Miesięczne archiwum: Maj 2001

Łyżka dziegdziu [2001]

Regulaminy organów spółki bywają uchwalane pro forma i zamiast usprawniać – utrudniają pracę.

W spółce akcyjnej regulaminy jej organów nie są obligatoryjne. Kodeks spółek handlowych tylko raz wspomina o regulaminie rady nadzorczej, dwa razy o regulaminie zarządu, zaś ani razu o regulaminie walnego zgromadzenia. Utarło się jednak w praktyce, że zgromadzenia, rady i zarządy mają regulaminy. Lecz czy pracują w oparciu o ich postanowienia? Nie zawsze jest to możliwe, skoro regulaminy uchwala się tylko pro forma, więc zamiast regulować zasady postępowania, kreować przejrzysty mechanizm podejmowania decyzji, budzą one zbędne wątpliwości, wręcz utrudniają pracę.

W regulaminach obficie cytowane są przepisy kodeksu i statutu. Często 90% treści regulaminów to owe powtórzenia, może nieszkodliwe, ale zbędne. Przyjmuje się fałszywie, że przepisy kodeksu i statutu znajdują zastosowanie w sprawach nie unormowanych regulaminem. Jest na odwrót: to przepisy regulaminu znajdują zastosowanie jedynie w sprawach nie objętych przepisami kodeksu i statutu. Spółki powszechnie przepisują jedna od drugiej regulaminy, a nawet statuty. Sięgają też po ‘gotowce’ ze zbiorów dokumentów spółek handlowych.
Można dowiedzieć się z nich na przykład, że „członkowie zarządu pełnią swoje obowiązki osobiście lub przez ustanowionych prokurentów”.

Regulaminy, a szczególnie statut, powinny odzwierciedlać indywidualność spółki, kreować jej tożsamość. Niestety, często jedynie fragmenty treści tych dokumentów są wkładem własnym spółki. Bywają one zresztą łyżką dziegdziu, psującą smak całości. Akurat odbywają się seryjnie walne zgromadzenia. W niektórych spółkach każde kolejne zgromadzenie uchwala regulamin. W innych przyjęto zasadę, że skoro regulamin zgromadzenia został raz uchwalony, obowiązuje aż do końca świata (zdecydowanie opowiadam się za pierwszym rozwiązaniem). W niektórych spółkach regulamin jest uchwałą zgromadzenia. W innych – załącznikiem do uchwały (opowiadam się za pierwszym rozwiązaniem). W wielu regulaminach spotkamy sformułowanie, iż „walne zgromadzenie jest najwyższą władzą w spółce”. Czy gdyby pominięto ten zbędny przecież slogan, zgromadzeniu ubyłoby władzy?

Często regulamin zgromadzenia stanowi, że przewodniczący wybierany jest w głosowaniu tajnym, ale w praktyce wyłania się go jawnie, bez głosowania a przez aklamację, ponieważ najpierw wybiera się przewodniczącego, zaś później przyjmuje regulamin. Często regulamin przewiduje wybór zastępcy przewodniczącego zgromadzenia. Po co, skoro w żadnym wypadku nie może on przewodniczyć obradom? Jedna ze spółek publicznych głosiła w regulaminie, że „w walnym zgromadzeniu uczestniczy z urzędu notariusz, którego obowiązkiem jest protokołowanie uchwał walnego zgromadzenia”. W innej regulamin przewiduje dwie komisje skrutacyjne: jedną do głosowań jawnych, drugą do tajnych. Czuję się zawiedziony, gdyż obie wybierane są jawnie. Felieton wiele zyskałby, gdyby komisję do głosowań tajnych wybierać w trybie tajnym. Wszak nigdy dość tajności: kiedy dziadek został tajnym radcą wiedeńskiego c.k. dworu, u Sachera składał zamówienia kelnerowi na ucho.

W regulaminach używa się niezręcznych sformułowań: „głosowania na WZ odbywają się z zastosowaniem techniki komputerowej w sposób określony w instrukcji głosowania, którą każdy uczestnik WZ otrzymuje przed obradami”. Instrukcja głosowania – to brzmi groźnie! Śpieszę wyjaśnić, że nie chodzi o to, jak uczestnik zgromadzenia ma głosować, ale jak ma się posługiwać kartą do głosowania. Co nie zmienia postaci rzeczy, że instrukcja bywa bałamutna.

Regulaminy walnych zgromadzeń zawierają drobiazgowe przepisy porządkowe. Zabraniają palenia na sali (jakby przewodniczący sam nie mógł tego zarządzić). Ograniczają liczbę i czas wystąpień, acz tylko uczestników zgromadzenia, czyniąc wyjątek dla gości (powinno być raczej na odwrót). Wymagają, by każda wypowiedź kończyła się wnioskiem lub pytaniem… W jednej ze spółek przyjęto zasadę, że projekty uchwał oraz zgłaszane do nich poprawki i uzupełnienia wymagają opinii prawnej przed poddaniem ich pod głosowanie. Zamysł chwalebny, lecz spółka, taka niby praworządna, na walnych zgromadzeniach (bądź raczej: zamiast zgromadzeń) kpiła sobie z uprawnień mniejszości.

Za to w regulaminach walnego zgromadzenia często pomija się sprawy, które powinny być w nich rozstrzygnięte, jak tryb zgłaszania kandydatur, tryb głosowania przy zastosowaniu czytników elektronicznych, obowiązki i uprawnienia przewodniczącego oraz komisji zgromadzenia, język obrad, wniosków i projektów uchwał oraz tryb ich zgłaszania i postępowania z nimi, wreszcie tryb dopuszczania do udziału w zgromadzeniu osób spoza kręgu uprawnionych. Jakość wewnętrznego prawa spółki, jej statutu i regulaminów, coraz bardziej waży na jej ocenie i wycenie.

Tekst ogłoszony 28 maja 2001 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka

Ośla ławka [2001]

Statut spółki może związać członkostwo w radzie nadzorczej z wymogiem posiadania akcji. W niektórych państwach do rady nadzorczej można wybierać wyłącznie akcjonariuszy spółki. Wymaga tego ustawa, natomiast statut spółki określa minimalną ilość akcji kwalifikującą do członkostwa w radzie. W innych państwach ustawa daje samym spółkom prawo wymagania od członków zarządu i nadzoru posiadania określonej w statucie ilości akcji. Kto został wybrany do rady, a akcji nie posiada (bądź nie posiada ich tyle, ile wymaga statut) ma według angielskiego prawa spółek najwyżej dwa miesiące, by uzupełnić swój stan posiadania, pod rygorem wygaśnięcia mandatu.

Gdzieniegdzie członkowie rady bywają zobowiązani do przeznaczania wynagrodzenia za pracę w radzie na zakup akcji nadzorowanej spółki, aż zgromadzą ich tyle, ile wymaga statut. Fundusze inwestycyjne opowiadają się niekiedy za tym, by nawet po zgromadzeniu wymaganej ilości akcji, członkowie rady otrzymywali połowę wynagrodzenia (po opodatkowaniu) w akcjach lub opcjach na akcje. Coraz częściej bywają też oni (a nie tylko członkowie zarządu) adresatami opcji na zakup akcji w przyszłości.

Przemawia za tym argument, że członkowie rady nadzorczej, póki nie staną się akcjonariuszami, nie mają motywacji do skutecznego działania dla dobra akcjonariatu. Póki nie mają akcji, nie mają też motywacji do skutecznego działania na rzecz wzrostu wartości tych akcji. Spółka służy wtedy innym celom, niż przysparzanie wartości swoim akcjonariuszom. Nie spotkałem się z rozsądnym argumentem przeciwko gromadzeniu akcji spółki przez członków rady nadzorczej (oraz przez członków zarządu). Przeprowadzane przez nich operacje na akcjach własnej spółki, oraz transakcje ze spółką, powinny być oczywiście poddane szczególnie surowym rygorom informacyjnym.

W Polsce zdumiewająco niski odsetek członków rad nadzorczych posiada akcje nadzorowanych przez nich spółek, często w znikomej ilości. Jest to zjawisko bardzo niekorzystne. Nadzór nie jest zainteresowany sprawami spółki, zjawia się w niej raz na kwartał, odbywa posiedzenie, zjada obiad, natomiast akcjonariuszom nie przybywa od tego wartości. Mało kto zresztą przejmuje się nimi. Ich rola kończy się z chwilą wyłożenia przez nich kapitału. Potem w grze uczestniczy „lepsze towarzystwo”.

Istnieją trzy przyczyny takiego stany rzeczy. Pierwszą jest tradycja polskiej prywatyzacji, ukształtowana przez instytucję jednoosobowej spółki Skarbu Państwa. Większość członków nadzoru nie mogła posiadać akcji. Mieli je tylko pracownicy spółki, acz nie cenili ich, bo najczęściej dostawali je za darmo. Wiele z tych spółek poszło już na giełdę, a nadzór nadal sprawowany jest nie przez akcjonariuszy, ale osoby obce. Druga przyczyna tkwi w tym, że na skład rad nadzorczych polityka wciąż ma większy wpływ, niż akcjonariat spółek. Trzecia przyczyna to wstyd posiadania: fałszywy, zakłamany, wywierający nieszczęśliwe skutki, skutecznie kreowany przez polskich trybunów ludu.

Zapytany o stan majątkowy, polityk z dumą wyzna, że nie posiada nic. A już z pewnością żadnych akcji i obligacji! Miał kota, ale zdechł. Stąd moda na buty saperki i sweter plugawy. Od sławetnej afery spółki „Telegraf” dzielnej braci (i braci) z PC, niektórzy do dzisiaj uważają wszystkie spółki za złodziejstwo. W ankiecie przeprowadzonej kilka lat temu przez „Prawo i Życie” nawet Andrzej Olechowski zarzekał się, że nie ma żadnych akcji i udziałów, a jeździ fiatem cinquecento. Donald Tusk nawet nie miał oszczędności. Jak z takimi budować kapitalizm?

Stąd charakterystyczne obrazki na walnych zgromadzeniach: niewielu akcjonariuszy, ponieważ nie są potrzebni, a gdzieś z boku, jakby w oślej ławce, czasem zasiądzie reprezentacja rady nadzorczej. Bierna, bo nie głosuje, skoro członkowie rady często nie mają akcji. Skromna, bo członkowie rady nawet nie fatygują się na zgromadzenia, skoro nikt ich z tego nie rozlicza. Najgorzej, kiedy dorabiają do tego ideologię głosząc, że nie wypada mieć akcji. Niektórzy w swoich osądach moralnych idą jeszcze dalej i opowiadają dyrdymały, jakoby w ogóle nie wypadało zasiadać w radach nadzorczych. Niedawno, podczas obchodów rocznicy Powstań Śląskich przypomniano, jak Wojciech Korfanty bywał ganiony za pracę w radach nadzorczych. Nie wypadało, bo spółki były niemieckie. A kiedy umierającego męża stanu wtrącano do więzienia, to wypadało. Więzienie było polskie.

Nie ma przeszkód, by w statutach polskich spółek przyjmować zasadę, że do rady nadzorczej można wybrać tylko akcjonariuszy spółki, posiadających akcje w określonej ilości lub wartości. Dla pracowników spółki można zastosować łagodniejsze kryteria. Przykłady anglosaskie wykazują, że spółki mają się lepiej, jeżeli nadzór i zarząd ma znaczne pakiety akcji. Pora wygonić nadzór z oślej ławki między akcjonariuszy.

2001.05.14 tekst został ogłoszony w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka

Czytaj także:
2001.06.04 Wystarczy mieć
2013.07.19 Turecki święty

Walne imieniny [2001]

Jeden przepis mówi tak, drugi siak, trzeci nie mówi nic, życie toczy się, prawnicy zarabiają.

W kodeksie spółek handlowych zazębiają się z sobą przepisy wyrażające ducha różnych epok. Zazębiają się źle. Mechanizm zgrzyta. Nie może być inaczej. Absolutnie zborny system prawa można spotkać jedynie w Utopii. Z dawnych czasów wywodzi się przepis dopuszczający odbycie walnego zgromadzenia bez formalnego zwołania. Jest to tryb wybitnie uproszczony, pozwalający omijać niemal wszystkie formy i terminy. Nie wymaga on więc ogłaszania o walnym zgromadzeniu, oznaczania szczegółowego porządku obrad, w tym ewentualnie treści zamierzonych zmian statutu. Nie wymaga wykładania list akcjonariuszy uprawnionych do uczestnictwa w walnym zgromadzeniu itd., itp.

Za to konieczne jest spełnienie innych wymogów. Walne zgromadzenie może podejmować uchwały tylko wtedy, jeżeli jest na nim reprezentowany cały kapitał. Tylko wtedy, jeżeli nikt z obecnych nie zgłosił sprzeciwu dotyczącego odbycia walnego zgromadzenia. A nadto tylko wtedy, jeżeli nikt z obecnych nie wniósł sprzeciwu w kwestii wniesienia poszczególnych spraw do porządku obrad. Za obecnych uważa się tych, którzy podpisują listę obecności, a podpisują ją akcjonariusze i ich pełnomocnicy, nie zaś osoby spoza tego grona.

W tym trybie każdy akcjonariusz, nawet najmniejszy, może zablokować uchwałę zgromadzenia, albo nawet zerwać zgromadzenie, stosując liberum veto, jak zrywano sejmy i sejmiki. Może nie przybyć na tak zwołane zgromadzenie i nie obesłać go swoim pełnomocnikiem – a zgromadzenie nie dojdzie do skutku. Może przybyć, ale nie zezwolić na odbycie zgromadzenia. Może wnieść sprzeciw w kwestii postawienia danej sprawy na porządku obrad.

Nieformalny tryb zwołania i przygotowania walnego zgromadzenia ma niewątpliwe zalety. Pozwala oszczędzić koszty, a przede wszystkim czas. Umożliwia szybkie reagowanie na potrzeby chwili. Chętnie korzystają z niego spółki, których akcjonariat jest nieliczny i panuje w nim harmonia interesów. Jest to zjawisko w naszych czasach rzadkie. Ostatnio panuje moda na wchodzenie do spółki nie po to, aby działać wespół z innymi akcjonariuszami, lecz aby działać wbrew im.

Jest jeszcze jeden warunek, który bezwzględnie musi być spełniony, by zbiórka akcjonariuszy lub ich pełnomocników mogła przekształcić się w walne zgromadzenie: uchwały muszę być protokołowane przez notariusza. Bywa, że zamysł powzięcia uchwały dojrzewa pod wpływem impulsu, u cioci na imieninach lub podczas kolacji w lokalu. Wzywa się wtedy zaprzyjaźnionego rejenta. Ważne, by ciocia wyprawiała imieniny w siedzibie spółki, czyli w miejscowości uwidocznionej w rejestrze. Chyba, że statut spółki wskazuje inne miejsce na terytorium Rzeczypospolitej.

Opowiadał mi przed laty ojciec, przedwojenny notariusz, że owszem, kiedyś odmówił pomocy, gdy został nagle wezwany na walne zgromadzenie we frywolnym przybytku pod miastem (złą sławę tego miejsca zdążył poznać kilka nocy wcześniej, spisując tam testament sędziwego fabrykanta, który zasłabł; ojciec nie trudził się darmo, gdyż fabrykant, bodaj mydła, wkrótce skonał). Jeżeli walne zgromadzenie ad hoc balowało w restauracji hotelowej, rejent w akcie notarialnym pisał po prostu, że obrady odbywały się w hotelu. Też prawda, a brzmiało poważniej.

Walne zgromadzenie odbywane ad hoc, bez formalnego zwołania, to tryb stary, nieczęsto używany, mocno już przerdzewiały. Ostatnio zazębiono z nim tryb nowy, dający prawo członkom organów spółki do uczestniczenia w walnym zgromadzeniu. Każdym, więc nawet zwołanym ad hoc, na imieninach lub w knajpie z wyszynkiem. Nierzadko prawo uczestniczenia w walnym zgromadzeniu przysługuje także byłym członkom zarządu i rady nadzorczej. W tym odwołanym, może już skłóconym z gronem akcjonariuszy. Walne zgromadzenie ad hoc może być zwoływane bez dochowania ustawowej formy zawiadamiania o nim akcjonariuszy spółki. Jak zawiadomić o nim członków organów spółki, względnie także uprawnionych byłych członków? Ustawodawca milczy na ten temat. Wystarczy tryb niepubliczny, przewidziany dla zawiadamiania o posiedzeniach zarządu i dla zapraszania na posiedzenie rady nadzorczej. Jest to tryb uregulowany w regulaminach zarządu i rady, a gdy ich nie ma (bowiem być nie musi) – ukształtowany praktyką. Jest to wszelako tryb, co przecież uniemożliwia zawiadamianie ich w ostatniej chwili, wzywanie ‘na gwizdek’.

Ustawodawca zapomniał także rozstrzygnąć, jakie będą następstwa sytuacji, w której ‘uprawnieni do uczestniczenia’ w walnym zgromadzeniu członkowie organów spółki nie zostaną w takim trybie, lub w ogóle, powiadomieni o walnym zgromadzeniu odbywanym bez formalnego zwołania. Procesy o stwierdzenie nieważności uchwał takich zgromadzeń nabiją kieszenie prawnikom i zainspirują sądy do kreatywnego orzekania.

Tekst ogłoszony 7 maja 2001 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka
Czytaj także:
2001.04.30 Od słowa do chaosu