Miesięczne archiwum: Styczeń 2003

Banki, szanujcie pismaków! [2003]

Każdy bank sam pracuje na swój rachunek wyników, lecz wszystkie banki pospołu pracują na reputację systemu bankowego.

W wielu sprawach polskie banki mocno przemawiają jednym głosem, czy to same, czy też przez swoją reprezentację – Związek Banków Polskich. Do tych spraw nie należą przyjęte niedawno przez giełdę zasady dobrej praktyki. Wprawdzie niektóre banki powitały je entuzjastycznie, lecz kilka okazało znaczącą wstrzemięźliwość, a kilka innych zajęło postawę wyczekującą. Stawia to Związek w niezręcznej pozycji, ponieważ tytularnie jest on członkiem Rady Dobrych Praktyk, jednego z kilku bytów, jakimi zasady obrosły jeszcze zanim je zredagowano.

Banki są w trudnej sytuacji. Inne spółki za swoją praktykę odpowiadają wyłącznie przed swoim akcjonariatem, dla banków liczą się także klienci oraz opinia publiczna. Inwestor strategiczny może zdominować akcjonariat, lecz klientela banku bywa liczna. Inwestor bywa stabilny, natomiast klientela może od banku odpłynąć, rozczarowana złymi praktykami. Ponadto inne spółki działają na własny rachunek, natomiast wszystkie banki dzielą się reputacją, będącą wspólnym dobrem systemu bankowego. Łamanie dobrej praktyki przez poszczególne banki, bądź przez ich właścicieli, szkodzi nie tylko im samym: szkodzi także reputacji innych banków. Banki nie tylko powinny, każdy z osobna oraz wszystkie razem, kierować się dobrą praktyką; powinny one nadto zespolić swoje wysiłki dla wykreowania w społeczeństwie pozytywnego obrazu systemu bankowego. W tym celu warto dbać o dobre stosunki z mediami.

Banki nie mają wyboru, czy kierować się dobrą praktyką, czy lekceważyć ją. Mają jedynie wybór pomiędzy przyjęciem zasad rekomendowanych przez giełdę, a wypracowaniem własnych. Za przemyśleniem tej kwestii przemawia zwłaszcza argument, że giełda nie gwarantuje bankom poczucia bezpieczeństwa – w tym znaczeniu, że skoro bank będzie kierował się sumiennie zaleceniami giełdy, już nikt się do niego nie przyczepi, jakoby postępował niewłaściwie. Otóż mogą przyczepić się media.

Posłużę się przykładem. Jedna z rekomendowanych przez giełdę zasad dobrej praktyki przewiduje, że spółka powinna „w zakresie zgodnym z przepisami prawa i uwzględniającym jej interesy” umożliwić przedstawicielom mediów obecność na walnych zgromadzeniach. Odwołanie do przepisów prawa jest zgoła bezprzedmiotowe, skoro żaden przepis nie ogranicza dziennikarzom prawa uczestniczenia w walnych zgromadzeniach. Odwołanie do interesów spółki jest całkowicie niejasne: jakież to interesy miałaby mieć spółka publiczna w utrudnianiu dziennikarzom obecności na walnym zgromadzeniu? Przecież gdyby takie interesy kiedykolwiek wchodziły w rachubę, byłyby one z pewnością uznane za nieczyste.

W projekcie wspomniana zasada miała klarowną treść: dopuszcza się obecność dziennikarzy na walnym zgromadzeniu spółki publicznej. Basta! Z czasem dodano tu jeszcze spółkę z udziałem Skarbu Państwa. Lecz otwartość wobec dziennikarzy wzbudziła wątpliwości, szczególnie wśród prawników. Niektórzy kwestionowali potrzebę wpuszczania „pismaków” na walne zgromadzenie. Ostatecznie giełda przyjęła nieszczęsne sformułowanie, jakoby w spółce publicznej mogły zachodzić interesy pozwalające zamknąć walne zgromadzenie przed dziennikarzami. Nigdy się z tym nie pogodzę.

Lecz oto pewien bank, cieszący się dobrą opinią i darzony powszechnym szacunkiem, oświadcza wszem i wobec, jaką przyjął praktykę w tej kwestii: „W przypadku zgłoszenia przez przedstawicieli mediów chęci udziału w walnym zgromadzeniu, przewodniczący każdorazowo informuje akcjonariuszy o obecności mediów na WZA. Fakt obecności mediów na WZA przewodniczący poddaje pod głosowanie na wniosek któregokolwiek z akcjonariuszy”.

Gdyby, co nie mieści mi się w głowie, któryś z akcjonariuszy zażądał głosowania, a walne zgromadzenie uchwaliło usunięcie dziennikarzy, będzie to zgodne z giełdowym kanonem dobrej praktyki. Któż bowiem inny miałby decydować o interesach spółki, jak nie właśnie walne zgromadzenie? Wszelako będzie to postępowanie szkodzące nie dziennikarzom, ale bankowi (nawet systemowi bankowemu) gdyż wzbudzi podejrzenia, że bank ma coś ważnego do ukrycia przed akcjonariuszami, którzy nie uczestniczą w walnym zgromadzeniu, przed klientami, przed opinią publiczną.

Niektóre banki w swoich deklaracjach na temat dobrej praktyki słusznie zwracają uwagę, że czują się związane stanowiskiem swoich inwestorów. Jest wszelako nie do pomyślenia, by w którymkolwiek z macierzystych banków kwestionowano obecność dziennikarzy na walnym zgromadzeniu. Przykład ten świadczy, że banki mające inwestorów strategicznych powinny starannie przemyśleć, czy wzory dobrej praktyki czerpać z giełdy, czy od swoich inwestorów, czy może wypracować własny kanon, zręcznie godzący obie inspiracje. Lecz jakąkolwiek obiorą postawę – biada bankom (oraz innym spółkom publicznym), które zechcą usunąć dziennikarzy z walnego zgromadzenia!

Tekst ogłoszony 27 stycznia 2003 r. w tygodniku Gazeta Bankowa

Czytaj także: 2005.12.19 Co wolno pismakom?

Śpiewać każdy może [2003]

Rozpowszechnianie na rynku fałszywych informacji szkodzi spółkom i akcjonariuszom, a przede wszystkim rynkowi.

W kilku spółkach trwają papierowe wojny. Narzędziem walki są komunikaty. Co zarząd spółki ogłosi, zaraz inny zarząd dementuje. Byłoby to doprawdy komiczne, gdyby nie było smutne. Albowiem w owych spółkach zarządy mnożą się zamiast pieniędzy. Dublowanie przez spółkę organów odbywa się niezmiennie na szkodę inwestorów. Dwa zarządy, dwie rady nadzorcze, konkurencyjne walne zgromadzenia (do pełni szczęścia brakuje jedynie konkurencyjnych rejestrów sądowych) – to objawy zwyrodnienia spółek oraz degeneracji całego rynku kapitałowego.

Komisja Papierów Wartościowych i Giełd doszła do przekonania, że kiedy w spółce trwa walka konkurencyjnych zarządów, należy upubliczniać raporty obu stron. Przyjęto więc formułę, iż śpiewać każdy może, jeden lepiej, drugi gorzej. Nie tylko zarząd legitymowany, także pretendent do miana zarządu, choćby i nielegalny, może swobodnie ogłaszać swoje komunikaty. Stanowisko komisji jest słuszne. Raporty bieżące są po to, by rynek wiedział, co dzieje się w spółce. Jeżeli o władzę nad spółką, o dostęp do jej kasy, ubiegają się dwie grupy inwestorów, rynek powinien być o tym niezwłocznie informowany. Dla jednych będzie to sygnał do opuszczenia spółki, dla innych – do podjęcia walki o wpływy w niej. Wskazane jest wszelako oznaczanie, czy nadawcą raportu jest organ wpisany do rejestru. Wiele komunikatów pochodzi bowiem od uzurpatorów. Są nimi rozmaite zarządy komisarzy powołane przez rewolucyjne rady delegatów.

