Miesięczne archiwum: Listopad 2001

Śpiąca Królewna [2001]

Finansowanie kultury przez biznes wymaga nie tylko stosownych rozwiązań podatkowych – także głębokich przeobrażeń kultury społecznego komunikowania.

W obliczu gigantycznej Czarnej Dziury polskiego budżetu warto zdać sobie sprawę, że najdotkliwsze, najbardziej bolesne ograniczenia wydatków grożą, jak zwykle, kulturze. Przyczynę katastrofalnej zapaści finansów publicznych najprościej upatrywać w polityce rządu AWS. Nie kwestionując jego zdumiewającej wręcz nieudolności, pragnę przecież zasygnalizować, że trudności budżetowe są związane z postępami transformacji gospodarczej. Im bardziej chciano zminimalizować dotkliwe koszty społeczne postępów transformacji, tym bardziej rosły koszty finansowe, które i tak przyjdzie pokryć społeczeństwu. Kryzys finansów publicznych jeszcze nie objawił się w całości, lecz nieuchronnie nadciągnie.

Ciężary spadną na wszystkich, ale w największym stopniu na te akurat kręgi społeczeństwa, które energicznie uczestniczą w procesie transformacji, najwcześniej ją poparły, najwięcej do niej wniosły, okazały się najbardziej twórcze, zdolne do ciężkiej pracy, skłonne do inwestowania jej owoców. Zarazem – te właśnie kręgi najwięcej stracą na oczekiwanych cięciach budżetu kultury, skoro to one najbardziej powszechnie obcują z kulturą, kreują dla niej przestrzeń, pobudzają jej rozwój, pielęgnują jej wartości. Stracą one również z tej przyczyny, że to niewątpliwie one będą najbardziej sponiewierane zniesieniem ulg podatkowych, albo podwyżką podatków. Dylemat ‘mieć’ czy ‘być’ jest absolutnie fałszywy. Aby ‘być’ (co będzie coraz droższe) trzeba ‘mieć’ (co zostanie wyżej opodatkowane). Problem polega więc nie tylko na tym, że kulturze zostanie odjęta pokaźna część potrzebnych jej funduszy, ale i na tym, że jej sprzymierzeńcy poniosą większe ciężary dla ratowania finansów publicznych.

PARTIE WAŻNIEJSZE OD KULTURY? Im więcej, im bardziej stanowczo mówi się o potrzebie ozdrowienia finansów publicznych, tym lepiej społeczeństwo uświadamia sobie, że samo poniesie koszty tego bolesnego przedsięwzięcia. W powszechnej świadomości miejsce państwa, które tylko beztrosko dawało, zajmuje państwo, które najpierw bierze, żeby później miało z czego dawać. Czyli: państwo daje tylko z tego, co weźmie podatnikom. Kto sięga do kasy państwa, sięga do kieszeni podatników. Nakłady na kulturę są mile widziane przez tych, którzy, po pierwsze – mają do niej dostęp, a po drugie – pragną i potrafią korzystać z jej dobrodziejstw. Za to powszechne zniechęcenie budzi finansowanie z budżetu działalności partii politycznych. Znam wszystkie argumenty za i przeciw takiemu rozwiązaniu, ale nie będę ich tutaj roztrząsał. Pragnę zwrócić natomiast uwagę na celowość zbadania, czy zachodzi zależność pomiędzy dezaprobatą dla finansowania partii z budżetu, a ogromną absencją w wyborach. Albowiem społeczeństwu trudno pogodzić się z brakiem pieniędzy na kulturę (a także na oświatę, ochronę zdrowia, obronność lub bezpieczeństwo publiczne), a wydatkowaniem z ubogiej kasy państwowej pokaźnych sum na działalność niepopularnych partii, na utrzymanie ich liderów, ganiających z wywieszonymi ozorami od jednego ugrupowania do innego.

MIĘDZY DWIEMA STOLICAMI. Jakby na przekór ogromnym kłopotom finansowym, w polskiej kulturze dzieje się niemało. Premiery wielkich rodzimych spektakli filmowych planuje się z wyprzedzeniem, by jedna superprodukcja nie kolidowała z innymi. Rekordy powodzenia biją wielkie wystawy malarstwa: impresjoniści, Caravaggio, Chagall. W Polsce koncertują wyśmienite orkiestry symfoniczne, występują wybitni soliści. Warszawa, Kraków, Gdańsk, Wrocław i Poznań tętnią ciekawym życiem kulturalnym. Im dalej od nich, tym trudniej. Tym mniej zasobna kasa. Tym mniejsze możliwości pozyskiwania środków ze źródeł pozabudżetowych. Współczesna Polska została rozpięta między dwoma stolicami, administracyjną i kulturalną. Stolicą administracyjną jest oczywiście Warszawa. Stolicą kulturalną jest oczywiście Mława. Albowiem to kultura na prowincji przesądza o poziomie życia w kraju.Można odnieść wrażenie, że polskie metropolie pod względem kulturalnym są już w Unii Europejskiej. Prowincja jest obecnie zdecydowanie bliżej Białorusi. Dostęp do kultury będzie jednym z kryteriów rozstrzygających o wyniku przyszłego referendum w sprawie członkostwa Polski w Unii. Jak będzie głosować Mława?

