Miesięczne archiwum: Marzec 2002

Od prawa łupu do łupu-cupu [2002]

Czas skończyć z pobieżnymi kursami, a stanowiska w zarządach i radach obsadzać w drodze konkursów.

W Polsce przepustką do rad nadzorczych są wciąż raczej kursy niż konkursy. Kursy są rozwiązaniem doraźnym, rozpaczliwie minimalistycznym, rodem z początków polskiej transformacji. Każda rewolucja niesie z sobą takie prowizorki (poprzednia kształciła „postępowe” kadry prawnicze na skróconych kursach im. Teodora Duracza). Dzisiaj dwutygodniowy kurs kandydatów do rad jest anachronizmem. Lepszym rozwiązaniem byłby konkurs. W Wielkiej Brytanii tą drogą obsadza się nawet bardzo poważne funkcje. Jeszcze do 28 marca można zgłaszać się do konkursu, w którym stawką jest członkostwo rady (Court of Directors) Banku Anglii. Zwycięzca otrzyma od monarchini nominację na trzyletnią kadencję. W drodze konkursu obsadza się także stanowiska rangi ministerialnej w brytyjskim organie nadzoru finansowego (Financial Services Authority), skupiającym w jednym ręku funkcje w Polsce spełniane – albo nie spełniane – przez mnogość organów nadzoru. W drodze konkursu wyłania się radę National Savings – agencji zajmującej się długiem publicznym. W Polsce o członkostwie takich agend, przeto także o ich działalności, decyduje przede wszystkim polityka.

Konkursy przeprowadzane są rzadko. Obsada rad nadzorczych NFI niby miała nastąpić w drodze konkursu, ale propozycje Komisji Kwalifikacyjnej trafiły przed ważne oczy (premiera Pawlaka? ministra Kaczmarka?), zatem ostateczne ustalenia odbiegły daleko od pierwotnych. W drodze konkursu obsadzono rady spółek węglowych. Ale najczęściej Skarb Państwa obsadza rady nadzorcze po uważaniu, swoimi. Dla zachowania pozorów wymaga się od nich świadectwa ukończenia kursu, co dowodzi podwójnego zakłamania. Po pierwsze, kurs jest pobieżny. Współcześnie praca w nadzorze wymaga sporej wiedzy; jakże ją posiąść w ciągu 2 tygodni? W pierwszym zaciągu prywatyzacyjnym można było złagodzić kryteria powołując do nadzoru rzesze ludzi słabo przygotowanych. Po kilkunastu latach transformacji od kandydatów do rad trzeba już wymagać znacznie więcej. Po drugie, kurs bywa przykrywką. Jego uczestnik często z góry wie, do której rady nadzorczej zostanie powołany, ma tylko donieść papier. By ów papier otrzymał w terminie, ustawia się egzamin.

Miejsce średniowiecznego prawa łupu zajmuje prymitywny obyczaj łupu–cupu. AWS nieubłaganie pędził ze stanowisk nie tylko osoby powołane przez poprzednią koalicję, lecz nawet osoby powołane za czasów poprzedniej koalicji. Na stołkach mocowano niekompetentnych swoich. Nazwałem to zjawisko alotażem. Brzmi z francuska, lecz wywodzi się od nazwiska rodzimego zucha. W radach nadzorczych wielu spółek Skarbowi Państwa przypada tylko jedno miejsce. Najczęściej bywa ono obsadzane urzędnikiem, najczęściej ministerialnym, najczęściej kompetentnym, często apolitycznym. W takich przypadkach zmiana rządu zazwyczaj nie pociąga za sobą ani zmiany reprezentacji Skarbu Państwa w radzie, ani zmiany stanowiska Skarbu Państwa wobec spółki. Dotyczy to spółek znajdujących się w bardziej zaawansowanym stadium prywatyzacji.

W radach nadzorczych licznych spółek Skarb Państwa korzysta jednak z prawa do obsadzenia większej liczby miejsc, niekiedy nawet bezwzględnej większości. Obecnie takich spółek nie ubywa, ponieważ prywatyzacja została zamrożona. To właśnie w takich spółkach na łupu – cupu prowadzona bywa wymiana rad nadzorczych i zarządów, panoszy się alotaż, a Wielki Szu i jego naśladowcy wyprowadzają pieniądze, najczęściej do własnych kieszeni, ale czasem przy okazji sfinansują szkolenie medialne lidera domu panującego. Nawet jeżeli minister zastąpi w radach nadzorczych garnitur gorszy – lepszym, nieuchronnie powstanie pytanie, czy to akurat polityk powinien kształtować skład rad.

Zdecydowanie lepszym rozwiązaniem byłoby pozostawienie Skarbowi Państwa prawa swobodnego obsadzania po jednym miejscu w radzie, przy obsadzeniu pozostałych miejsc należnych Skarbowi Państwa w drodze konkursu. Przeprowadzanie konkursów warto powierzyć niezależnej (apolitycznej) instytucji o ustalonej pozycji na niwie porządku korporacyjnego, zaś Skarb Państwa zachowałby prawo wyboru najwygodniejszych dla siebie kandydatur z grona przedkładanych mu w wyniku postępowania konkursowego.

Taka procedura ułatwi zapobieganie alotażowi. Wygaszenie tej arcyszkodliwej praktyki ostudzi namiętności związane z obsadą rad i pozwoli skończyć z praktyką łupu – cupu, czyli obijania i wypędzania z rad nadzorczych osób zainstalowanych tam przez odmienną orientację polityczną. Zaletą proponowanego rozwiązania będą także korzyści budżetu. Gdyby bowiem rada nadzorcza była bardziej kompetentna, może potrafiłaby upilnować pieniędzy i nie rozkradłby ich Wielki Szu. Wprawdzie aferzysta już siedzi, ale kasa nie zgadza się w dalszym ciągu.

Tekst ogłoszony 18 marca 2002 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka
Czytaj także:
2003.08.11 Więcej konkursów, mniej kursów!
2014.03.14 Komitet z Loch Ness

CalPERS po polsku [2002]

Kalifornijski gigant przybywa na polski rynek z mirem i złotem. Kadzidło mamy własne.

W trudnych czasach przeważają złe wiadomości, lecz oto, niczym łaska, spływa na nas bardzo dobra! Na polski rynek zamierza wejść CalPERS, jeden z największych w świecie funduszy emerytalnych, uznany rzecznik porządku korporacyjnego. Wraz z funduszem zawita do Polski nowe podejście do praw inwestora. Stary porządek już trzeszczy. Niech runie. Nie warto go żałować. Polska jest rynkiem nieprzyjaznym dla mniejszościowych akcjonariuszy. Szczególnie niekorzystnie bywają traktowani inwestorzy finansowi. Nie tylko przez zarządy wielu spółek, widzące w nich spekulantów. Także przez sądy. Wokół inwestujących w rachityczną polską gospodarkę powstaje klimat przypominający czasy Inspekcji Robotniczo–Chłopskiej. Nic dziwnego, że niektórzy inwestorzy pakują już manatki. Teraz sytuacja może ulec zmianie. Amerykański fundusz uwiarygodni giełdę, a wkrótce ją przeobrazi.

Kalifornijski fundusz emerytalny pracowników publicznych (California Public Employees’ Retirement System) jest największym w USA i trzecim w świecie funduszem emerytalnym. Dysponuje on aktywami o wartości przekraczającej 150 miliardów USD. Wywiera on ponadto wyjątkowy wpływ na światowe rynki. Albowiem CalPERS nie tylko inwestuje. Przede wszystkim – kreuje trend. Zmierza on ku rozbudzeniu akcjonariuszy, wyzwoleniu ich aktywności, poskromieniu zachłanności zarządów i inwestorów strategicznych, krzewieniu dobrej praktyki sprzyjającej przejrzystości rynku i właściwemu zachowaniu spółek. Fundusz kieruje się czytelnymi zasadami, jest stanowczy i nie waha się zawlec do sądu zarządu, który niesłusznie napycha sobie kieszenie, lub nadzoru, który zaniedbuje obowiązki. Największa zaleta funduszu polega na tym, że z góry wiadomo, czego można się po nim spodziewać. Charakteru!

Po pierwsze, CalPERS stawia wymagania. Są one adresowane do wszystkich rynków, na których fundusz działa i dotyczą rozwijania zasad dobrej praktyki, którymi mogą kierować się członkowie zarządów i rad nadzorczych. Kto nie kieruje się takimi zasadami, nie zobaczy pieniędzy funduszu. Po drugie, fundusz egzekwuje te wymagania. Przekształca środowiska inwestycyjne, w których działa. Pobudza procesy zmierzające ku poprawie porządku korporacyjnego nawet na tak rozwiniętych rynkach, jak Niemcy i Japonia. Po trzecie, CalPERS uskrzydla inwestorów, promując ich aktywne zachowania. Wspiera ich swoim wyjątkowym mirem.

Nie przypuszczam, by CalPERS skierował na polski rynek obfity strumień złota. Wartość inwestycji w akcje kilku wybranych spółek zapewne długo nie przekroczy kilkudziesięciu milionów USD. Lecz ciężar gatunkowy takich inwestycji będzie wręcz wyjątkowy. CalPERS w gronie akcjonariatu jest jak piękny brylant w kolii: rzuca się w oczy i uszlachetnia. Gdzie fundusz inwestuje, inni akcjonariusze czują się znacznie lepiej. Wiedzą, że trudniej będzie ich oszukać. Fundusz znajduje przeto naśladowców wtedy, kiedy inwestuje w spółkę. Znajduje ich zwłaszcza wtedy, kiedy ze spółki wychodzi. Jak wielu znaczących inwestorów finansowych, CalPERS często poprzestaje na przejęciu 1% kapitału spółki (w amerykańskich warunkach bywają to inwestycje rzędu setek milionów dolarów) i uważnie obserwuje jej zachowanie. Fundusz mistrzowsko posługuje się środkami dyplomatycznymi, wykorzystując dyskretne instrumenty nacisku na zarząd i nadzór, ale w potrzebie potrafi przemówić pełnym głosem, zjednać sobie opinię publiczną, zmobilizować akcjonariat, sięgnąć po środki prawne.

Kalifornijskiego giganta nie można porównywać z polskimi funduszami emerytalnymi. Chodzi nie tylko o grubość portfela. Liczą się zwłaszcza warunki i skala działalności. Potęga inwestorów finansowych polega przecież na tym, że mają oni nieograniczone możliwości inwestycyjne, a przy tym mogą szybko wyjść ze spółek, na których się zawiedli, zaś przede wszystkim mają dokąd pójść ze swoimi pieniędzmi. Polskie fundusze emerytalne działają na słabym lokalnym rynku, więc osiągają taki poziom zaangażowania w wybranych spółkach, że trudno im je opuścić, a zresztą – nie mają dokąd iść. Ani, jak CalPERS, nie wyruszą w świat, ani, jak CalPERS, nie zrobią porządku dokoła siebie. Zbyt skrępowane są różnorodnymi ograniczeniami. Oznacza to, że przyszli emeryci mają skromne szanse na pomyślność.

Potrzebna jest więc poważna dyskusja nad sensem trzymania funduszy emerytalnych na krótkiej smyczy. Zamiast niej mamy w mediach festiwal prezesa Cezarego Mecha, który demonstruje zadowolenie z siebie i polityki UNFE. Jak można sobie samemu tak kadzić? To całkiem jakby gdyby autor tych felietonów wychwalał pod niebiosa ich zalety. A miałby pretekst po temu, ponieważ właśnie mijają dwa lata, odkąd „Rada nadzorcza” zagościła w tym miejscu co tydzień.

Tekst ogłoszony 4 marca 2002 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka w cyklu „Rada nadzorcza” (III 2000 r – X 2002 r.).

Czytaj także: 2003.04.28 CalPERS, bicz rynku