Miesięczne archiwum: Październik 2005

Czwarty Stan rynku [2005]

Dziennikarze biorą udział w walnych zgromadzeniach nie dla własnych korzyści, a dla dobra rynku.

W polityce zwykło się uważać media za Czwarty Stan, Fourth Estate, co bywa mylnie tłumaczone jako „czwarta władza”, chociaż porównanie nie odnosi się do monteskiuszowskiego trójpodziału władzy, a do trzech stanów dzierżących wpływy u schyłku feudalizmu. Mniejsza o to: media potęgą są, i basta! Trudno również nie docenić ich znaczenia na niwie corporate governance. Nie tylko bowiem wykazują one coraz większe zainteresowanie porządkiem w spółkach publicznych (i w spółkach skarbu państwa), lecz także czynią to z rosnącym znawstwem. Nierzadko akcjonariusze więcej dowiedzą się o spółce z mediów, niż bezpośrednio ze spółki.

W spółkach publicznych media korzystają z dostępu do informacji na takich samych zasadach jak pozostali uczestnicy rynku. Z jednym wyjątkiem: jedna z zasad rodzimej dobrej praktyki [2002] przewiduje dopuszczanie dziennikarzy do obrad walnego zgromadzenia. Jak wiele innych, i ta zasada została zredagowana rozwlekle i niefortunnie. Przewiduje ona mianowicie: „Spółka powinna dysponować odpowiednimi procedurami i zasadami dotyczącymi kontaktów z mediami i prowadzenia polityki informacyjnej, zapewniającymi spójne i rzetelne informacje o spółce. Spółka powinna, w zakresie zgodnym z przepisami i uwzględniającym jej interesy, udostępniać przedstawicielom mediów informacje na temat swojej bieżącej działalności, sytuacji gospodarczej przedsiębiorstwa, jak również umożliwić im obecność na walnych zgromadzeniach”.

Z pierwszego zdania nie wynika, czy kontaktami z mediami powinny zajmować się działy investor relations, w polskiej praktyce najczęściej dobrze służące przejrzystości spółek, czy działy public relations, zajmujące się mydleniem oczu. Z drugiego zdania nie wynika, czy spółka może powołać się na swoje „interesy”, by uniemożliwić dziennikarzom obecność na walnym zgromadzeniu. Moim zdaniem, przyzwoitość wyklucza taką interpretację wspomnianej zasady, lecz użyte w niej sformułowanie można odczytywać wieloznacznie.

W pierwszym polskim projekcie zasad dobrej praktyki, traktującym naonczas wyłącznie o walnym zgromadzeniu, ujęto problem inaczej: „Dziennikarze mają prawo uczestniczenia w walnym zgromadzeniu spółki publicznej. Spółka może wprowadzić wymóg wcześniejszej akredytacji dziennikarzy, ale nie odmawia akredytacji i nie pobiera za nią opłat. Dziennikarze uczestniczący w walnych zgromadzeniach otrzymują komplet materiałów udostępnianych akcjonariuszom”. W tym przypadku nacisk położono na prawo do informacji służące dziennikarzom, a za ich pośrednictwem – akcjonariuszom spółki i rynkowi, a nie na ograniczenia w dostępie do informacji, dyktowane niedookreślonymi interesami spółki.

W dyskusjach nad pierwotną wersją dobrej praktyki zarysowały się dwa stanowiska. Wśród uczestników prac redakcyjnych byli i zwolennicy dostępu dziennikarzy na walne zgromadzenia, i zwolennicy poglądu, że „pismaków” nie należy wpuszczać. Sam nieraz rejestrowałem w spółce jedną akcję, by wziąć udział w walnym zgromadzeniu bez konieczności podpierania się statusem dziennikarza. Otrzymywałem bowiem zaproszenie nie na samo walne zgromadzenie, ale na zwoływaną po jego zakończeniu konferencję prasową. Rzecz w tym jednak, że na konferencji media nie mają już kontaktu z akcjonariatem, tylko z zarządem spółki.