DROGA BRUKOWANA BRYLANTAMI. Ponieważ wielka sztuka wzbija się ponad doraźne, przyziemne kłopoty, przeto podziwiając arcydzieło malarstwa, lub słuchając filharmoników – nie myśli się o polityce, ani o pieniądzach. Niemniej to właśnie dzięki polityce, a także dzięki pieniądzom, mamy sposobność przeżywać wartościowe doznania kulturalne. Wiele wystaw, wielu artystów przybywa współcześnie do Polski z obszaru Unii Europejskiej. Zawdzięczamy to otwartej ku Polsce dyplomacji kulturalnej Unii i jej poszczególnych państw członkowskich. Bez ich przyzwolenia, a zwłaszcza bez ich partycypacji w kosztach, obrazy impresjonistów, Chagalla lub Caravaggia nie ruszyłyby w drogę.

Okaże się niebawem, że powszechne oczekiwania na ogromne i natychmiastowe korzyści ekonomiczne płynące z przystąpienia Polski do Unii są mało realistyczne, więc nie zostaną spełnione. Natomiast bilans współpracy kulturalnej po obu stronach wykaże wyłącznie pozycję ‘ma’. Korzyści są widoczne już obecnie. Od kiedy Polska została wpuszczona do poczekalni Unii Europejskiej, zyskała pełniejszy dostęp do skarbnicy unijnej kultury, a także więcej szans promieniowania na cały obszar Unii własnymi osiągnięciami w dziedzinie kultury i sztuki. Z tego punktu widzenia – nasza droga do Brukseli jest wybrukowana brylantami. Rzecz w tym, by na tej drodze znalazła się nie tylko elita społeczeństwa, także pozbawiona możliwości finansowania kultury Polska biedniejsza, bardziej porażona dopustem transformacji; ta ze stolicą kulturalną w Mławie.

POCAŁUNEK ŻABY. Kultura w Polsce, oraz w innych krajach przechodzących transformację gospodarczą, jest niczym Śpiąca Królewna, którą może wybudzić jedynie pocałunek wyciśnięty na jej ustach przez Paskudną Żabę. Oto i Żaba w jedwabnym cylindrze, z pokaźnym workiem pieniędzy (zatem może nie taka znów ona Paskudna?), gotowa ucałować Królewnę i obdarować ją złotem. Żaba jest symbolem kręgów gospodarczych, na tyle już oświeconych, że uświadamiają one sobie pożytki płynące z finansowania kultury i bliskich kontaktów z nią. Królewna śni o Pastuszku. Poczciwym, ale biednym. Nie chce być całowana przez Paskudną Żabę. Brzydzi się. Niech lepiej zmieni zdanie! Współpraca kultury z kręgami gospodarczymi jest obopólnie korzystna i otwiera perspektywy finansowania tego zaniedbanego, a najbardziej wartościowego wymiaru ludzkiej aktywności. Biznes jest przychylny tej współpracy. Kultura obawia się jeszcze, że będzie zmuszona podporządkować swoją niezależność twórczą brutalnym prawom ekonomii. Biznes zarzeka się, że nie, że skądże – ale nie daje, tylko inwestuje, a przedtem kalkuluje, gdzie zainwestować najkorzystniej.

JAKA JEST SIŁA NABYWCZA MŁAWY? Biznes kalkuluje przede wszystkim, jaka jest siła nabywcza odbiorców oferty kulturalnej, którą ma sfinansować. Dlatego Paskudną Żabę z workiem pieniędzy znacznie częściej widać w zamożnych okolicach, zamieszkałych przez ludzi zasobnych, niż w Polsce prowincjonalnej. Tę ostatnią omijają nawet atrakcyjniejsze reklamy. W ‘Polsce B’ nadal zwisają z billboardów smętne strzępy pamiętnych apeli o gotowość umierania za Ojczyznę, pamiątki po bezsensownej kampanii byłego szefa resortu Kultury i Dziedzictwa Narodowego (nazwisko wyleciało mi już z głowy). ‘Polskę B’ omijają wielkie wydarzenia kulturalne. Z niej nie wiedzie do Brukseli droga brukowana brylantami. Za to na drodze czekają blokady. Część ‘blokadersów’ wyrwała się z Sejmu, część bawi na przepustce z więzienia, gdzie za kratami bardziej im do twarzy. W Polsce prowincjonalnej kulturę czasem wspomogą pieniędzmi tylko te banki, które z założenia prowadzą działalność wszędzie, w powiatach, a nawet w gminach.

Dramat polega na tym, że klientela tych banków nie jest zachwycona mecenatem. W ‘Polsce B’ korzystanie z usług bankowych wcale nie jest nawykiem powszechnym, a klientelą banków najczęściej bywa tylko światlejsza część społeczeństwa. Lecz nawet ów światły klient często uważa, że banki wydają pieniądze na kulturę dla własnej reklamy i chwały, nie w jego interesie. Czasem uważa on nawet, że kultura to rozpusta dla zamożnych. Klient, któremu brakuje na wiele życiowych potrzeb – wolałby, żeby bank, zamiast łożyć na filharmoników, wypłacał mu wyższe odsetki.

KUSZENIE INWESTORA. Warto uświadomić klientowi, że wydatki poniesione na kulturę leżą w interesie gospodarki. Tzw. ‘sponsor’ (to słowo pobrzmiewa agencją towarzyską) nie łoży na kulturę wyłącznie we własnym interesie, gdyż tego interesu często nikt nie dostrzega, zaś jego jeszcze krytykuje się, jak klienci krytykują banki, za ‘wyrzucanie’ pieniędzy. Biznes nie finansuje kultury dla własnej reklamy, ponieważ jego zasługi zostaną przemilczane. Kraina polskiej reklamy jest zresztą wyjątkowo zaśmiecona tworami niskiej jakości, przeto o śmiesznie niskiej skuteczności. Z kolei prasa zachwyci się występem słynnego solisty, lecz nie napisze, kto sprowadził go do kraju: kto pokrył honorarium, kto opłacił przelot i noclegi artysty i jego świty. Tylko ze sceny ktoś bąknie niechętnie, że bank jest mecenasem wydarzenia, lecz w czwartym rzędzie nikt już nie usłyszy, który bank potrząsnął kiesą.

