Miesięczne archiwum: Wrzesień 2008

Szósty stopień teorii [2008]

Rola nadzoru korporacyjnego w kreowaniu wartości przedsiębiorstwa. Pod redakcją Stanisława Rudolfa. Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego 2008. S. 613.
Pokaźny tom pod redakcją prof. Stanisława Rudolfa jest plonem kwietniowej konferencji w Uniwersytecie Łódzkim. Jest to już szósty pod tą redakcją zbiór prac poświęconych wybranym aspektom corporate governance. Rozmach inicjatyw prof. Rudolfa imponuje. Łódzkie spotkania są już tradycją polskiej społeczności corporate governance, a przynajmniej tego jej skrzydła, które wywodzi się z nauk ekonomicznych i nauk o zarządzaniu.

Omawiana książka przynosi powstałe w kilkunastu ośrodkach akademickich 32 referaty nadesłane na konferencję (nazywane rozdziałami, jakby dopełniały się w zamkniętą całość). Mając wybór między narzucaniem autorom dyscypliny w kwestii objętości ich wypowiedzi a ograniczeniem nakładu książki– redaktor tomu wybrał to drugie. Szkoda: niektóre teksty nie wzbogacają pracy, zmierzają obok tematu (np. s. 227, 329), można je było opuścić. Kilku innym dobrze zrobiłoby ociosanie z banałów. W konsekwencji, bardzo obszerna pozycja ukazała się wobec tego w mikroskopijnym nakładzie 100 + 35 egzemplarzy. Trafi ona przeto do większych bibliotek, nie trafi już do spółek, do praktyków. Inna sprawa, że nie do nich jest adresowana. W zbiorze przeważają prace teoretyczne.

Są one poświęcone rozważaniom nad naturą, funkcjami, formami nadzoru. Nadzoru nad firmą, przedsiębiorstwem, spółką, spółdzielnią mleczarską, korporacją, organizacją korporacyjną, organizacją sieciową, skoncentrowaną strukturą własności, bądź bliżej określonymi: przedsiębiorstwem opartym na wiedzy, spółką publiczną, spółką kapitałową, spółką działającą w określonym sektorze, jednoosobową spółką Skarbu Państwa. Na drugim planie znajdują się rozważania na temat organu sprawującego ów nadzór – rady nadzorczej. Notki o Autorach nie ujawniają, jakie który z nich ma doświadczenie w pracy w organach spółek.

INTERESARIUSZE WSZYSTKICH KRAJÓW, ŁĄCZCIE SIĘ! Niektóre referaty zebrane w dziale poświęconym „udziałowi nadzoru w tworzeniu wartości firmy” prezentują charakterystyczny punkt widzenia w kwestii adresatów tej wartości. W skrócie: chodzi o to, czy z owoców przedsiębiorczości powinni przedsiębiorcy – inwestorzy, dostawcy kapitału – korzystać bardziej niż inni, tak samo, czy może mniej. Kilkoro Autorów ustawia dawcę kapitału na szeregowej pozycji „jednego z interesariuszy”. Dosadnie ujął rzecz prof. Czesław Mesjasz: „Maksymalizacja … majątku akcjonariuszy … zastępowana jest przez tworzenie wartości dla wszystkich interesariuszy – klientów, właścicieli, menedżerów, pracowników, dostawców oraz grup interesów w otoczeniu przedsiębiorstwa” (s. 13). Uzupełniana – owszem; „zastępowana” – nie, w żadnym wypadku. Bez przywilejów dla inwestorów nie będzie kapitału, bez kapitału – przedsięwzięć gospodarczych. Potrzeba krzewienia harmonii między podmiotem gospodarczym a jego otoczeniem gospodarczym, społecznym, przyrodniczym, nie może zepchnąć inwestorów na dalszy plan.

