Miesięczne archiwum: Luty 2006

Uwaga, oszustwo! [2006]

Odpowiedzialność za wykrywanie przestępstw na szkodę spółki spoczywa na zarządzie i radzie nadzorczej.

Sprawa przemknęła przez media i niemal natychmiast zgasła. Szkoda, bo na jej kanwie można sformułować kilka wniosków. W Libiążu pod Chrzanowem działa szwajcarska firma Thermoplast produkująca okna. Jej zarząd trapił się wysokimi kosztami produkcji. Wynajął więc detektywów, którzy incognito zatrudnili się w zakładzie. Wkrótce wykryli oni, że w fabryce prowadzono, na znaczną skalę, produkcję na lewo. Okna sprzedawano w całym kraju, za połowę ceny katalogowej. Straty sięgają milionów złotych.

Uczestnicy złodziejskiej szajki nazwali się „spółdzielnią”. Należeli do niej zarówno szeregowi pracownicy, jak członkowie kierownictwa firmy. Ważną rolę odegrał informatyk, który rozpracował sterujący produkcją niemiecki system komputerowy. Umożliwiło to fałszowanie danych i ukrywanie dodatkowych zleceń. Zdaniem policji, mózgiem operacji był prawnik, ponoć prawa ręka prezesa. Miał on dorobić się znacznego majątku. Lecz kiedy prezes, Austriak, zgłosił zamiar złożenia prywatnej wizyty na imieninach żony prawnika, tenże na ów czas przeprowadził się z luksusowego domu do mieszkania w bloku, by ukryć przed prezesem stan swojej zamożności. Policja przypuszcza, że proceder trwał od lat, zapewne co najmniej pięciu. Wcześniej prezesem był Arab, który dobrze władał polskim, a nadto – mieszkając na terenie zakładu – niemal go nie opuszczał. Zapewne pod jego okiem rozwijanie produkcji na lewo nie było możliwe.

Sprawa prosi się o kilka komentarzy. Zacznę od kwestii z pozoru wręcz błahej: prezesa obcokrajowca, który zapewne w Libiążu czuje się jak na Marsie. Nie zna języka, miejscowych zwyczajów, skłonności pracowników i mieszkańców. Polega przeto na współpracowniku, który go oszukuje. Iluż takich menedżerów – nieboraków zesłano do Polski, na poniewierkę? Znam wielu obcokrajowców, którzy świetnie orientują się w miejscowych realiach, a po polsku mówią znakomicie. Lecz znam i takich, którzy pośród nas przeżyli lat kilkanaście, a nie potrafią sklecić prostego zdania po polsku …

Drugą kwestią jest społeczna atmosfera, powszechnie sprzyjająca przestępczości. Ludzie i firmy kupują kradzione, bo tak wychodzi taniej. Chytrość nabywców napędza złodziejstwo. Sprzyja mu znieczulica. O działalności „spółdzielni” wiedziało całe miasto, nikt wszelako nie przyczynił się do jej zdemaskowania. Nasze społeczeństwo cechuje się zdumiewająco wysoką tolerancją względem przestępczości. Przejęliśmy mentalność grypsery. Także nikt z pracowników świadomych złodziejskiego procederu nie poinformował o nim prezesa. Nasz kodeks etyczny dopuszcza okradanie pracodawcy, kłamstwo, oszustwo, ściąganie na egzaminie. Nie dopuszcza natomiast demaskowania złodziei i oszustów. Kto stanie po stronie prawa, naraża się nierzadko na ostracyzm, na parzące miano kapusia.

Po trzecie, warto uświadomić sobie, że taka długotrwała, szeroko rozgałęziona działalność na szkodę firmy jest nie do pomyślenia w polskich instytucjach finansowych. Nie dlatego, byśmy ich personel importowali z odległych galaktyk. I nie dlatego też, że osoby zarządzające tymi instytucjami znają język polski i miejscowe realia (bo nie wszystkie znają). Natomiast mamy dobrze działający nadzór. Jak mało gdzie, na tym polu władztwo państwowe sprawowane jest należycie. Czy wobec tego burzyć istniejące struktury nadzoru, by w ich miejsce krzewić eksperyment?

