Miesięczne archiwum: Listopad 2000

Sami swoi [2000]

Obcokrajowcy napaskudzili do NFI? Tak, ale za naszym przyzwoleniem. Sami też paskudzimy.

Program NFI nie spełnia pokładanych w nim nadziei. Warto dociekać, dlaczego. Przyczynkiem do tematu jest szkic Jana Rymarczyka Problemy zarządzania narodowym funduszem inwestycyjnym. Konflikt „swoi” „obcy”, ogłoszony przez wrocławską Akademię Ekonomiczną w niskonakładowym zeszycie prac naukowych nr 867. Autor zwraca uwagę na charakterystyczne dla NFI konflikty między radami nadzorczymi funduszy a firmami zarządzającymi majątkiem funduszy. Rady to „swoi”. Firmy, często zdominowane przez udziałowców zagranicznych, to „obcy”.

Autor wskazuje na kilka źródeł konfliktu. Firmy zarządzające wybierano spośród byle jakich, ponieważ takie ubiegały się o zarządzanie majątkiem funduszy. Funduszom nie służy trójwładza: rada nadzorcza, zarząd, firma zarządzająca. Umowy o zarządzanie okazały się nieprecyzyjne, nadto faworyzują firmy zarządzające. Rady nadzorcze były malowane, bowiem nie miały jak wpłynąć na podwyższenie poziomu usług świadczonych przez firmę zarządzającą. Fatalnie skonstruowano wynagrodzenie firm zarządzających.

Jan Rymarczyk – od początku do lutego 1999 r. przewodniczący rady nadzorczej V NFI Victoria – wyznaje, że rada nadzorcza chciała widzieć firmę zarządzającą jako „wynajętego rewolwerowca”, zaś rewolwerowiec odciął radę od informacji, nie realizował uchwał rady i głosił pogląd o jej niekompetencji. Bezkarnie.

Rady nadzorcze reprezentowały krajowy interes społeczny, zaś firmy zarządzające działały na rzecz swoich właścicieli, transferując zyski za granicę. Personel firm zarządzających był niewielki, niewystarczająco wykwalifikowany (czego dowodzi częsta nieznajomość języka polskiego), nieprzygotowany psychospołecznie i kulturowo do pracy w obcym środowisku. Spółkami zarządzano nieudolnie, restrukturyzując je powierzchownie, wysoko opłacając konsultantów, podejmując nietrafne, trudne do umotywowania decyzje personalne w stosunku do zarządów. Ministerstwo osłaniało firmy zarządzające i ich niekompetencję. Pod naciskiem resortu rady nadzorcze wycofywały wypowiedzenia dla firm zarządzających. Skarb Państwa odwoływał z rad nadzorczych członków działających w interesie funduszy. Autor przytacza kilka przykładów.

Prof. Rymarczyk wspomina o wątku kryminalnym w działalności jednego z funduszy. „W związku z tym drobni akcjonariusze złożyli donos o popełnieniu przestępstwa przez E. Wąsacza, Ministra Skarbu Państwa, a wcześniej kolejno: prezesa rady nadzorczej i zarządu IV NFI”. Uczony trafnie stwierdza, że był to po prostu – „donos”. Swoją drogą, opinia publiczna cierpliwie oczekuje na wyjaśnienie sprawy kredytu od grupy Raiffeisena (prof. Rymarczyk uporczywie obstaje przy błędnej pisowni tego – historycznego przecież! – nazwiska). Wiele obserwacji autora z osobna zasługuje na uwagę i szacunek, ale w nagromadzeniu są one jednostronne. Profesorowie powinni pisać odpowiedzialnie, rzetelnie przedstawiając obraz spraw. Od przesadnych, jednostronnych ujęć mamy felietonistów. Do czego doszło, by felietonista miarkował uczonego!

Jan Rymarczyk stwierdza, że konflikt swoi – obcy został ostatecznie rozstrzygnięty na korzyść obcych. „Dotychczasowi członkowie rad nadzorczych, pochodzący z konkursu zostali zastąpieni nie tylko przez nich, ale także przez nowe osoby, skierowane przez Skarb Państwa. Związane to było ze zmianą koalicji rządzącej i odbyło się w ramach tzw. dzielenia policzonych łupów.” Tak pisze profesor. Co do słowa. I przecinka.