Pamiętny jest przypadek walnego zgromadzenia jednej z wielkich spółek niepublicznych, w którym uczestniczyła gromadka dziennikarzy zaopatrzonych w nabyte specjalnie w tym celu akcje; kiedy pod koniec obrad zarządzono wybory rady nadzorczej, a frekwencja była już znikoma – niewiele brakowało, by właśnie redaktorów powybierano do rady. Szkoda, że przecież do tego nie doszło, bo wybrani profesjonaliści nie popisali się.

Im ważniejsza spółka, im ważniejsze sprawy w porządku obrad, tym więcej dziennikarzy bierze udział w walnym zgromadzeniu. Im więcej dziennikarzy zjawia się w walnym zgromadzeniu, tym trudniej ich wyrzucić. Kiedyś znany bank organizował dla prasy transmisję obrad w obwodzie zamkniętym. Dzisiaj coraz częściej przebieg walnego zgromadzenia bywa transmitowany w internecie. Niemniej uważam, że media powinny być dopuszczane do sali obrad, pomiędzy akcjonariuszy. Co wcale nie oznacza przyzwolenia na zakłócanie porządku. Jest zrozumiałe, że przewodniczący walnego zgromadzenia może nie zezwolić na nagrywanie lub filmowanie obrad, lecz jest nie przyjęcia, by poddawał pod głosowanie, czy wpuścić dziennikarzy. Są oni, obok akcjonariuszy, spółek i instytucji rynku kapitałowego Czwartym Stanem tego rynku.

O rynku świadczy nie tylko sprawność techniczna giełdy, jej kapitalizacja, przejrzystość regulacji, poziom corporate governance. Świadczy o nim także jakość jego obsługi prasowej. Im ona lepsza, tym mniej konfliktów interesów ujdzie powszechnej uwadze. A o to właśnie chodzi.

Tekst ogłoszony 17 października 2005 r. w tygodniku Gazeta Bankowa

Norweska specyfika [2005]

Urzędnik nie ma czasu ani kwalifikacji do pracy w radzie nadzorczej, nadto grożą mu konflikty interesów.

Podczas niedawnej konferencji Corporate Governance XXIII „Porządek korporacyjny w przedsiębiorstwach publicznych” zwróciło moją uwagę ciekawe wystąpienie dotyczące Norwegii. Pisałem o tym kraju kilkakrotnie, lecz tylko w kontekście udziału kobiet w radach nadzorczych. Otóż przed kilku laty Norwegia wprowadziła kwotę udziału kobiet w radach firm państwowych na poziomie przynajmniej 40 procent. Ktoś najwidoczniej ceni złośliwości czające się w moich tekstach, bo przesłał mi depeszę agencyjną na ten temat z uwagą, że będę wiedział, co powinienem zrobić z tym tematem. Wiedziałem. Bez wahania pochwaliłem norweskie rozwiązanie. Udział kobiet w radzie wzbogaca radę tylko o jedną wartość, czyli o różnorodność poglądów, postaw, zachowań – lecz jest to wartość bezcenna.

Teraz dowiaduję się, że podobny wymóg zostanie niebawem wprowadzony wobec większych spółek akcyjnych spoza domeny państwowej. Morten Kalleving z norweskiego Ministerstwa Przemysłu i Handlu twierdzi, iż są dowody empiryczne świadczące o tym, że spółki o zróżnicowanym kierownictwie – zróżnicowanym także pod względem płci – osiągają lepsze wyniki niż przeciętne spółki, w których członkowie rady dyrektorów i kadry kierowniczej są male, pale and stale. Dobrze powiedziane! Male – czyli płci męskiej. Pale – czyli bladzi, wymoczki. Stale – czyli wypaleni, nieświezi, czerstwi, zwietrzali.

Swoją drogą, chciałbym poznać te dowody empiryczne… Jeżeli takie są, dlaczego spółki, w których skarb państwa nie ma udziałów, nie są entuzjastami zasady promującej udział kobiet w radach? Czyżby w Norwegii zabrakło należycie wykwalifikowanych kandydatek? Nie chodzi przecież o to, by kobiety wchodziły do rad z klucza (jak w spółkach amerykańskich, gdzie obok dyżurnej kobiety dobrze widziany bywa także dyżurny Murzyn), lecz o to, by wzmacniały ich potencjał intelektualny.

Zgodnie z norweską tradycją, ministerstwo odpowiedzialne za państwowe spółki nie ingeruje w obsadę zarządów. Jest to domena rady, odpowiedzialnej także za ważniejsze decyzje gospodarcze, długofalowe planowanie strategiczne i nadzór nad budżetem spółki. Prawo zabrania urzędnikom ministerstwa, oraz posłom, ministrom i sekretarzom stanu zasiadać w radach spółek z udziałem skarbu państwa. W innych krajach nordyckich jest inaczej: tam z reguły w jeden członek rady wywodzi się z ministerstwa.

Norweski zakaz łączenia funkcji w radach spółek z udziałem skarbu państwa z mandatem poselskim lub stanowiskiem państwowym jest pokłosiem kryzysu politycznego z lat sześćdziesiatych ubiegłego wieku. Ministerialny sekretarz stanu przewodniczył radzie spółki wydobywczej. Doszło do eksplozji, zginęło 21 górników, minister stracił posadę. Takie przypadki uczą ostrożności. Zresztą w Norwegii utarło się przekonanie, że urzędnicy państwowi nie mają czasu i kwalifikacji do zasiadania w radach, a nadto grożą im konflikty interesów.

Morten Kalleving zwraca uwagę, że celem „urzędników państwowych jest właściwe administrowanie krajem, obiektywne i sprawiedliwe traktowanie wszystkich obywateli oraz, niejako przy okazji, doprowadzenie do ponownego wyboru naszego ministra”. W działalności gospodarczej, jak wiadomo, chodzi o coś innego. Dalej Kalleving stwierdza: „ Nasza praca jest bardzo skrupulatna, jednak rzadko można ją określić mianem szybkiej. Względy natury politycznej wpływają na wiele decyzji rządu i często maja pierwszeństwo nad dążeniami do wypracowania zysku. Zamykanie czy likwidacja podmiotów gospodarczych, prywatnych lub państwowych, jest zawsze działaniem niepopularnym, a doprowadzanie konkurentów do bankructwa również skutkuje problemami. Szczególnie jeśli ich właściciele mają przyjaciół na wysokich stanowiskach”. Święte słowa!

W norweskich radach przeważają wobec tego osoby spoza spółki o statusie zbliżonym do polskich niezależnych członków rad nadzorczych (w spółkach z przeważającym udziałem skarbu państwa ministerstwo dba o zachowanie wpływu na ich wybór), oraz członkowie wybrani przez pracowników przedsiębiorstwa spółki. Chociaż więc rada wywodzi się z różnych korzeni, w Norwegii kładzie się nacisk na zespołowy charakter jej prac i zobowiązanie członków rady do działania w interesie całego akcjonariatu.

Wynagrodzenia członków organów spółek z udziałem skarbu państwa nie powinny odbiegać od wynagrodzeń w sektorze prywatnym. Od kilku lat rząd wydaje wytyczne odnośnie wynagrodzeń i innych warunków płacy prezesów spółek państwowych. Ich intencją jest zachowanie zasady konkurencyjności wynagrodzeń w sektorze państwowym i prywatnym. Wszystkie składniki wynagrodzenia członków zarządów są podawane do wiadomości publicznej. Skandynawowie cenią przejrzystość spółek. Nie przyjdzie im do głowy pomysł analogiczny do naszej osławionej ustawy kominowej. 