Po czwarte, odpowiedzialność za wykrywanie nieprawidłowości spoczywa przede wszystkim na zarządzie. Nie może on oczekiwać, że zrobi to za niego biegły rewident; nie od tego jest. Niech zarząd wynajmuje detektywów, niech wprowadza procedury whistleblowing, a przede wszystkim niech nie zamyka się w zaciszu gabinetów. Trudniejsza sprawa, gdy zarząd sam uczestniczy w przestępstwie. Małoż to członków zarządów polskich spółek publicznych skazano, wyrzucono z pracy? Wobec tego współodpowiedzialność za porządek w spółce spoczywa na radzie nadzorczej.

Lecz bywa, że rada nadzorcza zbiera się tylko trzy razy do roku. Że obraduje w Warszawie, by oszczędzić jej członkom mitręgi związanej z podróżą do spółki. Że bazuje wyłącznie na kwitach skwapliwie podsuwanych jej przez zarząd. Że nie zna przedsiębiorstwa spółki, nie zna kadrowego zaplecza zarządu; że nikt z jej członków nie widział na oczy pracownika nadzorowanej spółki. Że nie wyłania ze swojego składu komisji do spraw audytu, nie współpracuje z biegłym rewidentem, najwyżej raz do roku odbywa z nim krótkie spotkanie. Że nie korzysta z ustawowego uprawnienia do żądania od pracowników spółki (także spoza zarządu) sprawozdań i wyjaśnień we wszystkich kwestiach związanych ze spółką i jej działalnością. Nie wspominając już o tym, że rada nadzorcza ma prawo żądania tych sprawozdań i wyjaśnień także poza plecami zarządu. Czego jednak najczęściej nie czyni…

Tekst ogłoszony 27 lutego 2006 r. w tygodniku Gazeta Bankowa.
Redakcja (od kilku tygodni nie byłem już naczelnym, tekst pochodził z zapasów) mylnie opatrzyła artykuł tytułem poprzedniego materiału. Tu przytaczam tytuł oryginalny.

Czytaj także:
2014.12.07 Trąd w parlamencie

Członek z ramienia [2006]

Nie pomagają zaklęcia o nadrzędności interesu spółki: niektórzy wyżej stawiają interes inwestora.

Teoretycy są zgodni: członek rady nadzorczej zobowiązany jest działać w interesie spółki, nadrzędnym względem interesów poszczególnych akcjonariuszy. Nie jest on przedłużeniem ramienia akcjonariusza, któremu zawdzięcza wybór. Nawet akcjonariusza większościowego. Praktycy mają z tym kłopot. Jest otóż zjawiskiem powszechnym, że członkowie rad nadzorczych bywają powiązani z którymś z akcjonariuszy. Często są przez niego zatrudnieni. Otrzymują od niego instrukcje. Zdają mu sprawozdania, nie tylko z przebiegu posiedzeń, także z sytuacji w spółce. Dzięki temu ten z akcjonariuszy, który ma w radzie swojego człowieka, jest w sytuacji odmiennej od reszty, ponieważ dysponuje pełniejszymi, bardziej aktualnymi, informacjami o spółce. Oraz wywiera wpływ na podejmowane w niej decyzje.

Prawo sankcjonuje ten stan rzeczy. Dopuszcza wyznaczanie do spółek przez niektóre podmioty „reprezentantów”. Dopuszcza, by statut przyznał indywidualnie oznaczonemu akcjonariuszowi prawo powoływania lub odwoływania członków rady nadzorczej lub zarządu spółki akcyjnej. Dopuszcza wybór członków rady nadzorczej w drodze głosowania oddzielnymi grupami. Prawo godzi się zresztą na partykularyzację nie tylko rady nadzorczej, także zarządu spółki, także w postaci oddawania miejsc w zarządach osobom wybranym przez pracowników. „Wyznaczony”, „powołany”, „wybrany” do rady nadzorczej – niekoniecznie przez akcjonariuszy! – prawdopodobnie będzie „członkiem z ramienia” tego, kto go wyznaczył, powołał lub wybrał. Mniejsza o anatomię; sam wielokrotnie słyszałem na posiedzeniach rad nadzorczych, jak ktoś z członków rady deklamuje, że zasiada w niej z czyjegoś ramienia. A w praktyce dawał wyraz temu, że lojalność wobec mocodawcy stawia nad lojalnością wobec spółki.

