Miesięczne archiwum: Maj 2004

Nadzór na opak [2004]

Czy spółka powinna poważnie traktować akcjonariuszy, którzy nie uczestniczą w walnych zgromadzeniach?

Niedawno jedna ze spółek notowanych na warszawskiej giełdzie ogłosiła zadziwiający raport bieżący. Głosi on, że „spółka oraz organ nadzorujący ze zdziwieniem przyjął regulowanie przez ustawodawcę zagadnień, które najlepiej regulują się same”. Chodzi o wprowadzenie zasady, że rada nadzorcza spółki publicznej składa się z co najmniej pięciu członków. Dawny kodeks handlowy z 1934 roku ustalał taką właśnie liczebność rady nadzorczej dla wszystkich spółek akcyjnych. Kodeks spółek handlowych z 2000 roku ograniczył minimalną liczebność rady nadzorczej spółki akcyjnej do trzech członków. Było to rozwiązanie co najmniej dyskusyjne, a w stosunku do spółek publicznych bezdyskusyjnie złe.

Przeciwko trzyosobowemu składowi rady nadzorczej spółki akcyjnej przemawia kilka ważnych argumentów. Po pierwsze, utrudnia to mniejszości wykonywanie jednego z fundamentalnych jej praw, mianowicie wyboru członka rady w drodze głosowania oddzielnymi grupami; by przeprowadzić ów wybór, mniejszość musiałaby dysponować co najmniej jedną trzecią kapitału. Po drugie, utrudnia to radzie stosowanie jednego z jej ważnych uprawnień, czyli delegowanie członków rady do czasowego wykonywania czynności członków zarządu. Po trzecie, trzyosobowa rada z konieczności pracuje tylko w pełnym składzie, nie w komisjach, wiec nadzór bądź bardziej absorbuje, bądź bywa sprawowany powierzchownie. Po czwarte, ryzyko zdekompletowania takiej rady jest niepomiernie wyższe, niż w przypadku rady bardziej liczniej.

Gotów jestem uznać, że rada w składzie trzech członków zda egzamin w spółce rodzinnej, gdzie nie zachodzi potrzeba glosowania grupami. Natomiast w spółce publicznej sprawa wygląda inaczej. Dlatego po wejściu w życie kodeksu spółek handlowych rada i zarząd giełdy zajęły stanowisko, że statut spółki giełdowej winien ustalać liczbę członków rady nadzorczej na co najmniej pięcioro. Nie wymagano przy tym od notowanych spółek niczego więcej, jak powstrzymania się od zmiany statutów. Niestety, liczne spółki zlekceważyły te prośbę. Na wyścigi zmieniały statuty, dopuszczając, albo wprowadzając trzyosobowe rady. Nadużywały wolności, jak poborowi po wyjściu do rezerwy. W obliczu gorszącej swawoli, ustawodawca musiał zareagować, przywracając w spółkach publicznych wymóg przynajmniej pięcioosobowej rady. Nie jest więc prawdą, że liczebność rady zalicza się do spraw, „które najlepiej regulują się same”. W tym przypadku rynek dowiódł braku dojrzałości.

Wspomniany raport bieżący zawiera nadto ważna informację: od pięciu lat w walnym zgromadzeniu omawianej spółki nie uczestniczą akcjonariusze mniejszościowi, z wyjątkiem jednego, który (być może właśnie z uwagi na aktywną postawę) został wybrany do rady nadzorczej. Spółka wyraża więc pogląd, że taki stan rzeczy „przemawia najlepiej przeciw powoływaniu przedstawicieli akcjonariuszy mniejszościowych (skupiających 25 procent kapitału akcyjnego) do rady nadzorczej, gdyż nie są tym zainteresowani”. Owa spółka jest podmiotem kieszonkowym. Jej kapitał zakładowy wynosi niewiele ponad półtora miliona złotych. Stąd argument, że skoro jest ona spółką małą, o dużej koncentracji kapitału, wieloosobowy skład rady „prowadzi do fikcji i nieuzasadnionych kosztów”. W kwestii kosztów wyjaśniam, że spółki same ustalają wysokość wynagrodzeń członków rady nadzorczej i nie muszą przyznawać im wysokich apanaży. W kwestii fikcji przyznaję spółce rację. Oto w związku z powiększeniem składu rady do pięciorga członków powołano do niej m.in. dwudziestolatka, studenta drugiego roku geodezji i kartografii.

Piętnuję ten przypadek z dwóch powodów. Młodzieniec nie ma odpowiednich kwalifikacji. Zapewne nie ma on także osobistego majątku, którym mógłby odpowiadać za szkodę wyrządzoną spółce w następstwie nienależytego sprawowania nadzoru (chociaż przyznaję, że akcjonariusze bywają lekkomyślni i rzadko biorą pod uwagę ten aspekt sprawy!). Nadzór jest sztuką, do której należy przysposobić się bardzo starannie. Praca w radzie wymaga wiedzy i doświadczenia. Rodzi ona nadto poważną odpowiedzialność. Niestety, w tym przypadku szkody nie można wykluczyć. Obowiązki związane ze sprawowaniem stałego nadzoru nad spółką we wszystkich dziedzinach działalności zostały powierzone nieodpowiedniej osobie. Na jej obronę nie można nawet przytoczyć argumentu o braku powiązań ze spółką i jej akcjonariuszami.

Lecz sprawa nie jest prosta. Wszystko jest tu na opak. Spółka złośliwie zakpiła z mniejszości, niemniej mniejszość przyczyniła się do tego. Nadzór nie jest sprawowany należycie, niemniej spółka ostatnio osiągnęła dobre wyniki i płaci dywidendę. Znam spółki nadzorowane przez same znakomitości, plejady profesorów i renomowanych menedżerów, które przecież nie przynoszą zysku i dywidendy nie płacą. Wstyd!

Tekst ogłoszony 24 maja 2004 r. w tygodniku Gazeta Bankowa
Czytaj także: 2001.09.03 Ich troje