Miesięczne archiwum: Sierpień 2003

Czarna skrzynka [2003]

W spółce akcyjnej protokół zarządu lub rady nadzorczej jest jak czarna skrzynka w samolocie. Sięga się do niego zwłaszcza wtedy, kiedy coś poszło nie tak. Dlatego protokoły poddane są procedurze. Przepisy są zwięzłe i jasne. Bywa, że nie są one przestrzegane, co naraża spółkę na ryzyko. W przypadku instytucji finansowej ryzyko bywa szczególnie dotkliwe. Przykład przyniosło życie. Podczas rozprawy karnej Grzegorza W. wyszło na jaw, jak powstał protokół posiedzenia zarządu PZU Życie SA z 21 kwietnia 2001 r.

Protokół sporządzono nie na posiedzeniu, ale po nim. Powierzono tę czynność osobie, która w posiedzeniu nie uczestniczyła. Na posiedzeniu zarząd podjął uchwałę w przedmiocie przejęcia od dłużnika nieruchomości stanowiącej zabezpieczenie jego zobowiązania. Uchwała ma dwie wersje. Jedna z nich przewiduje, że dłużnikowi na otarcie łez wierzyciel dorzuca jeszcze osiem i pół miliona złotych. Podpisał ją Grzegorz W., prezes PZU Życie, występujący zarazem w imieniu wierzyciela i jako pełnomocnik dłużnika (!). Druga przemilcza wypłatę; podpisali ją trzej inni członkowie zarządu.

Sprawa ma szerszy wymiar. Władysław J. w PZU i Grzegorz W. w PZU Życie wyczyniali najdziksze swawole. Stanęli przed sądem, co nie jest niespodzianką. W latach ich radosnej działalności poświęcałem im wiele uwagi. Ponieważ uważałem, że sytuacja w grupie PZU godzi w podstawy polskiej gospodarki, piórem wzywałem na pomoc nawet Radę Bezpieczeństwa Narodowego. Na ministrów Skarbu Państwa nie liczyłem. Domagałem się, by stanęli za to przed Trybunałem Stanu, lecz sprawa została rozmyta w mętnym raporcie otwarcia.

Jest to kolejny argument przemawiający za tym, by protokołować dokonania. Prawo klarownie określa zawartość protokołu zarządu lub rady nadzorczej. Przede wszystkim jego treścią są uchwały. Ponadto protokół zawiera porządek obrad, imiona i nazwiska obecnych (wprawdzie ustawodawca stawia tu nazwiska przed imionami, lecz jest to obyczaj prostacki, którego nie zalecam), liczbę głosów oddanych na poszczególne uchwały oraz zdania odrębne. Protokół podpisują obecni na posiedzeniu członkowie organu spółki. Ustawodawca zapomniał o dacie.

Praktyka, utrwalona także w niektórych instytucjach finansowych, jest pod kilkoma względami wadliwa, co otwiera pole do nadużyć. Mianowicie w protokole często nie uwidacznia się imion i nazwisk obecnych na posiedzeniu. W zamian składają oni podpisy na liście obecności, traktowanej jako załącznik do protokołu. Jeszcze częściej w protokole nie przytacza się pełnego brzmienia uchwał, które także są załącznikami. Załącznik, jak wiadomo, można zawieruszyć lub podmienić. Stąd potem trudno ustalić, jaką uchwałę podjęto. Tak było w PZU Życie.

Ponadto w praktyce uchwały niekiedy nie są redagowane na posiedzeniu, przed poddaniem ich pod głosowanie, a dopiero po nim. Członkowie organu spółki nie wiedzą w takiej sytuacji nie wiedzą dokładnie, nad czym głosują. Jeżeli, co przecież się zdarza, pełna treść uchwały nie zostanie uwidoczniona w protokole, a przy tym istnieje zwyczaj, że pod uchwałami składa podpis wyłącznie osoba przewodnicząca posiedzeniu – okaże się, że członkowie zarządu lub rady nadzorczej w ogóle nie poznają treści podjętych przez siebie uchwał, chociaż ponoszą za nią pełną odpowiedzialność. Można uchylić się od niej składając tylko głosując przeciwko uchwale i jednocześnie składając zdanie odrębne. Niemniej wielu nie chce się wychylać; inni nie głosują przeciw, skoro nawet nie wiedzą, o co w istocie chodzi, a instytucja zdania odrębnego nie jest w Polsce wykorzystywana. Dzieje się tak dlatego, że członkowie organów spółki bardzo rzadko bywają pociągani do odpowiedzialności. Na marginesie dopowiem, że w statutach niektórych polskich spółek publicznych przewiduje się możliwość składania sprzeciwu względem uchwały przez nieobecnych na posiedzeniu. To jeszcze jedna bzdura.

Nieprzestrzeganie przepisów dotyczących formy protokołu rodzi poważne ryzyko, że w takich okolicznościach ze spółki wyciekną pieniądze. Dlatego zalecam radom nadzorczym badanie protokołów zarządu, a w szczególności treści podjętych przez zarząd uchwał. Lepiej to zrobić zawczasu, zanim spółka znajdzie się w kłopotach. Ważne jest przy tym nie tylko, co zarząd uchwalał, ale także, czego nie uchwalał. Zalecam także udostępnianie zarządowi protokołów rady nadzorczej. Z protokołów obu organów powinien też bezwzględnie korzystać biegły rewident, chociaż tego najczęściej nie czyni. A kiedy spółce zdarzy się wypadek, prokuratura i sąd powinny badać protokoły równie wnikliwie, jak specjalne komisje badają zawartość samolotowej czarnej skrzynki z zapisem wszystkich parametrów lotu.

Artykuł ukazał się w Gazecie Bankowej 23 sierpnia 2003 r. Zawierał także pominięte tu  sformułowania pod adresem Emila Wąsacza i Andrzeja Chronowskiego. Pomijam je: przez minione 10 lat obaj dowiedli, ile są warci. Wąsacz prowadzi znaną spółkę giełdową w Katowicach, Chronowski kantor w Nowym Sączu. 

Więcej konkursów, mniej kursów! [2003]

Czas skończyć z pobieżnymi kursami, a stanowiska w radach nadzorczych obsadzać w drodze konkursów!

Governance to władztwo. Władztwo na szczeblu państwa, samorządu, uczelni, podmiotów gospodarczych, nawet struktur międzynarodowych. Sposób sprawowania władztwa w państwie ma znaczny wpływ na rynek. Im gorzej rządzone jest państwo, tym trudniej zaszczepić na rynku standardy corporate governance. Jak partyniactwo w obsadzie stanowisk źle służy demokracji, tak inwazja polityki w gospodarkę dotkliwie godzi w jej konkurencyjność. W Polsce brakuje dojrzałych mechanizmów obsady stanowisk; cierpi na tym jakość państwa, a przez to i jakość spółek, na które państwo ma wpływ. Brakuje nam kultury merytorycznych konkursów. Stanowiska przeznaczone dla fachowców często padają łupem partyjnych nominatów. W Wielkiej Brytanii z konkursów obsadzane są nie tylko stanowiska w agendach rządowych, jak Financial Services Authority lub National Savings, ale nawet rada Banku Anglii (Court of Directors). Gdyby przyjęto podobną procedurę w przypadku naszej Rady Polityki Pieniężnej, jest skład byłby odrobinę inny. Skarb Państwa rzadko korzysta z konkursów przy obsadzie rad nadzorczych swoich spółek. Zresztą o nominacjach nie decydują wyniki konkursów, ale widzimisię polityków.

Skarb Państwa wymaga natomiast świadectwa ukończenia kursu dla członków rad nadzorczych. Było to rozwiązanie niezaprzeczalnie słuszne z samym początkiem lat dziewięćdziesiątych. Kadr wówczas brakowało, więc lepszy był kandydat z dwutygodniowym kursem, niż taki sam nieuk bez kursu. Kiedy Polsce Ludowej zabrakło słusznych klasowo prawników, edukowano ich w skrócie na kursach im. Teodora Duracza. Niebawem przecież farsy zaniechano. W III RP farsa trwa. Do dzisiaj praktykujemy doraźne, rozpaczliwie minimalistyczne rozwiązanie w postaci kursu do rad nadzorczych. Urządzał je kto bądź, bo to intratny interes. Jakaś Fundacja Własności Pracowniczej oferowała ‘konkurencyjną cenę, najlepszych wykładowców, materiały szkoleniowe oraz doskonałe przygotowanie do egzaminu’. Lubuska Fundacja Rozwoju Demokracji Lokalnej jednym tchem ogłaszała kurs dla kandydatów na członków rad nadzorczych spółek Skarbu Państwa i dla kierowców taksówek. Niewiele wnosi zasada, że teraz ministerstwo ma kursy w swojej pieczy. Podczas jednej z konferencji Corporate Governance były dyrektor departamentu w ministerstwie Skarbu Państwa zdradził, że nawet na kursach resortu ściśle egzekwowano, by wybrańcy zdawali egzamin, bo obiecano im już nominacje.

Ostatnio wybuchł spór, czy kursy obowiązują członków rad nadzorczych mediów publicznych, radia i telewizji. Marszałek Sejmu zapowiedział wystąpienie w tej sprawie do Trybunału Konstytucyjnego. MSP uważa, że spółki mediów publicznych są jednoosobowymi spółkami Skarbu Państwa. Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji twierdzi, że osoby powoływane do rad nie są reprezentantami Skarbu Państwa. Zaiste, nie są. Są reprezentantami swoich patronów z Krajowej Rady, którzy do rad nadzorczych zgłaszają kandydatury protegowanych. Prasa często ujawnia skandale, zwłaszcza na szczeblu lokalnym, gdzie o nominacjach decydują tamtejsi notable. Miejscami w radach nadzorczych kupczy się bez żenady. Tak zmontowano w Lubelskiem koalicję w sejmiku samorządowym. Działacz SLD zaproponował Samoobronie udział jej ludzi w kursie dla kandydatów na członków rad nadzorczych. Liderzy Samoobrony dostrzegli w tym łapówkę, którą skwapliwie przyjęli. Kurs wcale nie był trudny, niektórzy uczestnicy przerobili materiał zaocznie, egzamin zdali wszyscy. To są zwyczajne dzieje.

Wymóg przedstawienia przez kandydata do rady nadzorczej spółki Skarbu Państwa lub spółki samorządowej świadectwa ukończenia kursu jest zakłamany po dwakroć. Po pierwsze, kurs jest pobieżny; po drugie – egzamin po kursie bardzo często bywa ustawiany. Praca w nadzorze wymaga sporej wiedzy, której nikt nie posiądzie w dwa tygodnie. W pierwszym zaciągu prywatyzacyjnym można było złagodzić kryteria, powołując do rad, z braku innych, ludzi słabo przygotowanych. Po kilkunastu latach transformacji od kandydatów do rad trzeba już wymagać znacznie więcej. Dorobiliśmy się zresztą, nie dzięki kursom, lecz dzięki praktyce, licznego korpusu fachowców, dysponujących już bogatym doświadczeniem w wykonywaniu nadzoru.

Nie wierzę, by fachowców można było racjonalnie wykorzystać wpisując ich nazwiska na jakąś listę w resorcie. Kryteria takiego wpisu byłyby zawsze wątpliwe. Jedyną szansą na wykorzystanie umiejętności kadry, jaką dysponujemy, będzie obsadzanie przypadających Skarbowi Państwa i samorządom miejsc w radach w drodze konkursów. Nie godzi to w interes urzędników resortu. Wielu z nich ma takie kwalifikacje, że da sobie radę w konkursach. Zresztą w radach spółek Skarbu Państwa można wyłączyć z konkursu miejsce dla przedstawiciela resortu. Kursy to przeżytek, teraz czas na uczciwe konkursy.

Tekst ukazał się 11 sierpnia 2003 r. w tygodniku GAZETA BANKOWA

Czytaj także:
2014.01.26 Wyższa szkoła demoralizacji
2004.09.20 Od pomysłu do konkursu