Spotykam się z dwojakim podejście biznesu do wspomagania kultury. W pierwszym przypadku używa się kalkulatora: ‘w tej miejscowości mieszka tylu a tylu naszych potencjalnych klientów, których siła nabywcza wynosi tyle a tyle; pomnożę jedno przez drugie, a dwa promille sumy mogę wydać na mecenat lokalnej kultury’. W drugim przypadku motorem działania jest skrzydlata wyobraźnia mecenasa. Wykazują ją najczęściej instytucje finansowe, zwłaszcza banki, prawdopodobnie dlatego, że same z natury są twórcze. Przeto bank finansuje kulturę, ponieważ działa w Polsce, zaś Polska (a także bank) potrzebuje napływu pieniędzy ze świata, natomiast inwestorzy, zanim zainwestują, wnikliwie oceniają środowisko, w którym przyszłoby im działać.

PUNKTY ZA KULTURĘ. Taka ocena wydaje się przedsięwzięciem ściśle technokratycznym, przeprowadzanym wyłącznie na podstawie rachunku ekonomicznego. Otóż nieprawda! Technokraci są coraz bardziej podatni na oddziaływania wartości kulturalnych. Ocena atrakcyjności środowiska inwestycyjnego uwzględnia w coraz większym stopniu profil kulturalny społeczeństwa, jego dostęp do wyższych wartości. Istnieje ścisła zależność rozwoju gospodarki od poziomu kultury. Współczesny biznes nie szuka w Polsce taniej siły roboczej: praca jest znacznie tańsza w stu kilkudziesięciu krajach świata! Prawda, że biznes szuka w Polsce rynku zbytu, ale rynek zbytu jest tym lepszy, tym bardziej chłonny, im społeczeństwo jest bardziej zasobne, a jutrzejsza zasobność zależy od powszechności dzisiejszego pędu ku wiedzy i kulturze. Polska przyciągnie inwestycje dzięki wysokiemu wykształceniu i wysokim aspiracjom kulturalnym społeczeństwa.

W uproszczeniu: jeżeli bank nabywa eksponat, który trafi do muzeum, lub finansuje występ filharmoników – kreuje lepszy klimat dla inwestycji. Z kolei inwestycje pobudzają rozwój gospodarczy. Czyli to kultura jest przesłanką rozwoju! Perspektywy polskiej gospodarki oceniane są w miarę wysoko także dzięki niepospolitemu dorobkowi polskiej kultury. Od początku transformacji gospodarczej twórcy budżetu byli na to ślepi. Skąpili na kulturę. Nie przewidzieli, że z czasem atrakcyjność kulturalna kraju będzie w coraz większym stopniu decydować o jego atrakcyjności inwestycyjnej.

SWAT POTRZEBNY OD ZARAZ! Lecz społeczeństwo zachowuje się jak klient banku, który wolałby wyższe odsetki od razu, niż mglistą obietnicę przyszłej szansy. Społeczeństwo nie dostrzega owych dalekosiężnych korzyści związanych z rozwojem kultury. W finansowaniu kultury przez biznes widzimy często rozmyślną ucieczkę od podatków. Ale polski system podatkowy wcale nie wspiera łożenia przez biznes na kulturę. Warto ten system z czasem zreformować, usprawnić w nim mechanizmy finansowania kultury, a przy tym ograniczyć rolę upartyjnionych urzędów państwowych w dysponowaniu pieniędzmi. Jednak w tej chwili ważniejszym byłoby uświadomienie opinii publicznej, że powinniśmy pozwolić Paskudnej Żabie całować Śpiącą Królewnę do woli. Najlepiej wyswatać tych dwoje. Swatem mogłyby być media. Mogą one przy tym strzec kulturę przed popadnięciem w zależność od finansującego ją mecenasa. Mogą docenić zasługi mecenasa, wskazując społeczeństwu jego zasługi. Rolę stróża wypełniają świetnie, w roli tuby kompletnie zawodzą. Media rozmyślnie pomniejszają rzeczywiste zasługi biznesu dla wspomagania kultury. Przemilczają znaczenie tych zasług dla rozwoju gospodarki i pomyślności społeczeństwa, dla kreowania lepszych perspektyw rozwoju kraju. Tym milczeniem zniechęcają one biznes do finansowania przedsięwzięć kulturalnych.

