Miesięczne archiwum: Czerwiec 2003

Przejrzystość w granicach rozsądku [2003]

Spółkę ocenia się nie tylko po wynikach, także po jakości informacji udostępnianych rynkowi.

Niedawno nowy prezes wielkiej państwowej firmy zapowiedział, iż dołoży starań, by pod jego kierownictwem spółka stała się przejrzysta jak akwarium. Wyborne porównanie! W powszechnym przekonaniu wzorcem przejrzystości bywa kryształ, lecz jest on strukturą martwą, a w spółce toczy się życie. Kryształ przejrzysty jest z natury, natomiast utrzymanie czystości i przejrzystości akwarium wymaga wielu zabiegów. Rynku nie można więc przyrównać do kryształu, a można do akwarium, bo spółki są jak rybki: bardziej i mniej okazałe, bardziej i mniej drapieżne, więc czasem któraś padnie lub zostanie zjedzona przez inne.

Recepta na przejrzystość zdaje się oczywista: wystarczy upublicznić spółkę. Otóż nie wystarczy. Publiczny charakter spółki wcale nie daje gwarancji, że będzie ona przejrzysta. Niektóre spółki publiczne są mętne, a ich polityka informacyjna ma na celu wprowadzanie rynku w błąd. Wymagania dotyczące przejrzystości są za to coraz większe. Co jeszcze wczoraj można było skryć za nieprzeniknioną kurtyną tajemnicy handlowej, dzisiaj wywleka się na światło dzienne. Jest to uboczny koszt pozyskiwania kapitału na rynku publicznym. Trzeba za niego płacić wieloma informacjami. Płacić nieustannie, nie tylko w momencie kuszenia inwestorów prospektem emisyjnym. Zebrane z rynku pieniądze zostały już przeputane, a tu na spółce wciąż ciążą obowiązki informacyjne. Do nich dochodzą jeszcze powinności ujawniania tego i owego, płynące z przyjętych przez giełdę zasad dobrej praktyki.

Oczekiwanie, że spółka publiczna będzie odsłaniać przed rynkiem coraz to owe sfery działalności nie jest kaprysem, ale wyrazem trwałej tendencji. Rynek stracił zaufanie inwestorów. Zarządy traktują spółki jak swoje prywatne folwarki. Rady nadzorcze prześlizgują się po ciążących na nich obowiązkach. Profesja biegłych rewidentów przeżywa kryzys etyczny. W Polsce mamy nadto do czynienia z zapaścią wymiaru sprawiedliwości. Ponadto wpisy w rejestrze niekiedy przeczą rzeczywistości. Za to najlepszym sprzymierzeńcem przejrzystości jest internet. Wystarczy kliknąć, by odnaleźć poszukiwaną witrynę; wystarczy rzucić na nią okiem, by na tej podstawie wyrobić sobie opinię o spółce.

Zasady dobrej praktyki nakładają na spółkę powinność ogłaszania raportów rocznych, a w nich – dokonywanych przez rady nadzorcze ocen sytuacji spółki, oświadczeń o stosowaniu przez spółkę zasad corporate governance, a także łącznych wysokości wynagrodzeń zarządu i rady nadzorczej. Nakładają też na nią powinność publicznego udostępniania informacji o powiązaniach członków rady nadzorczej z akcjonariuszami. Ponadto spółka powinna ogłaszać na swojej witrynie internetowej statut, podstawowe regulacje wewnętrzne, informacje i dokumenty związane z walnymi zgromadzeniami, a także sprawozdania finansowe.

Czas zweryfikuje te powinności. Rynek zapewne doceni rzeczowość i otwartość dokonywanej przez radę nadzorczą oceny sytuacji spółki, a także niezależność tej oceny od stanowiska zarządu. Rynek zapewne dokona bardzo wnikliwych analiz składanych przez spółki oświadczeń na temat corporate governance. Napiętnuje spółki odmawiające ujawniania powiązań członków rady z akcjonariuszami. Wątpię, czy rynek zadowoli się łącznymi zestawieniami wynagrodzeń zarządu i rady; być może inwestorzy niebawem wymuszą na spółkach, by ujawniały indywidualne wynagrodzenia i wszelkie bonusy każdego z członków zarządu i rady (chociaż przeciwko temu przemawiają względy ambicjonalne, bo chyba każdy menedżer widziałby się chętnie na czele takiej klasyfikacji). Nie ulega także wątpliwości potrzeba ogłaszania na stronach internetowych regulaminu walnego zgromadzenia, a nawet rady nadzorczej. Im więcej spółka ogłosi rzeczowych informacji, tym łatwiej będzie jej pozyskać sympatię rynku.

Zapewne już niebawem powstaną pierwsze rankingi witryn internetowych prowadzonych przez spółki publiczne, a ich wyniki wpłyną na reputację tych spółek. Niemniej mam zastrzeżenia wobec zasady, iż regulamin zarządu „powinien być jawny i ogólnie dostępny”. Co to oznacza, skoro regulamin rady nadzorczej „powinien być publicznie dostępny”? Czy chodzi tylko o brak należytej staranności redakcyjnej autorów dobrej praktyki? Uważam, że regulamin zarządu i zawarty w nim szczegółowy podział obowiązków pomiędzy członków zarządu to sfera szczególnej wrażliwości spółki. Nawet rada nadzorcza nie ma wstępu na posiedzenia zarządu, wyjąwszy szczególne przypadki członków rady wybranych w drodze głosowania oddzielnymi grupami i delegowanych przez te grupy do indywidualnego wykonywania czynności nadzorczych. Podział obowiązków między członków zarządu jest zresztą materią niestałą, zmienianą w rytmie aktualnych potrzeb. Nie wymuszajmy na spółkach nazbyt wielu informacji o zarządzie, bo otrzymamy fałszywe.

Tekst ogłoszony 30 czerwca 2003 r. w tygodniku Gazeta Bankowa

Niezależni: odrzut z importu [2003]

Dla kamuflażu maluje się członków rady w barwy niezależnych, które i tak spłyną z pierwszym deszczem. Pojęcie niezależnego członka rady nadzorczej pochodzi z obcych kultur korporacyjnych. Próbujemy importować je do Polski. Import wzbogaca, ale napotyka na bariery. Tym razem nie są to bariery celne, lecz intelektualne. Wprawdzie (jak mówił Heine) myśli są wolne od cła, ale nie wszyscy chcą myśleć krytycznie, więc niektórzy uporczywie krzewią szkodliwe stereotypy.

Jeden z nich głosi, że nie ma potrzeby wyróżniania niezależnych członków rady, ponieważ wszyscy wchodzący w jej skład winni reprezentować niezależny osąd. Drugi wywodzi, jakoby nikt z członków rady nie był niezależny, bo wszyscy biorą pieniądze. Nie wiadomo, czy takie uwagi płyną ze złej woli, czy z niewiedzy, przeto warto cierpliwie tłumaczyć, że chodzi o coś innego. Najlepiej byłoby rzecz całą wyjaśnić na dobrym przykładzie, lecz rodzimych przykładów brakuje. Owszem, w niektórych spółkach niby są niezależni członkowie rady nadzorczej, lecz chyba tylko na pokaz, bowiem radom bywa odbierany realny wpływ na wybór biegłego rewidenta.

Fałszywe stereotypy na temat niezależnych, a także fałszywi niezależni w niektórych radach nadzorczych to kwestie drugorzędne wobec faktu, że społeczność polskich inwestorów nie uświadamia sobie potrzeby niezależnych, za to powszechnie toleruje zjawisko ‘członków z ramienia’. Popełniono zasadniczy błąd dopuszczając istnienie w spółkach publicznych trzyosobowych rad nadzorczych. Trzy osoby (w dodatku przynajmniej) to może liczyć komisja rady nadzorczej do spraw audytu. W jej skład powinni wchodzić wyłącznie członkowie niezależni. Proszę mnie tylko nie pytać, gdzie to jest po polsku napisane. Nigdzie nie jest i nieprędko będzie. Kodeks spółek handlowych nie zna niezależnych członków rady; tyle dobrego, że ich nie zabrania. Nie zna także komisji rady, więc też ich nie zabrania. Wyrasta on z dziedzictwa XIX niemieckiej myśli prawniczej, a niezależni i komisje rady to nowoczesne wzory anglosaskie. Natomiast przyjęte przez giełdę zasady dobrej praktyki dotyczą wielu kwestii, lecz nie zajmują się problematyką komisji rad nadzorczych.

Niezależnym wcale nie jest ten, kogo inwestorzy pomalują w barwy niezależnego, bo prawda o nim i tak wyjdzie na jaw w obliczu pierwszego konfliktu. Niezależnym jest w istocie ten, kto został wyposażony w szczególne uprawnienia, jakie nie przysługują pozostałym członkom rady. Chodzi przy tym o uprawnienia rzeczywiste. Nie wystarczy przepisem statutu przyznać niezależnemu prawo żądania zwołania posiedzenia rady, skoro prawo to z mocy kodeksu przysługuje wszystkim członkom rady. Na łamach Gazety Bankowej zwracano już uwagę (Jacek Siwicki, Jerzy Krok), że wprowadzaniu do rad rzekomo niezależnych członków rady nierzadko towarzyszy wyprowadzanie z rady prawdziwych kompetencji.

Spółki mogłyby odważniej wprowadzać niezależnych członków rad nadzorczych, lecz skoro prawo obowiązujące w ogóle nie zna takiej instytucji – nie bierze jej w ochronę. Jeżeli są w radzie nadzorczej członkowie niezależni, bardzo łatwo pozbyć się ich z rady. Wystarczy przeprowadzić wybór jednego choćby członka rady w drodze głosowania oddzielnymi grupami, by mandaty członków niezależnych wygasły przedterminowo. W dodatku niezależny członek rady jest z racji swoich szerszych kompetencji bardziej narażony na odpowiedzialność cywilną, a w Polsce nie ma zwyczaju ubezpieczenia jej.

Ustawodawca uwierzył, że instrumentem ochrony mniejszości będą członkowie rady wybierani przez oddzielne grupy i przez nie delegowani do stałego indywidualnego wykonywania nadzoru, co często uwiera większość. Ustawodawca dotąd nie uwierzył, by niezależni mogli umiejętnie ważyć racje i większości, i mniejszości, a przede wszystkim – spółki. Nic w tym dziwnego, skoro polskie prawo faworyzuje skrajnie partykularne racje pracowników kosztem dostarczycieli kapitału. Kreuje ono nadto założenie, że wszyscy z członków rady będą działać w interesie spółki, a nie akcjonariuszy, którzy każdego z nich przepchnęli do rady nadzorczej, by strzegli w niej ich interesów, nawet partykularnych, nawet sprzecznych z interesem spółki. Już lepszy romantyzm idei niezależnych członków rad nadzorczych, niż bezsilny idealizm prawa.

Nie toczmy sporów o to, ilu ma być w radzie niezależnych. Nie narzucajmy spółkom żadnych kwot. Albowiem nie wszystkie spółki naprawdę potrzebują niezależnych w liczbie przekraczającej połowę składu rady. Niekiedy więcej dokona jeden rzeczywiście niezależny, wyposażony w mocne uprawnienia i umiejętnie z nich korzystający. Niech przeto statuty spółek jasno określą zakres kompetencji oddanych niezależnym. Niech także określą kryteria, jakie niezależni winni spełniać. Będą one różne w różnych spółkach, ponieważ każda jest inna, ma inny akcjonariat, działa też w odmiennym otoczeniu. Dobrej praktyki nie wcieli się w życie ciasnymi schematami.

Tekst został ogłoszony 23 czerwca 2003 r. w tygodniku Gazeta Bankowa.
Czytaj także:
2014.04.30 Niezależność jest publiczna
2003.03.31 O jeden most za daleko

Wytykanie i zawstydzanie [2003]

Dawniej inwestorzy traktowali spółki w rękawiczkach. Dzisiaj wkładają je, gdy chcą udusić prezesa.

GlaxoSmithKline to potworek językowy wydestylowany z serii fuzji i przejęć. Pod tą firmą działa wielki koncern farmaceutyczny. O gigantach tej branży rzadko wspomina się dobrze, bo też i rzadko jest powód. W powszechnym przekonaniu postępują one arogancko, monopolizują rynki, zarabiają krocie, rozmijają się z etyką. Niekiedy trudno podeprzeć faktami co poważniejsze zarzuty, a wtedy biada faktom! Leki to sfera emocji, bez których opinia publiczna byłaby skazana na uwiąd.

Ostatnio o GlaxoSmithKline pisze się pozytywnie. Spółka dała światu dobry przykład. Otóż prezes Jean–Pierre Garnier zapragnął zmiany warunków płacowych, a akcjonariusze odmówili. Corporate governance często przegrywa bowiem z biernością akcjonariatu, jego apatią, niezdecydowaniem, niechęcią do współdziałania, lecz kiedy akcjonariat poczuje zapach pieniędzy, potrafi postąpić stanowczo. Chodzi nie o te pieniądze, które może pojawią się kiedyś, w nieodgadnionej przyszłości. Ponoć jeżeli spółka zaprowadzi porządek korporacyjny, cena jej akcji wzrośnie, ale nikt nie wie, kiedy. Strumienie takich odroczonych zysków nie rozpalą wyobraźni inwestorów. Doraźne uderzenie po kieszeni zaboli ich dotkliwie.

Chodzi nie tylko o wysokość płac zarządów, lecz przede wszystkim o wysokość odpraw, wszelkich ubocznych świadczeń, a także opcji na akcje. Szef GlaxoSmithCline oczekiwał (a komisja rady nadzorczej do spraw wynagrodzeń potulnie zalecała spełnienie tych oczekiwań) przyznania mu dwuletniego okresu wypowiedzenia i odprawy kosztującej spółkę 35,7 milionów dolarów. Komisja rady zalecała nadto, by Garniera oraz jego żonę potraktować jakby byli starsi o trzy lata, co wpłynęłoby korzystnie na ich emerytury. Od tego roku brytyjskie prawo wymaga, by walne zgromadzenie zajęło stanowisko wobec propozycji przedkładanych przez komisję do spraw wynagrodzeń. Co nie ma mocy wiążącej, lecz tworzy atmosferę. I walne zgromadzenie GSK odrzuciło rekomendacje komisji.

Od dawna wyrzeka się na wypełnione śmietanką miseczki ‘tłustych kotów’ – menedżerów suto opłacanych, skąpanych w przywilejach, dodatkowo karmionych opcjami. Kończyło się jednak na słowach. Istniała cicha umowa, że póki nie dzieje się w spółce nic gorszącego, wręcz skandalicznego, lepiej ustąpić przed rozbuchanymi żądaniami płacowymi menedżerów, niż ryzykować konflikt. Nie ma przecież narzędzi oceny jakości menedżerów. Opinię akcjonariatu na temat menedżerów z zasady kształtowali… inni menedżerowie. Dzisiaj rynek zaczyna nareszcie przemawiać głosem ludzi, którzy powierzyli funduszom inwestycyjnym i emerytalnym nie tylko swoje środki, ale w rzeczy samej – przyszłość swoją, a także następnych pokoleń. Właśnie dotarła do nich jakże bolesna prawda, że od wyników funduszy zależy jakość ich życia, nawet pomyślność społeczeństw, więc żądają od funduszy coraz więcej. Pod ich naciskiem fundusze wzmagają presję na spółki.

Fundusze zrazu działają dyskretnie. Próbują przeforsować swoje stanowisko po dobroci. Kolejnym krokiem jest przeciek do prasy, że fundusz koso przygląda się spółce, co już zachwieje kursem. Gdy i to nie pomaga, fundusze idą na udry z zarządem. Głos niektórych, jak amerykański Calpers albo brytyjski Hermes, rozchodzi się daleko. Spółki nieskore do należytego zachowywania się zostają poddawane polityce ‘naming & shaming’, wytykania i zawstydzania. Jest co wytykać.

Wspominałem niedawno (28 kwietnia), że Calpers wytyka i zawstydza powszechnie znaną spółkę – Xerox. Zarzut dotyczy złego zarządzania. Amerykańska komisja papierów wartościowych, SEC, zajmuje się tą spółką już od lat. Stwierdzono nieprawidłowości rachunkowe. Sześciu byłych menedżerów producenta kopiarek przystało na kosztowną dla nich ugodę. Zapłacą 22 miliony dolarów. Jeden z nich, Paul Allaire, był członkiem rad nadzorczych – cóż za uroczy zbieg okoliczności! – GlaxoSmithKline (gdzie tak nieudolnie pokierował komisją wynagrodzeń) i Lucent (gdzie przewodniczył komisji audytu i finansów). Uboczną dolegliwością jest dla niego pięcioletni zakaz członkostwa w radach spółek publicznych. Teraz zapłaci 6,8 mln, nareszcie ze swojej kieszeni.

Na rynkach wzbiera gniew akcjonariuszy. Inwestorzy instytucjonalni zręcznie kierują go przeciwko zwyrodniałym systemom opłacania menedżerów. Albowiem często nie liczy się wynik. Prezes dostaje miliony po prostu za to, że jest, a raczej – że raczy być. Wynagrodzenia kadry zarządzającej i nadzorczej stają się probierzem corporate governance. Świat zmierza ku jawności płac menedżerów, co przysłuży się temperowaniu ich nadmiernych apetytów. Akcjonariat pozostanie gniewny, aż znowu zacznie zarabiać, na co się chwilowo nie zanosi. Nastaje stosowna pora, by dobrać się do biegłych rewidentów. Jedna strona medalu to ograniczenie ich wynagrodzeń. Druga to zwiększenie ich odpowiedzialności. Każdy medal ma też trzecią stronę: kant.

Artykuł został ogłoszony 16 czerwca 2003 r. w tygodniku Gazeta Bankowa.Wytłuszczenia współczesne.

Zasady dobrej praktyki w dokumentach konstytucyjnych spółek. Przykłady [2003]

Dokument GPW: ‘Przykładowo wypełniony formularz przestrzegania „Dobrych praktyk w spółkach publicznych w 2002”’ zdaje się wyrażać stanowisko, że wzorowym sposobem urzeczywistnienia zasad dobrej praktyki jest przeniesienie ich do statutów spółek i regulaminów ich organów. Panel powinien przynieść odpowiedzi na pytania, czy zawsze jest to możliwe, oraz czy w jest to wskazane.

Po pierwsze, zasady dobrej praktyki bywają zbyt ogólnikowe, zbyt subtelne, by ujmować je w przepisach. Po drugie, statuty spółek i regulaminy ich organów winny posiadać znamiona trwałości, natomiast zasady, datowane na rok 2002 (wbrew niefortunnemu sformułowaniu dokumentu jest to data ich przyjęcia, a nie okres stosowania) będą z natury rzeczy doskonalone, rozwijane i korygowane. Stąd proponuję dyskusję nad kwestią wprowadzenia do statutów spółek rozwiązań wynikających z kilku wybranych zasad.

Zasada 1 (Walne zgromadzenie powinno odbywać się w miejscu i czasie ułatwiającym jak najszerszemu kręgowi akcjonariuszy uczestnictwo w zgromadzeniu.)

Jest to materia statutowa (art. 403 ksh). Spółki skwapliwie korzystają z możliwości wprowadzania do statutów ‘odmiennych postanowień’. Statuty dopuszczają przeto zwoływanie WZ w kilku, a nawet kilkunastu miejscowościach, niekoniecznie mających jakikolwiek związek z działalnością spółki, albo nawet dają zarządowi pełną swobodę wyboru miejsca odbycia WZ. Obawiam się, że przytoczona zasada dobrej praktyki niczego w tej kwestii nie zmieni.

Zasada 6 (Walne zgromadzenie powinno mieć stabilny regulamin, określający szczegółowe zasady prowadzenia obrad i podejmowania uchwał. Regulamin powinien zawierać w szczególności postanowienia dotyczące wyborów, w tym wyboru rady nadzorczej w drodze głosowania oddzielnymi grupami. Regulamin nie powinien ulegać częstym zmianom; wskazane jest, aby zmiany wchodziły w życie począwszy od następnego walnego zgromadzenia.)

Zasada jest ogólnie słuszna. Rzecz w tym, że wychodzi ona przed kodeks spółek handlowych, który nie wymaga, by walne zgromadzenie uchwalało swój regulamin. Oraz przed praktykę, o czym świadczy przykład Banku Pekao: nie miał on regulaminu walnego zgromadzenia i nie odczuwał takiej potrzeby, aż przyjął go nareszcie, by uniknąć konieczności składania wyjaśnień płynących z zasady comply or explain. Żadne z wcześniejszych walnych zgromadzeń, odbywanych bez regulaminu, nie budziło zastrzeżeń mniejszości. Przykładem przeciwstawnym jest Bank Ochrony Środowiska, który w uporczywy sposób uchylał się od odbywania prawidłowo zwoływanych (na wniosek mniejszości) walnych zgromadzeń. Regulamin WZ BOŚ czynił przy tym zadość kryteriom poprawności. Biorąc pod uwagę rygoryzm i formalizm, z jakim giełda zdaje się podchodzić do sprawozdawania przez spółki na temat dobrej praktyki, pragnę zwrócić uwagę, że określanie w regulaminie tryby wyboru rady nadzorczej w drodze głosowania oddzielnymi grupami jest w przypadku bardzo wielu spółek zgoła bezprzedmiotowe. Kiedy inwestor strategiczny posiada blisko 100% akcji, a w wolnym obrocie są tylko nieliczne, o żadnych grupach nie może być mowy.

Zasada 9 (Na walnym zgromadzeniu powinni być obecni członkowie rady nadzorczej i zarządu….)

Zasada jest bezwzględnie słuszna. Czy pozostawić ją poczuciu przyzwoitości członów zarządu i rady nadzorczej, czy też może wprowadzić do statutu spółki bądź (raczej) regulaminów zarządu i rady nadzorczej? Pomysł wzbogacenia nią kodeksu, aczkolwiek najdalej idący, jest przecież mało sensowny. Wiele zależy od tego, czy akcjonariusze zaczną domagać się wyjaśniania przyczyn absencji nieobecnych członków organów spółki. Na marginesie: wymagając obecności członków rady na walnym zgromadzeniu, zasady dobrej praktyki nie domagają się, by w raporcie rocznym spółka ogłaszała tzw. attendance records członków rady wraz z wyjaśnieniami powodów ich każdorazowej nieobecności…

Zasada 19 (Członek rady nadzorczej powinien posiadać należyte wykształcenie, doświadczenie zawodowe oraz doświadczenie życiowe , reprezentować wysoki poziom moralny oraz być w stanie poświęcić niezbędną ilość czasu, pozwalającą mu w sposób właściwy wykonywać swoje funkcje w radzie nadzorczej…)

Są to postulaty bardzo słuszne, lecz jak przełożyć je na język statutów spółek? Można mierzyć wykształcenie, nawet doświadczenie zawodowe, lecz życiowego – już nie (chyba, że przyjmiemy za piosenką, iż chodzi o ‘mężczyznę po przejściach, kobietę z przeszłością’). To samo dotyczy poziomu moralnego. Sprawę wymogów czasowych można ‘popchnąć do przodu’ (bo nie uregulować w sposób wyczerpujący) przepisem statutu ograniczającym liczbę rad nadzorczych, w których może zasiadać członek rady danej spółki w czasie pełnienia w niej funkcji. Jest to rozwiązanie znane praktyce brytyjskiej, lecz w Polsce będzie ono bardzo trudne do przeprowadzenia. Wspomniany „Przykładowo wypełniony formularz…” podaje taki oto przykład pożądanego oświadczenia spółki: członkowie rady powinni posiadać wykształcenie zgodne z profilem działalności spółki lub co najmniej 7-letnie doświadczenie zawodowe związane z tym profilem. Przyznam, że nadzorowałem fabrykę pomp nie mając wykształcenia pompiarskiego, rzeźnię nie mając rzeźniczego, firmy odzieżowe itd.

Zasada 20 (a/ Przynajmniej połowę członków rady nadzorczej powinni stanowić członkowie niezależni. Niezależni członkowie rady nadzorczej powinni być wolni od jakichkolwiek powiązań ze spółką i akcjonariuszami lub pracownikami, które to powiązania mogłyby istotnie wpłynąć na zdolność niezależnego członka do podejmowania bezstronnych decyzji. b/ Szczegółowe kryteria niezależności powinien określać statut spółki. c/ Bez zgody przynajmniej jednego niezależnego członka rady nadzorczej nie powinny być podejmowane uchwały w sprawach:
 świadczenia z jakiegokolwiek tytułu przez spółkę i jakiekolwiek podmioty powiązane ze spółką na rzecz członków zarządu;
 wyrażenia zgody na zawarcie przez spółkę lub podmiot od niej zależny istotnej umowy z podmiotem powiązanym ze spółką, członkiem rady nadzorczej albo zarządu oraz z podmiotami z nimi powiązanymi;
 wyboru biegłego rewidenta dla przeprowadzenia badania sprawozdania finansowego spółki.)

Jest to jedna z najbardziej doniosłych zasad dobrej praktyki, a przy tym budzi ona najwięcej kontrowersji. Zastrzeżenia dotyczą głównie pierwszego zdania, a dokładniej dwóch pierwszych słów… W istocie rzeczy, sformułowany pod lit. c/ katalog spraw, w których rada nie powinna podejmować uchwały bez zgody przynajmniej jednego z niezależnych – stawia pod znakiem zapytania wymóg tłumnej obecności niezależnych w radzie. Obawiam się, że im więcej będzie w radzie niezależnych, tym mniej mogą być oni naprawdę niezależni. Obawiam się powstania instytucji ‘niezależnego z ramienia’, w którego łatwo przepoczwarzy się dzisiejszy ‘członek z ramienia’…

Z punktu widzenia statutu spółki liczy się lit. b/: otóż statut może rozwinąć kryteria niezależności, skonfigurować je do specyficznej sytuacji danej spółki, a także lit. c/: otóż statut może wydatnie poszerzyć katalog spraw, w których rada może podejmować uchwały tylko za zgodą przynajmniej jednego niezależnego. Niezależni członkowie rady są już zakotwiczeni w statutach kilku spółek. Rzecz w tym, że w kilku przypadkach ich obecność osłabia pozycje rady. Mianowicie jej fundamentalna funkcja, wybór biegłego rewidenta, bywa odbierana radzie i przekazywana… zarządowi spółki, czemu sprzeciwia się zresztą otwarcie zasada 43. W jednym ze statutów znalazło się osobliwe rozwiązanie, że niezależni (ale tylko tacy członkowie rady nadzorczej, z pominięciem pozostałych) mają prawo zwołania posiedzenia rady; ksh przyznaje owe prawo każdemu z członków rady. Statut ten nadto przyznał niezależnym prawo żądania wyjaśnień i dokumentów od zarządu, jego członków i kadry kierowniczej spółki; ksh przyznaje podobne uprawnienie tylko radzie in corpore, a nie jej poszczególnym członkom.

Polskie prawo nie zna instytucji niezależnych członków rady nadzorczej. Jest to bowiem próba przeniesienia na nasz grunt rozwiązań anglosaskich. Bardzo wybiórczego przeniesienia, ponieważ ze statusem niezależnych ostro kolidują dwie instytucje mocno wbudowane w polskie prawo: wybór członków rady nadzorczej w drodze głosowania oddzielnymi grupami (zob. poniżej uwagi do zasady 30) i reprezentacja w radzie nadzorczej przedstawicieli pracowników. Oto dyżurny casus przytaczany przez przeciwników zasady, iż niezależni powinni stanowić przynajmniej połowę składu rady: statut spółki oddaje trzy miejsca w siedmioosobowej radzie przedstawicielom załogi, dla niezależnych pozostają cztery, przeto żaden z inwestorów już nie zdoła wprowadzić do rady członka ze swojego ramienia… Niby prawda; ale, po pierwsze inwestorzy mogą skorzystać z instytucji wyboru członków rady w drodze wyborów oddzielnymi grupami, co ‘kasuje’ tak niezależnych, jak przedstawicieli pracowników; po drugie – pora przyzwyczajać się, że ‘członkowie z ramienia’ nie są najlepszym rozwiązaniem.

Zasada 25 (Posiedzenia rady nadzorczej, z wyjątkiem spraw dotyczących bezpośrednio zarządu lub jego członków, w szczególności: odwołania, odpowiedzialności oraz ustalania wynagrodzenia, powinny być dostępne i jawne dla członków zarządu.)

Jest to typowy przykład zwyrodnienia zasad dobrej praktyki, które w dążeniach do uszczegółowienia swoich regulacji przyjmują postać ‘wicekodeksu’. W rezultacie, omawiana zasada jest trudna do przeniesienia do statutu spółki bądź regulaminu rady nadzorczej. Oczywiście, rada nie powinna zamykać się przed zarządem bez istotnej ku temu potrzeby, ale istotnych ku temu potrzeb nie da się wyliczyć żadnym aktem. Tak w praktyce, jak w publicystyce zawsze dawałem wyraz celowości zapraszania zarządu na posiedzenia rady. Zarządu w pełnym składzie, nie tylko w osobie prezesa (co twardo egzekwowałem wbrew oporowi niektórych prezesów). Na posiedzenia (acz niekoniecznie na całe), a nie tylko na ‘spotkanie z zarządem’ przewidziane w przedostatnim punkcie porządku obrad. Niemniej na świecie dochodzi do głosu dobra praktyka, iż rada nadzorcza przynajmniej raz do roku spotyka się bez zarządu, by spojrzeć na spółkę i jej otoczenie z dystansu, własnymi oczyma; by z dala od zarządu przedyskutować strategię i osiągnięcia w jej realizacji. I taką praktykę niełatwo oblec w przepis.

W statutach polskich spółek spotyka się rozwiązania kuriozalne. Niekiedy członkowie zarządu mają po prostu prawo (!) uczestniczenia w posiedzeniach rady. Z głosem doradczym, cokolwiek to oznacza. Jeden ze statutów nakłada nawet na członków zarządu takowy obowiązek.

Zasada 30 (Członek rady nadzorczej oddelegowany przez grupę akcjonariuszy do stałego pełnienia nadzoru powinien składać radzie nadzorczej szczegółowe sprawozdanie z pełnionej funkcji.)

Często mam wątpliwości, czy jakaś zasada dobrej praktyki powinna zostać odzwierciedlona w statucie lub regulaminie; często nie mam wątpliwości, że nawet nie powinna. Tu przeciwnie: wielce pożądane byłoby przejęcie przez spółki akurat tej zasady do statutów i dopełnienie jej trybem i terminami składania takiego sprawozdania. Najdalej idącym instrumentem ochrony mniejszości jest jej prawo wyboru członka rady w drodze głosowania oddzielnymi grupami. Statut spółki, nawet gdyby przewidywał, że większość składu rady stanowią niezależni, nie może wyłączyć prawa wyboru rady nadzorczej w tym specjalnym trybie. Nie może on też wyłączyć prawa każdej grupy wybierającej członka lub członków rady w drodze głosowania oddzielnymi grupami do delegowania jednego z nich do stałego indywidualnego wykonywania czynności nadzorczych, z czym wiążą się szczególne uprawnienia. Statut mógłby także nałożyć na delegowanego w takim trybie członka rady obowiązek podpisania – i przestrzegania! – zobowiązania do zachowania informacji o spółce, nabytych w trakcie wykonywania indywidualnego nadzoru (w tym informacji pozyskanych w związku z, lub podczas uczestniczenia w posiedzeniach zarządu), w tajemnicy przed jakąkolwiek grupą akcjonariuszy.

Niemniej statuty najczęściej nie podejmują tej kwestii. Szkoda, bo na tym tle doszło do pamiętnego konfliktu akcjonariuszy mniejszościowych z inwestorem strategicznym Stomilu Olsztyn. Szkoda polega nie na tym, że Stomil Olsztyn zostaje wycofany z giełdy, bo to normalne dzieje, ale na tym, że towarzyszą temu ciężkie zarzuty pod adresem polskiego rynku. Niedobrze, że zasady dobrej praktyki nie zawierają dyrektywy utrzymania liczebności rady nadzorczej notowanych spółek na poziomie przynajmniej pięcioro członków, co w praktyce bywa warunkiem skorzystania przez mniejszość z prawa wyboru członka rady nadzorczej w drodze głosowania oddzielnymi grupami. Statuty wielu spółek ustalają trzyosobowy skład rady nadzorczej, a jedna ze spółek – gwiazd giełdy w ogóle nie określała w swoim statucie liczebności rady.

Statuty zawierają natomiast różne, często idiotyczne rozwiązania na temat sytuacji członków rady wybranych w drodze głosowania oddzielnymi grupami. Na przykład: „W przypadku wyboru członka rady nadzorczej oddzielnymi grupami, każdej grupie przysługuje prawo odwołania powołanego przez nią członka rady nadzorczej i powołania w jego miejsce innego członka. Odwołanie i powołanie członka rady nadzorczej wymaga zgody wszystkich członków grupy według listy obecności na walnym zgromadzeniu”.

Tekst zawiera wystąpienie podczas konferencji CORPORATE GOVERNANCE XIII w Serocku 12 czerwca 2003 r.

Czytaj także:
2002.05.09 w Drodze do dobrych praktyk

Ile dywizji ma Higgs? [2003]

Rynek i inwestorzy skuteczniej upilnują porządku korporacyjnego niż państwo i jego organy.

W odpowiedzi na upadek Enronu i Andersena kongres Stanów Zjednoczonych przyjął Sarbanes – Oxley Act. Wcześniej zapewne mało kto przypuszczał, że Stany Zjednoczone przystąpią do wcielenia zasad corporate governance na drodze ustawodawczej. A jednak – stało się; inna sprawa, że sytuacje nadzwyczajne wymagają nadzwyczajnych środków. Upadek wielkiego koncernu i kompromitacja zawodu audytora wywołały poruszenie w świecie, zapewne znacznie większe, niż gdyby wymazano z mapy Erytreę lub Etiopię. Amerykanie lubią działać zdecydowanie. Skoro jednak w konkretnej sytuacji desant piechoty morskiej byłby bezużyteczny, uchwalono naprędce ustawę.

Przyjęto w niej zasadę, że w spółkach publicznych w składzie komisji do spraw audytu, będącej ciałem wyłanianym z rady, powinna znaleźć się przynajmniej jedna osoba znająca się na finansach. Jest to zasada słuszna. Ktoś powinien znać się na finansach, a trudno tego wymagać od wszystkich członków komisji, bo ekspertów finansowych jest za mało, by obsadzić nimi wszystkie funkcje nie tylko w radach, lecz nawet w komisjach do spraw audytu. Ale jak zdefiniować, kto naprawdę jest ekspertem finansowym, a kto podszywa się tylko? Amerykańska komisja papierów wartościowych (SEC) postanowiła uściślić tę kwestię. Jej wyjaśnienia zajęły aż 75 stron.

W tym miejscu myśl ulatuje ku wspomnianej już piechocie morskiej. W wojsku, jak wiemy, istnieje praktyka definiowania wszystkiego, co definicji zgoła nie wymaga, przy czym najczęściej owe definicje niczego do sprawy nie wnoszą („pies składa się ze smyczy i psa właściwego”). Skoro jednak normuje się sprawę aktem ustawodawczym, należy przecież objaśnić użyte w nim pojęcia. SEC poświęciła tej kwestii w sumie tysiące stron, z problematycznym skutkiem. Biurokraci mieli używanie, lecz rynek nie skorzystał.

W Wielkiej Brytanii przyjęto to samo rozwiązanie: w komisji do spraw audytu powinna znaleźć dysponująca „odpowiednim, znaczącym i świeżym” doświadczeniem w dziedzinie finansów. Przyjęto je tak po prostu, bez dziesiątek tysięcy słów zbędnych objaśnień. Lecz owo rozwiązanie płynie nie od państwa, a on rynku. Sformułowano je w raporcie Higgsa, o którym wspominałem w tym miejscu kilkakrotnie. Raport kontynuuje serię chwalebnych przedsięwzięć, którym patronowali Cadbury, Greenbury, Hampel. Z ich dorobku płynie jasny wniosek: lepiej, by rynek sam przyjął na siebie niezbędne ograniczenia, niż by miało wprowadzać je państwo.

Istnieją więc dwie drogi ku porządkowi korporacyjnemu. Jedna wiedzie przez państwo, druga przez rynek. Państwo uchwali ustawy, powierzy ich wykonanie swoim funkcjonariuszom, a niezawisłe sądy strzec będą praworządności. Wiele wskazuje jednak, że wszystko pozostanie po staremu. Ustawy mamy kiepskie, funkcjonariusze państwa bywają niekompetentni, a sądy toną pod nadmiarem spraw. Mechanizm rynku jest bardziej skuteczny. W imieniu inwestorów ktoś (niech będzie to giełda) ustala więc zasady dobrej praktyki spółek, a one stosują je, lub wyjaśniają publicznie, dlaczego nie stosują. Inwestor sam ocenia, czy owe wyjaśnienia są coś warte i bądź odwraca się całkiem od spółki, bądź zawierza jej pomimo wszystko.

Albowiem rynek jest miejscem, gdzie można rzucić pieniądze, lecz nie piechotę morską. Więcej można z nim uzyskać po dobroci, niż pobrzękując szabelką. Co dedykuję Komisji Papierów Wartościowych i Giełd – organowi bardzo potrzebnemu, lecz mało skutecznemu. Jakie istotne sprawy zostały rozwiązane przez komisję ku pożytkowi rynku? Prace nad nowelizacją prawa wloką się, wloką, rynek obumiera, a nowe regulacje życia mu nie przywrócą. Rynku nie zbawi interwencja państwa. Zbawić go może tylko śmiała umowa społeczna między spółkami i inwestorami, działającymi w duchu dobrej wiary i zgodnie piętnującymi przekręty i nadużycia.

Polski rynek potrzebuje przywództwa. Jest on wybrukowany, niczym kocimi łbami, ambicyjkami i animozjami personalnymi. City (brytyjskie kręgi gospodarcze) zdołała porozumieć się z Westminsterem (ośrodkiem władzy politycznej), i z tego porozumienia czerpie swoją siłę Derek Higgs. Nie stoją za nim dywizje, tylko dobra wola obu stron. W Polsce najwyższa już pora, by rynek zaczął budować porozumienie z państwem, nie w drugorzędnej sprawie podatku od zysków na giełdzie (jakich zysków?), lecz w kwestii dokończenia niemrawej prywatyzacji i wprowadzenia na rynek przynajmniej kilku spółek.

Potrzebny jest nam w tym celu raport o stanie rynku, oraz o przedsięwzięciach zmierzających ku jego naprawie. Powstał już Polski Instytut Dyrektorów. Jak wiele innych bytów tej samej proweniencji może on wkrótce ulec zapomnieniu. Może też podjąć szansę, której nikt dotąd w Polsce spełnić nie chciał, ani nie potrafił: wykreowania przywództwa i ożywienia gasnącego rynku.

Tekst ogłoszony 9 czerwca 2003 r. w tygodniku Gazeta Bankowa

Od formalizmu do formaliny [2003]

Jak mało znaczy autorytet giełdy, odsłonił list pasterski w sprawie liczebności rad nadzorczych.

Dopiero przyszłość pokaże, jaki pożytek przyniosą przyjęte już przez giełdę zasady dobrej praktyki. Obecnie spółki dopiero składają deklarację, czy będą stosowały te zasady. Większość spółek przyjmuje zasady. Niektóre odrzucają przynajmniej niektóre z zasad. Wolno im, owszem – lecz niechaj wyjaśnią, dlaczego tak postąpiły. Moim zdaniem, niesłychanie trudno będzie sformułować wyjaśnienie, dlaczego spółka odrzuca zasadę, w myśl której rada nadzorcza przedkłada walnemu zgromadzeniu zwięzłą ocenę sytuacji spółki. Albo zasadę, która przewiduje, iż nabywanie przez spółkę własnych akcji powinno być dokonane w taki sposób, aby żadna grupa akcjonariuszy nie była uprzywilejowana. Nie znajduję żadnych argumentów mogących uzasadnić odstępstwo od tych zasad. Spółka, która nie stosuje ich i nie potrafi wyjaśnić, dlaczego ich nie stosuje, zapewne nie pozyska na giełdzie kapitału.

W moim przekonaniu zasada ‘stosuj lub wyjaśniaj’ zakłada równoprawne traktowanie spółek, które kierują się dobrą praktyką, oraz spółek, które odrzucają zasady dobrej praktyki i przedstawiają mocne argumenty, dlaczego tak postąpiły. Każda spółka jest w istocie inna, ma inny akcjonariat, splatają się w niej inne interesy – przeto nie wszystkie spółki chcą, albo nawet mogą, kierować się dobrą praktyką. Rzecz w tym by te, które nie chcą lub nie mogą, postępowały otwarcie i wyjaśniały swoje stanowiska. Spółka, która potrafi pozyskać zrozumienie i sympatię rynku dla swojej odmienności, nie powinna być przez giełdę traktowana gorzej od spółek stosujących zasady dobrej praktyki.

Spółce łatwiej złożyć oświadczenie, że będzie stosowała zasady dobrej praktyki, niż odrzucić którąkolwiek z zasad i brnąć w kłopotliwe wyjaśnienia, dlaczego tak postąpiła. Przykładem niech będzie postawa Banku Pekao. Miał on ochotę oświadczyć, że jedna z zasad jest mu zgoła zbędna. Chodziło o regulamin walnego zgromadzenia. Nie było go do tej pory, ponieważ nie był potrzebny. Bank ma swoje lata i tradycje. Zawsze był spółką akcyjną. Przez długie lata rządził w nim Skarb Państwa, któż przeto miałby rzucać mu wyzwanie na WZ? Kiedy bank wreszcie sprywatyzowano, więc w walnych zgromadzeniach brali już udział także inni akcjonariusze, przebiegały one zawsze sprawnie. Przykładem jest stosunek banku do dziennikarzy: gdy w innych spółkach często wyrzucano ich z walnych zgromadzeń, w Pekao widziano ich chętnie i traktowano przyjaźnie. Niech widzą, mówili bankowcy, jaki mamy pierwszorzędny akcjonariat. Gdy w innych spółkach walne zgromadzenia przypominały ‘walne zwyrodnienie’, w Pekao były one matecznikiem dobrych obyczajów.

Lecz kiedy zarząd banku rozważał, jak postąpić, głos zabrał inwestor strategiczny. Poradził on bankowi, by raczej przyjął zasadę, niż kontestował cokolwiek, co giełda rekomenduje. We Włoszech bowiem szanuje się giełdę, która widać zasłużyła sobie na to. W kwietniu Bank Pekao przyjął więc regulamin walnego zgromadzenia. Zasadom dobrej praktyki stało się przeto zadość. Przynajmniej na papierze. Nikt bowiem niczego nie zyskał, natomiast dziennikarze stracili pewność, że jak dawniej będą bez przeszkód dopuszczani na walne zgromadzenia. Teraz bowiem wprowadzono przepis, że ‘przedstawiciele mediów’ mogą uczestniczyć w walnym zgromadzeniu za zgodą przewodniczącego.

Czytam, ze TP SA nie wpuściła na walne zgromadzenie dziennikarza agencji Reuters. Na tymże samym walnym zgromadzeniu Tepsa przyjęła do stosowania większość zasad dobrej praktyki, w tym dotyczącą umożliwienia dziennikarzom obecności na walnych zgromadzeniach. Prasa cytuje wypowiedź urzędnika giełdy, że niby wszystko jest w porządku, bo stosowania zasad będzie się wymagać od spółek począwszy od 1 lipca, a teraz jeszcze nie. To całkiem jakby przyjąć, że po ślubie nie można katować żony, ale wcześniej owszem, jak najbardziej.

Nikt mi nie wmówi, że wyrzucenie dziennikarza za drzwi można pogodzić z dobrą praktyką: nie można! Media powinny w tej sprawie zjednoczyć siły, stworzyć wspólny front. Na giełdę nie ma co liczyć. Jej autorytet jest na rynku nikły. Przykładem ‘list pasterski’ – wspólne wystąpienie zarządu i rady giełdy do notowanych spółek, by nie zmniejszały liczebności rady nadzorczej poniżej pięciu osób. Chodziło o to, by umożliwić mniejszości przepchnięcie do rady nadzorczej jej przedstawiciela w drodze głosowania odrębnymi grupami. Zaskakująco wiele spółek zignorowało ów apel.

Obawiam się, że giełda nie będzie również w stanie wymusić wyjaśnień od spółek odrzucających dobrą praktykę i całą energię skieruje na wymuszaniu od spółek, które przyjęły zasady, aby sprawozdawały na jakimś formularzu. Liczy się nie treść, a forma. Przy takim podejściu do sprawy polskiemu rynkowi potrzeba nie formalizmu, ale formaliny, by zakonserwować jego resztki. Inaczej przyszłe pokolenia nie uwierzą, że w Polsce był kiedyś rynek.

Tekst ogłoszony 2 czerwca 2003 r. w tygodniku GAZETA BANKOWA