Miesięczne archiwum: Listopad 2003

Grzęzawisko ryzyk [2003]

Społeczna odpowiedzialność to nie kaprys, kosztowny zbytek, a instrument kreowania wartości spółki.

Jedna z najpoważniejszych postaci polskiego rynku z niepokojem zareagowała na coraz częstsze w moich tekstach wtręty o społecznej odpowiedzialności spółek. W przesłanym do mnie listelu pyta, czy nie sądzę,

że skoro jesteśmy dopiero w szkole podstawowej ładu korporacyjnego, to zbyt dużym wymaganiem jest stawianie zadań na miarę uniwersytetu, czyli odpowiedzialności społecznej korporacji? Nie umiemy jeszcze porządnie obsadzić rady nadzorczej czy poprowadzić walnego zgromadzenia (a to zaledwie tabliczka mnożenia), a Pan pisze o corporate social responsibility i każe rozwiązywać całki… Rozumiem, że trzeba uczniom uświadamiać, co ich czeka w dalszej edukacji, ale czy nie należy zarazem dawkować materiału? Nie jestem wrogiem całek, ale wszystko w swoim czasie… Tylko kiedy ten ‘swój’ czas nastąpi i kto to określi?

Nie jest to pogląd odosobniony. Podobne stanowisko zajmują zarządy spółek. Wykonują one trudną pracę. Zmagają się z problemami, o których opinia publiczna nie ma nawet bladego pojęcia. Mozolnie walczą o wynik, bo od wyniku zależą ich płace, a nawet stanowiska. Mają na głowie przeróżne kontrole. Konkurencja nie daje spokoju. Związki zawodowe rozrabiają. Prasa się czepia. Nadto spółki są molestowane różnymi wymaganiami dotyczącymi jakiegoś tam „ładu” lub „porządku” korporacyjnego. Trzeba pogodzić się z nimi, ponieważ cały świat aż huczy na ten temat. Dlatego zarządy spółek (wcale nie tylko publicznych!) obecnie zatrudniają specjalistów do spraw porządku korporacyjnego. Wprawdzie porządku korporacyjnego w niektórych spółkach nie ma, a nawet ma go nie być, lecz specjalista – jest. Tyle, że rada nadzorcza jest po staremu tylko ornamentem, a walne zgromadzenie to w istocie walne zwyrodnienie.

Ledwo opędzono jeden problem, a tu pojawia się drugi: społeczna odpowiedzialność. Czy dorośliśmy już do niej? Co po społecznej odpowiedzialności, skoro gospodarka ledwo zipie? Najpierw ugaśmy pożary. Wtedy nastanie czas na pielęgnację róż. Wszak nawet banki, z natury liderujące wszelkim innowacjom, nadto obyte w świecie za sprawą obecności inwestorów strategicznych z pierwszej ligi, nie zawracają sobie jeszcze głowy jakąś społeczną odpowiedzialnością. W raportach rocznych wielu polskich banków albo nie ma na ten temat słowa, albo pod takim nagłówkiem wspomina się przedsięwzięcia natury charytatywnej…

Jedno nie ulega wątpliwości: spółka jest po to, by dawała zysk. Porządek korporacyjny, społeczna odpowiedzialność, etyka korporacyjna – to narzędzia wspomagania tego celu. Porządek korporacyjny oznacza bowiem taką organizację spółki i jej stosunków z akcjonariuszami, która umniejszy ryzyko, że ze spółki wyciekną aktywa. Społeczna odpowiedzialność oznacza, że spółka tak kształtuje stosunki z otoczeniem, by zmniejszyć wszelkie ryzyka czyhające na nią na tym polu.

Albowiem spółka działa na bezkresnych obszarach ryzyka. Jego niektóre postacie są już całkiem dobrze rozpoznane. Dotyczy to w szczególności ryzyk ekonomicznych. O innych wiemy mało. Dotyczy to w szczególności mnogości ryzyk na stykach spółki ze społeczeństwem. Tu rozpościera się prawdziwe grzęzawisko, przez które trudno przebrnąć. Spółka może stracić na nim impet, a nawet może całkiem się zatracić.

Albowiem społeczeństwo ma inne priorytety niż działające wśród niego podmioty gospodarcze. Dla niego wzrost gospodarczy jest zjawiskiem bardzo pożądanym, lecz nie jest absolutem. Za to liczą się prawa człowieka. Ochrona środowiska. Postęp społeczny i zrównoważony rozwój. Nie są to sprawy nowe. Świadomość ich znaczenia towarzyszy nam przecież od dawna. Lecz wcześniej brzemię odpowiedzialności za urzeczywistnienie płynących z nich postulatów nakładano wyłącznie na państwa. Na arenie międzynarodowej nie liczył się przecież nikt inny. Dzisiaj – na naszych oczach! – zmienia się ten stan rzeczy. Zmniejsza się rola państw, przede wszystkim w sferze gospodarki. Zwiększa się za to rola podmiotów gospodarczych. Globalne korporacje zyskały większy wpływ na losy naszej planety, na kształt cywilizacji, niż parlamenty lub rządy. Budżet niejednej takiej korporacji zdecydowanie przewyższa budżety większości państw świata.

Spółki zawsze działały pośród społeczeństwa. Zawsze też na spółkach spoczywała odpowiedzialność wobec społeczeństwa. Zmienia się natomiast wymiar sprawy. Rozrasta się współzależność spółki i społeczeństwa. W społeczeństwie dojrzewa świadomość, że na biznesie ciążą znaczące powinności wobec niego. Spółka, która nie dostrzeże powinności wobec otoczenia, w jakim działa, może utonąć w grzęzawisku ryzyk. Zostanie przez nie wessana bez reszty. Jeżeli spółka pragnie uchronić swoją wartość (a pomnażanie wartości jest przecież racją jej bytu), lepiej niechaj uświadomi sobie i zacznie spełniać swoją społeczną odpowiedzialność.

Tekst został ogłoszony 17 listopada 2003 r. w tygodniku Gazeta Bankowa

Czytaj także:
2014.03.15 (P)oszukiwanie sponsora
2004.03.15 Nie ma powinności bez wzajemności

Przystanek tuż pod szczytem [2003]

Światu nie doskwiera brak wzorców kobiet na czele spółek, a brak wzorców przywództwa w społeczeństwie.

Ilekroć wracam do sprawy udziału kobiet w zarządach i radach nadzorczych, wypada mi przytaczać bieżące statystyki. Czynię to niechętnie, bo nie wierzę, by liczby były w stanie ukazać złożoność tematu. Niemniej podpieram się nimi, ponieważ bez nich tekst ugrzęźnie w ogólnikach. Zatem w USA na 500 spółek z listy Fortune, tylko siedmiu prezesują kobiety; w Wielkiej Brytanii spośród spółek z indeksu FTSE 100 – przez kobietę zarządzana jest jedna. W czym problem? W tym otóż, że motorem postępu społecznego i rozwoju jest obecność kobiet wszędzie tam, gdzie podejmowane są decyzje. Obecność płynąca z awansu, nie z dziedziczenia albo zamążpójścia.  Spadkobierczynie, które wraz z majątkiem dziedziczą stanowiska w zarządzie lub nadzorze, tylko zaciemniają obraz rzeczy. Natomiast małżonkowie, z których jedno prezesuje spółce, a drugie ją nadzoruje, niech spełniają takie rytuały w zaciszu spółek prywatnych, ponieważ w spółkach publicznych ustawodawca winien ich zakazać. Nie jestem zwolennikiem ingerowania prawa w porządek korporacyjny, lecz w tym akurat przypadku zaakceptuję wyjątek.

Niedostatku kobiet w organach spółek nie można objaśnić biologią, że ponieważ rodzą one dzieci, a potem zajmują się nimi, więc zaniedbują kariery. Wcale nie zaniedbują. „The Economist” zwraca uwagę na ważne zjawisko: wprawdzie kariery są dzisiaj udziałem coraz liczniejszych kobiet, lecz zatrzymują się one najczęściej jeden przystanek pod szczytem, na poziomie tuż poniżej prezesury. Drogi awansu kobiet często wiodą przez działy sprzedaży, marketingu lub finansów. Łatwo też dostrzec kobiety na drabinach karier w sektorach przyszłościowych, jak produkty konsumenckie i nowe technologie.

Herminia Ibarra z INSEAD wskazuje trzy przeszkody na drodze awansu kobiet. Po pierwsze, kobietom rzadziej powierza się trudne zadania, a doświadczenia i awans zdobywa się najczęściej poprzez udane zmagania z wszelkimi trudnościami. Po drugie, kobiety często są poza układami natury towarzyskiej, budowanymi na tym, co ludzi najbardziej łączy, więc rzadziej mają okazję wybrać się z szefem na drinka. Po trzecie, kobietom doskwiera brak wzorców osobowych przywództwa. Styl agresywny bywa podziwiany u mężczyzn, ale jest odrzucany u kobiet, zwłaszcza przez inne kobiety.

Paradoks polega na tym, że awans kobiet bywa utrudniany właśnie przez inne kobiety. W sytuacjach kryzysowych, będących dla przywódcy trampoliną do wielkiej kariery, kobiety chyba wolą być kierowane przez mężczyzn (tak wynika z moich obserwacji, chociaż przyznaję, że nie znam wyników badań, które by to potwierdziły). Kobiety rzeczywiście nie są dopuszczane do układów. Nie ma ich na przykład w moim klubie. Do kariery przepustką jest praca, wyniki, kwalifikacje; do towarzystwa – mąż. Wynika to z przezorności: szef zastanowi się, zanim pójdzie z kobietą na drinka, ponieważ zaraz ktoś gotów ukuć złośliwe plotki. Niby nie jest to temat dla elitarnego tygodnika, niemniej warto pamiętać, że plotka potrafi wstrząsnąć rynkiem, gospodarką, a cóż dopiero ludzką reputacją.

Współczesnemu światu brakuje wzorców przywództwa. Nie tylko wzorców kobiety u steru korporacji. Z wzorcami mężczyzn bywa jeszcze gorzej. Brakuje wielkich budowniczych, twórców; za to w nadmiarze mamy postacie jak z operetki, utracjuszy i nieudaczników łaknących znamion prestiżu. Brakuje także wzorców mężów stanu, współcześnie zastąpionych przez „bandę spoconych chamów w pogoni za władzą” (powiedzenie niezapomnianego Andrzeja Szczypiorskiego). Gdzie polityka poraża pogardą dla wartości, tam i biznes znajdzie się w kłopotach, czego przykładem Stany Zjednoczone. Lecz nawet w tych trudnych czasach można zbudować wzorzec prezesa spółki.

Ukazała się książka Marii Wiśniewskiej (i Bożeny Wawrzewskiej), „Sceny z życia bankowego”. Są w niej dwie sceny „babskie”. Pierwsza: prezes Wiśniewska zwolniła prezesów trzech banków grupy, po czym zabolało ją za mostkiem, poszła na spacer i kupiła trzy pary butów, chociaż nie miała takiego zamiaru. Druga: prezes Unicredito, odwiedziwszy szefowe NBP, nadzoru bankowego, Bankowego Funduszu Gwarancyjnego i odpowiedzialną za prywatyzację Pekao wiceminister Skarbu Państwa, „usiadł w fotelu i zapytał: Marija, czy w Polsce są tylko kobiety?”.

Bardzo pochwalam kupowanie butów jako środek na wszelakie zło. Cieszy mnie, że w Polsce są kobiety na ważnych stanowiskach (chociaż martwi, że wciąż jest ich mało). Nie wiem, czy Maria Wiśniewska stworzyła wzorzec kobiety – prezesa. Wiem, że dała sobie radę jako prezes, przybrany spółce na trudne czasy, a przy tym stworzyła wzorzec konsolidacji banków. Nie zatrzymujmy więc kobiet na przystanku tuż pod samym szczytem. Niech dzierżą odpowiedzialność na równi z mężczyznami. Nie płeć winna decydować o karierze, ale wiedza, wyobraźnia i odwaga.

Artykuł ukazał się w Gazecie Bankowej 10 listopada 2003 r. Wytłuszczenie współczesne.

Nie ma pozorantów [2003]

Polskie instytucje finansowe stają się kółkami w zegarku, który chodzi wyśmienicie, ale wskazuje czas nowojorski.

Corporate governance w instytucjach finansowych to temat jednej z debat zaproponowanych przez Gazetę Bankową uczestnikom październikowego forum Twoje Pieniądze. Nie był on dobrany ‘pod publiczkę”. Materia jest przecież trudna. Nawet dr Andrzej Olechowski, były minister finansów i weteran nadzoru korporacyjnego, przyznał iż sam ma więcej pytań, niż odpowiedzi – niemniej podjął pytanie, jak odciska się na polskim rynku obecność inwestorów z wielkich grup kapitałowych. Kiedy instytucja finansowa staje się częścią globalnej grupy, zaczyna ona pracować w swoistej macierzy, więc przestaje być zarządzana w kraju, w którym się znajduje, a zaczyna być zarządzana z centrali tego globalnego organizmu. Chcemy, by taka spółka była bezpieczna, przejrzysta, odpowiedzialna przed tutejszymi inwestorami, władzami, klientami, lecz ona staje się kółkiem w zegarku. Jak oceniać kółko, nie mając oglądu całego zegarka?

Prezes warszawskiej giełdy dr Wiesław Rozłucki pozytywnie ocenia obecność na polskim rynku światowych inwestorów. Wnosi ona większe bezpieczeństwo systemu finansowego. Wraz z dominacją, niekiedy nadmierną, inwestorów zagranicznych w polskich instytucjach finansowych, idzie ich doświadczenie z innych rynków. Niemniej istnieje konflikt: rodzimy inwestor widzi w instytucji finansowej rodzimą spółkę, która powinna tutaj dzielić zyski, ale dla inwestora strategicznego jest ona tylko jedną z jednostek biznesowych, a kluczowe decyzje, tworzące wartość firmy, są najczęściej podejmowane zagranicą. Warto jednak dążyć do większej autonomii struktur lokalnych – uważa dr Rozłucki. I dodaje, że instytucje finansowe działają globalnie, w wielu krajach i w wielu dziedzinach (bankowość, ubezpieczenia, leasing itd.), co przemawia za konsolidacją nadzoru finansowego w poszczególnych krajach i jego harmonizacją w płaszczyźnie międzynarodowej. Regulatorzy winni dostosować się do sytuacji gospodarczej, lecz wznoszą oni bariery, bo skoro nie potrafią ogarnąć wszystkich ryzyk, przeciwdziałają łączeniu się spółek.

Gdyby „narodowa” instytucja finansowa dostała się pod wpływy polityków, drogo by to nas pokosztowało.

Prosiłem o komentarze do spekulacji na temat prób tworzenia narodowej instytucji finansowej. A. Olechowski, sam kiedyś rzecznik takiego pomysłu (w oparciu o Bank Handlowy w Warszawie), jest krytyczny wobec pomysłu fuzji PKO z PZU: obie instytucje mają ewidentne problemy, są nieprzystosowane do rynku, a niesprawny i niesprawny nie dadzą wespół jednego sprawnego. Natomiast dr Krzysztof Lis, prezes Polskiego Instytutu Dyrektorów jest w ogóle przeciwnikiem „narodowej instytucji”: wybraniec narodu, polityk, zaraz będzie chciał zaciągać „narodowy” kredyt na szczególnych warunkach, a to by nas za drogo kosztowało. Otóż Skarb Państwa nie jest w stanie wypracować mechanizmów dających takiej „narodowej” instytucji immunitet od nacisków politycznych. Kwestię łączenia PKO z PZU uważa K. Lis za nieobyczajną, bo toczy się spór w arbitrażu co do tytułu własności tego, czym teraz się handluje.

Wśród publiczności słychać było jednak odmienne zdanie. Przemysław Wróbel z Drukarni Skarbowej stoi na stanowisku, że w planach dotyczących PKO i PZU nie chodzi o instytucję narodową, a o stworzenie instytucji znaczącej na rynku. Być może to ostatni moment, by uchronić te dwa mastodonty od przejścia w ręce zagranicznych inwestorów. Wywiązała się także dyskusja na temat niezależnych członków rady nadzorczej i definicji ich niezależności. Dr Lis zwraca uwagę, że idea niezależności członków rady szybko rozprzestrzenia się po świecie, a skoro w Polsce tkwi jeszcze w oparach nieporozumień, konieczna jest dalsza dyskusja.

Kto kieruje polskimi instytucjami finansowymi będącymi w obcych rękach: prezes – tubylec, czy wiceprezes
przysłany z centrali? A. Olechowski wraca do rozważań na temat polskich spółek – cząsteczek globalnych systemów. To wpływa na styl zarządzania. Ale znając wyrazistość sylwetek polskich prezesów instytucji finansowych, ich osobowość, nie wyobrażam sobie, by którykolwiek z nich był wyłącznie pozorantem – konkluduje były minister finansów.

Tekst ogłoszony 3 XI 2003 r. w tygodniku GAZETA BANKOWA