ŻABĘ KUJĄ, KOŃ NOGĘ PODSTAWIA. Zamiast oddać honor dobroczyńcy, sięgającemu hojnie do szkatuły, media zajmują się sobą. Upajają się, że roztoczyły tzw. patronat medialny nad jakimś wydarzeniem kulturalnym. W ramach patronatu – zapowiedzą owe wydarzenie i ogłoszą sprawozdanie z niego, co i bez patronatu należy do ich świętych obowiązków. Za obietnicę relacji z koncertu redakcja rozepnie na scenie logo swojego tytułu, a relacji nie omieszka wyolbrzymić swoich mniemanych zasług. Patronat polega więc na tym, że uczestniczące w nim redakcje powszechnie przypisują sobie cudze zasługi. Gazeta trąbi o tym, że objęła patronat medialnym nad koncertem znanego trębacza, jak gdyby sama była ważniejsza od solisty; jak gdyby bez jej patronatu medialnego koncert nie doszedł do skutku, bądź umknął powszechnej uwadze. A przecież nie byłoby patronatu, gdyby nie było koncertu, a ten dochodzi do skutku dzięki mecenasowi, który go sfinansował. Wychodzi na to, że media bezwstydnie reklamują same siebie za pieniądze łożone przez biznes na kulturę. O szczodrym ofiarodawcy wspomina się dyskretnie albo wcale. Rzekomo chodzi o etykę mediów. Wspomnienie mecenasa byłoby ‘kryptoreklamą’. Jest to pogląd na wskroś zakłamany i wyjątkowo szkodliwy. Najskuteczniejszą zachętą biznesu do wykładania środków na kulturę będzie taktowne wspominanie o tym przy każdej możliwej okazji. Niech biznes za swoje pieniądze, oraz w nagrodę za nasze przeżycia, otrzyma odpowiednią publicity. Nie reklamę lub kryptoreklamę, ale należny rozgłos. Reklama coraz częściej bywa tak prymitywna, że szkodzi reklamodawcy, a zasłużony rozgłos ułatwi biznesowi kreowanie korzystnego wizerunku. Kiedy z pomocą mediów, w ich trójprzymierzu z biznesem i społeczeństwem, kwoty trwonione przez biznes na nieudaną reklamę, na prostackie płody tzw. dyrektorów kreatywnych, zostaną chociaż w ćwierci skierowane na rozwój kultury, jej sytuacja finansowa będzie nieporównanie lepsza niż obecnie.

KTO NAJPASKUDNIEJSZY W ŚWIECIE? Media przemilczają zasługi biznesu, przede wszystkim instytucji finansowych, dla wspomagania kultury. Przemilczają znaczenie tych zasług dla gospodarki i dla społeczeństwa. Stąd potrzeba krzewienia kultury masowego komunikowania oraz skłonienia mediów do odrzucenia fałszywych kanonów etyki, służących jednostronnie samym mediom ze szkodą dla ich odbiorców. Ignorowanie zasług mecenasów, wypinanie własnych piersi do orderów, to postępki zaiste szkaradne. Lecz przestrzegam przed ich jednoznacznym potępieniem, przed prymitywnym założeniem, że wszystkiemu winni dziennikarze (lustereczko powiedz przecie, kto najpaskudniejszy w świecie?). Media powszechnie reklamują się cudzymi zasługami, ponieważ dramatycznie potrzebują tej reklamy. Wszak działają na wolnym rynku. Są jednym z fundamentów wolnego rynku i wolnego kraju. Chociaż zawdzięczamy im tak wiele, muszą one nieustannie walczyć o przetrwanie. Im akurat nie wolno sięgać do kieszeni sponsorów, bo wówczas nieodwołalnie tracą niezależność, a zatem i rację bytu. Dokoła każdego z mediów kłębi się horda groźnych konkurentów.

Tutaj pryska nastrój miłej baśni o Śpiącej Królewnie. Do bajecznego świata rzeczywistość jest podobna tylko tym, że i horda konkurentów jest paskudna.

Tekst, ogłoszony w Miesięczniku Społeczno-Kulturalnym „w drodze” nr 16/II listopad-grudzień 2001, został w dużej mierze oparty na referacie On the Road to Brussels: Enhancing the Quality of Communication for and Through Better Co-operation, przedstawionym na konferencji UNESCO-CEPES on Central Europe – South Eastern Europe: Inter-regional Relations in the Fields of Education, Science, Culture and Communication w Bukareszcie w kwietniu 2001 r., i ogłoszonym w kwartalniku Higher Education in Europe 2001 nr 2.

Rada na gwizdek [2001]

Członkowie rady nadzorczej mogą wymagać pisemnego zapraszania ich na posiedzenia.

W regulaminie rady nadzorczej spółki akcyjnej można zamieścić wiele elementów dobrej praktyki spółki. Przed tygodniem pisałem o porządku obrad rady. Jest to tylko fragment szerszego zagadnienia: trybu zwoływania posiedzeń rady nadzorczej. Z kodeksu wiadomo, że rada podejmuje uchwały, jeżeli na posiedzeniu obecne jest kworum, a wszyscy jej członkowie zostali zaproszeni. Kodeks nie reguluje, jaką postać ma to zaproszenie. Nie wymaga też, by zaproszenie zostało doręczone członkom rady z określonym wyprzedzeniem, na przykład tygodnia lub dwóch.

Z kodeksu wiadomo także, że posiedzenia rady zwołuje przewodniczący. Jeżeli jednak nie zwoła on posiedzenia w terminie dwóch tygodni od dnia otrzymania od zarządu lub członka rady żądania zwołanie posiedzenia (wraz z jego proponowanym porządkiem obrad), wnioskodawca może zwołać je samodzielnie, podając datę, miejsce i proponowany porządek obrad. Statut może zawierać w tej kwestii wyłącznie postanowienia dopełniające kodeks. Nie może natomiast, co czynią statuty wielu spółek, w tym także spółek giełdowych, dopuszczać powzięcie przez radę uchwał na posiedzeniu odbytym ‘bez formalnego zwołania’, nawet gdyby wszyscy członkowie rady wyrażali na to zgodę.

Zgodne z prawem, ale niepraktyczne jest stawianie w statucie wymogu, że zaproszenie ma być doręczone na ileś (nawet 30!) dni przed datą posiedzenia. Wiadomo, o co chodzi. W skład rady wchodzą grube ryby z Wall Street, ‘Bankfurtu’ lub londyńskiej City: ludzie zajęci, którzy z wyprzedzeniem układają terminarze swoich spotkań. Lecz gdyby zaszła potrzeba nagłego zwołania rady, byłoby to niemożliwe. Statut może dopuścić podejmowanie uchwał w trybie korespondencyjnym, lecz spółka może właśnie potrzebować spotkania rady z zarządem.

Dlatego tryb zwoływania posiedzeń rady najlepiej elastycznie uregulować w jej regulaminie. Nie ma sensu dzielenie posiedzeń rady (co czynią niektóre spółki) na ‘zwyczajne’ i ‘nadzwyczajne’. Na każdym posiedzeniu, jeżeli zostało prawidłowo zwołane, rada ma przecież takie same prawa. Regulamin rady może natomiast ustanowić dwa tryby postępowania przy zwoływaniu posiedzenie: rutynowy i nadzwyczajny. Pierwszy tryb służy interesom członków rady, którzy mają też inne zobowiązania (na przykład: ‘zaproszenia na posiedzenie rady rozsyłane są w terminie umożliwiającym doręczenie ich na 7 dni przed datą posiedzenia’). Drugi tryb służy interesom spółki: chodzi o to, by w sytuacji nadzwyczajnej, rada została zwołana niezwłocznie. Nawet ‘na gwizdek’.

Aby zapobiec nadużywaniu tego trybu, wskazane jest oznaczenie przez regulamin sytuacji, w których można zwołać posiedzenie bez dochowania wymogu wcześniejszego doręczenia zaproszeń (na przykład: ‘w przypadku niemożności sprawowania czynności przez członka zarządu’). Prawo nie wymaga, by zaproszenie zostało wystosowane w formie pisemnej, lecz przemawiają za tym potrzeby dobrej praktyki. Dlatego celowe jest przyjęcie takiej zasady w regulaminie rady. Argument, że wynaleziono telefon, musi ustąpić wobec argumentu, że wynaleziono także przesyłki kurierskie, faks i pocztę elektroniczną. Skoro zaproszenie ma (jak proponuję) uwzględniać proponowany porządek obrad, nie wystarczy ustna informacja o dacie i miejscu posiedzenia. Trzeba także podać ten porządek. Na piśmie. Teraz nawet na imprezy towarzyskie ludzie wystosowują paradne zaproszenia.

Z jednej strony zatem chodzi o to, by zaproszenie dotarło do adresata, bowiem w przeciwnym razie rada nie będzie władna powziąć uchwał. Z drugiej strony można unikać nadmiernego formalizmu. Polski wymiar sprawiedliwości jest sparaliżowany nie dlatego, że sędziowie nieskorzy są sądzić, albo adwokaci są zbyt cwani, lecz dlatego, że procedura nie nadąża za rzeczywistością. Myszy zjadły nie tylko Popiela. Zjadły też ‘zwrotkę’ świadczącą o doręczeniu mu wezwania do sądu. Sprawy masowo spadają z wokandy, ponieważ zabrakło dowodu, że ktoś otrzymał wezwanie. Wymiarem sprawiedliwości w istocie kieruje listonosz. Nie przekazujmy mu władzy nad spółką! W radzie nadzorczej spółki nie potykają się przeciwne strony, a współpracują partnerzy w interesie, wspólnicy lub ich przedstawiciele. Stąd regulamin rady może operować domniemaniem, że dotarło do adresata zaproszenie wystosowane faksem (jeżeli znamiennik odbiorcy został prawidłowo zarejestrowany), bądź pocztą elektroniczną (jeżeli wysłanie zaproszenia nie zostało skwitowane informacją, że przesyłka nie została doręczona odbiorcy).

W regulaminie rady można zastrzec, że zaproszenia kierowane są tam, gdzie zapraszani życzą sobie tego. A także, że jeżeli któryś z członków rady poprosi o wysyłanie doń zaproszeń listem poleconym, a nagłych przypadkach – przesyłką kurierską lub telegramem, nie należy mu tego odmawiać.

Tekst ogłoszony 26 XI 2001 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka

Czytaj także, m.in.:
2001.03.05 Norma to forma
2001.11.19 Między sztuką a sztuczkami

Między sztuką a sztuczkami [2001]

Dobra praktyka przemawia za podaniem w zaproszeniu na posiedzenie rady porządku obrad.

W regulaminie rady nadzorczej można i warto uwzględnić wymogi dobrej praktyki. Aczkolwiek regulamin jest aktem wewnętrznym spółki, może on zwiększyć jej wartość, usprawniając działanie nadzoru. Przykładem spraw porządkowych, które ważą na jakości pracy rady, jest porządek obrad.

Teoretycznie posiedzenia rady mogą być zwoływane bez uprzednio zaproponowanego porządku obrad. Kodeks spółek handlowych wymaga podania proponowanego porządku obrad tylko w przypadkach, kiedy zarząd spółki lub członek rady nadzorczej występuje do przewodniczącego rady z żądaniem zwołanie posiedzenia. Jeżeli na taki wniosek przewodniczący zwoła posiedzenie, nie będzie on obowiązany ujawniać w zaproszeniu, jaki porządek obrad został zaproponowany przez inicjatora posiedzenia – zarząd lub członka rady. Dopiero jeżeli przewodniczący zignoruje wniosek i nie zwoła posiedzenia w terminie dwóch tygodni, zarząd lub członek rady żądający zwołania posiedzenia może zwołać je sam, podając m.in. proponowany porządek obrad.

Wiele wody upływie w Rudawie, zanim dotrze do powszechnej świadomości, że kodeks kreśli jedynie wymogi minimalne. Chociaż bez ich spełnienia spółka nie będzie zdolna do działania, to ich spełnienie jeszcze nie oznacza, że spółka będzie działać należycie. Dlatego kodeksowe wymogi minimalne dopełnia się wskazówkami, co warto czynić, by zapewnić spółce możliwość sprawnego działania. Takie wskazówki, najczęściej nazywane zasadami dobrej praktyki, nie mają mocy obowiązującej. Nie wiążą one spółki. Nie wiążą akcjonariuszy. Lecz biada spółce, która je zlekceważy! Kierowanie się dobrą praktyką kreuje reputację, a dobra reputacja to (zdaniem specjalistów) nawet aż jedna trzecia wartości każdej spółki. Komu na tej jednej trzeciej nie zależy, niechaj nie dba o dobrą praktykę. Niechaj na gruzach swojej reputacji rozwija interesy. Powodzenia!

Dlatego chociaż kodeks nie zawsze wymaga uprzedniego podania porządku obrad rady, dobra praktyka upomina się o takie postępowanie. W regulaminie rady warto zatem sformułować wymóg, by zwołujący posiedzenie rady zawsze zawczasu podawał propozycję porządku obrad. Inaczej widzieli tę sprawę przedwojenni komentatorzy dawnego kodeksu handlowego (a także ich współcześni pogrobowcy). Wywodzili oni mianowicie, że jeżeli porządek obrad zostanie podany, rada może podejmować uchwały tylko w sprawach objętych porządkiem, a w innych pod warunkiem, że rada jest w komplecie. Dopuszczano założenie, jakoby „możliwie członek nie zjawił się tylko ze względu na porządek dzienny, uważając przedmiot za pozbawiony doniosłości, a byłby się zjawił, gdyby wiedział, że obradować się będzie także nad innym jeszcze przedmiotem poza wymienionymi w zaproszeniu” (prof. Maurycy Allerhand).

Prościej było przeto w zaproszeniu na posiedzenie rady pominąć porządek obrad. Rada zbierała się na randkę w ciemno, często nie przygotowana należycie do rozważania poszczególnych spraw, za to władna do podejmowania uchwał w każdej z nich. Ta kiepska praktyka była jednak ukierunkowana marnymi przepisami. Obecnie jest inaczej. Bezpowrotnie minęły czasy, kiedy członek rady mógł grymasić, czy „zjawi się” na posiedzeniu. Skoro dzisiaj wymaga się kworum na posiedzeniu rady, jej członek nie może po prostu nie przybyć na posiedzenie ze względu na to, że porządek obrad obejmuje – jego zdaniem – sprawy błahe. W świetle współczesnej praktyki (surowszej, niż wymaga tego kodeks), taka wymówka nie pozwoli usprawiedliwić nieobecności na posiedzeniu rady. Brak usprawiedliwienia uderzy grymaśnika po kieszeni, skoro zostanie on pozbawiony wynagrodzenia.

Zmierzamy więc ku obcemu dawnemu kodeksowi handlowemu obowiązkowemu uczestnictwu członków rady w jej posiedzeniach. Zmienił się także miernik staranności członków rady nadzorczej. Dzisiaj jest nim zawodowy charakter ich działalności. Wiąże się to nie tylko z kryteriami ich odpowiedzialności. Także z warunkami pracy w radzie. Od zawodowców można oczekiwać starannego przygotowania do udziału w posiedzeniach rady. Należy im to jednak umożliwić. Przecież nie można przygotować się do posiedzenia rady, jeżeli porządek obrad nie będzie zawczasu podany. Dobra praktyka nadzoru powinna przeto uwzględniać zasadę, że zwołanie posiedzenia rady wymaga pisemnego podania porządku obrad.

Porządek obrad nie jest prostym spisem spraw, jakie rada powinna kolejno rozważyć. Dobrze przygotowany, znacznie usprawni przebieg posiedzenia. Ułatwi podjęcie uchwał. Lecz warto wiedzieć, że kto przygotowuje porządek, a także prowadzi obrady, może perfidnie sprowadzić je na manowce. Porządek obrad nierzadko pomaga manipulować radą. Bywa dziełem sztuki. Bywa też zbiorem pospolitych sztuczek. Napiszę o tym niebawem.
Tekst ukazał się 19 listopada 2001 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka
Czytaj także:
2001.12.10 Od porządku do obrad
2013.08.16 Wszystko w porządku

Znak drogowy [2001]

Regulaminy rad nadzorczych to radosna twórczość, a ich przepisy bywają sprzeczne z prawem!

W polskiej spółce akcyjnej mamy do czynienia z paradoksem: niemal wszystkie rady nadzorcze mają regulamin, lecz często jest on tylko dekoracją. W praktyce wiele rad wcale nie trzyma się regulaminu, jak wiele regulaminów wcale nie trzyma się prawa. W świetle kodeksu spółek handlowych regulamin rady nadzorczej nie jest aktem obligatoryjnym. Mogą go jednak wymagać, od spółek poddanych specjalnemu reżimowi prawnemu, przepisy szczegółowe, jak w przeszłości czyniło to prawo bankowe.