Artykuł ukazał się w Gazecie Bankowej 10 października 2005 r. 

Opowieść o tytanie [2005]

Andrzej Żor, Figle historii. Wydawnictwo Adam Marszałek 2005. Stron 399.

Dobra książka o Janie Blochu, postaci nieprzeciętnej, tajemniczej. Oraz o Europie i Warszawie tamtych ciekawych czasów. Ale czy finansiści sięgną po książkę z figlami w tytule? Kto domyśli się, że dzieło Andrzeja Żora to rozprawa o Janie Gottliebie Blochu, człowieku o wielu wcieleniach: finansiście, przedsiębiorcy, wizjonerze? Jedynym finansiście w bogatych dziejach ojczystych, którego dokonania wyszły daleko poza ziemie polskie. Nigdy ani przedtem, ani potem, nie było w rodzimych dziejach postaci tak znaczącej na europejskiej scenie gospodarczej. Figiel historii polega więc na tym, że ten wybitny człowiek został wyrugowany z pamięci pokoleń, pokryty pyłem zapomnienia. Inny zaś figiel sprawił, że Blocha wciąż nie da się otrzepać z tego pyłu, bo nadal przesłania go ważny, nieprzenikniony, pasjonujący sekret. I kilka innych zagadek.

GDYBY ŻYŁ DZISIAJ …byłby najbogatszym z Polaków. Zawartość jego teczki w IPN budziłaby powszechną ciekawość, a niedyskrecje kustoszy pamięci narodowej szkalowałyby go pomówieniami. Służby specjalne miałyby go na oku jeszcze baczniej niż carska ochrana, inspirując dziennikarzy śledczych do grzebania w jego pochodzeniu i działalności. Popularne dzienniki wymyślałyby sensacje o przekonaniach i praktykach religijnych. Każdy reporter telewizyjny marzyłby o tym, by przed kamerą rzucić mu w twarz pytanie, jak zarobił swój pierwszy milion. A on pewnie prowadziłby interesy na europejską skalę. Może nie spotkałby się z Ałganowem, ale z Putinem już tak. Och, i to niejednokrotnie.

W tytułach kolejnych rozdziałów biografii Bloch pojawia się jako „dorobkiewicz, kolaborant, burżuj, Żyd, pacyfista”. To błyskotliwy zabieg redaktorski: Andrzej Żor zręcznie stawia pytania, podsyca napięcie, lecz nie zaspokoi ciekawości. Albowiem wielu faktów nie udało się przecież ustalić. Do dzisiaj wszak nie wiadomo, jak chłopiec–niedouk ze skromnej żydowskiej prowincjonalnej rodziny tak szybko sięgnął szczytów powodzenia w stolicy wielkiego cesarstwa? Jaki mgnieniu oka zbił imponujący majątek? Jak zdołał nakłonić koncert mocarstw do zebrania się na I Konferencji Haskiej i podjęcia usiłowań wokół kodyfikacji praw i zwyczajów wojennych?

POSĄG, KTÓREGO NIE MA. Ponieważ wiele faktów jest wciąż skrytych za kurtyną dziejów, biograf Blocha mógł ulec pokusie puszczenia wodzy fantazji. Lecz zachował ścisłą dyscyplinę. Andrzej Żor, od lat bankowiec (pełnił różnorodne funkcje w BRE), wcześniej urzędnik państwowy i dyplomata, pisze kompetentnie i ciekawie, a nade wszystko sprawnie posługuje się warsztatem historyka. Nie ukrywa ubóstwa danych źródłowych na temat Jana Blocha, wobec czego o niektórych ważnych okresach jego życia wiadomo niewiele lub nic. Autor cofa się przeto o krok, malując panoramę czasów Blocha, współczesną mu Warszawę (miasto Blochowi najbliższe, które poniekąd dało inspirację dziełu jego życia), cesarstwo rosyjskie, Europę. Wobec tego poznajemy Blocha czynu – budowniczego kolei, Blocha twórczej myśli – autora fundamentalnych prac na temat Rosji, wreszcie Blocha idei – racjonalnego pacyfistę, autora „Przyszłej wojny”, a to wszystko na barwnym tle epoki. To właśnie kombinacja działalności gospodarczej i pisarskiej czyni z Blocha postać nieprzeciętną, ów posąg, którego – jak pisał Aleksander Bocheński – w Polsce nie ma.