Członków rad nadzorczych z konkursu zastępowano nowymi z wielu powodów. Zasada powoływania wyłącznie tych z konkursu obowiązywała tylko do dnia zwołania pierwszego walnego zgromadzenia, w którym mogli uczestniczyć akcjonariusze inni niż Skarb Państwa. Spośród tych z konkursu, niektórzy uchowali się w radach dłużej. Nawet do tej pory. Może są kompetentni? Zgadzam się z autorem, że obcokrajowcy napaskudzili do programu NFI. Oraz, że Skarb Państwa temu sprzyjał. Oraz, że rady nadzorcze funduszy wykazały bierność lub bezsiłę. Dodałbym jednak, że przecież nie wszystkie.

Kiedy Skarb Państwa obsadzał rady nadzorcze NFI kandydatami z konkursu, niektórych pominięto. Byli nie dosyć „swoi”. Za to niektórzy z przewodniczących rad nadzorczych funduszy zabiegali u firm zarządzających majątkiem funduszy (czyli u „obcych”) o nasycenie rad nadzorczych spółek parterowych własnymi współpracownikami. Lub nawet wasalami. Czyli samymi swoimi. Byli wśród nich ludzie kompetentni. Jednego nawet poznałem. Kilku innych też. Dopisałbym to do listy przyczyn niepowodzenia programu NFI. Gdyby zaś kto był ciekaw – dodaję, że referat traktujący o konflikcie swoi/obcy przedstawiono na konferencji „Internacjonalizacja i globalizacja gospodarki polskiej. Handel międzynarodowy i inwestycje zagraniczne”. W sam raz.

Tekst ukazał się 27 listopada 2000 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka.

Czytaj także:
2014.03.31 Obcy na Książęcej?
2002.08.27 Formacja podwójnej głowy

Festiwal złych obyczajów [2000]

Gdzie podsłuchy, anonimy i fałszywki, tam dziennikarze niemile widziani. Kto utrudnia im pracę – osłania grandę.

Rada nadzorcza ma w spółce akcyjnej bardzo rozległe, poważne, odpowiedzialne zadania. Sprowadzanie jej do roli miotły nie służy ani spółce, ani akcjonariuszom. Polega ono na tym, że nasyła się radę do spółki, żeby wymiotła prezesa, bądź nawet cały zarząd. Nie oczekuje się za to, by rada sprawowała stały nadzór nad działalnością spółki. Tak jest w spółkach grupy PZU: powołuje się rady nadzorcze wyłącznie do wymiatania, bo przecież nie do nadzoru. Jedni wymietli drugich, lecz wkrótce wymieceni sami dosiedli mioteł i nadlecieli chmarą, by wymieść wymiatających. Spoza tumanów kurzawy dochodzą gniewne okrzyki po polsku i portugalsku.

Byłoby to szalenie zabawne, gdyby nie było szkodliwe. Albowiem traci na tym reputacja wszystkich spółek grupy PZU, a ponadto wiarygodność Polski. Świat znowu nas nie zrozumie, nie doceni, nie doinwestuje. W Brukseli lub w Lizbonie nie znają wszak etosu nowosądeckich Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego. Zdobyte w nich doświadczenie pozwalają ministrowi Skarbu Państwa przekształcać resort w Zakłady Naprawcze Prywatyzacji.

Czytam relacje z walnego zgromadzenia PZU SA. Z sali obrad usunięto dziennikarzy. Towarzystwa ubezpieczeniowe chyba nie lubią prasy. W Warcie – spółce publicznej! – kiedyś nie dopuszczono na walne zgromadzenie dziennikarza „Rzeczypospolitej”. PZU nie jest notowaną spółką, ale dzieją się tam wydarzenia ogromnie prasę interesujące, bo godzące w interes społeczny, jak podsłuchy, anonimy i fałszywki. Należy je wyjaśnić. Pomoże to zamknąć festiwal nikczemnych obyczajów. Warto zamknąć też nikczemnych osobników instalujących podsłuchy.

Przebieg walnego zgromadzenia spółki źle świadczy o Skarbie Państwa. To jego przedstawiciel żądał usunięcia dziennikarzy i gmatwał procedurę. Wybrany przewodniczącym walnego zgromadzenia – złożył funkcję, wywołując tym niemałe zamieszanie. Wylęgli więc na majdan harcownicy. Opisałem ich przed trzema tygodniami w felietonie p.t. „Czarne chmury”, jak poczynali sobie na walnym zgromadzeniu VII NFI. Wspierali tam Skarb Państwa występujący w postaci niewinnej, skrzywdzonej sarenki. Tym razem Skarb Państwa wystąpił w postaci groźnego jelenia, biorącego rywala na rogi. Wybódł go z rykowiska i pognał precz, do sądu. Kiedy zapadnie prawomocny werdykt, inny rząd będzie musiał płacić odszkodowania. I dobrze mu tak.

Sąd może rozstrzygnąć spór między Skarbem Państwa i Eureko, lecz czy osądzi sprawców instalowania podsłuchów wykrytych (wiemy to z prasy) w gabinetach członków zarządu PZU SA? Podsłuchiwanie zarządu godzi w żywotne interesy spółki. Zarząd korzysta z wielu poufnych informacji, podejmuje poufne decyzje, zatem ma prawo osłaniać swoją działalność kurtyną dyskrecji. Podsłuchiwanie rady (co zarzucano kiedyś prezesowi jednego z krakowskich banków) jest oczywiście naganne, lecz ma już mniejszy ciężar gatunkowy, skoro najczęściej jej członków, odmiennie niż członków zarządu, nie obejmuje zakaz konkurencji. Sali posiedzeń rady nie spowija tajemnica na wzór pokoju narad sędziowskich. Zaś walne zgromadzenie tym różni się od loży masońskiej, że chociaż krąg uprawnionych do uczestnictwa w nim jest zdefiniowany i zamknięty – w spółkach publicznych i dotykających ważnego interesu publicznego dopuszcza się powszechnie udział obserwatorów z mandatu opinii publicznej. Są nimi dziennikarze.

Od wielu lat współpracuję z urzędnikami resortu. Wysoko cenię ich prawość, oddanie służbie państwowej oraz kompetencje zawodowe. Stąd nie mogę pojąć, jak urzędnik wynagradzany z budżetu może utrudniać prasie dostęp do informacji dotyczących publicznych pieniędzy. Czy chodzi o blokadę informacji dotyczących polityki Skarbu Państwa, czy o próbę osłaniania sprawców zamieszania wokół PZU?

Kto bowiem zakłada podsłuchy? Kto mąci, rozsyła anonimy i fałszywki? Odpowiem całkiem nie wprost, anegdotą z podróży przed laty. Środek Półwyspu Pirenejskiego wypada w Madrycie. Środek Madrytu wypada na placu Puerta del Sol. Tam znajduje się Kilometr Zero – punkt, z którego odmierza się odległości do innych miejscowości Hiszpanii. Nie jest to obelisk, jak w Warszawie, lecz skromnie zaznaczone miejsce przy krawężniku chodnika przed jednym z gmachów. Wcale niełatwo je znaleźć. W przewodniku wyczytałem radę, by rozglądnąć się za „Generalną Dyrekcją Ubezpieczeń”. Nic podobnego! Gdy natrafiłem na Kilometr Zero, ujrzałem obok kilka dżipów, w nich – groźnie uzbrojonych mundurowych. Otóż autor przewodnika mylnie przetłumaczył nazwę instytucji. Chodziło bowiem o… Generalną Dyrekcję Bezpieczeństwa. Pomyłka była prorocza. Dzisiaj nierzadko, jak w pamiętnym wierszu, mówimy „towarzystwo ubezpieczeniowe”, myślimy „towarzysze z bezpieczeństwa”.