Wprawdzie „członkowie z ramienia” nie noszą koszulek z nazwą swojego mocodawcy, ale kiedy nie głosują zgodnie z jego instrukcjami, zostają odwoływani. W tym celu zwołuje się nadzwyczajne walne zgromadzenie, nawet jeżeli zamiana niepokornego członka rady na dającego gwarancję posłuszeństwa bywa jedynym merytorycznym punktem porządku obrad. Kiedy natomiast inwestor dysponujący „członkami z ramienia” wychodzi ze spółki, jego pupile natychmiast składają rezygnację, jakby nie mogli doczekać najbliższego walnego zgromadzenia. Lecz gdyby nie złożyli rezygnacji, wymuszając tym zwołanie nadzwyczajnego walnego zgromadzenia w celu uzupełnienia składu rady, zostałoby ono zwołane i tak, by ich odwołać i powołać innych. Którzy, w przypadku konfliktu interesów, postawią interesy swoich mocodawców ponad interesy spółki. I tak w kółko.

Nie pomogą zaklęcia o prymacie interesu spółki… Założenie, że członek rady nadzorczej będący pracownikiem inwestora kieruje się nadrzędnym interesem spółki jest równie szlachetne i fałszywe, jak idea olimpijska: nie zwycięstwo liczy się, lecz udział. Nieprawda. Liczą się medale i punkty. Dosyć mamy fikcji w sporcie i polityce, by krzewić ją jeszcze na rynku. Dla przykładu: funkcjonariusze międzynarodowi, czyli członkowie personelu organizacji międzynarodowej niby podlegają wyłącznie sekretarzowi generalnemu i nie mogą otrzymywać instrukcji od swoich rządów, ale w praktyce często jest inaczej. Albowiem szlachetną zasadę unicestwia wymóg obsadzania stanowisk zgodnie z zasadą sprawiedliwej reprezentacji geograficznej. Co ma z jednej strony tę zaletę, że zapewnia różnorodność składu personelu, ale i te wady, że kreuje podwójne podporządkowanie (wobec własnego kraju i wobec sekretarza generalnego) i rodzi konflikt sumienia (które podporządkowanie uznać za ważniejsze?). „Członek z ramienia” nie przeżywa takiego konfliktu. On nie ma wątpliwości, że liczy się przede wszystkim interes mocodawcy. „Członkowie z ramienia” nie kreują też różnorodności w składzie rady nadzorczej, ponieważ niewiele do niej wnoszą.

Niedawno “Financial Times” zwrócił uwagę na jeszcze inną postać członkostwa z ramienia: członkowie zarządu Europejskiego Banku Centralnego wybierani są przez Ecofin (a w istocie przez Eurogrupę, złożoną z krajów strefy eura), w teorii bez względu na ich przynależność państwową, w praktyce głównie w oparciu o to kryterium, dające preferencje dużym państwom. Tymczasem wpływ państw członkowskich na proces podejmowania decyzji jest zagwarantowany na poziomie Rady Zarządzającej Eurosystemu pracującej z udziałem szefów banków centralnych. Dziennik pisze zatem o oszustwie na szkodę mniejszych krajów. Słusznie, bo ”członek z ramienia” to oszustwo.

Spotykam się z argumentem, że udział takich członków w organach spółek handlowych (i innych gremiach) wzmacnia przewidywalność procesów podejmowania decyzji: chodzi o to, że z góry wiadomo, jak takie stanowisko taki ananas zajmie podczas głosowania. Lecz taka przewidywalność jest niedemokratyczna.

Tekst ogłoszony 20 II 2006 r. w tygodniku Gazeta Bankowa

Tsunami [2006]

Składy rad nadzorczych można zmieniać. Niekiedy nawet trzeba. Byle z kulturą, nie na łapu–capu!