Żor wskazuje, że najważniejsze dzieło Blocha, monumentalny traktat „Przyszła wojna” zrodził się z troski o losy Warszawy na wypadek wojny. To właśnie finansista pierwszy zwrócił uwagę na takie aspekty problemu, jak zaopatrzenie miasta w żywność i wodę, opieka medyczna, ewakuacja ludności. Co nie znaczy, że we wszystkim Bloch miał rację. Sprzeciwiał się na przykład planom Starynkiewicza w kwestii budowy w Warszawie kanalizacji (ale miał własny projekt).

Jan Bloch, prekursor globalnego myślenia o sprawach świata, był bardzo poważnym kandydatem do pokojowej nagrody Nobla. Lecz zmarł przedwcześnie i rychło został zapomniany. Dobrze napisana, starannie wydana książka Żora powstała z inspiracji i przy wsparciu aż trzech fundacji: Fundacji BRE Banku, Fundacji im. Jana Blocha (nie mylić z zasłużonym Towarzystwem im. J. Blocha) i działającej przy BGK Fundacji im. Jana Kantego Steczkowskiego.

Notka ukazała się w tygodniku Gazeta Bankowa 10 października 2005 r.
Czytaj także:
2014.07.04 Prawdziwy twórca CSR

Więcej rynku! [2005]

2005.10.05

alotaż, dobre praktyki, etyka, firmy państwowe, NFI OECD, Państwo i rynek, safe haven, state-owned Enterprise,

Więcej rynku! [2005]

Państwa nie da się przepędzić z gospodarki, lecz można je nakłonić do rynkowych zachowań.

Rola państwa w gospodarce budzi spory. Ufni w niewidzialną rękę rynku pragną wyprzeć państwo z gospodarki. Z kolei zwolennicy etatyzmu pragną umacniać, lub choćby zachować, wpływ państwa na gospodarkę. Lecz oto podjęto próbę wzniesienia mostu ponad sprzecznymi doktrynami. Skoro w czasie ogarnianym wyobraźnią nie da się przegonić państwa z rynku, niech już ono na nim pozostanie, byle zapracowało na akceptację swojej obecności postępowaniem bliższym zasadom gry rynkowej. Przeto niech państwo zachowa w swojej domenie niektóre branże lub przedsiębiorstwa, lecz niech wprowadza do nich zasady dobrej praktyki zbliżone do zasad przyjętych na rynkach kapitałowych. Fałszywy jest stereotyp krzewiony przez socjalistów, że państwo jest czymś lepszym, uczciwym, z natury czystym, a rynek – to brudy i męty. Otóż najczyściej jest na środku rynku, przy studni dobrej praktyki, zaś państwo nie tylko może, ale zgoła powinno z niej czerpać.

Przed kilku laty OECD podjęła próbę sformułowania ogólnych zasad corporate governance (1999, II redakcja – 2004). Organizacja objęła nimi stosunki wewnątrz spółki i między spółką a rynkiem. Tamtą inicjatywę dopełniają przyjęte przez OECD 28 kwietnia 2005 roku wytyczne dla corporate governance w przedsiębiorstwach państwowych. Często powtarza się, że państwo jest złym właścicielem, lecz państwo jest – i długo pozostanie – właścicielem licznych przedsiębiorstw, lub jedynym (albo najważniejszym) akcjonariuszem spółek. Chodzi więc o to, aby jego władztwo w podmiotach gospodarczych było sprawowane należycie, z uwzględnieniem wymogów przejrzystości, efektywności i konkurencyjności.

Niekiedy państwo nazbyt ingeruje w zarządzanie swoim przedsiębiorstwem, niekiedy bywa zbyt bierne, dopuszcza w nim do swawoli. Pancerz własności państwowej nadmiernie chroni przed ryzykiem gry rynkowej. Państwowej firmie nie grozi przejęcie. Ani, w zasadzie, bankructwo. OECD postuluje, by mimo to konkurowała ona o finansowanie, a nie bez ograniczeń czerpała z państwowej kasy. Czas przeciwstawić się wyobrażeniom, że państwowa firma korzysta z dorozumianych gwarancji państwa. I niechaj państwo zwinie rozpościerany nad nią parasol protekcjonizmu. Niech prowadzi przejrzystą politykę kadrową. A swojej kadrze płaci należycie politykę (nasza osławiona ustawa kominowa przeczy duchowi wytycznych). Niech przedsiębiorstwa państwowe ogłaszają zamówienia publiczne, niech uczestniczą w przetargach. Niech nie utrudniają wierzycielom dochodzenia roszczeń. Niech spowiadają się ze swojej działalności w raportach rocznych. To wszystko nie prowadzi automatycznie ku prywatyzacji, ale ułatwi ją znacznie, gdyby państwo skłoniło się ku niej.
OECD podkreśla znaczenie firmowych zasad etycznych. Powinny one dotyczyć na przykład sposobu przekazywania poufnych informacji o firmie przez skierowanych do niej funkcjonariuszy państwowych. OECD postuluje tworzenie safe havens, gdzie pracownicy, klienci, interesariusze mogą zgłaszać krytyczne uwagi na temat firmy lub jej pracowników. Postuluje także wprowadzenie rynkowych zasad nawet między państwową firmę a państwowy bank. Pozwoli to zapobiegać konfliktom interesów, ograniczy zaciaganie złych kredytów.
Stosowanie wytycznych OECD uniemożliwi praktykę nazwaną przeze mnie alotażem. Państwo powinno dobierać swoich ludzi w organach spółek na podstawie ich kwalifikacji. W firmach powinny działać komisje do spraw nominacji, rekomendujące na najważniejsze stanowiska. Członkowie rady nie powinni działać w interesie poszczególnych grup, ale zachowywać niezależność, zwłaszcza od polityki. Rady powinny corocznie dokonywać samooceny (w Polsce nie czyni tego ogromna większość rad spółek publicznych!). Należy ujawniać porozumienia między państwem a jego firmami, a także między przedsiębiorstwami państwowymi. Należy też ograniczać stosowanie instrumentów antyrynkowych, jak złota akcja. I jasno umiejscowić w strukturach państwa odpowiedzialność za politykę właścicielską, skupiając funkcje właścicielskie w jednym podmiocie.
Wprowadzenie do Polski i przyjęcie przez warszawską giełdę zasad dobrej praktyki spółek publicznych to owoc inicjatywy na wskroś prywatnej. Natomiast upowszechnianiem sformułowanych przez OECD zasad corporate governance i świeżych wytycznych dla przedsiębiorstw państwowych zajmuje się z własnej woli resort skarbu państwa. To napawa optymizmem. Wciąż mam w pamięci swoiste partnerstwo publiczno-prywatne, kiedy państwo wespół z Wielkim Szu wdało się w awantury związane z odbijaniem niektórych NFI, kiedy z włodarza majątku przeistaczało się w politycznego kłótnika. Pamiętam żenujące praktyki alotażu. Pamiętam plany odwojowywania tego, co już sprzedane. Pamiętam też wielu etycznych, odpowiedzialnych urzędników ministerstwa. Jest na czym budować.