Problem wcale nie polega na tym, kto w kogo rzuci papierową kulką, lecz na mnożeniu się organów spółek. Nad polskim rynkiem ciąży bowiem klątwa fatalnych obyczajów. Uchodzą one bezkarnie. Ostatnio proklamowane zasady dobrej praktyki niczego jeszcze nie wniosły. Powstały one w reakcji na parkingowe walne zgromadzenia, dwoiste rady nadzorcze, konkurencyjne zarządy. Czy rynek zdoła dotrwać, aż upowszechni się dobra praktyka? Obecnie spółki publiczne składają oświadczenia o swoich szlachetnych intencjach w stosunku do dobrej praktyki, ale wszystko pozostaje po staremu. Dublują się zarządy, krzyżują komunikaty, panuje ogólny chaos.

Kwestia, kto może na rynku wypowiadać się w imieniu spółki, została więc rozstrzygnięta: niech wypowiada się każdy, byle powołał się na swoje umocowanie w Krajowym Rejestrze Sądowym, lub przyznał się do braku takiego umocowania. Kto występując na rynku w imieniu spółki wyrządzi jej szkodę, naraża się na ryzyko poniesienia odpowiedzialności. Inwestorom trudno się połapać, który zarząd w spółce jest legalny: czy ten, co zwołał walne zgromadzenie, czy ten, co je odwołał, lecz na tym polega urok inwestowania w Polsce. Spółkom nie chce się ścigać szkodników, ale z czasem zmusi je do tego społeczność inwestorów. Nastąpi to nie jednak wcześniej, aż wymiar sprawiedliwości wreszcie wypełznie spod żółwiej skorupy, którą na sobie dźwiga. Jak mówią Anglosasi, justice delayed is justice denied. Co od biedy można przełożyć na polski jako ‘sprawiedliwość opieszała – to chała’.

Pozostaje jednak inna kwestia: nie kto, ale co można ogłaszać w imieniu spółki. Jeżeli więc ja, ASN, puszczę na rynek raport podszywając się pod 4Media (Magazyn Finansowy wciąż zalega mi z honorariami) lub pod Vistulę (kupiłem w tej firmie smoking), ktoś może mnie za to ścigać. Natomiast jeżeli w pełni legitymowany zarząd spółki publicznej ogłosi komunikat zawierający oczywiste bzdury, nikt ścigać go nie będzie. Co więcej: komunikat objęty jest domniemaniem prawdziwości podanej w nim treści. W pierwszym wypadku fałszywka wyrządzi szkodę spółce, dysponującej środkami prawnymi, by dochodzić zadośćuczynienia. W drugim wypadku fałszywka ma na celu oszukanie inwestorów, co jest na polskim rynku praktyką tak powszechną, że już nie zwraca się na nią uwagi.

Jak nie należy legitymować nadawców komunikatów, ponieważ nawet jeżeli nadaje je uzurpator, jest to dla rynku ważną informacją, tak również nie należy cenzurować treści komunikatów, lecz za zawarte w nich dezinformacje nadawca winien ponieść surową odpowiedzialność. Chodzi o to, żeby sprawozdawczość była wiarygodna. Otóż nie jest, co w ostateczności szkodzi nie tylko spółkom – także akcjonariuszom, a przede wszystkim rynkowi. Akcjonariusze mogą wycofać się ze spółek budzących ich wątpliwości; mogą także wycofać się z rynku, a straty, jakie poniosą, odstręczą naśladowców. Tylko sam rynek jest całkiem bezbronny. Nie tylko nikt go nie chroni, ale nawet nie traktuje serio. Są bowiem na nim spółki, które w istocie rzeczy nie prowadzą żadnej działalności, tylko smażą raporty bieżące zawierające treści, jakie nawet najmłodsi juhasi bez wahania zakwalifikują do trzeciej postaci prawdy (według X. prof. Józefa Tischnera, pierwsza postać tejże to u górali ‘święta prawda’, druga – ‘tyz prawda’, zaś trzecia to ‘g… prawda’).

Tekst ukazał się 20 stycznia 2003 w tygodniku Gazeta Bankowa

Powaga dobrej wiary [2003]

W zasadach dobrej praktyki tkwi tylko jedna nowość. Resztą wskazówek przyzwoite spółki kierują się od zawsze.

W odpowiedzi na życzenie giełdy, spółki złożyły oświadczenia w kwestii zamiaru stosowania uchwalonych przez nią zasad dobrej praktyki. Kilka spółek uchyliło się od zadeklarowania swojego zamiaru w tej kwestii, ale o niektórych nie wiadomo, czy jeszcze prowadzą działalność, a byt innych ogranicza się do obecności w cedule giełdowej. Do połowy roku, kiedy przyjdzie oświadczyć się ponownie, już nie na temat zamiaru, ale rzeczywistego kierowania się dobrą praktyką, znowu ubędzie notowanych spółek. Tym wszystkim, które przetrwają, zasady dobrej praktyki nie powinny nastręczać trudności. Aczkolwiek nie są one dostatecznie przyjazne dla spółek, ani też dostatecznie przydatne dla inwestorów, przecież nie wnoszą one rewolucyjnych nowości. Większością nich dobre spółki kierują się od zawsze. Jedyna licząca się zmiana polega na tym, że odtąd rada nadzorcza powinna corocznie ogłaszać własną, w pełni niezależną od zarządu, ocenę sytuacji spółki.

Nie budzi wątpliwości przyjęta przez giełdę formuła, że spółki powinny albo kierować się dobrą praktyką, albo publicznie wyjaśniać, dlaczego ją odrzucają (comply or explain). Na straży dobrej praktyki nie stoi przymus instytucjonalny. Zasady dobrej praktyki nie są obwarowane innymi powinnościami, jak tylko obowiązki sprawozdawcze. Jeżeli któraś ze spółek odrzuci te zasady w całości albo w części, odpowie za to przed inwestorami, (bowiem zapewne już nigdy nie będzie w stanie zebrać na rynku kapitału, a jej akcje stracą powodzenie), lecz nie poniesie odpowiedzialności przed organami państwa, ani przed samą giełdą. Giełda ma natomiast dopilnować, by spółka terminowo i klarownie objaśniała swoją politykę. Objaśniała ją nie tylko giełdzie, ale całemu rynkowi.

Słyszę, że spółki mają wypełniać jakiś formularz, klecony obecnie przez giełdę. Sądzę, że mniej kłopotu nastręczy im dobra praktyka, niż wypełnianie rubryk – acz przyznaję, że moja opinia nie opiera się na znajomości owego formularza, którego jeszcze nie ma, a tylko na odczuciu, że giełda postępuje rutynowo i biurokratycznie, wbrew rzeczywistym potrzebom tak inwestorów, jak spółek. Wywodzę to odczucie ze smutnej rzeczywistości polskiego rynku kapitałowego, na którym niepokojąco dziczeją obyczaje. Giełda nie umie doliczyć się spółek, które zapadają się pod parkiet, by umknąć wierzycielom. Chociaż niektórych już właściwie nie ma, wciąż handluje się ich papierami. System Emitent bywał bezkarnie bombardowany bzdurnymi oświadczeniami o pomyślnej restrukturyzacji koncernu 4Media bądź o sukcesach sklepów Artisti Italiani. Pod wpływem tych wydarzeń tryumfalnie powróciło do polszczyzny starozakonne określenie ‘hucpa’. Na Wall Street mówią ‘chutzpah!’, koniecznie z wykrzyknikiem, bo do czego my już przywykliśmy, tam wciąż budzi żywe oburzenie.

Dobra praktyka wyniknie ze swoistej umowy społecznej między spółkami a inwestorami. Umowy przewidującej, że inwestorzy dostarczą kapitał, a spółki go pomnożą, a w każdym razie uczynią w tym kierunku wszystko, co możliwe. W naszej rzeczywistości taka umowa nie działa. Inwestor często bywa tylko ‘prostym dawcą kapitału’(od kiedy Artur Sierant ukuł to określenie, krąży ono nad rynkiem jak sęp), ponoszącym nadmierne ryzyko, gdyż jego interesów i pieniędzy nikt poważnie nie bierze w ochronę. Jeżeli przeto spółki nie przyjmą dobrej praktyki, nie pozyskają pieniędzy na rynku. Przepaść dzielącą dzisiaj spółki od inwestorów można wypełnić tylko dobrą wiarą.