W złą godzinę wystąpiłem z postulatem, by zawczasu ogłaszać kandydatury do rad nadzorczych spółek publicznych („Królik z kapelusza”, GB z 14 listopada ub. r.). Rzeczywistość podążyła mi na przekór. Przez Polskę przeciąga właśnie korporacyjne tsunami. Wysoka fala zmiata zarządy i rady nadzorcze. W obliczu kataklizmu nikomu w głowie wcześniejsze ogłaszanie kandydatur na stanowiska w spółkach, do tego jeszcze z uzasadnieniami. Czyż nie wystarczy, iż wiadoma jest przynależność polityczna kandydatów?

Zresztą prawo wcale nie wymaga, by ktokolwiek zawczasu ogłaszał, że zgłosi kandydata do zarządu lub rady nadzorczej – oraz kto nim będzie i dlaczego. Co więcej: taki przepis jest zgoła niepotrzebny, a mógłby być wręcz szkodliwy. Nie należy mnożyć regulacji. Zamiast twardego prawa w ręku srogiego państwa, które nie ma pojęcia o rynku, lepsze są uzgodnienia czynione przez sam rynek.

Lecz w tym przypadku i rynek niczego do tej pory nie uzgodnił. Zasady dobrej praktyki nie zawierają jeszcze postulatu, by kandydatów do rady nadzorczej zgłaszać zawczasu, z uzasadnieniami, w celu umożliwienia reszcie akcjonariatu oceny tych kandydatów i ewentualnych skutków ich wyboru. To dopiero wstępna propozycja, bardziej prywatna niż środowiskowa, aczkolwiek kilku liderów polskiego rynku kapitałowego byłoby skłonnych ją poprzeć, kiedy dojrzeją warunki sprzyjające wcieleniu jej w życie. W obecnej konstelacji politycznej takich warunków nie ma.

Uważam, że takiej praktyki nie uda się wprowadzić bez pełnej aprobaty Skarbu Państwa. A ten ma różne oblicza. Niektóre znaliśmy wcześniej. Skarb Państwa bywał sumiennym włodarzem wspólnego majątku. Występował jako światły rzecznik wprowadzenia corporate governance do spółek ze swojej domeny. Lecz bywa też kłótnikiem. Wyrzuca dziennikarzy z walnych zgromadzeń. Odwojowuje sprzedane już spółki. Wspierał awanturników we wrogich rajdach na kilka narodowych funduszy inwestycyjnych. Oraz uprawia alotaż. To zjawisko, upamiętniające działacza związkowego – politycznego stronnika, mianowanego bez kwalifikacji na ważne stanowisko, jest symbolem zawłaszczania państwa. Obecnie przybiera ono niepokojące rozmiary.

Ostatnio w polityce Skarbu Państwa pojawiają się nowe tendencje. Skarb Państwa uzurpuje sobie prawo wyznaczania niezależnych członków rad nadzorczych! To praktyka bardzo niebezpieczna. Instytucja niezależnych członków rad jest w Polsce całkiem świeża, dopiero zapuszcza korzenie w najpoważniejszych spółkach, a już pada ofiarą zamachu. Niby każdy akcjonariusz może wskazywać kandydata na niezależnego członka rady, lecz czy kandydat wskazany akurat przez Skarb Państwa rzeczywiście będzie niezależny? Wydaje się to wątpliwe, zwłaszcza w obliczu zapędów do upolitycznienia przez Skarb Państwa (lub upartyjnienia) rad nadzorczych. Skarb państwa wymienia też członków rad nadzorczych rekomendowanych przez inwestorów instytucjonalnych na swoich pomazańców. To sygnał dla inwestorów, by poszukali sobie jakiegoś innego rynku.

Odwoływani są prezesi ważnych spółek, dekompletowane ich zarządy, lecz na zwolnione miejsca nie powołuje się nowych, choćby spółki znajdowały się w szczególnie trudnej sytuacji (przykładem PGNiG; zima jest ostra, spółka jest potrzebna, lecz działa bez stałego kierownictwa). Wiadomo, o co chodzi: o handel stanowiskami. Rozmowy międzypartyjne mogą więc doprowadzić do parcelacji rynku między koalicjantów. Wtedy obsadzą oni zarządy swoimi ludźmi. Być może przy okazji wymienią też rady nadzorcze, ostatnio raptownie zmieniane, jakby nie można było doczekać walnego zgromadzenia.

