Miesięczne archiwum: Grudzień 2005

Co wolno pismakom? [2005]

Media dobrze zasłużyły się porządkowi korporacyjnemu. Same też powinny kierować się jakimiś zasadami.

Nieocenione są zasługi mediów w kształtowaniu rynku kapitałowego w Polsce. I w zaprowadzaniu na tym rynku porządku korporacyjnego. Mediom przypadły wielorakie role: edukatora, inspiratora, strażnika obyczajów. W kilka lat, wprost z niczego, wychowały one w Polsce liczny zastęp inwestorów. Nie tylko indywidualnych, bo instytucjonalnych też media oświecały, kształciły, formowały. Wpajają one spółkom wiedzę o korzyściach płynących z obecności na rynku kapitałowym, uczą je sztuki wchodzenia na parkiet i zachowania się na nim. Osłaniają rynek kapitałowy, który nie miał w Polsce bardziej oddanego sojusznika, przed polityką i politykami.

To z mediów właśnie, nie z uczelni przecież, nie z kursów podyplomowych, menedżerowie dowiedzieli się, co to jest corporate governance, na czym polega dobra praktyka i jakie jest jej znaczenie, jakie zachowania są wskazane, a jakie piętnowane. To media uświadomiły inwestorom indywidualnym, owym „prostym dawcom kapitału”, jakie mają prawa i jak mogą ich dochodzić. To media uczyły spółki, że na rynku nie wszystko jest dozwolone, nawet jeżeli nie jest zabronione. Uczyły cały rynek, prawodawców, regulatorów, nadzorców. Inspirowały giełdę, by więcej czyniła w kierunku porządkowania rynku.

Lecz przede wszystkim media relacjonowały, co się dzieje. Rzucały światło na sprawy wstydliwie skrywane przed rynkiem. Na nieprawidłowości, zdziczenie obyczajów, przekręty, zwyrodnienia. Dociekliwość dziennikarzy brała górę nad wysiłkami rzeczników prasowych i zatrudnianych przez spółki agencji public relations, by wszystko wyglądało jak najlepiej. To dzięki mediom nie doszły do skutku niektóre oferty publiczne. Wprawdzie nie obyło się bez błędów, wprawdzie środowisko dziennikarskie nie okazało się chmarą aniołów, wprawdzie niejeden redaktor dał czasem wyraz niewiedzy, głupocie lub uległości na argumenty spółek, a nawet poszczególnych inwestorów – niemniej bez nas, pismaków, rynek kapitałowy nie dojrzałby tak szybko. Byliśmy przy tym wiernymi sprzymierzeńcami rynku, chociaż rynek wcale nam nie sprzyjał. Czyniłem usilne starania, by przeprowadzić zasadę, iż dziennikarze mogą być obecni na walnych zgromadzeniach spółek publicznych. Zasadę wreszcie przyjęto, acz z ograniczeniami, raczej pod naciskiem mediów, niż w dobrej wierze. „Na co nam pismacy na walnym zgromadzeniu?” – publicznie pytał młody gniewny prawnik. „Jeżeli ja jestem pismak, to pan jesteś papuga!” – krzyczałem wielkim głosem na ważnej konferencji. Wtedy ustąpił mi pola, ale dzisiaj jakoś nie ma czasu na udzielenie „Bankowej” wywiadu…

Rodzi się jednak pytanie, czy media – tak zasłużone dla rynku kapitałowego, krzewienia na nim dobrych obyczajów i zasad dobrej praktyki – nie powinny aby zdefiniować, jak daleko same mogą się posuwać za daleko? Mam do kolegów po piórze pretensje, że tak gorliwie typują prezesów do odstrzału. Wiadomo, że w polskich warunkach nowa ekipa przy władzy – to nowa runda czystek na posadach, także w zarządach i radach nadzorczych, nie tylko spółek będących w portfelu Skarbu Państwa, także tych już sprzedanych, ale później odwojowywanych. Jest to proceder gorszący. Nazwałem go alotażem. Uważam, że należy piętnować go żarliwie i tępić niemiłosiernie.

Odpowiedzialne dziennikarstwo dobrze świadczy o dojrzałości rynku i zwiększa jego wartość. Natomiast szkodzi rynkowi – i poszczególnym spółkom – przypisywanie przez media prezesom sympatii politycznych i wskazywanie przez nie kandydatów do rzezi podczas kolejnej nocy długich noży. Ostatnio „Gazeta Wyborcza” informowała, że „odchodzi prezes PKO BP”. Dziennik przyznaje, że wiadomości nie udało się potwierdzić, ale podaje ją w tonie kategorycznym. Wskazano przy tym następcę prezesa. Spekulacje skłoniły „Bankową” do przypomnienia zasady, że prezesi ważnych banków nie powinni odchodzić niespodziewanie. Od dawna twierdzę, że lepiej byłoby, by zmiany na ważnych stanowiskach zapowiadano z odpowiednim wyprzedzeniem i przeprowadzano dopiero po kolejnym walnym zgromadzeniu.

Czarna przepowiednia „Wyborczej” nie sprawdziła się. Prezesa nie odwołano. Jedynie wprowadzono do zarządu nowego wiceprezesa. Nazajutrz „Gazeta Wyborcza” nie wyjaśniła sprawy. Nie przyznała się do mylnej informacji. Przeciwnie: napisała, że wydarzenia potoczyły się „zgodnie z naszymi zapowiedziami”. Czysta dezinformacja! To nie kaczka dziennikarska, a dwie kaczki. Zapowiedzi były zgoła inne. Wszyscy mylimy się czasem. Lecz trzeba umieć przyznać się do pomyłki. Gdyby tak któraś ze spółek notowanych na warszawskiej giełdzie prognozowała zysk, a później oświadczyła, że „zgodnie z zapowiedziami” poniosła stratę – potraktowalibyśmy ją surowo. Stosujmy wysokie standardy nie tylko względem spółek. Także wobec nas samych, pismaków.

Tekst ukazał się 19 grudnia 2005 r. w tygodniku Gazeta Bankowa
Czytaj także:
2014.07.17 Kiedy porzerwa znaczy wstyd
2012.12.04 Piekielny kociał z Rafako
2003.01.27 Banki, szanujcie pismaków!