Czy oświadczenia spółek w przedmiocie dobrej praktyki okażą się probierzem dobrej wiary? W wielu wypadkach tak. Kierują się nią spółki deklarujące szacunek dla zasad dobrej praktyki i szanujące ją. Niektóre spółki negują potrzebę dobrej praktyki lub poszczególnych jej zasad, ale jeżeli czynią to otwarcie, nie postępują nagannie. Inne spółki składają ostrożne deklaracje w takiej formie, by zyskać na czasie. Zarząd stwierdza, że przedstawi sprawę radzie nadzorczej i walnemu zgromadzeniu w celu uzyskania ich opinii, a do połowy roku oświadczy się ostatecznie. Wszystko to mieści się w granicach dobrej wiary.

Trudniej uwierzyć deklaracjom spółek, które właśnie uwikłane są w ekscesy wynikłe na tle sporów o skład zarządu lub rady nadzorczej. Fruwają w nich inwektywy; ochroniarze grodzą komuś drogę do jego gabinetu; tylko czekać, kiedy inwestorzy i ich doradcy prawni (a coraz częściej są nimi zacietrzewieni kłótnicy) urządzą oponentom operetkową defenestrację – lecz spółka idzie w zaparte i oświadcza przestrzeganie dobrych praktyk. Jest to postępowanie godzące w moralność rynku, urągające świętej powadze dobrej wiary. Jeżeli nadto w takiej nieprzyzwoitej spółce znajdzie się kancelista, który poprawnie wypełni rubryki giełdowego formularza, jeszcze gotowa ona zyskać pochlebną ocenę. Ocenę urzędników, bo nie akcjonariuszy, których spółka wystawia do wiatru.

Tekst ogłoszony 13 stycznia 2003 r. w tygodniku GAZETA BANKOWA

POST SCRIPTUM: zwracano mi uwagę, że nowością Dobrych praktyk 2002 był przede wszystkim wymóg, by przynajmniej połowę składu rady nadzorczej stanowili niezależni, co przecież zlekceważyłem jako głupotę – i miałem rację. Natomiast zgrzeszyłem głupotą zakładając, że rynek odmówi pieniędzy spółkom, które nie stosują dobrych praktyk. Nie odmawia. Ale, dzięki Bogu, na tym traci.

Od oceny do wyceny [2003]

Rada powinna corocznie, na własną odpowiedzialność, ocenić sytuację spółki, czy przetrwa ona rok i wypracuje zysk.

Z przyjętych przez giełdę zasad dobrej praktyki spółek [2002] wynika bardzo ważna powinność rady nadzorczej. Jedna z zasad głosi mianowicie, że rada nadzorcza corocznie przedkłada walnemu zgromadzeniu zwięzłą ocenę sytuacji spółki. Dotychczas rady nadzorcze takich ocen nie dokonywały. Z pewnością postawienie nadzorowanej spółce diagnozy jej sytuacji nie przerasta możliwości rad. Sformułowanie oceny nie musi być pracochłonne. Natomiast istota sprawy tkwi w odpowiedzialności, jaką rada nadzorcza poniesie za prawdziwość i rzetelność tej oceny. Jest to zjawisko nowe, ponieważ rady rzadko mierzą się z odpowiedzialnością.

Dla przypomnienia: kodeks spółek handlowych nakłada na radę nadzorczą obowiązek składania walnemu zgromadzeniu corocznego pisemnego sprawozdania z wyników oceny sprawozdania zarządu z działalności spółki oraz sprawozdania finansowego za ubiegły rok obrotowy. Dawny kodeks handlowy szedł dalej, bowiem wymagał, by rada nadzorcza zbadała te sprawozdania. Dzisiaj rada ocenia je tylko, nie bada, bo po pierwsze – zbadać nie potrafi, po drugie – badaniem sprawozdań zajmuje się biegły rewident.

Ani stary kodeks, ani nowy, nie wymaga od rady nadzorczej składania sprawozdania ze swojej działalności. Może wymagać tego statut spółki, lecz nie ma takiej potrzeby. Czytałem setki sprawozdań opisujących dokonania rad. Ogromna większość z nich naprawdę nie wnosi niczego. Zawierają one wyliczanki, kto wchodzi w skład rady nadzorczej, ile razy rada się zebrała, o czym radziła, co postanowiła. Pół biedy, gdy sprawozdanie jest spisem uchwał przyjętych przez radę. Zgrozą wieje, gdy ze sprawozdania wynika czarno na białym, że rada uchwał nie podejmowała, ale gadała w kółko; że omówiono, przedyskutowano, „przyjęto do aprobującej wiadomości” (cóż to za potworek stylistyczny!), ale zwrócono uwagę i uczulono zarząd na coś tam. Takie sformułowania przypominają protokoły obrad Biura Politycznego.

Zamiast sprawozdania z działalności, bądź niezależnie od niego, rada nadzorcza ma teraz przedstawić walnemu zgromadzeniu ocenę sytuacji spółki. Ocenę niezależną od zarządu. Wypracowaną przez radę na własną odpowiedzialność. Ocenę, która jasno przedstawi pogląd rady, czy spółka przetrwa rok, czy wypracuje zysk, czy utrzyma pozycję na rynku. Jeżeli rada uzna, że sytuacja spółki jest pomyślna, akcjonariusze wezmą ją za słowo. Jeżeli rada uzna sytuację za niepomyślną, powinna wskazać, co czyni dla poprawy tego stanu rzeczy.

Taka ocena wymaga od rady doskonałej znajomości spółki. Lecz ile rad nadzorczych posiadło taką znajomość? Skład rad nadzorczych zmienia się zbyt często. Rady zazwyczaj pracują na posiedzeniach plenarnych, odbywanych co kilka miesięcy. Statut jednego z banków ogranicza liczbę posiedzeń rady do czterech w roku; czy gdyby się waliło lub paliło, można zwołać radę piąty raz? Komisje lub zespoły problemowe są w polskich warunkach rzadkością. Niektóre rady nadzorcze wcale nie znają przedsiębiorstwa spółki: nie wizytują jej oddziałów lub zakładów, a jeżeli siedziba zarządu mieści się poza Warszawą – odwiedzają ją rzadko lub wcale. Są rady, które nigdy nie spotykają się z zapleczem kadrowym zarządu, a nawet z zarządem w pełnym składzie. Nie dokonują ocen zarządu. Ani analizy jego pracy. Ani nawet przeglądu uchwał podejmowanych przez zarząd. Na koniec – trudno ocenić sytuację spółki radzie, która nie dokonuje własnej samooceny.

Giełda wymaga nie tylko, by nadzór dokonywał ocen sytuacji spółki, lecz także, by oceny ogłaszano w raportach rocznych spółki, udostępnianych wszystkim akcjonariuszom w takim terminie, by mogli zapoznać się z raportem przed zwyczajnym walnym zgromadzeniem. Ubocznym skutkiem zaprzężenia rad do oceniania sytuacji nadzorowanych spółek będzie więc rozwój kultury raportów rocznych. Brakuje nam tej kultury. Nie wszystkie spółki publiczne ogłaszają raporty. Nie wszystkie ogłaszane raporty roczne świadczą, że w spółce działa nadzór. Kiedy w raporcie rocznym nie widzę śladu działalności rady, nie dociekam, czy jest ona zbyt leniwa, by przygotować posłanie dla akcjonariuszy (lub powierzyć to zadanie przewodniczącemu), czy może zarząd jest zazdrosny o swoją pozycję i nie dopuszcza rady na łamy raportu rocznego. Nie dociekam tego, bo już wiem, że nadzór jest słabiutki, więc spółka rodzi ryzyko.

Zapewne nie od razu rady nauczą się dokonywania ocen nadzorowanych spółek. Zapewne nie od razu spółki nauczą się dbać o akcjonariuszy i dostarczać im raporty roczne. Zapewne połowa spółek obecnych na parkiecie wkrótce opuści go z różnych powodów. Lecz gdyby któraś z notowanych spółek chciała pozyskać na giełdzie kapitał – przekona się, że rzetelne oceny jej sytuacji, sporządzane przez rzetelny nadzór, otworzą przed nią szeroko portfele akcjonariuszy. Taka ocena niechybnie podniesie wycenę spółki.

Tekst ogłoszony w tygodniku Gazeta Bankowa 6 stycznia 2003 r.