Powraca stara praktyka traktowania rad nadzorczych jak drzwi obrotowych: wchodzi się do nich po to, by przecież zaraz z nich wyjść. Dlatego nie ogłasza się zawczasu nazwisk kandydatów do rady, nie przedstawia się uzasadnień. Już podczas walnego zgromadzenia wyciąga się pomazańców Skarbu Państwa z cylindra, jak króliki. A przecież – przy krytycyzmie wobec polityki Skarbu Państwa – przyznam, że niektóre nominacje sprawiają niezłe wrażenie. Wprawdzie wymiana kadr prowadzona jest na łapu–capu, lecz przecież niekoniecznie lepsi zastępowani są gorszymi.

To jeszcze nie koniec kataklizmu. Skarb Państwa, jak czynny wulkan, zieje trującymi pomysłami, a wstrząsy rozchodzą się daleko. Toczymy już spór z Eureko, w którym nasze szanse są mizerne. Wdaliśmy się w bijatykę o osobę jednego z arbitrów. Prowokujemy do sporu Komisję Europejską i UniCredito Italiano. Co gorzej: toczymy te spory bardzo nieudolnie, po prostacku. Równie prostackim gestem było wyrzucenie dziennikarzy z walnego zgromadzenia Lotosu. Niestety, media łyknęły to gładko. Za to protestowały przeciwko pogardliwemu potraktowaniu ich podczas ceremonii podpisania w Sejmie jakiegoś kwitu bez znaczenia. Moim zdaniem Lotos jest ważniejszy.

Tekst ogłoszony 13 lutego 2006 r. w tygodniku Gazeta Bankowa.
Wspomnianym w tekście „kwitem bez znaczenia” było porozumienie koalicyjne PiS – Samoobrona – LPR.

Czytaj także:
2015.06.06 Królik z cylindra
2005.11.14 Królik z kapelusza

Stacja przesiadkowa [2006]

Okoliczności, w jakich odchodzą menedżerowie, to ważne kryterium oceny jakości i kultury rynku.

Jacek Kseń, prezes Banku Zachodniego WBK, ogłosił o zamiarze złożenia stanowiska. Uczyni to w kwietniu 2007 roku, w związku z upływem kadencji zarządu, podczas walnego zgromadzenia, któremu zostanie przedstawiony następca. Taka praktyka czyni w pełni zadość porządkowi korporacyjnemu. Szkoda, że w Polsce nadal jest rzadkością. Spośród prezesów dużych polskich banków chyba tylko Krzysztof Szwarc i Cezary Stypułkowski zawczasu uprzedzili, że rezygnują z posad. I że będą wypełniali obowiązki do walnego zgromadzenia.

Wielu prezesów składało rezygnacje nieoczekiwanie, acz z pełną aprobatą inwestora strategicznego. Nie mogli (nie chcieli?) doczekać, aż spółka dojedzie na stację przesiadkową, jaką bywa walne zgromadzenie. Wyskakiwali z niej pomiędzy przystankami. Albo, prawdopodobnie, bywali wypychani siłą. Rynkowi opowiadano zwyczajowe androny, że menedżer właśnie spełnił swoją misję (spełnił ją we wtorek przed południem, czy może w nocy ze środy na czwartek?) i czekają go nowe wyzwania. Czas na ocenę, czy misja rzeczywiście została spełniona, nastaje z upływem kadencji, na walnym zgromadzeniu. Wprawdzie za andronami na temat spełnionej misji i pragnienia zmierzenia się z nowymi wyzwaniami nie zawsze muszą się kryć mroczne jakieś powody dymisji, lecz piętnowałem takie zachowania. Pisałem: instytucje finansowe powinny być obliczalne. Nie powinny zaskakiwać rynku ani nagłymi stratami, ani nagłymi zmianami na ważnych stanowiskach.

