Miesięczne archiwum: Czerwiec 2005

Kwadratura komina [2005]

Płace zarządu spółki powinny być ustalane w samej spółce, nie w parlamencie lub resorcie.

Niedawna konferencja Polskiego Instytutu Dyrektorów (Corporate Governance XXI) traktowała o kontraktach menedżerskich, ich naturze i strukturze, korzyściach i ułomnościach, warunkach stosowania i ograniczeniach, opodatkowaniu, ubezpieczeniu, rozliczaniu… Temat budzi zainteresowanie, zresztą został on zadany organizatorowi przez uczestników poprzednich konferencji z tego cyklu, lecz w obradach przezierała spoza niego zupełnie inna sprawa – nieszczęsna ustawa kominowa i jej katastrofalne skutki dla gospodarki.

Potoczna nazwa ustawy trafnie oddaje jej cel. Jest nim przeciwdziałanie tzw. kominom płacowym. To pojęcie wywodzi się z czasów tzw. rozwiniętego socjalizmu. Albowiem socjalizm był jak papier toaletowy: im bardziej go rozwijano, tym mniej pozostawało. Komin płacowy polegał zaś na tym, że ktoś zarabiał więcej niż inni. Uznano, że takie zjawisko godzi w ludowe pojęcie sprawiedliwości. Zwalcza je przeto ustawa z 3 marca 2000 roku o wynagradzaniu osób kierujących niektórymi podmiotami prawnymi. Owe niektóre podmioty to spółki prawa handlowego, w których udział skarbu państwa przekracza 50 proc. kapitału zakładowego lub 50 proc. liczby akcji. Osoby kierujące nimi (a wyliczone w ustawie) mogą zarabiać nie więcej, niż sześciokrotność przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw bez wypłat nagród z zysku w czwartym kwartale roku poprzedniego, ogłoszonego przez Prezesa GUS. W 2005 roku daje to 15.276,84 PLN; ponadto menedżerowie objęci regulacją ustawy mogą otrzymać nagrodę roczną w wysokości maksymalnie trzykrotności wynagrodzenia miesięcznego przyznanego w roku poprzedzającym przyznanie nagrody. Ustawa godzi nie tylko w interes kadry kierującej objętymi przez nią spółkami, także w interes tych spółek i – szerzej – gospodarki narodowej.

Lecz ustawa kominowa przecież nie wytrysnęła z próżni. Była ona reakcją na zwyrodnienia polityki płacowej w spółkach z dominującym udziałem Skarbu Państwa. Rady nadzorcze tych spółek wyznaczały zarządom zarobki oderwane od realiów. Nie brano pod uwagę ani wyników spółki, ani rozmiarów prowadzonej przez nią działalności. Ale to samo dotyczy ustawy kominowej: ona także wyznacza zarobkom pułap oderwany od realiów, od wyników spółki i od skali prowadzonej przez nią działalności. Minister Jacek Socha zwraca przy tym uwagę na nielogiczność regulacji ustawowej. Oto spółka objęta pułapem tzw. sześciokrotności wynagrodzeń wchodzi do struktury holdingowej, więc od tej chwili stosuje się do niej pułap czterokrotności wynagrodzeń, ale jej spółki zależne nie są już krępowane ustawą kominową…

Spotyka się przeto postulat, by zadanie wyznaczania wynagrodzeń zarządów przenieść na ministra skarbu. Podobnie jak ustawa kominowa, wynika on z nieufności do rad nadzorczych spółek skarbu państwa. Rzeczywiście, w spółkach skarbu państwa nierzadko tworzą one, wraz z zarządami, grupy wzajemnej adoracji. Pochodzą one przecież – przynajmniej w tej części jej składu, na jaką wpływ ma skarb państwa – z politycznego nadania. Wynagrodzenie ich członków też bywa oderwane od wyników spółki i rozmiarów prowadzonej przez nią działalności. Wobec tego nie powinno dziwić, że rada nie potrafi powiązać płac zarządu z dobrze pojętym interesem spółki i jej akcjonariatu. Rada nadzorcza często wcale nie czuje tego interesu. Nawet w spółkach publicznych przeważająca większość członków rad bądź nie posiada akcji nadzorowanych spółek, bądź posiada pakiety tak skromne, że przyrost albo spadek wartości tych pakietów nie waży na majątku członków rad. W takich przypadkach i w spółce publicznej, i w spółce skarbu państwa, ustalając wynagrodzenie zarządu – dysponują oni cudzymi pieniędzmi.

Przeniesienie uprawnień do abstrakcyjnego ustalania pułapu (lub pułapów) wynagrodzeń menedżerów spółek z udziałem skarbu państwa z ustawodawcy na jedno z ministerstw – w istocie niewiele zmieni. W dalszym ciągu istotne dla spółki decyzje będą zapadać poza nią. Płace zarządu powinny być ustalane w spółce przez jej organy: walne zgromadzenie lub radę nadzorczą. Nic nie stoi na przeszkodzie powierzeniu tego zadania walnemu zgromadzeniu. Pozwoli to rozwiązać dylemat kwadratury komina.

Skoro Skarb Państwa dysponuje w spółce większością głosów na walnym zgromadzeniu, on będzie w praktyce decydować, ile zarobią członkowie zarządu. Będzie decydować nie jako organ państwa, lecz jako akcjonariusz. Będzie decydować w sposób jawny, na oczach i przy udziale innych akcjonariuszy. Oraz ze świadomością, że gdyby uchwała o ustaleniu zasad i wysokości wynagrodzeń członków zarządu okazała się sprzeczna z dobrymi obyczajami i godziła w interes spółki lub miała na celu pokrzywdzenie akcjonariusza – może ona zostać uchylona przez sąd z powództwa każdego z akcjonariuszy, który spełni wymogi formalne.

Tekst ogłoszony 20 czerwca 2005 r. w tygodniku Gazeta Bankowa

Wycinanie w pień [2005]

Jednoczesna zmiana wszystkich członków zarządu może dotkliwie godzić w dobro spółki!

Niedawno byłem świadkiem, jak doświadczony prawnik naśmiewał się z przepisu kodeksu spółek handlowych dopuszczającego… losowanie członków zarządu. Rzecz jasna nie chodzi o to, by członkowie zarządu spółki akcyjnej mogli być wyłaniani w drodze losowania. Chodzi natomiast o to, że kodeks nie wymaga, by kadencja wszystkich członków zarządu rozpoczynała się i kończyła w tym samym czasie. Dopuszcza on natomiast, by statut spółki ustanowił częściowe odnawianie zarządu w ten sposób, że pewna liczba członków zarządu kolejno ustępuje. O kolejności, w jakiej członkowie zarządu mieliby kolejno ustępować, może przesądzić właśnie losowanie. Albo starszeństwo wyboru. Albo inna metoda selekcji.

Nie przypominam sobie, by losowano kolejność ustępowania członków zarządu spółki akcyjnej. Znam za to inny przypadek. Mianowicie w Międzynarodowym Trybunale Sprawiedliwości, głównym organie sądowym Narodów Zjednoczonych, po wyborze pierwotnego składu w osobach piętnastu sędziów rozstrzygnięto w drodze losowania, którym sędziom kadencja wygaśnie po trzech latach, którym po sześciu, a którym po dziewięciu, by potem co trzy lata – rzecz jasna, bez losowania! – odnawiać jedną trzecią trybunału, wybierając sędziów już na równe, dziewięcioletnie kadencje. Wynika z tego, że losowanie wcale nie jest rozwiązaniem śmiesznym. Jest ono natomiast rozwiązaniem praktycznym i niemniej sprawiedliwym niż jakiekolwiek inne.

Dlaczego wobec tego wspomniany prawnik obśmiał taką praktykę? Otóż przepis o częściowym odnawianiu składu zarządu spółki akcyjnej, czy w drodze losowania, czy w inny sposób – jest martwy. Przeszedł on do Ksh, z niewielkimi zmianami, z dawnego kodeksu handlowego. Lecz w Polsce utarło się już, że wszyscy członkowie zarządu powoływani są na wspólną kadencję. Nie korzystamy z dobrodziejstw przepisu dopuszczającego częściowe odnawianie składu zarządu. Wszystkie zarządy bywają powoływane wespół, a potem wespół są odwoływane. Szkoda.

Częściowe odnawianie składu zarządu ma bowiem wiele zalet. Dla prostoty przykładu założę, że zarząd liczy sześć osób, jego kadencja wynosi trzy lata, a statut ustanawia, że co roku ustępuje z zarządu dwóch członków, których kadencja rozpoczęła się przed trzema laty. Zatem kadencje zazębiają się. Jeżeli nie dojdzie do zmian w zarządzie z powodu śmierci, rezygnacji, odwołania, każda para członków zarządu odsłuży w nim dwa lata z jedną parą, a po roku z dwoma. Zatem nawet wymiana ustępujących członków zarządu na nowe osoby (zresztą niekonieczna, ponieważ w Polsce powszechnie przyjęto praktykę dopuszczającą ponowny wybór do zarządu na nieograniczoną ilość kolejnych kadencji) nie oznacza, że w skład zarządu wejdą sami nowi, pozbawieni znajomości spółki, a może i doświadczenia.

Otóż w sytuacji obranej za przykład w zarządzie niekoniecznie znajdą się nowicjusze, ale za to zawsze są w nim tacy, którzy już pracują na rzecz spółki i zdążyli poznać jej problemy. Pozwoli to zapewnić ciągłość zarządzania. Służy pewności obrotu. Utrudni nadużycia. Pozwoli przyjąć, że spółka nie zarzuci z dnia na dzień strategii i planów rozwojowych. Liczy się także wartość płynąca ze znajomości historii korporacyjnej. Wiele polskich spółek traci przewagę nad konkurencją, kiedy do zarządzania nimi biorą się menedżerowie nie tylko nowi, lecz także pełni lekceważenia dla wszystkiego, co było przed nimi.

Nie znam racjonalnych argumentów przemawiających przeciwko praktyce częściowego odnawiania składu zarządu. Dlaczego wobec tego nie jest ona stosowana w Polsce? Jakie zalety tkwią we wspólnej kadencji zarządu? W mojej opinii – żadne. Zapewne liczy się to, że w Polsce długość kadencji nie ma większego znaczenia. Członków zarządów można odwołać w każdej chwili – i odwołuje się ich, często znienacka i bez dania racji, by zrobić miejsce dla swoich. Kiedy do władzy dorwie się orientacja inna od poprzedniej, zaraz wycina w pień menedżerów powołanych przez poprzedni rząd. I powołuje swoich stronników politycznych (nazwałem to zjawisko alotażem). Nie bierze się pod uwagę, że X solidnie pracuje, ma doskonałe wyniki, jego kadencja upływa za rok, przeto niech dosłuży do jej końca, zresztą z korzyścią dla spółki.
Mnożą się zresztą głosy, że do najbliższych wyborach dojdzie do licznych zmian w organach spółek, w których Skarb państwa ma coś do gadania.

Częściowe odnawianie składu można stosować także w przypadku rady nadzorczej. Z tą różnicą, że jeżeli dojdzie do wyboru przynajmniej jednego członka rady w drodze głosowania oddzielnymi grupami, mandaty dotychczasowych członków rady wygasają przedterminowo. Rytm częściowego odnawiania składu rady zostałby zatem zburzony. Zresztą w przypadku rad nadzorczych jeszcze częściej niż w przypadku zarządów mamy do czynienia z politycznym manipulowaniem ich składem.

2005.06.13 artykuł został ogłoszony w tygodniku Gazeta Bankowa
Czytaj także:
2013.11.30 Kadencja krocząca (zębata)
2010.05.18 Zębata kadencja