Miesięczne archiwum: Styczeń 2001

Straż Praw [2001]

Serial „Jak odwołać prezesa” jest śmieszniejszy od klasycznej komedii „Jak zabić starszą panią”.

Jeżeli komunikaty publikowane przez spółkę mają się nijak do tego, co pisze o niej prasa, inwestorzy otrzymują sygnał, że w samej spółce, bądź w jej otoczeniu, sprawy przybrały niekorzystny obrót. Przyczyną takich sytuacji jest brak porządku korporacyjnego (ang. corporate governance), co rzutuje na pomyślność spółki. Przykładem Mostostal Warszawa, spółka mająca wcześniej całkiem korzystną opinię. Dzisiaj dzieją się w niej rzeczy dziwne, o których pisze prasa, a milczą komunikaty.

Z relacji prasowych wynika, że ktoś nastaje na głowę prezesa. Nic w tym nadzwyczajnego. Prezesi spółek giełdowych zmieniają się w Polsce często. Tak często, że nasz rynek może stracić zaufanie inwestorów. Martwi nie to, że w ubiegłym roku zmienili się prezesi 53 spółek giełdowych (niekiedy po dwa, lub nawet trzy razy). Martwi natomiast, że w ubiegłym roku zmienili się prezesi w co czwartej spółce giełdowej. Martwi także, że niektóre zmiany wyniknęły z przyczyn politycznych. Martwi najbardziej, że dość liczne zmiany były uzasadnione.

Z relacji prasowych wynika, że zamiar odwołania prezesa warszawskiej spółki też nie jest bezzasadny. Zarzuty, które przedostały się do prasy, zgoła nie mieszczą się w głowie. Inna sprawa, że słowo „afera” przylgnęło już w polszczyźnie do poczynań w trójkącie bermudzkim: Skarb Państwa – PZU – NFI (dyscyplina dodatkowa: Totalizator Sportowy). Innym wydarzeniom grozi spadek do ligi okręgowej, gdzie nikt się nimi nie zajmie.

Mnie jednak interesują proceduralne aspekty sprawy warszawskiego Mostostalu. Niektóre poczynania rady nadzorczej spółki są jeszcze bardziej komiczne, niż klasyczna angielska komedia. Rekonstrukcja wydarzeń jest taka: z początkiem stycznia zwołano posiedzenie rady nadzorczej. Członkowie rady przybyli, lecz posiedzenie nie odbyło się. Powód? Dwóch członków rady nie podpisało listy obecności. Dramatyczny dylemat Hamleta „być albo nie być” sprowadzono do wymiaru farsy „być, ale nie podpisać”. Śmieszne to wprawdzie nie jest, ale niepoważne – jak najbardziej. Otóż kodeks wcale nie wymaga podpisywania listy obecności. Nawet o niej nie wspomina. Słusznie! Imiona i nazwiska obecnych zamieszcza się w protokole.

Odmowa podpisania listy przez dwóch członków rady, a nawet ich nieobecność, nie zrywa posiedzenia pięcioosobowej rady, jeżeli wszyscy jej członkowie zostali zaproszeni. Jeżeli przybyli – świadczy, że zostali zaproszeni. Nie ma żadnego znaczenia, czy podpisali listę obecności, jak nie ma znaczenia lista. Tylko protokół ma znaczenie dowodowe. Do czego służy lista, pisałem już w tym miejscu (13 XI 2000 r.): „można zrobić z niej samolot”. Biada drobnemu akcjonariatowi, jeżeli ważny inwestor dopuszcza się w spółce obstrukcji.

Dalszy ciąg rekonstrukcji: rada nadzorcza zebrała się w końcu 19 stycznia i dokonała zmiany swojego regulaminu. Wcześniej do odwołania członka zarządu ów regulamin wymagał kwalifikowanej większości ¾ głosów. Teraz członka zarządu można odwołać większością niekwalifikowaną. Boki zrywać! Przecież większość głosów wymaganą dla powzięcia uchwały przez radę ustala kodeks, albo statut spółki, zaś przenigdy regulamin rady. Z równym skutkiem regulamin rady mógłby ustalać zasady sukcesji do hiszpańskiego tronu. Tak samo zresztą było pod rządami starego kodeksu. Kodeks przewiduje przeto, że uchwały rady nadzorczej zapadają bezwzględną większością głosów, czyli więcej niż połową głosów oddanych (stary kodeks mówił o bezwzględnej większości głosów „obecnych”) – chyba, że statut stanowi inaczej. Czyli jedynie statut może stanowić inaczej. Spraw o tak znacznej wadze nie rozstrzyga się w regulaminach.

