Miesięczne archiwum: Październik 2004

Niezależni w przeciągu [2004]

Członkowie rady nadzorczej często nie mają akcji nadzorowanej spółki. Lepiej, by mieli. Także niezależni!

Akcjonariusze bez umiaru mieszają w składach rad nadzorczych spółek publicznych. Piszę od lat, że rady są jak drzwi obrotowe: jedni wchodzą, inni wychodzą, nie widać końca ruchu. To poniekąd zrozumiałe, skoro rynek jest żywym organizmem, a zmiany w składzie rady najczęściej płyną ze zmian w składzie akcjonariatu. Otóż kiedy tylko akcjonariusz osiągnie w spółce znaczącą pozycję, pragnie uzyskać na tę spółkę wpływ, m.in. poprzez reprezentację w jej radzie nadzorczej. Ujmując rzecz dosadnie, inwestor chce mieć w radzie swoich ludzi. Swoich – czyli takich, którym ufa. Zaufanie jest przymiotem osobistym. Rynek nie może zatem orzec za inwestora, że członek rady, pan Iks, jest osobą godną zaufania, więc nie należy usuwać go z rady by zrobić miejsce dla pana Ygreka, który – w opinii rynku – osobą godna zaufania nie jest.

Daremnie przekonywać inwestora, że wprowadzając do rady nadzorczej osoby, które darzy zaufaniem, godzi w idealne założenie, że członkowie rady nadzorczej nie powinni działać w interesie akcjonariuszy, którzy przepchnęli ich do rady, lecz w interesie spółki. Wszak interesu spółki nie można rozumieć inaczej, niż jako wykładnik wspólnych interesów jej akcjonariatu. Oderwanymi od poszczególnych akcjonariuszy i zarządu powinni być natomiast niezależni członkowie rady nadzorczej. Niezależni, bo wolni od powinności reprezentowania partykularnych interesów, przeto rzeczywiście zdolni do działania w interesie spółki.

Problem polega na tym, że w świetle prawa i zasad dobrej praktyki pozycja niezależnych członków rady nadzorczej nie jest w żaden sposób ustabilizowana. Są oni na równi z zależnymi zagrożeni przeciągami kadrowymi. Wystarczy zmontować większość na walnym zgromadzeniu, by odwołać całą radę nadzorczą lub poszczególnych jej członków. Ba, wystarczy zmontować mniejszość uprawniającą do przeprowadzenia wyboru co najmniej jednego członka rady nadzorczej w drodze głosowania oddzielnymi grupami, by doprowadzić do przedterminowego wygaśnięcia mandatów wszystkich dotychczasowych członków rady nadzorczej, w tym członków niezależnych. Wprawdzie prawo przewiduje pewien wyjątek od tej zasady, ale – paradoksalnie! – bierze ono w ochronę akurat członków zależnych.

Tkwi tu szkopuł. Z jednej strony zalecamy spółkom publicznym, by co najmniej połowę miejsc w radzie oddały niezależnym. Oczekujemy, że będą to osoby ze sporym doświadczeniem w sprawowaniu nadzoru korporacyjnego i z poważnymi kwalifikacjami. Postulujemy, by niezależnych członków rady wyposażyć w szczególne uprawnienia, zwłaszcza w procesie wyboru dla spółki biegłego rewidenta lub ustalania wynagrodzeń zarządu. Z drugiej wszelako strony dopuszczamy, że owi niezależni członkowie rady nadzorczej mogą być z niej w każdej chwili odwołani.

Jest jeszcze jeden szkopuł. Członkowie rady nadzorczej często nie mają materialnych związków z nadzorowaną spółką, a tylko z akcjonariuszem, który wniósł do tej spółki kapitał. Owszem, są na rynku inwestorzy, którzy zaangażowali w jakąś spółkę swój osobisty majątek, po czym sięgnęli dla siebie po miejsce w radzie nadzorczej, lub obsadzili radę członkami swojej rodziny. Jednak przeważnie zasiadają w radach reprezentanci inwestorów instytucjonalnych, niekiedy młodzi i niedokształceni, zgoła niedouczeni. Wszak widywałem na walnych zgromadzeniach chmary tzw. dyrektorów inwestycyjnych obsiadających, jak szarańcza, rady – chociaż jeszcze nie mieli pojęcia o spółce, którą mieli nadzorować. Trudno założyć, by za swoją działalność mieli oni kiedykolwiek ponieść odpowiedzialność majątkową, skoro nie mają żadnego majątku.

Utarty w Polsce obyczaj wcale nie skłania członków rad nadzorczych do stawania się akcjonariuszami nadzorowanych spółek. Nie wymaga się tego od nich, nie oczekuje, nie zaleca. Skoro jednak postuluję tutaj trwalsze umocowanie w radzie nadzorczej jej niezależnych członków, by nie wymiótł ich najlżejszy podmuch, warto zrównoważyć ten postulat sugestią, by niezależni obracali część swoich dochodów z tytułu członkostwa w radzie na zakup akcji nadzorowanej spółki. I by nie zbywali swoich akcji przez jakiś okres (rok? dwa?) od chwili wyjścia z rady. Nabycie akcji przez niezależnego nie godzi w jego status, skoro nie rodzi powiązań ze znaczącymi akcjonariuszami ani z zarządem spółki.

Sprawa jest dyskusyjna. W krajach anglosaskich wiele spółek wymaga od dyrektorów, także powoływanych jedynie do nadzoru, a nie do zarządzania, określonego stanu posiadania akcji nadzorowanej spółki. Dyrektor, który akcji nie posiada, bywa przez statut zobowiązywany do nabywania ich za część wynagrodzenia z tytułu członkostwa w radzie. Niemniej takie rozwiązanie budzi kontrowersje. Sprzeciwia mu się m.in. CalPERS. Co jednak nie oznacza, że nie jest ono warte wnikliwego przedyskutowania.

Tekst ogłoszony 25 października 2004 r. w tygodniku Gazeta Bankowa
Czytaj także:
2013.07.19 Turecki święty
2001.05.14 Ośla ławka