prezesowi. Był czwartą halabardą, lecz widać spisał się, bo w Totalizatorze awansował na pierwszą. Z prawej strony.

Czytelnik gotów pomyśleć, że zachowuję się nieelegancko, postponując radę przezwiskiem „halabardnicy”. Wytłumaczę swoje stanowisko. W takich przypadkach rada nie odgrywa roli przypisanej jej przez kodeks. Statystuje jedynie na scenie. Lojalność wobec wspólników (jedynym jest Skarb Państwa, lecz to niczego nie zmienia) zamieniła na dyspozycyjność. Dyspozycyjna rada nie dba o dobro spółki, ani o interes właściciela, ale o personalia. Wymieniono ją właśnie dlatego, by jej rękami osadzić na stołku upatrzonego prezesa. Nie sądzę, by potem rada patrzyła prezesowi na ręce. Sprawdzała, czy pod stołem nie podpisuje czegoś (a potrafi). Wprawdzie kodeks stanowi, że „rada nadzorcza zobowiązana jest wykonywać stały nadzór nad działalnością spółki we wszystkich gałęziach przedsiębiorstwa”, lecz w spółkach, w których rządzi polityka, są gałęzie rodzące owoce dla rady zakazane!

Alotażu dokonuje się nie tylko, by alotowany miał posadę, lecz także, by mógł zadbać o posady dla swojej drużyny, bądź o korzyści stronników, bądź o inwestowanie środków powierzonych jego pieczy w przedsięwzięcia miłe wasalowi lub udzielnemu księciu, bądź o wszystkie te intraty naraz. Przedstawia się to radzie jako działalność całkiem prawidłową i prowadzoną w interesie spółki. Członkowie rady wcale niekoniecznie dobierani są akurat na podstawie szczególnych kwalifikacji do sprawowania nadzoru. Kiedy niezależne sprawozdania piętnują Polskę jako kraj korupcji, rozglądamy się dokoła z oburzeniem: kto komu wręczył łapówkę? Ale autorom sprawozdań chodzi nie tylko o grube koperty. Korupcja niejedno ma imię. Nie jest w porządku, gdy wasal cichaczem pobiera pożytki od banku rakuskiego. Cichaczem, bowiem sprawa kredytu z Raiffeisena nie została należycie wyjaśniona. Nie jest w porządku, gdy rząd rozdaje intratne posady, a z każdą – cząstkę Rzeczypospolitej.

Kapitał omija rynki, na których panuje korupcja. Kiedy partie polityczne dzielą kraj na strefy swoich wpływów i delegują aktyw do rad nadzorczych i zarządów spółek – dopuszczają się korupcji politycznej, w niczym lepszej od korupcji kryminalnej. Alotowanie swoich na posadach godzi w publiczne dobro. Podział państwa na suwerenne domeny wpływów partii jest jak rozdrobnienie dzielnicowe. Stąd analogia z lennem.

Piętnowano podobne praktyki poprzednich koalicji, od „bandy spoconych chamów w pogoni za władzą” (PC) po „skoki na kasę” w wykonaniu dzielnej braci z PSL. Poczynania te budziły grozę. Obecne budzą przede wszystkim drwinę. Zjawisko oddawania substancji Skarbu Państwa pod wpływy polityczne nazwałem alotażem. Kiedyś zatrą się w pamięci polityczne powiązania byłego prezesa ZUS, brak kompetencji, bałagan. Przetrwa jego niezmącony uśmiech. Więc może przetrwa też ukuty tutaj termin? Oby nie praktyka alotażu!

2000.04.25 tekst został ogłoszony w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka.
Dopisane po latach, w listopadzie 2013 roku:
1. Wycofuję uwagę na temat korupcyjnego charakteru „kredytu z Raiffeisena”. W świetle dokonanych później przeze mnie ustaleń stwierdzenie ocierało się o insynuację.
2. Czepiałem się halabardnika. O, ironio historii! Czytelnikowi, który pierwszy odkryje, co ów halabardnik robi dzisiaj, gdzie prezesuje, ofiaruję flaszkę dobrej szkockiej.

Czytaj także:
2013.11.07 Kto pamięta Orlenino?

Wańka – wstańka [2000]

Powodem zawieszenia członków zarządu bywa najczęściej działalność na szkodę spółki.

Ostatnio weszło w modę zawieszanie przez rady nadzorcze prezesów i członków zarządów. Kodeks handlowy (Kh) wyraźnie dopuszcza taką możliwość. Jest ona fundamentem ustroju spółki akcyjnej. Prawo do zawieszania w czynnościach członków zarządu (poszczególnych lub wszystkich, zatem i prezesa, którego kodeks nigdy i w niczym nie wyróżnia) należy do rady nadzorczej. Jest to prerogatywa, której radzie odebrać nie można. Nie ma znaczenia, czy statut nadaje radzie nadzorczej szerokie kompetencje, czy ogranicza je do wymienionych w kodeksie. Nawet jeżeli statut przemilcza kompetencję rady do zawieszania w czynnościach członków zarządu, w spółce akcyjnej przysługuje ona radzie z mocy prawa. Statut może natomiast wymagać od rady nadzorczej, by uchwały o zawieszeniu w czynnościach członków zarządu podejmowała kwalifikowaną większością głosów.

W świetle kodeksu, rada zawiesza członków zarządu wyłącznie „z ważnych powodów”. Brzmi to poważnie, lecz nie ma znaczenia. O tym, czy powód jest ważny, decyduje przecież sama rada. Wprawdzie kodeks mówi o „powodach”, ale liczba mnoga została użyta na wyrost. W praktyce mamy zresztą do czynienia najczęściej tylko z jednym powodem zawieszenia. Jest nim działalność na szkodę spółki. Zawieszenie ma zapobiec, względnie położyć kres tej działalności, a nadto jest przydatne dla wyjaśnienia wszelkich okoliczności sprawy. Ponieważ zawieszenie z reguły następuje przed wyjaśnieniem sprawy, nie należy utożsamiać go z oceną zawieszonego, na którą przyjdzie pora. Niemniej opinia publiczna żywi się domniemaniem, że powód zawieszenia bywa mroczny, a ocena będzie negatywna. Niekiedy kończy się jednak na rozpędzeniu rady. Wszak walne zgromadzenie może uznać, że zawieszenie było bezzasadne, a nawet – wyrządziło spółce szkodę.

W większości polskich spółek statut przyznaje radzie nadzorczej prawo odwołania zarządu. Rada, jeżeli została wyposażona w takie uprawnienie, może odwołać zarząd, czy w części, czy w całości, w każdej chwili, bez potrzeby podpierania się „ważnymi powodami”. Często łatwiej więc odwołać, niż zawiesić. Daje to wyobrażenie o przewadze rady nad zarządem.

Rada ma prawo zawiesić każdego członka zarządu, bez względu na to, kto w spółce jest władny do powołania zarządu, względnie poszczególnych jego członków: czy jest to sama rada, czy walne zgromadzenie, czy któryś z akcjonariuszy. Rady nadzorcze zawieszają w czynnościach członków zarządu na czas określony lub nieokreślony, przy czym wybór należy do rady.

Zawieszenie na czas określony (24 marca rada Banku Częstochowa zawiesiła prezesa zarządu na czas określony, do 25 kwietnia b.r.) może być przedłużane na kolejne okresy, lub na czas nieokreślony. Może także być wcześniej cofnięte przez radę, lub przez walne zgromadzenie. Cofnięcie zawieszenia oznacza wstąpienie zawieszonego w prawa członka zarządu. Taki sam skutek ma upływ terminu zawieszenia, jeżeli nie zostało ono przedłużone, a zawieszony nie został odwołany. Można także zawieszać na czas nieokreślony. Tak postąpiła rada nadzorcza PZU zawieszając w czynnościach prezesa i jednego z członków zarządu. Ani stan zawieszenia, ani cofnięcie zawieszenia, nie są przeszkodami do odwołania członka zarządu przez uprawniony organ lub osobę. Upływ kadencji w trakcie zawieszenia pozbawia zawieszonego nie tylko miejsca w zarządzie, lecz zapewne także prawa wejścia do zarządu następnej kadencji, bez względu na to, przez kogo i w jakim trybie zarząd zostanie wyłoniony.

Zawieszenie poszczególnych lub wszystkich członków zarządu nie osieroci spółki. Nie pozostaje ona bez zarządu. Rada nadzorcza bezzwłocznie przedsiębierze odpowiednie kroki celem uzupełnienia składu zarządu. Może ona także delegować członków rady do czasowego wykonywania czynności członków zarządu. Stąd nieporozumieniem jest omawiany przez prasę postulat ministra Skarbu Państwa, że należy jednak przejściowo przywrócić zawieszonego w czynnościach prezesa PZU, by mógł on coś podpisać (użyto tu słowa „audyt”).

Nie uchyla się na chwilę zawieszenia, by przejściowo odwieszony mógł dokonać jakiejś czynności. Zawieszenie nie jest zabawą w wańkę – wstańkę. Powinno ono prowadzić do szybkiego i jednoznacznego rozstrzygnięcia, czyli do odwołania (i, ewentualnie, także podciągnięcia do odpowiedzialności), bądź do przywrócenia w czynnościach. Zawieszenie jest stanem przejściowym, natomiast odwołanie i przywrócenie w czynnościach to stany z natury stałe. Jedynie król Belgów Baudoin I przejściowo abdykował, by uniknąć podpisania niemiłej mu ustawy. Wytrwał przy poglądach, za co był szanowany. Minister zmienił już swoje na temat zawieszenia prezesa PZU. Jak wańka – wstańka.

Tekst ogłoszony 17 kwietnia 2000 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka

Oparcie fotela [2000]

Polityk w radzie nadzorczej nie chroni spółki przed polityką, lecz wikła ją w politykę.
Przewodniczący rady nadzorczej jednej ze spółek giełdowych ogłosił o zamiarze ubiegania się o urząd prezydenta. Niebawem zapowiedział, jak w związku z tym potraktuje swoje rozliczne zajęcia: „Z wszystkich zrezygnuję. Do końca kwietnia z niektórych, a wraz z oficjalnym zarejestrowaniem kandydatów, z wszystkich”. Śladem deklaracji politycznej poszła więc zapowiedź ustąpienia aspiranta do prezydentury z przewodniczenia radzie jednej z najważniejszych polskich spółek – Banku Handlowego.

Można rozpatrywać tę zapowiedź przez pryzmat polityki. Praktyka była dotychczas odmienna. Kandydowali więc na prezydenta piastuni stanowisk państwowych, jak Prezes Rady Ministrów, Pierwszy Prezes Sądu Najwyższego i Prezes NBP. Stanowisk nie złożyli. Postąpił tak tylko premier, acz dopiero po klęsce wyborczej. Utarła się praktyka, że sprawowanie ważnego urzędu nie przeszkadza w ubieganiu się o inny. Jest to praktyka zła, ale nie o niej piszę.

Na sprawę można spojrzeć także przez pryzmat potrzeby ukształtowania zasad porządku korporacyjnego. Istnieje taka potrzeba. Skoro na rynku idzie o pieniądze, normy postępowania winny być jednoznaczne. Prawo jest w tej kwestii lakoniczne. Precyzuje obowiązki i uprawnienia nadzoru spółek, ale nie mnoży zakazów. Nawet zakaz konkurencji (czyli zajmowania się bez zezwolenia spółki interesami konkurencyjnymi, bądź uczestniczenia w spółce konkurencyjnej w charakterze wspólnika jawnego lub członka władz), bezwzględny wobec członków zarządu spółki akcyjnej, jedynie wyjątkowo dotyczy członków organu nadzoru. „Prezesa” rady nadzorczej kodeks handlowy wspomina raz tylko, mimochodem, w związku z otwarciem obrad walnego zgromadzenia. Funkcję ująłem w cudzysłów, ponieważ w większości statutów pracami rady nadzorczej kieruje „przewodniczący”, natomiast „prezes” kieruje zarządem. O nim kodeks nie wspomina wcale.

Również praktyka niewiele wyjaśni. Członkowie rad nadzorczych, w tym ich przewodniczący, to często osoby aktywne, prowadzące bogatą działalność na rozmaitych niwach. Jest to zjawisko powszechnie uznane za dopuszczalne. Aspirant do urzędu prezydenta też pełni wiele różnych obowiązków. Rozwija nadto, jak kiedyś powiedział, „dobry portfel zamówień na doradztwo”. Obecnie nie łączy praktyki na rzecz podmiotów prawa handlowego z funkcjami publicznymi. Łączył ją w swoim czasie, jako minister spraw zagranicznych i przewodniczący rady nadzorczej Banku Handlowego jeszcze przed jego prywatyzacją. Z tego powodu trafił na listę Cimoszewicza (nie mylić z listą Macierewicza), plon akcji „Czyste ręce” (1994).

Z prawnego punktu widzenia lista Cimoszewicza budziła wątpliwości. Nie rozproszył ich sam Sąd Najwyższy. Dzisiaj Bank Handlowy jest prywatny. Zmienia się w nim struktura własności, rozstrzyga się jego przyszłość. Ma w tym spory udział polityka. Nie przez bank uprawiana, lecz wokół niego i na jego szkodę. Przewodniczący rady rozciągał nad bankiem parasol swojego autorytetu (lub wyobrażał sobie, że tak czyni), by osłonić go przed polityką. Sam, będąc osobą publiczną, postrzegany jest jako polityk o wyjątkowych ambicjach. Zapowiadając zgłoszenie swojej kandydatury na urząd prezydenta, zamyka ten parasol. Zapewne ma świadomość, że nie ochronił nim banku.

Nieuchronnie rodzi się pytanie o rolę polityków w organach spółek prawa handlowego. Czy są oni w stanie wesprzeć spółkę, czy szkodzą jej w gruncie rzeczy? Czego naprawdę potrzebuje spółka: wsparcia politycznego, czy raczej przejrzystości, tak miłej inwestorom? Inwestor ma pieniądze i związane z nimi interesy, a jeżeli ma poglądy polityczne, to trzyma je w innej kieszeni. W jego interesie leży zatem, by nie wikłano spółki w politykę. Ostatnio polityka zaszkodziła kilku polskim bankom, a w ślad za tym polskiemu rynkowi. Polityk w radzie nie jest piorunochronem, gdyż polityczne gromy ściąga nie na siebie, a na spółkę. „Odcinając przeszłość grubą linią” – należy powitać z uznaniem zapowiedź ustąpienia aspiranta do prezydentury z organu spółki publicznej. Odbędzie się to z korzyścią dla niego, dla spółki, a także dla rynku, gdyż stworzy ważny precedens. Oby!

O tym, że spółki trzeba oddzielić od polityki, świadczy postawa prezesa Rafinerii Gdańskiej. Oznajmił on, że nie ubiega się o kolejną kadencję, ponieważ w państwie zdominowanym przez jeden ze związków zawodowych niezbędne jest posiadanie silnego oparcia politycznego, a on go nie ma. Lecz czy polityka jest oparciem fotela, czy raczej fotel daje oparcie politykowi? Natomiast prezes NIK i minister koordynator służb specjalnych zapewne siedzą na taboretach, ponieważ deklarują apolityczność. Akurat oni.

Tekst został ogłoszony 3 kwietnia 2000 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka