Miesięczne archiwum: Luty 2002

Ręka rękę brudzi [2002]

Udział działaczy instytucji charytatywnych w radzie nadzorczej podważa wiarygodność spółki.

W trakcie jednej z konferencji na temat porządku korporacyjnego, organizowanych przez Krzysztofa Lisa i jego Instytut Rozwoju Biznesu, Hanna Gronkiewicz–Waltz zwróciła uwagę, że według standardów Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju w radzie nadzorczej spółki nie powinni zasiadać konsultanci, członkowie rodzin głównych akcjonariuszy oraz pracownicy instytucji charytatywnych, a to gwoli uniknięcia kumoterstwa (cronyism). Wystąpienie było później komentowane w kuluarach. Uczestnicy konferencji rozumieli powody, dla których konsultantów i członków rodzin lepiej trzymać z daleka od rad nadzorczych. Przy okazji wskazywano przykłady zaludniania rad członkami rodzin (rekord w tym względzie bił kiedyś Optimus, z teściową w składzie rady). Trudniej było zrozumieć, co EBOR ma przeciwko pracownikom instytucji charytatywnych, ludziom poczciwym.

Sprawa jest oczywista: inspiratorzy wielkich akcji humanitarnych, twórcy organizacji charytatywnych – to osoby bardzo popularne, darzone ogromnym szacunkiem. Niepospolici przywódcy. Autorytety społeczne o nieposzlakowanej uczciwości. Na polskim gruncie wystarczy wspomnieć Janinę Ochojską, siostrę Małgorzatę Chmielewską, Jerzego Owsiaka. Pozyskanie osoby takiego formatu do rady nadzorczej spółki przysporzy spółce sympatii, nawet wiarygodności.

Lecz wypełnianie rady znanymi nazwiskami, postaciami życia publicznego, niekoniecznie posłuży spełnieniu przez nadzór jego misji, czyli kreowaniu wartości spółki. Ludzie ogromnie zajęci czasem trafiają do rady, bo wiadomo, że nie znajdą czasu na przyglądanie się spółce. Bądź za sprawą braku kwalifikacji, wszak wiele zacnych postaci nie potrafi przeczytać bilansu. Wreszcie z powodu braku predyspozycji, ponieważ inicjatorzy przedsięwzięć charytatywnych są ludźmi z natury ufnymi, który nie węszą oszustwa. Na koniec, skoro spółka wspiera ich szlachetne przedsięwzięcia, lub obiecuje wesprzeć je w przyszłości, czyż wypada patrzeć jej na ręce, grzebać w portfelu, nicować kieszenie, odmawiać prezesom premii, przycinać im zarobki? Akcje humanitarne to uśmiechnięta twarz polskiej transformacji. Ich przywódcy to symbole dobra. Jednym świadczą pomoc, innych napawają wiarą w ludzką prawość. Nikomu jeszcze nie udało się wykorzystać ich autorytetu dla polepszenia własnej wątpliwej reputacji. Niech tak zostanie.

Niedawno upadł Enron. Jego działalność i krach to pasmo kradzieży i oszustw dokonywanych przez kierownictwo megakoncernu przy oburzającym współdziałaniu audytora i bierności nadzoru. W radzie złodziejskiej spółki zasiadał dr John Mendelsohn, wybitny onkolog owiany aurą cudotwórcy, od 5 lat kierownik ośrodka leczenia raka uniwersytetu w Houston. Łączy on wybitne kwalifikacje zawodowe z talentem dobroczyńcy, czarodzieja. Udanie pozyskiwał fundusze dla ośrodka, którego budżet wzrósł w tym czasie o 71%. Nie na darmo zresztą, skoro liczba wyleczonych wzrosła o 49%.

W radzie Enronu dr Mendelsohn brał udział w pracach zespołu do spraw audytu. Nie dość, że rada nie upilnowała zarządu, który oszukiwał na potęgę, to jeszcze uporczywie powierzała badanie ksiąg firmie audytorskiej Andersen, która wspierała matactwa. Być może znany onkolog nie miał o tym pojęcia. Ale o swoje to potrafił zadbać. Jego ośrodek otrzymał datki od spółki (92.508 USD) i jej prezesa (240.250 USD). Nie wykluczam, że dr Mendelsohn uzdrawiał pacjentów w zgodzie z etyką lekarską. Nie dochował jednak etyki nadzoru i wspierał odstępstwa od kodeksu etycznego spółki.

Poprzedni dyrektor ośrodka, dr Charles A. LeMaistre, także zasiadał w radzie nadzorczej Enronu. W 1993 r. prowadzona przez spółkę fundacja obiecała ośrodkowi 1,5 miliona dolarów (z czego dotychczas wpłacono 900 tysięcy, jeżeli wierzyć liczbom). Skoro ośrodek był beneficjentem spółki, czyż jego kolejni szefowie mogli skutecznie nadzorować ją? Bliższe im były interesy chorych, niż akcjonariuszy.

John Mendelsohn wchodził także w skład rady spółki ImClone, wspierając jej wiarygodność swoim autorytetem, tym razem po linii zawodowej. Inwestorzy liczyli na krocie. Złotym jajkiem miał być Erbitux, promowany przez Mendelsohna lek przeciwrakowy. Kiedy lekowi odmówiono rejestracji, akcje spółki spadły, lecz doktor zdążył wykorzystać opcje, sprzedać część swoich akcji i zarobić ponad 6 milionów dolarów. Mimo członkostwa w radzie nadzorczej, był on także płatnym konsultantem spółki.

Być może w aferze Enronu nadużyto zaufania lekarza i wykorzystano jego sławę do zasłonięcia oszustw. Być może afery ImClone nie byłoby w ogóle, gdyby doktor nie firmował swoim autorytetem preparatu, który nie wyszedł poza fazę prób. W obu przypadkach chodziło wszak o to, aby metodą ‘ręka rękę brudzi’ zamienić sławę dobroczyńcy na brudne pieniądze.

Tekst ogłoszony 18 lutego 2001 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka.