Miesięczne archiwum: Listopad 2005

Impresja o niezależnych [2005]

Czas rozważyć praktyczne aspekty statusu i działalności niezależnych członków rad nadzorczych.

W Polsce dyskusje na temat niezależnych członków rad nadzorczych wzbiły się już nad poziom
andronów, że duchem i charakterem to niezależni powinni być wszyscy, lecz naprawdę niezależnym nie jest nikt, kto pobiera wynagrodzenie od spółki. Oswajamy się z niezależnymi: z tym, że uwierają oni spółkę, ale ubogacają (słówko głupie, ale jakże modne!) przynajmniej jejreputację. Poprawność korporacyjna, młodsza siostra poprawności politycznej, zaleca sławić ich chórem. Okrywamy także smutną prawdę, że im więcej będzie w radzie członków naprawdę niezależnych, tym więcej kompetencji odbierze radzie statut. Pora zastanowić się nareszcie nad kilkoma praktycznymi aspektami statusu niezależnych.

Jak ustabilizować pozycję niezależnych w radzie nadzorczej? Otóż niezależny członek rady może być z niej odwołany przed upływem kadencji, właściwie w każdej chwili. Mało to razy zwołuje się w Polsce walne zgromadzenie tylko po to, by kogoś odwołać z rady (i ewentualnie zastąpić kimś wygodniejszym)? Dla niepoznaki można przeprowadzić wybór członka rady w drodze głosowania oddzielnymi grupami, czyli z definicji zależnego, a mandaty członków niezależnych, i wszystkich pozostałych członków rady, wygasną z mocy prawa. Porządek korporacyjny domaga się niezależnych, lecz prawo preferuje zależnych członków rady, w dodatku pod pretekstem ochrony praw mniejszości. Dlatego czasem większość przebiera się za mniejszość, by wycisnąć z rady niewygodnych, a takimi będą niezależni.

W polskim prawie zakaz konkurencji jest stosowany tylko wobec członków rady wybranych w drodze głosowania oddzielnymi grupami i delegowanymi przez te grupy do stałego indywidualnego wykonywania nadzoru. Uważam, że dobra praktyka powinna rozszerzyć ten zakaz także na niezależnych. Z racji szczególnych uprawnień, w jakie wyposaża niezależnych stosowany na warszawskiej giełdzie zbiór zasad dobrej praktyki (redakcja z 2005 roku, zasada 20 pkt c)), są oni osobami szczególnego zaufania i szczególnej odpowiedzialności.

Należy także zastanowić się nad wprowadzeniem limitu dotyczącego liczby rad nadzorczych, w których może zasiadać osoba pretendująca do miana niezależnego członka przynajmniej jednej rady. Wiem, o czym piszę: przed podjęciem pracy w Gazecie Bankowej byłem zawodowym członkiem rad nadzorczych (i wkrótce chciałbym odzyskać ten status). Członkostwo w czterech radach absorbowało mnie tak, że zawód, chociaż wolny, mogłem w owym czasie wykonywać jedynie na ćwierć gwizdka. Nie łudźmy się: osoba rozsiadła w dziesięciu radach – dla żadnej z nich nie będzie miała czasu i w żadnej z nich nie będzie niezależna. Kilka zdań temu napisałem przecież, że niezależny ponosi szczególną odpowiedzialność! Rodzi się przy tym pytanie, przez ile lat, lub kadencji, niezależny zachowuje niezależność? Wszystkim przymiotom z czasem grozi uwiąd, zapewne dotyczy to także przymiotów niezależności…

Niezależny członek rady może być przez nią delegowany do samodzielnego pełnienia określonych czynności nadzorczych, ale nie powinien przyjmować delegacji do czasowego wykonywania czynności członka zarządu, ani – tym bardziej – zamieniać miejsca w radzie na stanowisko w zarządzie. Przechodzenie z rady do zarządu jest jedną z polskich plag; należy ją wyplenić przynajmniej względem członków niezależnych.
Pytań jest znacznie więcej. Jak skłonić spółki do udostępniania osobom wybranym do rady, zwłaszcza w charakterze niezależnych, kompletnych i rzetelnych informacji o spółce? W krajach anglosaskich nowowybranym oferuje się tzw. orientation, czyli kompetentną prezentację spółki, jej działalności, aspiracji, pozycji na rynku; u nas najczęściej samemu zbiera się informacje. Czy można dopuścić niezależnych do inwestowania w akcje spółki? Czy można im to zalecić? W Polsce członkowie rad, nawet zarządów, rzadko inwestują w swoje spółki, co na niektórych rynkach bywa wręcz zalecane.

Jak rozwiązać problem odpowiedzialności cywilnej niezależnych członków rad nadzorczych? Czy obejmować ich (rzecz jasna: na koszt spółki) ubezpieczeniem D&O? Rzecz w tym, że niewiele polskich spółek korzysta z takich polis – a te, które jednak korzystają, nie ujawniają tego. O kilku innych aspektach statusu niezależnych pisałem tu niedawno. Przypomnę tylko tezy tamtych tekstów. Niezależni członkowie rady powinni być uprawnieni do korzystania z niezależnego od spółki doradztwa prawnego.

Gdyby liczne spółki zechciały wprowadzać do swoich rad niezależnych, zapewne poniosłyby wyższe koszty, bo wobec niedostatku kwalifikowanych kandydatów trzeba im płacić godziwie.
O polskim rynku, jego otwartości, najlepiej świadczy, że nie trzeba pytać, czy niezależnym członkiem rady może być cudzoziemiec. Kilku już piastuje taką funkcję. Przybędzie ich z pewnością, gdy przyślą nam więcej uczciwych.

Tekst został ogłoszony 21 listopada 2005 r. w tygodniku Gazeta Bankowa
Czytaj także:
2014.06.04 Kłopoty z niezależnością
2014.04.30 Niezależność jest publiczna

Królik z kapelusza [2005]

Pora upomnieć się, by zawczasu ogłaszano kandydatury do rady nadzorczej. Oraz ich uzasadnienia!

W Polsce brakuje dobrej praktyki wyborów do rady nadzorczej. Kandydatury do rady najczęściej ujawniane są dopiero na walnym zgromadzeniu. Towarzyszące im uzasadnienia nie są merytoryczne. Przedstawia się życiorys kandydata, z którego często wcale nie wynika, czy dysponuje on stosownymi kwalifikacjami. Samego kandydata nie można o to spytać, gdyż zazwyczaj bywa nieobecny. Jego nazwisko i kwalifikacje są zresztą bez znaczenia. Utarło się mianowicie, że o wyborze do rady nadzorczej przecież nie decyduje osoba kandydata i jego kwalifikacje, ale mechaniczny rozkład głosów uczestniczących w walnym zgromadzeniu. Jeżeli w spółce panuje harmonia – kto wejdzie do rady nadzorczej wcześniej ustalają miedzy sobą więksi akcjonariusze, a drobnym nic do tego. Jeżeli panuje konflikt, więksi akcjonariusze doraźnie zawiązują koalicje, wciągając do nich drobnicę. W obu przypadkach nie chodzi więc o to, co kandydat do rady nadzorczej reprezentuje sobą, lecz kogo reprezentuje.

Wcale nie musi tak być. Pora upomnieć się o dobrą praktykę wyborów do rady nadzorczej. Pora wymagać, by w spółkach publicznych poważni inwestorzy z należytym wyprzedzeniem ogłaszali kandydatury do rady nadzorczej. Nic nie stoi na przeszkodzie ujawnieniu, na dwa lub trzy tygodnie przed walnym zgromadzeniem, czyje kandydatury zostaną zgłoszone do rady, czy to w związku z upływem kadencji tego organu, czy w związku z zamierzonymi zmianami w jego składzie. Nie ma też argumentów przeciwko wcześniejszemu ujawnianiu kandydatur przedstawianych do wyborów w trybie głosowania oddzielnymi grupami. Nie chodzi przy tym o same nazwiska, chociaż niektóre mogą mówić wiele. Wskazane byłoby także przedstawienie zalet kandydata, jego doświadczeń na rynku, cech jego charakteru.