Tak jednak byłoby, gdyby spełniła się złowroga wizja Cz. Mesjasza o reprezentacji „wszystkich interesariuszy … w radzie nadzorczej” (s. 30). Na szczęście nie ma racji prof. Piotr Urbanek (s. 180), iż „powszechną praktyką jest umieszczanie w radach osób reprezentujących organizacje działające w otoczeniu rynkowym firmy (dostawców, klientów, władze szczebla centralnego i lokalne, organizacje konsumenckie)”. Otóż w dążeniu do efektywności nadzoru wyprowadza się już z rad nadzorczych interesariuszy i ornamentariuszy, którzy nie przysparzają spółce istotnej wartości. Niemniej, pisząc o spółkach komunalnych, Leszek Kozioł i Kazimierz Barwacz postulują ustawowe uregulowanie obligatoryjnej reprezentacji pracowników w radach nadzorczych (s. 384).

Dlaczego interesariuszy (ang. stakeholders, a czasem wręcz… mistakeholders), którzy do spółki niczego nie wnoszą, zaś niektórzy wynoszą z niej co popadnie, stawiać na równi z tymi, którzy wnoszą kapitał (ang. shareholders, ameryk. stockholders) i ponoszą związane z tym ryzyko, lub dawać pierwszym prymat nad drugimi – nie zostało wyjaśnione. Motyw, iż „interesariusze powinni mieć wpływ na zarządzanie firmą, choć ich cele często postrzegane są jako sprzeczne” (s. 74) jest poddawany obróbce przy użyciu różnych narzędzi, jak teoria agencji lub tzw. Collective Intelligence. O prawach płynących z własności, o premii za ryzyko, wspomina się rzadziej. Rozpowszechnianie takich poglądów nie służy przedsiębiorczości, nie zachęca do podejmowania ryzyka inwestowania. Lecz ponad światem nie krąży widmo interesariuszy, więcej umiaru miewają oni sami (z wyjątkiem dla związków zawodowych), niż ich rzecznicy.

WIEDZA OPARTA NA GOSPODARCE. W kilku referatach powraca ciekawa kwestia znaczenia kapitału intelektualnego w procesie kreowania wartości spółki. Gdyby na serio potraktować równanie głoszące, że kapitał intelektualny to wartość rynkowa minus wartość księgowa (s. 123), kapitał ów byłby nie tylko płynny, zmieniają swoje parametry z każdym zamknięciem notowań, bądź nawet wielekroć w ich trakcie, lecz nadto podlegałby znacznym wahaniom w cyklu hoss i bess. Kapitalizacja spółki nie jest bezpośrednim wykładnikiem jej kapitału intelektualnego, świadczy raczej o intelekcie inwestorów. Lub o braku takowego.

Inną z zalet omawianej książki jest podjęcie przez kilkoro Autorów trudnej tematyki funkcji nadzoru w spółce mocno osadzonej w gospodarce opartej na wiedzy. Jest to temat modny, acz jego głębiny są mętne. Prof. Adam Peszko zwraca uwagę na nowe zadania rady nadzorczej i stawia pytanie, czy polskie rady nadzorcze sprostają współczesnym i przyszłym wyzwaniom? „Nie wątpię – odpowiada – że konieczne jest podjęcie intensywnych działań na rzecz zmiany statusu tych instytucji i przyjęcie długofalowego programu doskonalenia ich funkcjonowania. Niewiele zmienią rozpisywane z inicjatywy rządu PO konkursy na członków rad nadzorczych. Wszystko wskazuje, że jest to tylko kolejna zmiana formy rekrutacji nowych członków rad nadzorczych dyspozycyjnych wobec nowej władzy” (s. 309). Na marginesie: nauka bada zjawiska gospodarki opartej na wiedzy (knowledge–based economy). Praktycy i politycy powinni dążyć do pozyskiwania na wiedzy opartej na gospodarce (economy–based knowledge).