Regulamin rady nadzorczej może powstać w dwojakim trybie. Zakłada się, że organem uprawnionym do uchwalenia regulaminu rady jest walne zgromadzenie. Założenie to może zostać uchylone tylko jednoznacznym przepisem statutu, upoważniającym samą radę do uchwalenia jej regulaminu. W braku takiego przepisu, walne zgromadzenie nie może (jak zgromadzenie wspólników w spółce z o.o.) upoważnić radę nadzorczą do uchwalenia jej regulaminu. Nie jest też dopuszczalny (jak w przypadku regulaminu zarządu spółki akcyjnej) tryb dwuszczeblowy: rada uchwala regulamin, ale zatwierdza go walne zgromadzenie. Nie jest wreszcie dopuszczalne uchwalenie regulaminu rady przez akcjonariusza, nawet gdyby dysponował on prawem powoływania i odwoływania wszystkich członków rady nadzorczej.

Kodeks spółek handlowych wyznacza spółkom handlowym istniejącym w dniu wejścia kodeksu w życie nieprzekraczalny termin (31 grudnia 2003 r.) dostosowania postanowień ich umów, aktów założycielskich lub statutów do przepisów kodeksu. Kodeks pomija natomiast kwestię dostosowania do jego przepisów aktów niższego rzędu, jak regulaminy organów spółki akcyjnej. Powód jest oczywisty. Statut spółki może, w przypadkach wskazanych przez kodeks, zawierać rozwiązania dowolne lub odmienne od kodeksowych wzorów. Regulamin nie może zawierać rozwiązań odbiegających od kodeksu. Może on dotyczyć tylko spraw powierzonych mu przez kodeks, oraz przez statut spółki, rozstrzygając je w ramach kodeksu i statutu.

Nie ma potrzeby normować w regulaminie spraw wyczerpująco uregulowanych kodeksem lub statutem. Żadnej z tych spraw regulamin nie może ująć inaczej, więc co po wypełniać go zbędnymi powtórzeniami przepisów wyższego rzędu? Regulamin rady nadzorczej dotyczy spraw porządkowych i ma się do kodeksu spółek handlowych jak znak drogowy do kodeksu drogowego. Lecz wiele regulaminów rad nadzorczych przypomina znaki niedopuszczone przez kodeks drogowy, ustawione w niestosownych miejscach i kierujące pojazdy pod prąd na niewłaściwą nitkę autostrady.

Ksh jednoznacznie postanawia, że uchwały rady nadzorczej są protokołowane. Wiele regulaminów wbrew temu przewiduje, że uchwały rady są jedynie załącznikami do protokołu (żeby można było podmieniać uchwały, dowolnie zmieniając ich treść). Kodeks wyraźnie stanowi, że protokół posiedzenia rady podpisują obecni na posiedzeniu członkowie rady. Wiele regulaminów wbrew temu przewiduje, że podpis pod uchwałą, nie umieszczoną w protokole, natomiast załączoną do niego, składają tylko przewodniczący i sekretarz rady (żeby można było sklecić tekst uchwały już po posiedzeniu).

Kodeks jednoznacznie postanawia, że w protokole posiedzenia rady należy podać imiona i nazwiska obecnych członków rady. Wiele regulaminów wbrew temu przewiduje, że lista obecnych jest załącznikiem do protokołu (żeby można było ją podmienić, fałszując stan faktyczny). Kodeks wyraźnie stanowi, że rada może podjąć uchwały na posiedzeniu tylko jeżeli wszyscy jej członkowie zostali zaproszeni. Wiele regulaminów wbrew temu postanawia, że rada może odbyć posiedzenie bez formalnego zwołania (żeby można było antydatować uchwały).

Kodeks wyraźnie wskazuje, że jedyną formą pracy rady jest uchwała. Wiele regulaminów wbrew temu przewiduje, że rada może także uchwalać wystąpienia, stanowiska, opinie, wnioski, inicjatywy lub dezyderaty (żeby za pomocą takich nieformalnych instrumentów sterować zarządem unikając odpowiedzialności). Kodeks wyraźnie stanowi, że rada nadzorcza wykonuje swoje obowiązki kolegialnie. Niektóre regulaminy wbrew temu dopuszczają tzw. urzędujących członków rady, którzy z racji takiego statusu są uprzywilejowani w dostępie do informacji o spółce, a ponadto czasem ingerują w domenę zarządu spółki.

Kodeks wyraźnie stanowi, że w razie równości głosów w radzie – głos rozstrzygający (casting vote) może należeć tylko do przewodniczącego rady i tylko jeżeli statut tak postanowi, uchylając przy tym (o czym zapomina się powszechnie) wymóg bezwzględnej większości głosów. Niektóre regulaminy wbrew temu przyznają głos rozstrzygający także wiceprzewodniczącemu rady.

Na obronę regulaminów można jednak przytoczyć argument, że wiele z nich zostało zainfekowanych błędami przez statuty spółek, nawet giełdowych.

Tekst ogłoszony 12 listopada 2001 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka

Czytaj także:
2013.08.23 Wszystko w porządku
2001.10.29 Pogoda dla krętaczy

Od oceny do wartości [2001]

Przed radą nadzorczą staje nowe zadanie sformułowania własnej oceny sytuacji spółki.