Pomijając sploty nieprzewidzianych okoliczności, czyli sytuacje nadzwyczajne i z natury rzeczy niekorzystne, do zmiany prezesa powinno dochodzić jak omawianym przypadku: w związku z upływem kadencji, na walnym zgromadzeniu. Nazywam je stacją przesiadkową, co nie oznacza, bym rekomendował przesadzanie ustępującego prezesa do rady nadzorczej. Takie rozwiązanie miewa wielu zwolenników, lecz i przeciwników. Dobrze byłoby, by obie strony wyłożyły swoje argumenty. W Polsce uciera się także fatalna praktyka przesiadania się członków rady nadzorczej do zarządu. Lecz to tematy na odrębne szkice. Dzisiaj chodzi o to, by prezesi zmieniali się na stacji, zgodnie ze znanym zawczasu rozkładem, a nie w biegu, nieoczekiwanie.

Kultura odejścia prezesa to tylko jedna strona zagadnienia. Drugą stroną jest płynność sukcesji. W Banku Zachodnim WBK wyłania się możliwość przeprowadzenia całej operacji w sposób przejrzysty i przewidywalny. Wprawdzie prezes Kseń nie wyhodował sobie sukcesora, lecz kalendarium jego rezygnacji daje dość czasu, aby go wyłonić, czy to z grona pracowników banku, wśród których nie brakuje uzdolnionych menedżerów i potencjalnych liderów, czy z pocztu menedżerów konkurencyjnych banków, czy z otwartego konkursu. Wszak jest na rynku zastęp specjalistów zwolnionych z instytucji finansowych, bynajmniej nie z powodu braku kwalifikacji, a raczej z ich nadmiaru, ponieważ zagraniczni inwestorzy przenoszą kompetencje do centrali, a tu, w koloniach, potrzebują głównie prostej siły roboczej.

Na wielu dojrzałych rynkach praktykuje się informowanie z niemałym wyprzedzeniem, kiedy prezes planuje przejście na emeryturę, oraz kto go zastąpi. Przy czym sukcesora nie namaszcza ustępujący prezes, ale akcjonariusze, chociaż nierzadko na wniosek prezesa. Informacje o przyszłej sukcesji bywają ogłaszane w raporcie rocznym. W Polsce w raporcie rocznym zwyczajowo nie ogłasza się niczego, co nie jest już znane inwestorom… Rzecznik BZ WBK oznajmił prasie, że prezes odejdzie z posady z powodów osobistych (imponują mi mężczyźni, którzy w tym wieku miewają sprawy osobiste…). Sam prezes wyjaśnia to inaczej, bardziej przekonująco: jest dobrym menedżerem, stanowisko piastuje od lat, sprawdził się, w tym czasie wartość akcji wzrosła dwudziestokrotnie, a przy tym „w grupie AIB panuje zwyczaj, że prezesi odchodzą przed 60. rokiem życia”. Zresztą – najlepiej odejść, kiedy sytuacja jest bardzo pomyślna. Jacek Kseń dodał jeszcze, że z pewnością będzie miał wpływ na wybór następcy i postara się przekazać mu swoją wiedzę dotyczącą banku.

Na szczęście dla czystości obyczajów, Bank Zachodni WBK jest instytucją prywatną, więc politycy nie będą mieli wpływu na decyzje kadrowe. Nie wepchną do zarządu partyjnego stronnika. Bank też od polityków niczego nie potrzebuje, więc nie stanie się podatny na ich ewentualne naciski. Trzyma się zresztą, wręcz ostentacyjnie, daleko od stolicy: jako jedyny z dużych polskich banków ulokował się poza Warszawą. Przy czym nie chodzi tutaj o formalny przepis statutu, ale o rzeczywistą siedzibę zarządu. Ów dystans do stolicy bardzo pomógł w staraniach o przejęcie przez dawny WBK rozrywanego wówczas Banku Zachodniego. Co nie oznacza, że poznaniacy powstrzymali się od innych argumentów. Dość, że swoją sprawę załatwili dyskretnie i skutecznie.

Tekst ogłoszony 6 lutego 2006 r. w tygodniku Gazeta Bankowa
Czytaj także:
2014.07.07 Sukcesja, siostra kadencji
2003.12.29 Następstwo tronu