MIĘDZY PRAWEM … Corporate governance to przestrzeń między prawem a rynkiem. Zacznę od prawa: w omawianej książce jest go niewiele, nadto zdarzają się rażące błędy. Wiele instytucji Kodeksu spółek handlowych z 2000 r. było bowiem doskonale znanych Kodeksowi handlowemu z 1934 r. (s. 100); jest wśród nich – prezentowana jako wprowadzona dopiero w ostatnich latach (s. 102 i 105) – instytucja wyboru rady nadzorczej w drodze głosowania oddzielnymi grupami. Bałamutna jest tabela prezentująca prawdziwe i rzekome reformy służące poprawie ochrony inwestorów w Polsce (s. 105). Osobliwie wygląda podział podmiotów badanych pod kątem funkcji rad nadzorczych na „przedsiębiorstwa należące do grup kapitałowych, spółki z udziałem SP, spółki prywatne, spółki osobowe prawa handlowego” (s. 202). Czy rzeczywiście Autorzy badali rady nadzorcze w spółkach osobowych? Jeżeli tak, to spółki komandytowo-akcyjne (jedyne z osobowych, gdzie występuje rada nadzorcza) są w badaniu nad podziw nadreprezentowane. Acz przypuszczam, że było inaczej.

… A RYNKIEM. Rynku – czyli faktów zaczerpniętych z praktyki, w odróżnieniu od teorii zaczerpniętych z literatury – także jest tu niewiele. Tekst przedstawiony jako studium przypadku (chodzi o nadzór nad „działalnością średniego przedsiębiorstwa”) nie jest ani studium, ani nie traktuje o przypadku związanym ze sprawowaniem nadzoru. Najpierw czytam (s. 366), że w badanej spółce żaden z członków rady nie ma statusu niezależnego „a ponadto ich wybór nie jest regulowany statutem”, by z badań dowiedzieć się (s. 369), jak zarząd ocenia „regularne spotkania niezależnych członków rady nadzorczej (odrębnych od posiedzeń rady nadzorczej)” – składnia oryginału, ASN. Po co badać czegoś, czego nie ma, w opinii organu, którego zdanie nie jest w tym przedmiocie miarodajne? Badano także kwestie związane z komitetem audytu, którego w spółce też nie ma. Konkluzja: „pełnia nadzoru korporacyjnego wymaga jeszcze wielu działań” (s. 375). Owszem. Za to prawdziwe studium przypadku na temat kryzysu władztwa w Siemens AG prezentuje Wojciech Rogowski, ale nie poświęcę mu uwagi, ponieważ przypadek był już obszernie omawiany, tymże piórem, na tych łamach.

DOBRE PRAKTYKI. Kolejne redakcje dobrych praktyk (2002, 2005, 2008) powstawały w gronie prawników i praktyków rynku. Środowisko nauk ekonomicznych i nauk o zarządzaniu długo nie uczestniczyło w pracach redakcyjnych, zostało do nich zaproszone dopiero podczas formułowania dobrych praktyk 2008. Cieszy więc zainteresowanie kilkorga Autorów dobrymi praktykami. Polskie piśmiennictwo na ten temat jest do tej pory skromne. Nie brak jednak nieporozumień. Nieprawdą jest, jakoby zbiory zasad dobrych praktyk (równie uporczywie, co nieściśle nazywane „kodeksami”) prezentowane były… głównie w internecie (s. 569). Rzeczywiście, dobre praktyki spółek notowanych na GPW (2008) nie podejmują już kwestii ujawniania wysokości indywidualnych wynagrodzeń piastunów spółki publicznej – członków zarządu i rady nadzorczej. Nie oznacza to jednak „rezygnacji” z tej zasady (s. 477, por. s. 566), jest natomiast prostą konsekwencją przejęcia jej przez prawo stanowione. Powszechne niestosowanie przez spółki dobrych praktyk jest zaproszeniem dla regulatora, żeby wkroczył i zrobił porządek.