W Polsce wydarzyło się coś ważnego. Na witrynie internetowej giełdy ogłoszono propozycje niektórych zasad dobrej praktyki spółek akcyjnych. Jedynie propozycje, ponieważ giełda dopiero po zatwierdzeniu ich będzie wymagać od spółek publicznych, by postępowały zgodnie z nimi. Jedynie niektórych zasad, ponieważ propozycje dotyczą tylko wycinka praktyki spółek, czyli walnego zgromadzenia. Już samo ogłoszenie propozycji choćby niektórych zasad dobrej praktyki spółek jest ważnym sygnałem dla rynku, że polska giełda dołącza do giełd orędujących za dobrą praktyką spółek publicznych. Na początek podjęto próbę ucywilizowania walnych zgromadzeń, bowiem dochodzi na nich do gwałcenia praw akcjonariuszy i gorszących zachowań prawników.

Czytelnikom ‘Magazynu Finansowego’ temat nie jest obcy. Pisałem tu wielokrotnie o złych obyczajach na walnych zgromadzeniach, a 11 czerwca zaprezentowałem projekt zasad dobrej praktyki walnych zgromadzeń. Przez kilka miesięcy pracowicie szlifował te zasady zespół redakcyjny pod światłym przewodnictwem prof. Grzegorza Domańskiego, aż przybrały one kształt demonstrowany na witrynie www.gpw.com.pl (zachęcam do udziału w dyskusji pod adresem corporate.governance@gpw.com.pl).

Polska przystępuje do formułowania zasad dobrej praktyki spółek bodaj jako ostatnia spośród krajów rozwiniętych. Złośliwi porównują nasz zespół redakcyjny do orkiestry z ‘Titanica’. Niesłusznie: nieszczęśnicy grali z nut cudze i łatwe utwory. My komponowaliśmy własny, oryginalny, ambitny. Z jakim skutkiem – osądzi rynek. Wśród propozycji zasad dobrej praktyki walnego zgromadzenia wiele dotyczy rady nadzorczej. Najbardziej doniosła propozycja przewiduje, że rada nadzorcza corocznie przedkłada walnemu zgromadzeniu zwięzłą ocenę sytuacji spółki. Która rada czyni to obecnie? Chodzi o własną ocenę rady, niezależną od zarządu, może i krytyczną wobec niego. Ocenę zwięzłą, albowiem trudniej samemu ułożyć trzy syntetyczne zdania, niż zlecić firmie doradczej opracowanie dwustu, trzystu stron. W spółkach publicznych ocena ta powinna być zawarta w raporcie rocznym, udostępnianym wszystkim akcjonariuszom w takim terminie, aby mogli zapoznać się z nim przed zwyczajnym walnym zgromadzeniem. Dotychczas nie wszystkie spółki publikują raporty, a spośród tych, które zadają sobie ten trud, nie wszystkie kierują raport do szerokiego rozpowszechniania.

Zgodnie z inną propozycją, rada nadzorcza opiniuje porządek obrad walnego zgromadzenia, oraz projekty jego uchwał. Opinia rady powinna być przedstawiana walnemu zgromadzeniu wraz z projektem właściwej uchwały i jej uzasadnieniem. Akcjonariusze winni mieć sposobność zapoznania się przed walnym zgromadzeniem nie tylko z projektami uchwał, lecz także z opiniami rady na temat tych projektów.

Rada nadzorcza, wespół z zarządem spółki, powinna dążyć do wykorzystania walnego zgromadzenia do kontaktów z akcjonariuszami. Wymaga się obecności na walnym zgromadzeniu ‘przedstawicieli’ rady (zatem nie wszystkich jej członków – dlaczego?), a przyczyny ich ewentualnej nieobecności należy wyjaśnić zgromadzeniu. Członkowie rady (oraz zarządu, a także biegły rewident) powinni, w granicach swoich kompetencji i w zakresie niezbędnym dla rozstrzygnięcia spraw omawianych przez zgromadzenie, udzielać uczestnikom zgromadzenia wyjaśnień i informacji dotyczących spółki. Nie powinni oni bez uzasadnionej przyczyny odmawiać odpowiedzi na pytania, kierowane do nich przez uczestników zgromadzenia. Na przykład członkowie rady, jeżeli to ona ustala wysokość płac zarządu, nie powinni odmawiać wyjaśnień, ile zarabia zarząd i dlaczego.
Jeżeli do walnego zgromadzenia należy wybór członków rady nadzorczej (i, ewentualnie, zarządu), powinien być on dokonany przez przyjęcie odrębnych uchwał w sprawie wyboru każdego z kandydatów z osobna. W taki sam sposób następuje odwołanie tych osób.

Przywołałem jedynie niektóre z proponowanych zasad dobrej praktyki walnych zgromadzeń: te, które bezpośrednio dotyczą rady nadzorczej lub poszczególnych jej członków. Dowodzą one potrzeby nowego spojrzenia na spółkę i jej stosunki z akcjonariuszami, na zadania rady nadzorczej i na jej udział w przygotowaniu i przebiegu walnego zgromadzenia.

Dokonywanie oceny sytuacji spółki uwydatni odpowiedzialność nadzoru wobec akcjonariatu. Opiniowanie porządku obrad i projektów uchwał walnego zgromadzenia uwydatni odpowiedzialność nadzoru za należyte przygotowanie walnego zgromadzenia – nie tylko w sensie organizacyjnym, lecz zwłaszcza merytorycznym. Im bardziej twórczy będzie nadzór, im rzetelniejszą da ocenę spółki – tym bardziej przyczyni się do wzrostu jej wartości.

Tekst ogłoszony 5 XI 2001 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka

Czytaj także:
2015.06.20 Głowy do pozłoty?