Nie można wymagać od spółek, że wezmą odpowiedzialność za dochowanie takiej procedury, skoro nie mają one wpływu na akcjonariat. Nie można również wymagać dochowania takiej procedury od drobnych akcjonariuszy, którzy już w trakcie obrad walnego zgromadzenia bywają natchnieni pomysłem zgłoszenia kogoś do rady, zresztą jedynie na wiwat, bo kandydaci „z sali” najczęściej ani nie są wybierani, ani nie powinni być wybrani. Można natomiast wymagać kierowania się dobrą praktyką wyboru rady nadzorczej przez inwestorów instytucjonalnych, przez akcjonariuszy dysponujących liczącym się ułamkiem kapitału (niech będzie to 5 procent ogółu głosów w spółce), a także – przede wszystkim! – przez Skarb Państwa.

Dlaczego przede wszystkim? Ponieważ w przeszłości Skarb Państwa krzewił na rynku fatalną praktykę obsadzania rad nadzorczych osobami wprawdzie pozbawionymi właściwych kwalifikacji, lecz za to miłymi partiom będącym akurat przy władzy. Znamienny był przypadek walnego zgromadzenia jednego z wielkich banków: osoba wyposażona w pełnomocnictwo Skarbu Państwa odczytała listę kandydatów do rady nadzorczej, po czym oświadczyła, że przeprasza, bo odczytana właśnie przez nią lista jest już nieaktualna, wszak ona przed momentem otrzymała całkiem inną listę, plon osiągniętych w nocy uzgodnień koalicyjnych, lecz najzwyczajniej pomyliła kartki, więc teraz sięgnie po najświeższą kartkę i odczyta właściwe nazwiska…

Istnieje barwna teoria (za jej prawdziwość nie ręczę), że kiedyś skład rady nadzorczej największej polskiej spółki ustalano w tajemnych knowaniach, na wysokich szczeblach, późną nocą, ponad głową (i wbrew woli) właściwego ministra. Zapewne dobra praktyka wyboru rady nadzorczej zapobiegnie takim zwyrodnieniom.

Poważni inwestorzy przykładają ogromne znaczenie do składu rady nadzorczej. Nierzadko zwołuje się przecież nadzwyczajne walne zgromadzenie tylko w tym celu, by dokonać zmian, lub nawet jednej zmiany, w składzie rady nadzorczej, lub uzupełnić skład rady po śmierci lub rezygnacji jednego lub więcej jej członków. Jest dla mnie oczywiste, że zanim wystąpią z żądaniem zwołania nadzwyczajnego walnego zgromadzenia w celu uzupełnienia składu rady nadzorczej, uprawnieni akcjonariusze często uzgadniają między osobą, czyją kandydaturę przedstawią walnemu zgromadzeniu. Jakież racje przemawiają za tym, by trzymać ją w tajemnicy?

Kandydat do rady nadzorczej nie jest królikiem, którego wyciąga się z cylindra, by uzyskać efekt zaskoczenia. Im wcześniej poważni inwestorzy, oraz Skarb Państwa, będą ujawniać kandydatury do rad nadzorczych, tym bardziej zyska na tym rynek kapitałowy. Zwiększy się jego przejrzystość. I pokładane w nim zaufanie. Korzyść odniosą też spółki. Kandydatury zgłaszane zawczasu, poddawane pod krytyczny osąd rynku, nie będą przypadkowe. Uzasadnienia owych kandydatur będą zapewne lepiej przemyślane. A gdyby kandydatura wzbudziła kontrowersje lub zadziwiła brakiem kompetencji, będzie jeszcze można ją wycofać…

Tekst ogłoszony 14 listopada 2005 r. w tygodniku Gazeta Bankowa
Czytaj także:
2015.06.06 Królik z cylindra