Tekst ogłoszony 20 XI 2000 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka
Czytaj także:
2003.01.27 Banki, szanujcie pismaków
2005.12.19 Co wolno pismakom?

Lista obecności [2000]

Protokół posiedzenia rady nadzorczej pomijający imiona i nazwiska obecnych członków rady jest bezskuteczny. Basta!

Nierzadko najwięcej trudności przysparza stosowanie najjaśniejszego z przepisów. Przykładem bywa stosunek praktyki do kodeksowych wymogów dotyczących protokołowania posiedzeń rad nadzorczych spółek akcyjnych (są to wymogi tożsame z dotyczącymi posiedzeń zarządu). Jeden z nich przewiduje zawarcie w protokole imion i nazwisk członków rady obecnych na posiedzeniu. Spełnienie tego wymogu jest wyjątkowo proste. Imiona i nazwiska członków rady nie stanowią tajemnicy. Wystarczy policzyć obecnych, a ich dane odnotować w protokole. Ma to znaczenie dla stwierdzenia kworum. Ma znaczenie dla ważności uchwał. Ma znaczenie dla ustalenia osobistej odpowiedzialności poszczególnych członków rady.

Lecz wyznam, że widuję protokoły z posiedzeń rad nadzorczych, które zamiast identyfikacji obecnych członków rady zawierają suchą adnotację: „Obecni według załączonej listy”. Nie ma znaczenia, czy lista została podpięta do protokołu, czy już zdążyła gdzieś się zawieruszyć. Identyfikacja obecnych powinna być zawarta w protokole. Wobec jej braku – protokół nie spełnia wymogów formalnych, zatem uchwały rady nie nabierają mocy, zatem jej posiedzenie jest tylko bezowocną stratą czasu, zatem rada jest niekompetentna.

Tylko protokół rozstrzyga, czy posiedzenie rady miało kworum, a zatem czy uchwały są skuteczne. Tylko protokół może rozproszyć wątpliwości, czy członek rady brał udział w posiedzeniu, co wiąże się z jego odpowiedzialnością wobec spółki, a bardzo często także z odpowiedzialnością wobec mocodawcy, którego w radzie nadzorczej (według oczekiwań mocodawcy) powinien reprezentować.

W lutym 1999 r. poruszenie wywołało posiedzenie rady nadzorczej Animexu. Zapadła na nim uchwała o odwołaniu prezesa zarządu. Jeden z akcjonariuszy, Kredyt Bank, podniósł zarzut, jakoby posiedzenie rady nie miało kworum, skoro nie uczestniczyły w nim osoby „reprezentujące” bank. Zarzut postawiono w dobrej wierze, biorąc pod uwagę oświadczenia owych osób – pracowników banku. Nieprawdziwe, bowiem Marek Gurdziel, wówczas dyrektor Departamentu Bankowości Inwestycyjnej KB, wziął jednak udział w posiedzeniu rady Animexu. Przynajmniej w części posiedzenia. Tej, w toku której wylano prezesa. Zarzut banku był więc bezzasadny. Miało to wpływ na los spółki. Przypadek ten obrazuje, że kiedy w grę wchodzą pieniądze, ustalenie faktów bywa trudne, a oświadczenia bywają kłamliwe. Zawierzyć można przeto tylko protokołowi. Stąd kodeksowy wymóg uwierzytelnienia protokołu podpisami obecnych na protokołowanym posiedzeniu członków rady.

Nie zawsze członkowie rady obecni są na całym posiedzeniu. Czasem ktoś spóźni się, ktoś wyjdzie i wróci, lub nie. Od kiedy upowszechniły się telefony komórkowe, dyscyplina obrad bardzo spadła. Członkowie rady opuszczają salę obrad, ponieważ ktoś do nich dzwoni, bądź oni dzwonią do kogoś. Czasem po to, by zdać sprawę z przebiegu obrad i poprosić o instrukcję głosowania. Jak podczas aukcji dzieł sztuki, kiedy licytujący konsultują się ze zbieraczami, do jakiej kwoty można podbić cenę. Zgroza! Nie na tym polega porządek korporacyjny. Nie ma potrzeby protokołowania godzin otwarcia i zamknięcia posiedzenia. Nie ma potrzeby protokołowania, kto kiedy przyszedł i wyszedł, jak również – dokąd poszedł. Wystarczy przestrzegać zasady protokołowania liczby głosów oddanych na poszczególne uchwały. I zdań odrębnych. Na przykład: „uchwała została podjęta jednogłośnie w obecności pięciorga członków rady”. Lecz jeżeli członek rady opuści posiedzenie zrywając kworum, nie można podjąć uchwały.