Czekajmy więc niecierpliwie na kolejne odcinki serialu. Lecz już teraz nasuwa się wniosek, że w tym przypadku nadzór nie wywiązuje się z roli powierzonej mu przez kodeks. Ta rola – to „Straż Praw”. Nie w dawnym rozumieniu, zaczerpniętym z trzeciomajowej konstytucji, ale w znaczeniu ciała pilnującego przestrzegania prawa przez wszystkie organy spółki. Od członków rady nadzorczej wymaga się przede wszystkim, by kierowali się prawem i interesem spółki. Niestety, członkowie rady czasem nie znają prawa i nie widzą interesu spółki, kierując się interesem tego z akcjonariuszy, któremu zawdzięczają miejsce w radzie. Czasem postępują tak i wtedy, jeżeli w wyniku ich działań spółka poniesie szkodę. Ale spółki i akcjonariatu nie interesuje odpowiedzialność członka rady nadzorczej przed jego dobrodziejem, a tylko odpowiedzialność wobec spółki. Członek rady powinien wykonywać swoje obowiązki dokładając staranności wynikającej z zawodowego charakteru swojej działalności. Nie dokłada należytej staranności ani kto dopuszcza się obstrukcji, ani kto ją bezpodstawnie toleruje.

Tekst ogłoszony 29 I 2001 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka

Mroczny powód rezygnacji [2001]

Można wyrządzić spółce szkodę ustępując z rady, a zwłaszcza – zatajając powody ustąpienia

Kodeks spółek handlowych jasno rozstrzyga kwestię rezygnacji członków zarządów i rad nadzorczych spółek kapitałowych (w spółce z o.o. także komisji rewizyjnej). Stanowi, że rezygnacja skutkuje wygaśnięciem mandatu. Basta! Nie będzie już wątpliwości, czy mimo rezygnacji mandat trwa nadal, do chwili, gdy członek zarządu lub rady zostanie odwołany. Oraz, czy można zrobić mu na przekór i nie odwołać go wbrew złożonej przezeń rezygnacji. Poprzedni kodeks milczał na ten temat, co budziło nieporozumienia.

Wbrew bowiem utartej opinii, że członkowie rad nadzorczych trwają nieustępliwie, jak gwardia pod Waterloo – przecież zdarzało im się rezygnować, często bez wyjaśnienia, jakie są powody rezygnacji, bądź gdzie tkwią jej przyczyny. Walne zgromadzenie odwoływało dezertera z rady „w związku ze złożoną rezygnacją”, bądź nie odwoływało. Czy można odrzucić rezygnację i zmusić kogoś, by wbrew woli pełnił obowiązki? W kabarecie Olgi Lipińskiej owszem: niech sobie Misiek składa rezygnację, lecz skoro wszyscy chcą, by nadal prezesował, zostanie po staremu. W ostatnich dniach starego roku (i kodeksu) walne zgromadzenie Espebepe rozpatrywało rezygnacje dwóch członków rady nadzorczej. Jednego odwołało, nie wyrażając zgody na odwołanie drugiego. Przywiążą go do krzesła?

Według kodeksu spółek handlowych, rezygnacja jest taką samą przyczyną wygaśnięcia mandatu, jak śmierć lub odwołanie. Ponadto kodeks stanowi, że do złożenia rezygnacji przez członka zarządu lub rady (komisji rewizyjnej) stosuje się odpowiednio przepisy o wypowiedzeniu zlecenia przez przyjmującego zlecenie. Przeto przyjmujący zlecenie może je wypowiedzieć w każdym czasie. Nie można zrzec się z góry uprawnienia do wypowiedzenia zlecenia z ważnych powodów. Jednakże gdy zlecenie jest odpłatne, a wypowiedzenie nastąpiło bez ważnego powodu, przyjmujący zlecenie jest odpowiedzialny za szkodę. Chodzi o szkodę poniesioną przez spółkę na skutek ustąpienia członka zarządu lub rady przed upływem czasu, na jaki został on powołany. Nieszczęśnik z Espebepe może teraz złożyć rezygnację nie oglądając się, czy walne zgromadzenie wyrazi zgodę na jej konsekwencje. Jeżeli pełnił swą funkcję odpłatnie, a spółka wskutek jego rezygnacji poniesie jakąś szkodę – jego odpowiedzialność z tytułu ustąpienia zależy od powodu rezygnacji. Odpowiedzialność byłego(!) członka rady wobec spółki zostaje wyłączona, jeżeli powód jest „ważny”.

Nie uchyla odpowiedzialności suche powiadomienie spółki o rezygnacji. Zdumiewa więc komunikat Banku Ochrony Środowiska: Dorota Jakuta zawiadomiła bank, że nie jest członkiem rady banku. Nie znam damy o tej sławie, przeto sprawdzam: p. Jakuta weszła do rady BOŚ ledwo z końcem października 2000 r. Znaczącej roli w radzie chyba nie odegrała, skoro nie zapamiętano jej imienia. Lecz nie jest osobą płochą, przepracowała 10 lat w ADM. Jest szefem gabinetu politycznego ministra środowiska. Ostatnio politycy, którzy nocą zmienili poglądy, zawiadamiają macierzyste partie, że nie są ich członkami. Zawiadamiają na piśmie, by uniknąć spoglądania w oczy niedawnym towarzyszom. Lecz takie postępowanie nie przystoi członkom rady banku! Od nich oczekujemy godnego zachowania. A zwłaszcza ogłoszenia powodów rezygnacji.

Kto zataja powód rezygnacji, wyrządza spółce szkodę. Otwiera pole domysłom, jakoby powód był mroczny, a w spółce działo się źle. Kreuje wokół spółki niekorzystną dla niej atmosferę. Tam, gdzie w grę wchodzi reputacja banku, nie ma miejsca na niedomówienia. O tym, jak bardzo nieodpowiedzialność nawet jednego członka rady banku może zaszkodzić interesom banku i jego akcjonariuszy, świadczy przypadek Banku Częstochowa. Zatem Dorota Jakuta przyczyniła się do szkody nie tym, że ustąpiła z rady, bo rada (nazbyt liczna) nie rozsypie się bez jej udziału. Przyczyniła się do szkody tym, że powody rezygnacji z rady zachowała wyłącznie dla siebie. A ponieważ powody ukryte nie są „ważnymi” w rozumieniu prawa – nie wyłączają odpowiedzialności za szkodę wywołaną pochopną rezygnacją. Chyba, że ktoś sprawował funkcję w radzie banku nieodpłatnie.

Lepiej zatem członkom rady płacić, a w zamian egzekwować ich odpowiedzialność wobec spółki. Nie ustrzeże to spółki przed ustępowaniem członków rady, ale ograniczy rezygnacje do powodów rzeczywiście ważnych i wymusi ogłaszanie tych powodów, które najczęściej leżą po stronie rezygnujących, a nie po stronie spółki. Natomiast kwestie warunków składania rezygnacji, formy jej doręczenia, nabrania przez nią skutku (by nie zdekompletowała składu zarządu lub rady), a także ogłaszania jej powodów – najlepiej precyzyjnie uregulować w statucie.

Tekst został ogłoszony 22 stycznia 2001 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka

Czytaj także: 2001.03.19 Panika szalonych pudli

Wicekodeks

Zasady mało przyjazne, silące się na surowe, imitujące prawo – nie zdobędą akceptacji rynku.

W Polsce nareszcie podjęto prace nad zasadami dobrej praktyki spółek. Gorąco apeluję o powstrzymanie się od nazywania tych zasad „kodeksem”. Jest to określenie niewłaściwe, w dodatku pretensjonalne. Wywiera ono skutek wręcz odwrotny do zamierzonego, bowiem odstręcza spółki od poddawania się zasadom dobrej praktyki.

Otóż spółki nie działają w próżni. Na każdym kroku krępuje je prawo. Polscy przedsiębiorcy zgodnie twierdzą, że prawa jest zbyt wiele, a przy tym jest ono niespójne, nadmiernie drobiazgowe, nieprzemyślane, klecone pod kątem doraźnych potrzeb. Często zmieniane. Mgliste. Pospolite. Z jednej strony bardzo dokuczliwe. Z drugiej – mało skuteczne, wyposażone w fatalny aparat wykonawczy, od nadgorliwych urzędów skarbowych po opieszałe sądy.

Przeto kiedy polski przedsiębiorca spotyka się z propozycją, by poddał się „zapisom” jeszcze jednego kodeksu – odrzuca ją z niechęcią. I ma rację. Ani to „zapisy”, ani kodeks. Zapisy są na akcje. Kodeks spółek handlowych, chociaż jest aktem rozległym, został nazwany „kodeksem” niejako z kurtuazji. Równie dobrze mógłby nosić nazwę „prawo o spółkach handlowych”. Wtedy autorom zaleceń spisywanych na kilku kartkach papieru trudniej byłoby podszywać się pod bardziej jednoznaczny termin „prawo”

Termin „kodeks” należy zachować dla aktów wyrażających świętą powagę prawa. Kodeks obowiązuje. Ustawy uchwala parlament, podpisuje prezydent, wciela w życie aparat przymusu. Zasady dobrej praktyki są tylko wskazówkami postępowania na rynku. Zdobędą sobie one uznanie, nawet mir, gdy będą przyjazne dla rynku. Dla spółek i dla wszystkich dotkniętych ich działalnością, a zwłaszcza dla inwestorów.

Przestrzegam przed ubieraniem wskazówek dobrej praktyki w strój naśladujący normy prawne. Przed układaniem wskazówek w kodeksy. Przed zabawą w podział tych kodeksów na preambułę, przepisy ogólne i normy szczegółowe. Przed używaniem wielkiego słowa „kodyfikacja” na określenie prób ubrania w zrozumiałą szatę słowną projektów kilku zasad. Dobra praktyka nie jest kodeksem, lub wicekodeksem; nie jest ani naśladownictwem prawa, ani jego uboższą odmianą, niby moralnie słuszną, lecz pozbawioną przymusu. Jest ona zbiorem wskazówek w kwestii pożądanego sposobu postępowania, z natury niekompletnym, za to żywym, dostosowywanym do zmieniających się potrzeb.

Krytycznie sądzę o próbach dzielenia rozległej materii dobrej praktyki spółek na trzy gałęzie zasad, dotyczących poszczególnych organów spółki: zarządu, rady nadzorczej i walnego zgromadzenia. Jest to mechaniczne powielanie układu przyjętego przez kodeks spółek handlowych. Widzenie dobrej praktyki przez pryzmat organów spółki rodzi niebezpieczeństwo, że zostanie ona zasklepiona w spółce, nie wyjdzie poza nią, nie dotknie jej stosunków z rynkiem. Natomiast właśnie na rynku dobrej praktyki szczególnie potrzeba. Bez niej rynek obumrze (do czego może niebawem dojść w Polsce), a wtedy obumrą i spółki.

Sam ogłosiłem tu (11 czerwca 2001 r.) projekt zasad dobrej praktyki walnego zgromadzenia, który wkrótce dał zaczyn do dalszych prac w tym kierunku. Podjąłem z osobna kwestię zachowywania się na walnych zgromadzeniach nie dlatego, by ją wyodrębnić z dobrej praktyki spółek, ale z myślą, by od czegoś zacząć. A zacząć postanowiłem właśnie od walnego zgromadzenia, ponieważ na nim często dochodziły do głosu najgorsze spośród złych praktyk. Wiele walnych zgromadzeń polskich spółek aż kipiało od ekscesów. Lecz zasady dobrej praktyki, czy walnych zgromadzeń, czy spółek w ogólności, nie rodzą się z chwilą, gdy zapalczywy publicysta próbuje je zredagować. Nie rodzą się także z chwilą, kiedy stateczni prawnicy – niektórzy bardziej obyci na zwyrodniałych walnych zgromadzeniach – utemperują projekt publicysty.

Zasady dobrej praktyki narodzą się z chwilą, gdy spółki zadeklarują, iż poddadzą się im dobrowolnie i rzeczywiście będą przestrzegać ducha tych zasad (poszanowanie ducha zasad sprawi, że litera nie będzie im dłużej potrzebna). Spółki postąpią tak wtedy, gdy będzie to opłacalne, czyli kiedy kierowanie się wskazówkami przyzwoitego postępowania ułatwi pozyskanie kapitału i wpłynie na notowania.

Zasady dobrej praktyki nie są zatem doczepką do prawa. Nie należy z nich wywodzić postulatów zmiany prawa. Dobra praktyka i prawo to dwie różne płaszczyzny, które niekoniecznie przetną się kiedykolwiek. Kiedy słyszę opinię, iż któraś z postulowanych zasad dobrej praktyki „jest na tyle dobra, że można ją uwzględnić w kodeksie” – cierpnie na mnie skóra. W takim ujęciu zasady dobrej praktyki grają w drugiej lidze, w owym wicekodeksie, a najlepsze mogą awansować do pierwszej ligi i prawdziwego kodeksu. Czy z kolei przepisy kodeksu można degradować do drugiej ligi?

Czytaj także:

2001.06.11 Walne zgromadzenie: O dobrą praktykę

Kuracja odmładzająca [2001]

W Polsce członkowie rad starzeją się w próżni prawnej. Statuty spółek mogą uregulować tę sprawę.

Polski rynek dopiero dojrzewa, co ma tę dobrą stronę, że działają na nim młode spółki, zarządzane i nadzorowane przez ludzi w pełni sił twórczych. Nie dotknął nas jeszcze problem kostnienia rad nadzorczych. Trapi on wiele rozwiniętych rynków. Często im nadzór starszy, tym mniej podatny na innowacyjność i twórczą różnorodność, za to bardziej przywiązany do tradycji. Z niepokojącym zjawiskiem starzenia się nadzoru zmaga się także satyra – zwierciadło obyczaju. W klasycznym brytyjskim dowcipie przewodniczący rady oświadcza, że już pora, by ten młody George awansował do rady nadzorczej. Doradca prostuje: – Sir, ależ George ma 67 lat! Przewodniczący: – Wiem, przecież trzymałem go do chrztu.

Starzenie się nadzoru ma fatalny wpływ na jego jakość. Wywiera także zły wpływ na jakość zarządzania, przede wszystkim w spółce anglosaskiej, gdzie zamiast zarządu i rady jako odrębnych organów występuje jednolite ciało, cechujące się dwoistą tożsamością, czyli board of directors. Składa się ono z osób zarządzających spółką (ang. executive directors, ameryk. inside directors), oraz z osób zajmujących się wyłącznie czynnościami nadzorczymi, nie mającymi wpływu na prowadzenie spraw spółki (ang. non-executive directors, amer. outside directors). Pierwsi w swoim gronie tworzą zarząd, a wespół z drugimi – nadzór. Drudzy, jak dowodzi statystyka, są znacznie starsi od pierwszych. Ale obecnie są młodsi, niż byli dwadzieścia lat temu. Korpus non-executive directors, w skrócie NEDs, został poddany bardzo intensywnym zabiegom odmładzającym.

Radykalną, lecz najskuteczniejszą kuracją odmładzającą jest rygor wieku emerytalnego. Można stosować ten środek trojako. Zakaz piastowania pewnych funkcji przez osoby w określonym wieku może wynikać z ustawy, bądź ze statutu spółki, bądź z wymogów stawianych przez giełdę. Brytyjczycy rozwiązali problem w sposób elastyczny i życiowy. Prawo spółek z 1985 r. ustala, że jeżeli statut nie przewiduje inaczej, do rady (board of directors) spółki publicznej i spółki zależnej od spółki publicznej nie może wejść osoba w wieku od 70 lat. Natomiast członek rady, który osiągnie 70 lat, ustępuje na najbliższym walnym zgromadzeniu. Poza przypadkami przewidzianymi w statucie spółki, osoba w wieku 70 lat może zostać powołana do rady, lub zwolniona z obowiązku ustąpienia z rady, uchwałą walnego zgromadzenia, lecz odpowiednia uchwała (dokonująca wyboru, zatwierdzająca wybór, albo uchylająca obowiązek ustąpienia) powinna precyzować wiek osoby, której dotyczy. Członkowie rad, a także kandydaci do rad spółek objętych rygorem wieku emerytalnego, winni ujawniać, czy osiągnęli 70 lat, lub wiek przewidziany w statucie.

We Francji statut spółki może dowolnie ustalić wiek emerytalny, jeżeli zaś nie zawiera odmiennych postanowień – obowiązuje zasada, by rada w przynajmniej dwóch trzecich składała się z osób poniżej siedemdziesiątki. Holandia wyznacza wiek emerytalny członków nadzoru na 72 lata. Belgia odsyła na emeryturę członków zarządu banku z osiągnięciem 65 lat, ale kwestię wieku emerytalnego członków rady nadzorczej pozostawia w gestii statutów.

Zamiast wieku emerytalnego statut spółki może zdefiniować maksymalny okres zasiadania w radzie. W pierwszym przypadku zwycięży założenie, że z osiągnięciem określonego wieku przydatność do pracy w nadzorze słabnie, lub zgoła zanika. W drugim – że im dłużej pełni się obowiązki, tym mniejszy z tego pożytek. Czy 10 lat wystarczy? Czy chodzi o nieprzerwaną pracę w radzie, czy sumę wszystkich okresów tej pracy? Trzeba kierować się rozwagą, wyobraźnią i umiarem.

W polskim prawie do członków zarządu można stosować ogólne przepisy o wieku emerytalnym, ale członkowie rady starzeją się w próżni prawnej. Sprawę można rozwiązać w statucie spółki. Warto pomyśleć o tym już obecnie, póki życie tego nie wymusza. Kiedy nadzór postarzeje się, będzie sprzeciwiał się próbom wprowadzenia ograniczenia wiekowych. Za to jestem przeciw ustanawianiu limitu lat przepracowanych w jednej radzie. W nadzorze spółek publicznych jest coraz więcej osób przed trzydziestką, a nawet przed dyplomem studiów wyższych. Wiele z nich reprezentuje wysokie kwalifikacje. Oczywiście, brak im doświadczenia, lecz czasy zmieniają się, więc doświadczenie nabyte w całkiem odmiennej epoce systematycznie traci na znaczeniu. Liczy się głównie wiedza i otwartość na coraz nowe wyzwania.

O starszych można powiedzieć, że rzadziej robią głupstwa, gdyż rzadziej robią cokolwiek. Bywają jednak osoby aktywne nawet w sędziwym wieku. Philip Lord Carret (1897 – 1998) do setnych urodzin pracował w radzie The Pioneer Group. Po ustąpieniu założyciela, sprawy przybrały mniej korzystny obrót. Lecz to już inna historia.

Tekst ogłoszony 15 stycznia 2001 r. w magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka

Zawodowcy [2001]

Tylko kwalifikacje pozwolą członkom rady unieść ciążącą na nich odpowiedzialność!

1 stycznia wszedł w życie kodeks spółek handlowych. W myśl przepisów dotyczących spółek kapitałowych (akcyjnej i z o.o.), członek zarządu, rady nadzorczej oraz likwidator powinien przy wykonywaniu swoich obowiązków dołożyć staranności wynikającej z zawodowego charakteru swojej działalności. Od tego kręgu osób uchylony już kodeks handlowy wymagał dołożenia „staranności sumiennego kupca”. Na czym polega zmiana? Czy tylko na zastąpieniu archaicznego już sformułowania bardziej współczesnym brzmieniem? Czy także na podniesieniu – względnie na obniżeniu – wymogu staranności? Czy w związku z tym zmienia się próg odpowiedzialności członków zarządu i rady (oraz likwidatorów)?

„Sumienny kupiec” jako miernik staranności nie był pustym pojęciem w 1934 r., kiedy kodeks handlowy został ustanowiony. Współcześnie nie znaczy nic. Po wojnie „kupiec” zniknął z życia gospodarczego, nawet z żywego języka (sensację budził Marek Sobolewski, profesor prawa UJ, który w ankietach przekornie deklarował pochodzenie
„kupieckie”). Przetrwała za to „przekupka”. Wcale nie wszyscy zdają sobie sprawę, że nic jej z kupcem nie łączy. Co cechuje „sumiennego kupca”, nie wyjaśniono w przepisach, orzecznictwie ani piśmiennictwie. Wszyscy zgadzają się jednak z poglądem, że objęcie stanowiska w zarządzie lub radzie nadzorczej spółki, mimo braku wykształcenia lub wiadomości potrzebnych do jego pełnienia, już jest naruszeniem wymaganej staranności.

Miernik staranności w postaci zawodowego charakteru działalności trafił do prawa spółek z kodeksu cywilnego. Jest on mniej subiektywny, niż dawny kanon „sumiennego kupca”. Historyczny już kodeks handlowy był krokiem w stronę kodyfikacji systemu prawnego państwa, w którym zrazu obowiązywały odmienne prawa państw obcych. Na ziemiach dawnych zaborów panowały też różne zwyczaje, a także różne kultury kupieckie. Łatwiej scalić prawo, niż kulturę. Stąd staranność sumiennego kupca można było relatywizować. Skala sięgała przecież od Poznania po Kołomyję i Baranowicze…

Nowy miernik staranności zastępuje pierwiastek lokalny – globalnym. Od członka zarządu wymaga się zawodowstwa, a kanon zawodowstwa jest identyczny, lub bardzo zbliżony, na wszystkich kontynentach. Jak wzorzec metra znajduje się w Sevres, tak wzorzec menedżera jest dzisiaj wykuwany po drugiej stronie Paryża: w Fontainebleau, siedzibie INSEAD, słynnego instytutu kształcącego kadrę kierowniczą. Coraz częściej także kadrę polską.

Kodeks spółek handlowych podnosi kryterium staranności, a jednocześnie obniża próg odpowiedzialności członków zarządów i rad oraz likwidatorów. Wymaga się od nich obecnie kwalifikacji zbliżonych do tych, jakie reprezentują członkowie zarządów i rad w innych wysoko rozwiniętych krajach. Kto z nich nie dołoży staranności wynikającej z owych wysokich kwalifikacji, jakich się teraz po nich oczekuje – może ponieść odpowiedzialność.

O prawdziwych zawodowców łatwiej w zarządach polskich spółek. W radach nadzorczych częściej spotyka się amatorów. To właśnie amatorzy bywają wybierani do rad przez pracowników. To amatorów promuje Skarb Państwa, opowiadając się za obsadzaniem stanowisk w radach nadzorczych przez politycznych stronników. Ostatnio do rad często bywają wybierani młodzi absolwenci i studenci. Niektórzy mają całkiem wysokie kwalifikacje, lecz w przypadku wyrządzenia spółce szkody spowodowanej brakiem staranności rasowego zawodowca nie będą oni w stanie unieść ciężaru odpowiedzialności. Ich majątku nie wystarczy przecież na zadośćuczynienie! Ale na wiarygodność majątkową członka rady nadzorczej nikt już nie zwraca uwagi.

Kryteria zawodowstwa w radach nadzorczych już są, chociaż zawodu członka rady nie ma. Do rad nadzorczych bywają czasem wybierane osoby przypadkowe, bez pełnych kwalifikacji. Rady są przy tym jak drzwi obrotowe: ktoś wchodzi, ktoś wychodzi nie doczekawszy do końca kadencji – i tak w kółko. Odpowiedzialność ciążąca na członkach rad nadzorczych przemawia za powierzaniem tych obowiązków profesjonalistom. Przemawia ona też za tym, by składów rad nadzorczych nie zmieniać bez potrzeby. Uważam, że Skarb Państwa powinien w większym niż dotychczas stopniu obsadzać swoją pulę miejsc w radach w drodze konkursów. Pozwoli to oczyścić atmosferę wokół resortu. Pozwoli to także powściągnąć alotaż – rozbuchaną praktykę wspierania kandydatów politycznie bliskich domowi panującemu, ale niekompetentnych.

Im wyższych kwalifikacji wymagamy od członków zarządów i rad nadzorczych, im większą nakładamy na nich odpowiedzialność – tym bardziej przemyślane powinny być decyzje o udzielaniu im absolutorium. Czas wreszcie skończyć z praktyką automatycznego kwitowania członków organów spółki, bez należytego rozeznania konsekwencji uchwał w tym przedmiocie.

Tekst ogłoszony 8 stycznia 2001 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka.

Czytaj także:
2006.03.13 Profesjonaliści

Nadzór krzepi [2001]

UNFE usiłuje upośledzić prawa korporacyjne funduszy emerytalnych, wystawić je na ryzyko.

O sile rynku kapitałowego decyduje zaangażowanie inwestorów instytucjonalnych. Dysponują oni wartościami najbardziej pożądanymi: pieniędzmi, czasem i umiejętnością sprawowania twórczego nadzoru nad działalnością spółek. Najpierw starannie wybrali te spółki jako obiecujące, potem systematycznie inwestowali w nie, w końcu rozumnie uczestniczą w nich poprzez udział w walnych zgromadzeniach i obsadzanie miejsc w radach nadzorczych swoimi kandydatami.

Inwestorzy instytucjonalni (fundusze emerytalne, fundusze inwestycyjne, towarzystwa ubezpieczeniowe, banki zarządzające aktywami klientów) nie łudzą się, że starczy inwestować długoterminowo, a wartość ich portfeli sama zwiększy się z upływem czasu. Takie podejście do inwestowania byłoby lekkomyślne. Rodziłoby ogromne ryzyko, na jakie poważny inwestor nie może sobie pozwolić. Sprowadza się ono do tego, że spółka, spuszczona z oka, nie spełni oczekiwań, będzie przynosić straty, a jej majątek rozpłynie się gdzieś. Często tak bywa w spółkach źle strzeżonych.

Inwestycje nie są niedźwiedziami, które zapadają w sen zimowy. Należy je pielęgnować. Inwestorzy instytucjonalni wzbogacają rynek dzięki temu, że przyczyniają się do wzrostu wartości spółek wybranych do swoich portfeli. Należycie sprawowany nadzór nad działalnością tych spółek jest działalnością twórczą, gdyż krzepi je, umacnia fundamenty, otwiera perspektywy rozwojowe. Ryzyko inwestycji jest tym mniejsze, im pilniej inwestor dogląda, jak jego pieniądze pracują. Jest więc sytuacją korzystną dla spółki i dla rynku, że inwestor długoterminowy zasiada w radzie nadzorczej, skąd lepiej widzi spółkę i swoje w niej interesy.

Stąd oczywisty wniosek: inwestorzy instytucjonalni winni zabiegać o miejsca w radach nadzorczych spółek, których akcje nabyli na dłużej. Ich udział w radach sprawi, że rady będą lepiej odzwierciedlać strukturę akcjonariatu, a także, że składy rad staną się bardziej stabilne, co wzmocni jakość nadzoru, zaś to z kolei zwiększy wartość spółki. Jeżeli inwestorem jest fundusz emerytalny, jego udział w nadzorze nad spółką jest niewątpliwie korzystny dla uczestników funduszu, ponieważ służy zmniejszeniu ryzyka inwestycji. Bywa także korzystny dla spółek: fundusze są zmuszone do nadrabiania innowacyjnością przyrodzonego wstrętu do ryzyka. Wymuszają też na spółkach przestrzeganie zasad porządku korporacyjnego. Kreują dobrą reputację spółek. Obecność funduszy w radzie jest dla rynku czytelnym sygnałem, że w spółce nie dzieje się źle.

Tak jest w świecie, lecz jeszcze nie w Polsce. Rodzime fundusze jeszcze nie otrzymały należnych składek. Dopiero zaczynają inwestować. Zaledwie w kilku spółkach zgromadziły już takie pakiety, by myśleć o miejscach w radach. Przeciwko uczestnictwu funduszy emerytalnych w radach nadzorczych spółek z ich portfela wypowiada się jednak stanowczo Urząd Nadzoru nad Funduszami Emerytalnymi (UNFE). Uważa on, że fundusze powinny biernie inwestować środki, rezygnując z kontroli nad nimi. Udział towarzystw zarządzających funduszami w koncercie inwestorów może bowiem (w opinii urzędu) prowadzić do sytuacji, że będą one grały tak samo, jak ich akcjonariusze, co nie leży w interesie uczestników – przyszłych emerytów.

UNFE obawia się też, że pracownicy towarzystw, które zarządzają funduszami, będą pilnować swoich posad w radach, a nie interesu uczestników. Oraz, że za ich członkostwo w radach nadzorczych spółek portfelowych w ostateczności zapłacą uczestnicy funduszu. Bardzo ciekawe, jak. Swoją drogą: urzędniczy lęk przed wydaniem grosza bywa irracjonalny, czasem przekreśla milionowe zyski. Sroga postawa UNFE byłaby zrozumiała, gdyby służyła zmniejszeniu ryzyka inwestycji. Skutek jest wręcz odwrotny. Ryzyko znacznie wzrasta. Ustawa ogranicza funduszom emerytalnym swobodę inwestowania. Dla bezpieczeństwa, nie dla widzimisię. UNFE usiłuje upośledzić ich prawa korporacyjne, nie mając do tego podstaw. Straci na tym rynek, stracą spółki i uczestnicy funduszy.

Fundusze emerytalne potrzebne są rynkowi, jak rynek potrzebny jest im. Lecz rynek potrzebuje nie tylko ich pieniędzy. Także ich cierpliwości. Także ich wysiłków zmierzających do powiększania z czasem wartości inwestycji. Także ich wkładu w ochronę praw akcjonariuszy mniejszościowych. UNFE obawia się współdziałania funduszy, lecz takie współdziałanie leży w naszym i ich interesie, nie urągając czystej konkurencji. Jak do tej pory, fundusze zachowują się bardzo dojrzale, nad podziw odpowiedzialnie, zręcznie łącząc własne interesy z interesami rynku i drobnych akcjonariuszy. Zapewne jedną z przyczyn takiego poprawnego zachowania jest bojaźń funduszy przed UNFE. Czy trzeba kolejnych dowodów na pożytki płynące z nadzoru?

Tekst ogłoszony 2 stycznia 2001 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka