Miesięczne archiwum: Wrzesień 2001

Kryzys i szansa walnego zgromadzenia [2001]

* Wadliwy regulamin walnego zgromadzenia kształtuje na nim złą atmosferę.
** Dojrzewa przekonanie, że walne zgromadzenie staje się środowiskiem nieprzyjaznym dla akcjonariuszy.
*** Brak corporate governance ciąży na wycenie polskich spółek i na ocenie polskiego rynku.
**** Pora na wielką reformę walnego zgromadzenia!

O znaczeniu regulaminu walnego zgromadzenia trzeba dopiero przekonać tak spółki, jak inwestorów. Spółki, ponieważ często lekceważą nie tylko sam dokument, lecz w ogóle walne zgromadzenie. Inwestorów, ponieważ powszechnie nie uczestniczą w walnych zgromadzeniach.

Na walnych zgromadzeniach polskich spółek dochodzi do ekscesów i skandali, naruszeń prawa, gwałtów na mniejszości. Kreuje to fatalną atmosferę wokół polskiego rynku. Nie ma potrzeby zapewniać, że jak nie wszystkie spółki są ostojami złych praktyk, tak nie wszystkie walne zgromadzenia bywają wynaturzone. Lecz media nie zaprzątają uwagi opinii publicznej walnymi zgromadzeniami, które odbywają w harmonii, natomiast dużo pisze się i mówi o walnych zgromadzeniach, na których pokrzywdzono inwestorów. Złe wrażenie wywołuje zwłaszcza festiwal złych obyczajów, demonstrowanych na walnych zgromadzeniach wielkich i znanych spółek publicznych.

Na tym tle dojrzewa przekonanie, że walne zgromadzenie jest środowiskiem wrogim inwestorom. Niestety, bywa to prawdą. Spółki najpierw kokietują inwestorów, żeby objęli akcje. Później niejednokrotnie przestają się nimi przejmować. Nie biorą pod uwagę ich interesów. Świadczy o tym postawa wielu spółek, nawet publicznych, które nie podejmują żadnych wysiłków w kierunku wykorzystania walnego zgromadzenia do ożywienia swoich kontaktów z akcjonariuszami i nie zachęcają ich do uczestnictwa w walnym zgromadzeniu, osobiście lub przez pełnomocnika.

(*) Ustrój spółki nie kreuje jej wyniku, ale go uwiarygodnia

Postawa ta przejawia się między innymi tym, że wiele spółek nie publikuje raportów rocznych, bądź nie udostępnia ich uczestnikom walnych zgromadzeń, nie wykorzystuje swojej witryny internetowej do ogłaszania dokumentów ustrojowych spółki (jednolity tekst statutu, regulamin walnego zgromadzenia), nie przygotowuje należycie zwyczajnego walnego zgromadzenia, a w konsekwencji zwołuje nadzwyczajne walne zgromadzenia bez rzeczywistej po temu potrzeby (bo nie jest nią sprawa, którą zaniedbano załatwić na zwyczajnym walnym zgromadzeniu, lub którą można swobodnie odroczyć do następnego zwyczajnego walnego zgromadzenia).

Na dobro polskich spółek warto zapisać powszechny zwyczaj uchwalania przez ich walne zgromadzenia regulaminów obrad. W spółce akcyjnej regulaminy jej organów nie są obligatoryjne. Kodeks spółek handlowych (Ksh) dwakroć wspomina o regulaminie zarządu: określa, kiedy który organ spółki może go uchwalić (art. 371 § 6) i stanowi, że wobec spółki członkowie zarządu podlegają ograniczeniom ustanowionym m.in. w regulaminie zarządu (art. 375). O regulaminie rady nadzorczej Ksh wspomina tylko raz (art. 391 § 3), lecz od razu normuje dwie kwestie, mianowicie kiedy który organ spółki może go uchwalić, oraz co rozstrzyga regulamin rady nadzorczej: określa on mianowicie jej organizację i sposób wykonywania czynności.

O regulaminie walnego zgromadzenia Ksh nie wspomina. Ustawodawca uznał, że nie ma takiej potrzeby. Ksh nie wskazuje, który organ spółki władny jest uchwalić regulamin walnego zgromadzenie, ponieważ oczywiście jest nim tylko samo walne zgromadzenie. Ksh nie wskazuje, kiedy walne zgromadzenie uchwala swój regulamin, ponieważ może ono albo uchwalić regulamin stały, albo każdorazowo uchwalać regulamin. Ksh nie poddaje uczestników walnego zgromadzenia, jak poddał członków zarządu, ograniczeniom wobec spółki ustanowionym w regulaminie tego organu, ponieważ byłoby to sprzeczne z naturą spółki akcyjnej. Ksh nie wskazuje, czego dotyczy regulamin walnego zgromadzenia, ponieważ z wielu jego przepisów wynika, czego ów regulamin w żadnym wypadku nie może rozstrzygać.

Ksh szczegółowo normuje zwoływanie walnego zgromadzenia, wskazując uprawnionych do zwołania, oraz tryb ogłaszania o zwołaniu walnego zgromadzenia, oraz proces przygotowywania walnego zgromadzenia, (w tym kalendarz czynności, jakich należy dopełnić), oraz niektóre aspekty przebiegu walnego zgromadzenia, oraz wymogi dotyczące powzięcia uchwał, jak kworum lub większość głosów, oraz bieg spraw po walnym zgromadzeniu. Natomiast regulamin walnego zgromadzenia może rozstrzygać sprawy porządkowe związane z przebiegiem walnego zgromadzenia, które nie zostały rozstrzygnięte w ustawie lub statucie spółki. Wystarczy jednak rzut oka na treść regulaminów walnych zgromadzeń, by dostrzec, że wybiegają one daleko poza ów kanon i dotykają przede wszystkim spraw, których rozstrzygnąć nie mogą, ze szkodą dla spraw, które powinny rozstrzygnąć.

Jest to jeden z objawów wybitnie niekorzystnego one zjawiska: dokumenty ustrojowe polskich spółek (czyli statuty i regulaminy) są bardzo niskiej jakości. Wynika to z powszechnej nieznajomości prawa, lekceważenia go, prób obchodzenia przepisów, bądź naginania ich do aktualnych potrzeb, zaś nade wszystko z rozpowszechnionego na rynku przekonania, że wartość spółki kształtują wyniki finansowe, a nie fundamenty ustrojowe. Jak długo spółka nie uporządkuje swoich dokumentów ustrojowych, czyli jak długo nie podda się rygorom corporate governance, zapewniających przejrzystość procesów podejmowania decyzji, tak długo jej wyniki finansowe nie będą wiarygodne. Nic bowiem nie będzie świadczyć, że nie zostały one po prostu spreparowane. Ustrój spółki nie kreuje jej wyniku, ale go uwiarygodnia.

(*) Pieniądze wyciekają ze spółki przez luki w statucie i w regulaminach

Zanim polskie spółki ukształtują porządek korporacyjny, powinny one uporać się wreszcie z kilkoma zwyrodnieniami.

Pierwsze to efekt dziurawej kieszeni. W Polsce jeszcze nie docenia się, że należycie sporządzony statut, starannie dostosowany do niepowtarzalnych cech spółki, poważnie wzbogaca jej wartość, a dobrze opracowane regulaminy wszystkich jej organów nie tylko usprawniają podejmowanie decyzji, lecz także pośrednio służą interesom akcjonariatu. Niestety, dokumenty ustrojowe spółek są często uznawane za drugorzędne kwity bez praktycznego znaczenia, przeto dla oszczędności spółki nie tworzą ich same, sięgając po gotowe rozwiązania. Chodzi już nawet nie o to, że zamiast skroić ubranie na miarę, spółka wybiera używane łachy, lecz o to, że w tych łachach kieszenie są dziurawe. To wcale nie przypadek, że przez luki w statucie, a nawet w regulaminach, wyciekają ze spółki pieniądze! Zależność między jakością corporate governance, a corporate performance, czyli wynikami spółek, staje się coraz bardziej oczywista.

Drugie to efekt zatrutej studni. Ponieważ inwestorzy (przynajmniej do tej pory) nie oceniają spółek po statutach, a samym spółkom także nie zależy, by ich statuty były oryginalne, twórczo wzbogacały ich tożsamość – spółki zadowalają się bezkrytycznym korzystaniem z cudzych wzorów, niekoniecznie dobrych. Przy tym powszechnie nie dostrzega się, że statut służy spółce, jej akcjonariatowi, a nie pro forma sądowi rejestrowemu. Dlatego spółki, albo ich prawnicy, powszechnie przepisują, w całości lub we fragmentach, dokumenty ustrojowe innych spółek. Rozumuje się następująco: jeżeli tamtą spółkę wpisano do rejestru, jej statut jest zapewne zgodny z prawem. Lecz sądy rejestrują wiele spółek z wadliwymi statutami, zawierającymi liczne uchybienia. Trudno przekonać opinię publiczną, że statut spółki nie jest kartką papieru, a dziełem sztuki prawniczej, ponieważ wykonawcy owych dzieł wcale nie tworzą, ale kompilują, kopiują, kombinują, zaś ich wiedza prawnicza często pochodzi ze źródła zatrutego brakiem należytej staranności zawodowej.

Trzecie to efekt wirusa. Zwyrodnienie to polega na tym, że dokumenty ustrojowe spółek są powszechnie zainfekowane rozmaitymi błędami. Spółki nie dążą do opracowania specjalnie na swoje potrzeby oryginalnych statutów, a zwłaszcza regulaminów ich organów, ale bezmyślnie przejmują te akty jedna od drugiej. Co jedna spółka skopiuje, kolejna kopiuje od niej. Rzecz jasna, wraz z błędami. Kserokopiarka nie jest wyposażona w filtr, który wychwyci prawnicze nonsensy i nie przepuści ich dalej; przecież nawet sądy rejestrowe nonsensów nie wychwytują! Wystarczy, że stażysta obsługujący sprawy spółki ‘A’ czegoś nie doczyta, nie dorobi, a wkrótce jego pomyłka zostanie zwielokrotniona, rozpełznie po całym rynku.

Czwarte to efekt kaskady. Utarło się mianowicie, że akty wyższej rangi służą temu, by przepisywać z nich, ile się da, do aktów niższej rangi. W ten sposób przepisy ustawy spływają do statutów, a z nich kaskadą do regulaminów. Także przepisy statutu są przejmowane do regulaminów. Zapożyczenia z ustawy są całkiem zbędne, ale mniej szkodliwe, natomiast ze statutu bywają niebezpieczne. Za sprawą omówionych już zwyrodnień statut bywa przecież byle jaki. Przy tym im więcej do regulaminu spłynęło kaskadą cytatów z ustawy i statutu, tym mniej w nim jego własnej, oryginalnej treści; tym mniej uregulowań poświęconych tym akurat sprawom, które regulamin ma rozstrzygać.

(•) Zbędne przepisy wypierają z regulaminów wszystko, co wartościowe

W regulaminach, a nawet w statutach, często pojawia się termin: „walne zgromadzenie akcjonariuszy”. Jest to dosłowna kalka z angielskiego General Meeting of Shareholders, lecz sformułowanie jest nieścisłe. Pełnoprawnymi uczestnikami walnego zgromadzenia są więc nie tylko akcjonariusze, także ich pełnomocnicy. Wprawdzie zgromadzenie niekoniecznie jest „walne” (bo najczęściej uczestniczą w nim nieliczni z uprawnionych), wprawdzie walne niekoniecznie jest „zgromadzeniem” (skoro często jego uczestników, nawet w spółce publicznej, można policzyć na palcach), lecz użycie owych słów na wyrost nikogo jeszcze nie dyskryminuje. Natomiast pełnomocnicy bywają w Polsce dyskryminowani. Regulaminy walnych zgromadzeń niektórych spółek przyjęły bezprawnie, że wyłącznie akcjonariuszowi można powierzyć przewodnictwo walnego zgromadzenia.

Typowym przykładem przepisu całkiem niepotrzebnego w regulaminie walnego zgromadzenia jest często spotykane w nim postanowienie, iż „walne zgromadzenie jest najwyższą władzą spółki”. Archaicznym pojęciem „władz spółki” posługiwał się kodeks handlowy. Kodeks spółek handlowych zastąpił je terminem „organy spółki”, wiec obecnie walne zgromadzenia zamieniają jedno słowo drugim, zamiast w ogóle skreślić ten niefortunny przepis. Otóż walne zgromadzenie nie jest najwyższym organem spółki, ponieważ organy spółki nie są zbudowane hierarchicznie. Każdy ma swoją domenę, niezależną od domen pozostałych organów. Zarząd i rada nadzorcza nie są zatem podporządkowane walnemu zgromadzeniu. Wprawdzie walne zgromadzenie może wpłynąć na ich skład osobowy i zakres kompetencji, ale z kolei rada nadzorcza i zarząd, a także każdy z członków rady i zarządu, może zaskarżać uchwały walnego zgromadzenia. „Wyższość” walnego zgromadzenia nad innymi organami spółki jest raczej sprawą wiary, niż faktu, ale gdyby nawet była faktem, z odnotowania go w regulaminie nic zgoła nie wynika.

Niektóre regulaminy taksatywnie wyliczają uprawnienia walnego zgromadzenia, co nie ma w praktyce znaczenia. Inne kreują domniemanie, że „do kompetencji walnego zgromadzenia należą wszystkie sprawy związane z działalnością spółki, a nie zastrzeżone do kompetencji innych organów spółki”. Prawo nie daje podstaw do takiego domniemania. Kompetencje walnego zgromadzenia są ściśle określone w ustawie i w statucie. Natura spółki akcyjnej przemawia za przyjęciem domniemania kompetencji zarządu. Stąd bliższy prawdy jest cytat z innego regulaminu: „do kompetencji walnego zgromadzenia należą tylko te sprawy, które na mocy przepisów prawa i postanowień statutu są mu wyraźnie przekazane”.

Efekt kaskady sprawił, że większość regulaminów walnych zgromadzeń składa się w przede wszystkim z przepisów bezprzedmiotowych, które jeżeli nawet nie są nieścisłe lub błędne, to są przynajmniej najzupełniej zbędne, ponieważ omawiane nimi sprawy mogą zostać uregulowane wyłącznie aktami prawnymi wyższego rzędy, czyli ustawą lub statutem. Jak w prawie Kopernika i Greshama lepszy pieniądz bywa wypierany z obiegu gorszym pieniądzem, tak w tej dziedzinie przepisy zbędne wypierają z regulaminów walnego zgromadzenia wszystko, co wartościowe.

Wszystkie przykłady przytoczone w tekście pochodzą z regulaminów walnych zgromadzeń spółek publicznych. Zbędne są więc przepisy regulaminów określające podstawy prawne działania walnych zgromadzeń. Jedna ze spotykanych formuł przewiduje, że „walne zgromadzenie działa na podstawie kodeksu spółek handlowych, statutu, oraz niniejszego regulaminu”. Inna zmierza do wywołania wrażenia, że regulamin bierze prymat nad statutem i kodeksem: „w sprawach nieuregulowanych w niniejszym regulaminie mają zastosowanie przepisy statutu i kodeksu. Wypełnianie regulaminów takimi postanowieniami trudno tłumaczyć inaczej, jak właśnie dążeniem do wyparcia z nich treści mających praktyczne znaczenie.

(•) Zbędne przepisy można ignorować, ale bezpieczniej wykorzenić je

Regulamin przepełniony bezprzedmiotowymi lub błędnymi przepisami wcale nie służy usprawnieniu przebiegu walnego zgromadzenia i podejmowaniu przez nie uchwał. Zbędne postanowienia można ostatecznie ignorować, ale bezpieczniej wykorzenić je, usunąć z regulaminu, gdyż nic nie znaczą, nie obowiązują, a bywają zainfekowane rozmaitymi błędami.

Jeżeli statut nie czyni różnicy między warunkami odbywania zwyczajnych i nadzwyczajnych walnych zgromadzeń, zbędne są przepisy regulaminów dotyczące tej materii. Zbędne są przepisy w sprawie terminu, w jakim powinno się odbyć zwyczajne walne zgromadzenie, oraz w sprawie wyliczenia spraw mogących być przedmiotem walnego zgromadzenia. Zbędne są przepisy w sprawie trybu ogłaszania o zwołaniu walnego zgromadzenia, oraz w sprawie warunków uczestnictwa w walnym zgromadzeniu, oraz w sprawie terminu i miejsca złożenia wydanych przez biura maklerskie świadectw depozytowych.

Zbędne są postanowienia regulaminów walnych zgromadzeń dotyczące wskazania podmiotu obowiązanego do sporządzenia listy akcjonariuszy uprawnionych do uczestnictwa w walnym zgromadzeniu, oraz wymogów, jakie lista powinna spełniać, oraz terminu i miejsca wyłożenia listy, oraz uprawnienia akcjonariuszy do przeglądania listy i żądania jej odpisu. Dwa powody przemawiają przeciwko wprowadzaniu do regulaminu walnego zgromadzenia przepisów dopuszczających możliwość powzięcia uchwały w sprawach nie objętych porządkiem obrad, lub odbycia walnego zgromadzenia mimo braku formalnego zwołania, jeżeli cały kapitał zakładowy jest reprezentowany, a nikt z obecnych nie zgłosił sprzeciwu. Po pierwsze, w spółkach publicznych praktycznie nie wchodzi w rachubę zebranie na walnym zgromadzeniu reprezentacji całego kapitału. Po drugie, sprawa została uregulowana wprost w ustawie (acz nie bez niedomówień), więc ani statut, ani regulamin nie tu nie mogą dodać.

Podobnie nie ma potrzeby wprowadzania do regulaminu walnego zgromadzenia przepisów dotyczących prawa akcjonariuszy do uczestniczenia w walnym zgromadzeniu i wykonywania prawa głosu przez pełnomocników lub innych przedstawicieli. Jest to materia ustawowa, regulowana w kodeksie spółek handlowych, a także w kodeksie cywilnym. Spółki, wbrew zapędom niektórych spośród nich, nie mogą wprowadzać obostrzeń dotyczących pełnomocnictwa. Nie mogą także, czego chyba wkrótce zapragnie akcjonariat, odstąpić od wymogu udzielania pełnomocnictw na piśmie, pod rygorem nieważności, i dopuszczenia pełnomocnictw udzielanych drogą elektroniczną.

Polska praktyka walnych zgromadzeń odbiega od praktyki wielu państw m.in. w tych aspektach, że rodzimi indywidualni akcjonariusze rzadko udzielają pełnomocnictw do wykonywania prawa głosu na walnym zgromadzeniu; że jeszcze rzadziej udzielają pełnomocnictw instytucjom finansowym; że nie jest dopuszczone głosowanie za pomocą poczty; że nie jest dopuszczone odbywanie walnych zgromadzeń on-line, za pomocą środków łączności bezpośredniej umożliwiających zdalne wzajemne porozumiewanie się uczestników. Wiele wskazuje na to, że walne zgromadzenia polskich spółek niebawem staną się bardziej podatne na nowinki płynące ze świata.

(•) Gdzie ustawa już nie sięga, a statut się kończy, zaczyna się regulamin

Zbyteczne są w regulaminie walnego zgromadzenia przepisy określające warunki ważności zgromadzenia, czy to ze względu na liczbę obecnych akcjonariuszy i reprezentowanych akcji, czy to ze względu na obecność notariusza. Rekord nonsensu pobiła jedna ze spółek publicznych, która w regulaminie walnego zgromadzenia zamieściła radosny przepis, że w „obradach walnego zgromadzenia uczestniczy z urzędu notariusz, którego obowiązkiem jest protokołowanie uchwał walnego zgromadzenia”. Inna spółka w regulaminie walnego zgromadzenia stwierdza prawdziwie, lecz zbędnie: „Podjęte uchwały jeżeli nie zostaną zaprotokołowane są nieważne”.

Jak nie ma potrzeby wyliczania w regulaminie spraw wymagających uchwały walnego zgromadzenia, tak niedopuszczalne jest ograniczanie przez regulamin praw głosu akcjonariuszy. Nie ma potrzeby wskazywania w regulaminie osoby lub osób uprawnionych do otwarcia walnego zgromadzenia. Regulamin nie może modyfikować ustawowych zasad dotyczących tajności głosowania oraz warunków przyjęcia uchwał. Zbędne są przepisy dotyczące trybu zgłaszania sprzeciwu przez akcjonariusza, który głosował przeciwko uchwale i zażądał zaprotokołowania sprzeciwu.

Jest zjawiskiem charakterystycznym, że w regulaminach walnych zgromadzeń powszechnie cytowane są przepisy ustawy o charakterze bezwzględnie obowiązującym. Czy jest to wyrazem niewiary w znajomość prawa spółek wśród uczestników walnych zgromadzeń? Z drugiej strony, kodeks spółek handlowych dopuszcza w wielu określonych sprawach możliwość przyjęcia w statucie indywidualnych (odmiennych od kodeksowych, lub dowolnych – w ramach nakreślonych przez art. 304 § 3 i § 4 Ksh) rozwiązań dotyczących walnego zgromadzenia. Spółki otrzymały więc znaczną swobodę plastycznego kształtowania swojego ustroju, w tym ustroju walnego zgromadzenia.

Lecz spółki nie wykorzystują tej swobody. Nie wykorzystują możliwości przyjmowania w statutach rozwiązań pozwalających zindywidualizować ich walne zgromadzenie. Wyjątkiem jest nadużycie swobody w kwestii miejsca zwołania walnego zgromadzenia: gdzie kodeks pozwala określić w statucie ‘miejsce’ (więc jedno) odbywania walnych zgromadzeń inne niż miejscowości będące siedzibą spółki lub giełdy – statuty dowolnie wymieniają wiele takich miejsc. Utrudnia to kontakty spółki z akcjonariatem.

Jeszcze mniej twórczo spółki podchodzą do regulaminów walnego zgromadzenia. Ich rola zaczyna się tam, dokąd ustawa już nie sięga, oraz gdzie statut się kończy. Regulamin walnego zgromadzenia może i powinien uregulować kilka kanonów. Wymieniam przykładowo kilka propozycji:

>>> Kanon czytelnego rozgraniczenia spraw merytorycznych (normowanych postanowieniami ustawy i statutu) oraz spraw porządkowych (normowanych właśnie przepisami regulaminu).

>>> Kanon sprawnego przebiegu walnego zgromadzenia, które nie powinno grzęznąć w zawiłościach proceduralnych, ani w kłótniach, ani przerywać tok obrad, ale z poszanowaniem praw większości i mniejszości zmierzać do podjęcia uchwał.

>>> Wiążą się z tym kanony fachowości i bezstronności przewodniczącego (niektóre regulaminy przewidują nadto wybór wiceprzewodniczącego walnego zgromadzenia, przed czym przestrzegam, ponieważ uchwały podjęte pod nieobecność przewodniczącego mogą zostać skutecznie wzruszone).

(•) Na walnym zgromadzeniu forma jest ważna, lecz ważniejsza treść

Inne pożądane kanony regulaminu walnego zgromadzenia powinny m. zd. dotyczyć należytego redagowania projektów uchwał (chodzi o unikanie tzw. uchwał negatywnych, których z powodów formalnych nie można zaskarżać); konieczności rozważania przez walne zgromadzenie spraw umieszczonych w porządku obrad, a zwłaszcza wprowadzonych pod obrady na wniosek akcjonariuszy; wybierania członków organów spółki odrębnymi uchwałami w sprawie wyboru każdego z nich z osobna; wreszcie – możliwości sprawdzania przez akcjonariuszy (lub potwierdzania) wyników głosowania elektronicznego.

Można spierać się, czy walne zgromadzenie jest „najwyższym” organem w spółce, ale niezaprzeczalnie ono (i tylko ono) podejmuje uchwały w najważniejszych sprawach spółki. Jednak to nie walne zgromadzenie kreuje projekty tych uchwał. Nie ono wykuwa ich treść. Walne zgromadzenie zatwierdza tylko, lub odrzuca, projekty przygotowane przez inne organy spółki, lub przez akcjonariuszy. Stąd więcej w nim ceremoniału, niż ożywionej dyskusji. Stąd ogromne przywiązanie do form, których niedopełnienie może doprowadzić do wzruszenia uchwał powziętych przez walne zgromadzenia.

Ale ważniejsza jest treść. Sprowadza się ona do tego, że walne zgromadzenie jest platformą, na której spółka spotyka się a akcjonariatem. Jest ono także jedynym organem spółki, w którym mogą bezpośrednio uczestniczyć akcjonariusze. Masowo. Bezpośrednio, czyli nie z racji wyboru któregoś z nich do zarządu, albo do rady nadzorczej, a z tytułu posiadania akcji. Nawet jednej. Pozycja akcjonariusza na walnym zgromadzeniu jest w Polsce niekorzystna. Większość regulaminów walnego zgromadzenia okazuje więcej uprzejmości „osobom zaproszonym”, niż najważniejszemu w tej chwili i w tym miejscu akcjonariuszowi – dostawcy kapitału. Gości najczęściej nie dotyczą ograniczenia w kwestii czasu i tematu przemawiania. Akcjonariuszowi regulamin często wyznacza limit 5 minut na wypowiedź (plus ewentualnie 3 minuty na replikę), ale przewodniczący może odebrać mu głos, jeżeli mówi „nie na temat”, czyli nie trzyma się ściśle rozpatrywanego punktu porządku obrad, lecz pragnie powiedzieć coś od siebie, lub zgłosić wniosek, choćby najbardziej sensowny, ale wykraczający poza porządek obrad. Przewodniczący często może również wcześniej zamknąć liczbę mówców i akcjonariusza w ogóle nie dopuścić do głosu.

Atmosferę walnych zgromadzeń psuje też nieobecność niektórych członków rady nadzorczej (nieobecność członków zarządu zdarza się obecnie znacznie rzadziej). Akcjonariusz nie ma więc okazji do przekazania im uwag, lub uzyskania od nich odpowiedzi na zadawane pytania. Przewodniczący czasem zniechęca do dyskusji. Jego zadaniem jest doprowadzenie do powzięcia przez walne zgromadzenie proponowanych uchwał. Wolałby on walne zgromadzenie jako maszynkę do głosowania, niż jako klub dyskusyjny. Nie chodzi o to, by spółka umieszczała w porządku obrad bezproduktywny punkt „wolne wnioski”, lecz o to, by wzbogacić walne zgromadzenie poglądami akcjonariuszy (nie dopuszczając przy tym do nadmiernego gadulstwa).

(•) Reforma walnego zgromadzenia to zmiany obyczajów, nie prawa

Akcjonariusz, który zdecydował się wziąć udział w walnym zgromadzeniu, poświęca temu czas i ponosi związane z tym koszty. Traci więc, kiedy walne zgromadzenie postanawia nie odbywać obrad, albo odracza je na inny termin, albo przewleka je z powodu przerw. Epidemia takich zjawisk owocuje biernymi postawami drobnych akcjonariuszy, grozi ich wyjściem z rynku, a wkrótce uwiądem giełdy, która przestanie spełniać swoją rolę dostarczyciela kapitału spółkom.

Niektóre spośród wspomnianych problemów można rozwiązać dzięki przyjęciu przez spółki nowoczesnych, odpowiadających ich rzeczywistym potrzebom, regulaminów walnego zgromadzenia. Do rozwiązania innych może przyczynić się sformułowanie zasad dobrej praktyki walnego zgromadzenia i powszechne podporządkowanie się tym zasadom przez spółki. Gdyby do tego doszło, gdyby oba warunki zostały harmonijnie spełnione przez spółki, widomy kryzys walnego zgromadzenia mógłby przekształcić się w wielką szansę na jego reformę. Światowe rynki pogrążają się w Wielkiej Bessie, więc spółkom łatwiej oswajać społeczność akcjonariuszy i pozyskiwać jej życzliwość na uczciwych i przyjaźnie odbywanych walnych zgromadzeniach, niż poprzez ceduły giełdowe lub mroczne analizy perspektyw wzrostu kursu.

Co ważne: przeprowadzenie wszechstronnej reformy walnego zgromadzenia nie wymaga zmian w substancji prawa. Wystarczy w dobrej wierze stosować przepisy kodeksu spółek handlowych, wsparte profilowanymi dla każdej ze spółek statutami i regulaminami walnego zgromadzenia. Wystarczy upowszechniać znajomość dokumentów ustrojowych spółki. Służą one nie tylko prawnikom, kiedy przychodzi im pisać pozwy o wzruszenie uchwał walnego zgromadzenia, lecz przede wszystkim inwestorom, kiedy przychodzi im wykonywać swoje prawa z akcji.

Natomiast pożądane zmiany w substancji rynku można osiągnąć nasycając go dobrymi obyczajami i porządkiem korporacyjnym. Pojęcie to oznacza właściwy i przejrzysty układ stosunków tak w samej spółce, pomiędzy zarządem, nadzorem, akcjonariatem, jak między spółką a środowiskiem dotkniętym jej działalnością.

Porządek korporacyjny, jak umownie przekładam termin corporate governance, to brakujące ogniwo łańcucha polskich przemian. Bez niego wolny rynek, demokracja, swoboda przedsiębiorczości, nie osiągną pełnego wymiaru. Im więcej tego porządku w samych spółkach i w ich otoczeniu, tym w Polsce korzystniejszy klimat inwestycyjny, czyli tym większe szanse rozwoju gospodarczego. Do niedawna nie dostrzegaliśmy braku tego ważnego aspektu transformacji. Polskie kręgi gospodarcze jeszcze nie przystąpiły do formowania założeń rodzimego porządku korporacyjnego, ale przynajmniej zyskują świadomość takiej potrzeby.

Szkic ogłoszony w numerze 9/129/2001 miesięcznika nasz Rynek Kapitałowy

Więcej światła! [2001]

Od skuteczności nadzoru zależy coraz więcej, nawet bezpieczeństwo naszej cywilizacji.

W pierwszej wojnie światowej walczono na bagnety, pociski i iperyt. W drugiej na bomby, butelki benzyny, cyklon B. W trzeciej będziemy walczyć na pieniądze, pieniądze i pieniądze. Nie chodzi o to, żeby jedna strona miała więcej pieniędzy niż druga, lecz żeby druga nie miała ich wcale.

Należy odciąć terroryzm od źródeł finansowania. Policja może ścigać terrorystów hen, aż po najdalsze krańce Ziemi; wymiar sprawiedliwości może ich osądzać – ale prawdopodobnie pojawią się następni. Rozprawa z terroryzmem wymaga reformy finansów przeprowadzonej na globalną skalę, obejmującej wszystkie państwa demokratyczne, wszystkie rynki, nawet wszystkie spółki. Reformy zmierzającej ku zapewnieniu większej przejrzystości wszelkiej działalności gospodarczej.

Swoboda przedsiębiorczości musi zostać uwarunkowana pełniejszą jawnością poczynań. Inaczej społeczeństwa mogą przegrać z plagami współczesności, jakże często idącymi w parze: terroryzmem i narkobiznesem. Przeto niemniej ważne od ustalenia, kto dokonuje aktów terroru, jest ustalenie, kto je finansuje, gdzie znajdują się jego pieniądze i w jaki sposób można mu je zabrać. Panuje przekonanie, że przestępcy dysponują przede wszystkim pieniędzmi uzyskanymi w drodze przestępstwa. Stąd wyprowadza się wniosek, że należy skupić się na zapobieganiu prania brudnych pieniędzy, polegającemu na legalizowaniu pieniędzy pochodzących z działalności przestępczej i wprowadzaniu ich do obrotu.

Jest to dramatyczne uproszczenie. Terroryzm niekoniecznie bywa wspierany wyłącznie pieniędzmi pochodzącymi z przestępstw. Niekiedy stoją za nim pieniądze zdobyte uczciwie. Naprawdę niebezpieczny bywa pieniądz nie ze względu na to, że pochodzi z niegodziwego źródła, ale z uwagi na to, że będzie obrócony na niegodziwy cel. Przeto absolutnie nie wystarczy zbadać metrykę pieniędzy. Należy śledzić je na każdym kroku. Oceniać, dokąd zmierzają. Uniemożliwić im dotarcie do niegodziwego celu. W razie potrzeby strącić je, jak rakietę wroga.

Najczarniejszy Wrzesień uświadamia społeczeństwom potrzebę głębokiego przemyślenia sensu i kształtu prastarych tajemnic: bankowej i handlowej. Czy w ogóle – a jeżeli tak, to do jakiego stopnia – można uszanować tajemnice obrotu gospodarczego w obliczu nawoływań do jawności, która najskuteczniej zapobiegnie finansowaniu terroryzmu? Powiada się, że najlepszym środkiem dezynfekcyjnym jest światło. Im silniejszy rzucimy snop światła na rynki, spółki, transakcje, tym bezpieczniejsza będzie nasza cywilizacja.

Szczególnie ważne zadanie przypada radom nadzorczym. Akcjonariusze oczekują od nich wykonywania nadzoru nad wszystkimi aspektami działalności spółki, zaś od spółki oczekują zysku. Społeczeństwa oczekują znacznie więcej – zapewnienia, że działalność spółki nie godzi w ich interesy, jest prowadzona etycznie i chroni środowisko. Wymaga to od członków nadzoru nie tylko kwalifikacji w dziedzinie rachunkowości, także rozległej wiedzy, twórczej wyobraźni i odwagi. Niemal wszędzie rady mogą odwoływać się do zasad dobrej praktyki nadzoru.

Polska nie ma jeszcze ani zasad, ani dobrej praktyki nadzoru. Dlatego polskim spółkom potrzeba więcej światła. W stosunku do spółek publicznych rygory krystalicznej przejrzystości muszą obowiązywać nie tylko podczas oferty, ale zawsze i w każdej dziedzinie. Także rynkowi kapitałowemu więcej światła wcale nie zaszkodzi. Jednak obawiam się, że jednym z przykrych następstw Najczarniejszego Września będzie w Polsce wprowadzenie podatku od zysków z operacji giełdowych. I chociaż prawdziwa przyczyna będzie tkwiła w dziurze budżetowej, rząd wytoczy nieodparte argumenty, że w gruncie rzeczy chodzi o większą przejrzystość rynku i bezpieczeństwo państwa.

Nadciągające zmiany nie ominą też spółek prywatnych. Zapewne już nie będą one mogły skrywać wszystkiego za nieprzeniknioną kurtyną prywatności. Społeczeństwa będą chciały wiedzieć, z kim owe spółki robią interesy i jakie to interesy. Czy spółka rzeczywiście zaopatruje świat w modlitewniki, czy może jest to przykrywką dla innej działalności? Społeczeństwa będą chciały mieć na oku pieniądze owych spółek. Jeżeli wymogi przejrzystości popsują im interesy, niech zwiną te interesy.

Zaciera się granica pomiędzy bezpieczeństwem finansów publicznych a bezpieczeństwem państwa. Kiedyś nad tym ostatnim czuwały dywizje wojska i policja polityczna. Dzisiaj zależy ono w dużej mierze od sprawnego aparatu skarbowego. Kiedyś na dziesięciu żołnierzy przypadał jeden policjant, a na dziesięciu policjantów jeden inspektor kontroli skarbowej. Współcześnie odwracają się proporcje. Na każdego żołnierza przypadnie aż dziesięciu policjantów, na każdego policjanta – aż dziesięciu inspektorów kontroli skarbowej.

Tekst ogłoszony 24 września 2001 r. (pod wpływem wydarzeń 11 września) w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka

Czytaj także:
2001.10.15 Światłość we wrześniu

Ich troje [2001]

Inwestorzy instytucjonalni powinni ignorować spółki publiczne dopuszczające trzyosobowy nadzór.

W Polsce udało się uniknąć nadmiernej liczebności rad nadzorczych. Świat już zdążył odchorować ten przypadek. Szczególnie tłumne rady lęgły się zwłaszcza w bankach (rady brytyjskich banków liczyły kilka dziesiątek członków) oraz w japońskich spółkach. Podawany jest przykład Toyoty (55 osób w radzie) i fuzji Banku Tokio (35 członków rady) z Bankiem Mitsubishi (36), co po redukcji kadrowej dało 69–osobową radę połączonej instytucji. Liczna rada jest zbędna, kosztowna, mało operatywna, nadto najczęściej nieodpowiedzialna, ponieważ jej członkowie ani nie myślą krytycznie, ani nie działają energicznie, za to oglądają się na innych. Kiedy liczebność rady wymyka się spod kontroli, nietrudno zarządowi wymknąć się spod nadzoru.

Liczebność rady zależy od potrzeb spółki, albo od interesów jej akcjonariatu. Wielu akcjonariuszy woli liczniejszą radę, byle tylko obsadzić w niej miejsce, co da im wgląd w sprawy spółki. Służy temu procedura wyboru rady w drodze głosowania oddzielnymi grupami. Uruchamia ją wniosek akcjonariuszy reprezentujących co najmniej jedną piątą kapitału. Grupę mogą utworzyć osoby reprezentujące na walnym zgromadzeniu tę część akcji, która przypada z podziału liczby reprezentowanych akcji przez liczbę członków rady. Jeżeli więc na walnym zgromadzeniu reprezentowanych jest milion akcji, a rada liczy 5 członków, do utworzenia grupy wybierającej jednego członka rady potrzeba 200.000 akcji; jeżeli rada liczy 10 członków, do utworzenia grupy itd. wystarczy 100.000 akcji. Czyli im rada liczniejsza, tym łatwiej utworzyć grupę. Ale jeżeli rada liczy mniej niż pięć osób, wspomniana jedna piąta kapitału wprawdzie wystarczy do uruchomienia procedury wyboru grupami, lecz może nie wystarczyć do utworzenia grupy na walnym zgromadzeniu.

Do niedawna rada nadzorcza spółki akcyjnej składała się z mocy prawa z przynajmniej pięciu członków.Kodeks spółek handlowych dopuścił radę trzyosobową. Ma to sens w firmie rodzinnej, gdzie w radzie figurują żona, córka i szwagier głównego akcjonariusza, zarazem prezesa zarządu. Tam nie ma możliwości i potrzeby wyboru rady nadzorczej grupami. Sprawa wygląda inaczej, gdy akcje są rozproszone, a akcjonariat liczny, szczególnie w spółce publicznej. Trzyosobowy skład rady oznacza, że z głosowania grupami ten skorzysta, kto zdoła pozyskać aż jedną trzecią akcji reprezentowanych na walnym zgromadzeniu. Jest to niekorzystne dla mniejszości i nie daje rękojmi należytego wykonywania nadzoru. Zwłaszcza, jeżeli uchwała trzyosobowej rady zapada większością głosów. Zwłaszcza, że w Polsce nie ma zasad dobrej praktyki nadzoru. Zwłaszcza, że na rynku brak kultury współżycia większości z mniejszością. Zwłaszcza, że wiele spółek widzi w akcjonariuszu już nie ‘prostego dawcę kapitału’, a zwyczajnego frajera, który za swoje pieniądze nie nabywa wobec spółki realnych praw.

Rada i zarząd giełdy zajęły stanowisko, że statut spółki giełdowej winien ustalać liczbę członków rady nadzorczej na co najmniej pięcioro. Nie wymaga to niczego więcej, niż powstrzymania się od zmiany statutu. Niestety, liczne spółki zlekceważyły tę prośbę. Na wyścigi zmienia się statuty; dopuszcza się, lub wprowadza, trzyosobowe rady. Owe spółki zachowują się jak poborowi po wyjściu do rezerwy: nie ważąc na nic, ani na nikogo, a już szczególnie na cichych i słabych – nadużywają wolności.

Szkoda, że stanowisko rady i zarządu giełdy (tzw. list pasterski) zostało zignorowane. Szkoda, że sprzeczne z nim zachowanie bardzo wielu spółek nie spotkało się z powszechnym potępieniem inwestorów i komentatorów. Nie wszystko, co jest prawnie dozwolone, wypada czynić w dobrym towarzystwie. Kodeks pozwala urągać mniejszości, skutecznie pozbawić ją prawa do miejsca w radzie nadzorczej i wglądu w sprawy spółki, ale rynek pozostaje wolny. Nic nie przymusi mniejszości, by pozostała w spółce, która jest jej nieprzychylna. Najwyższa pora, by inwestorzy instytucjonalni, zaczęli oceniać spółki nie tylko według prognoz ich wyników, wskaźników, wstęg i świec – ale także według ich stosunku do dobrych obyczajów. Porządek korporacyjny kreuje wartość spółki, jego brak spółkę dyskwalifikuje. Spółka, która ma za nic prośbę rady i zarządu giełdy w sprawie tak mało dla niej kosztownej lub uciążliwej, jak przynajmniej pięcioosobowy skład jej organu nadzoru, ma za nic cały rynek. Nie apeluję, aby ją ukarać, lecz aby jej unikać.

Niekiedy można do czasu zarabiać nawet na akcjach spółki będącej całkiem na bakier z porządkiem korporacyjnym (przykładem Universal), lecz nie podważa to ogólnej prawidłowości, że ryzyko bywa tu ogromne. Wszak spółka źle traktuje swoich mniejszościowych inwestorów po to, żeby nie dać im zarobić, bowiem większość chce zagarnąć wszystko.

Tekst ogłoszony 3 września 2001 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka.
Czytaj także: 2004.05.24 Nadzór na opak