WIEŻA BABEL. Jednym z problemów rozwijającej się w Polsce dopiero dyscypliny corporate governance jest zgoła fantazyjna różnorodność terminologiczna. Chociaż zajmujemy się tym samym – posługując się różnymi językami nie rozumiemy się przecież nawzajem. Redaktorowi trudno narzucić autorom jednorodny aparat pojęciowy, stąd na tych łamach często straszy niemądry termin „ład korporacyjny”. Godzi się z uznaniem odnotować, że w omawianej książce wspomniane pojęcie nie ani razu nie pojawiło się w tytule artykułu (co już nie dotyczy podtytułów). Najczęściej (12 razy) w tytułach użyto terminu „nadzór korporacyjny”, raz „nadzór właścicielski”, raz „władztwo korporacyjne”, raz „władanie korporacyjne”.

Najbliższy znaczeniowo pojęciu corporate governance – jeżeli już ktoś uprze się, by je tłumaczyć – jest oczywiście władztwo korporacyjne (termin stosowany jedynie przez prof. Monikę Marcinkowską). Jeden z autorów przekłada corporate governance zamiennie jako nadzór korporacyjny i władanie korporacyjne, lecz chyba nie kieruje nim puryzm językowy, skoro zarazem używa 19 pojęć anglojęzycznych, niektórych kilkakrotnie. Autorzy przedłożyli króciutkie streszczenia tekstów do tłumaczenia na angielski, a tłumacz owe pojęcia: władanie, władztwo, nadzór taki, nadzór siaki, przekładał po prostu na „corporate governance”. Chyba, że mu akurat wyszło inaczej („corporate supervision”; zaś jednoosobowa spółka Skarbu Państwa występuje jako „Sole Trader of State Treasury”). Tłumacz najczęściej przekłada przedsiębiorstwo na „company”, rzadziej na „enterprise”. Rada nadzorcza bywa tłumaczona jako „board”, „supervisory board”, „board of governors”. Niby to drobiazgi, ale tom firmowany jest przez poważny uniwersytet.

Jeszcze o różnicach aparat pojęciowego autorów wywodzących się z różnych środowisk: co jedni nazywają przedsiębiorstwem, drudzy nazywają spółką. Przedsiębiorstwo to zorganizowana działalność gospodarcza, spółka to (niejedyna) forma własności przedsiębiorstwa. Nie są to więc pojęcia tożsame. Nie każde przedsiębiorstwo działa w formie spółki, nie każda spółka prowadzi przedsiębiorstwo, ale rada nadzorcza jest organem spółki, zaś akcjonariusze występują tylko w spółce akcyjnej.

Niektóre partie wywodu pisane są językiem nazbyt zawiłym i pretensjonalnym:
„Skonfigurowanie instytucji i zasobów nadzoru korporacyjnego następuje w fazie erygowania spółki. Zakończenie okresu organizacji spółki kapitałowej powoduje w sferze aksjologicznej ten skutek, ze owa spółka nabywa pewna wartość, nazwijmy ją początkową. W wartości tej partycypują instytucje i zasoby nadzoru korporacyjnego, bowiem to od ich cech zależy sprawność i efektywność funkcji genotypowych spółki. Dalsze kreowanie wartości spółki, a dokładniej – podnoszenie owej wartości, odbywać się może poprzez takie zmiany cech nadzoru korporacyjnego, aby te cechy posiadały decydujące znaczenie w tym nadzorze” (s. 70). Długo wczytywałem się w ten fragment. Bez powodzenia.

Poprzednio ukazały się, bez wyjątku pod redakcją prof. Stanisława Rudolfa:
[1] Nadzór właścicielski w spółkach prawa handlowego, Wydawnictwo Naukowe PWN 1999; [2] Efektywność nadzoru właścicielskiego w spółkach kapitałowych, Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego 2000;
[3] Strategiczne obszary nadzoru korporacyjnego zewnętrznego i wewnętrznego, Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego 2002;
[4] Ekonomiczne i społeczne problemy nadzoru korporacyjnego, Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego 2004;
[5 ] Tendencje zmian w nadzorze korporacyjnym, Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego 2006.

Recenzja ukazała się w nr 3/15/2008 kwartalnika Przegląd Corporate Governance