Nie ma przeszkód, by w protokole posiedzenia rady zamieścić adnotację, w rozpatrywaniu których punktów porządku obrad uczestniczyli – i którzy – członkowie zarządu spółki, bądź także inne osoby. Nie ulega wątpliwości, że z wielkim dla spółki pożytkiem wszyscy członkowie zarządu powinni być zapraszani na posiedzenie rady i uczestniczyć przy rozpatrywaniu możliwie najliczniejszych punktów porządku obrad. Zachwalam też obyczaj spotkań rady z kadrowym zapleczem zarządu. Dzięki takim roboczym kontaktom rada poznaje prawdziwy potencjał spółki. Rada spotyka się także z biegłymi rewidentami, czasem z zaproszonymi przez siebie ekspertami, czasem ze związkowcami.

Lecz gdyby ktoś zaniedbał zamieszczenia w protokole posiedzenia imion i nazwisk zaproszonych osób, w tym nawet członków zarządu, nic złego się nie stanie. Albowiem liczą się tylko członkowie rady nadzorczej. Tylko oni wszak stanowią kworum, podejmują uchwały, ponoszą odpowiedzialność. Zatem tylko oni podpisują protokół posiedzenia rady. I tylko te podpisy liczą się. Gdyby zaś nadto złożono podpisy na liście obecności – nic nie szkodzi. Można przecież zrobić z niej samolot.

Tekst ogłoszony 17 listopada 2000 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka
Czytaj także:
2000.06.21 Tajny protokół
2003.08.23 Czarna skrzynka
2013.02.15 Lot nad kukułczym gniazdem
2013.05.04 Rakiety woda-woda
2014.09.22 Zdanie bez dwóch zdań

Intercity [2000]

Im większa jest objętość materiałów przedkładanych radzie nadzorczej, tym trudniej z nich wyłowić informacje.

Nie mamy jeszcze miernika jakości pracy nadzoru. Z pewnością nie jest nim liczba posiedzeń odbywanych przez rady nadzorcze. Nie jest nim liczba wskaźników, ani objętość raportów, jakich rada żąda od zarządu. Dlatego szydzę ze sprawozdań rad sprowadzających się do wyliczenia liczby odbytych posiedzeń. Niebawem zajmę się szydzeniem z rad pasących się wskaźnikami, za to niezdolnych do sformułowania oceny stanu spółki.

Pora zająć się sprawozdaniami. Rady żądają ich często w nadmiarze, niekiedy jednak zarząd z własnej inicjatywy zasypuje radę papierami, jakby chciał ją utopić w oceanie nieistotnych danych. Im więcej różnorakich materiałów otrzymuje rada od zarządu, im większa ich objętość, im bardziej szczegółowy ich charakter, tym trudniej z nich korzystać, tym mniej w nich praktycznych informacji. Czy członkowie rad nadzorczych studiują przesyłane im ze spółek materiały? Sugestie, że nie studiują, pochodzą od wyrzuconych na bruk członków zarządów. „Nie jestem pewien, czy pięciu na siedmiu członków rady czytało przekazywane im raporty” – faulował przed laty radę jednego z NFI prezes firmy zwolnionej z zarządzania funduszem. Dzisiaj wspomniany fundusz ma dwie konkurencyjne rady, a jedna z nich zapewne w ogóle nie czyta raportów, bo ich nie otrzymuje.

Autor rozprawy zamieszczonej w zbiorze „Nadzór właścicielski w spółkach prawa handlowego” idzie jeszcze dalej w ocenie kwalifikacji rad nadzorczych spółek parterowych NFI. Wywodzi on mianowicie, że dyrektor inwestycyjny i jego asystent pracują w radach 5 – 7 spółek „co mimo ich wysokich kwalifikacji jest jednak dość trudne, uciążliwe i nie wolne od popełniania błędów, chociażby z tytułu pomylenia spółek”. Jak można pomylić spółki? Jeżeli doszło do takiej wpadki – na jakiej podstawie uczony ocenia kwalifikacje niefortunnych nadzorców jako „wysokie”?

Podczas jednej z organizowanych przez Centrum Prywatyzacji ciekawych konferencji na temat „corporate governance” znany profesor zarządzania wspomniał, że w porannych składach Intercity z Warszawy często widuje członków rad nadzorczych, jak w ciągu krótkiej podróży rozpaczliwie próbują przeczytać 300 stron materiałów na posiedzenie rady. Na posiedzenia rad dojeżdżam w odwrotnym kierunku, pociągiem Intercity z Krakowa do Warszawy, z czego przecież nie wynika wcale, że swoje materiały czytam wspak. Mam za to dwie ważne uwagi. Po pierwsze, 300 stron na jedno posiedzenie to obfita porcja materiału. Ogromnie trudno ją strawić. Jeżeli rada nie zdoła zapanować nad dokumentacją, pogrąży się w niej i straci skuteczność. Po drugie, ważne sprawy lepiej przemyśleć w wannie, niż odkładać na podróż pociągiem.

Uwagę tę mogę podeprzeć przykładem z kręgu rodziny. Bliski krewny, prawnik, żołnierz Września, potem łagiernik, z czasem u Andersa, w końcu w RAF, wrócił po wojnie po Polski. Czy nie mógł znaleźć odpowiedniej pracy, czy miał dwie lewe ręce, czy zbiegły się obie przyczyny – dość, że dla chleba prowadził działalność oświatową. Wręczano mu jakieś skrypty, by z nich wygłaszał w terenie odczyty. Znudzony powtarzaniem ciągle tych samych mów, ujrzał raz na biurku osoby zawiadującej przydziałem tematów mocno już wybrudzony skrypt „Sądownictwo w Anglii”. Uprosił przydzielenie mu tego właśnie odczytu, a potem cieszył się, że dostał znajomy mu temat, wszak na Wyspach spędził kilka lat i stawał przed sądami (jako świadek potrącenia rowerzysty). Chciał nawet przekartkować skrypt w pociągu, ale nie zdążył, bo spotkał znajomka i rozmawiali ciekawie.

Odczyt był więc improwizowany. Wuj opowiadał miejscowym rolnikom jak działa common law, jak tworzy się precedensy, jak orzekają sędziowie wchodzący w skład Izby Lordów. Z polotem rozstrząsnął dylemat, czy zwyczaj jest dowodem istnienia ogólnej praktyki powszechnie przyjętej za prawo, czy też praktyka – dowodem zwyczaju. Audytorium ożywiło się wyłącznie po dygresji, że Jan Bez Ziemi zamierzał odwołać Wielką Kartę, lecz objadł się brzoskwiniami, popił je jabłecznikiem i skonał, gałgan jeden, z pożytkiem dla demokracji. O brzoskwiniach i o demokracji nikt z włościan wtedy nie słyszał. O jabłeczniku – owszem. Dopiero w drodze powrotnej wuj zdążył zajrzeć do skryptu. Dotyczył on nie prawa, ale jabłek. Wykład miał bowiem traktować o sadownictwie w Anglii, a nie o sądownictwie. Na okładkę narobiły muchy, stąd nieporozumienie.

Być może rzeczywiście ktoś kiedyś pomylił spółki: jadąc na posiedzenie rady w spółce A przysnął w pociągu nad materiałami: nie dość, że dotyczącymi spółki B, to jeszcze nadmiernie obszernymi – po czym wystąpił z wnioskiem o odwołanie zarządu…

Tekst ogłoszony 6 listopada 2000 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka