Miesięczne archiwum: Październik 2010

Lost in Translation [2010]

Lubię film Sofii Coppoli „Lost in translation” (2003) z Billem Murrayem i Scarlett Johansson. Lubię go przede wszystkim za prawdę zawartą w tytule. Tłumaczenie często prowadzi do przekłamań. Traci się kontakt z prawdą niesioną przez oryginał, zyskuje się jej surogat. Najbardziej okrutnym przedsięwzięciem bywa przekład tłumaczenia z powrotem na język oryginału. Uzyskuje się wówczas coś zupełnie odmiennego od zamierzeń.

Na pewnym festiwalu pieśni i arii operowych występował utalentowany tenor z Turcji. W programie ogłoszono tekst jego arii w przekładzie na polski (artysta śpiewał bowiem w swoim języku ojczystym) oraz jej zapis nutowy. O nutach nie mam pojęcia. Tekst przeczytałem bez zainteresowania. Pamiętam, że zaczynał się od słów: „Wieją wichry, wieją z wielkich odległości”. Utwór okazał się arią Jontka z Halki „Szumią jodły na gór szczycie”. Ktoś przełożył szum jodeł na turecki, ktoś inny z tureckiego na polski. Na szczęście, nuty nie wymagały przekładu. Śpiewak nie fałszował. Tłumacze, niestety, tak.

MIĘDZY RZĄDNOŚCIĄ A WŁADZTWEM. Nie polubiłem natomiast serialu Agnieszki Holland “Ekipa” (2007). W pierwszym odcinku (po którym odeszła mi ochota) wystąpił kandydat na premiera RP, który termin governance przełożył jako „rządność”. Proszę zwrócić uwagę, że słowa governance nie ująłem w cudzysłów (jestem z nim obyty), a „rządność” owszem. Bo źle brzmi.

Inna sprawa, że źle brzmi to, z czym nie jest się obytym. W połowie lat dziewięćdziesiątych napisałem dla pewnego miesięcznika ekonomicznego (którego już nie ma, ale – tuszę – nie z mojego powodu) cykl artykułów o corporate governance. Przełożyłem governance jako „władztwo”, czyli najpoprawniej, jak się da. I pod takim nagłówkiem moje teksty ukazywały się wewnątrz numeru. Lecz pierwszy z nich został zaanonsowany na okładce hasłem „Nartowski: Doradztwo korporacyjne”. Dopytywałem: Jak mogliście zamienić władztwo na doradztwo? Oczekiwałem znanej mi aż za dobrze opowieści o wstrętnej Chochlicy, która buszuje nocami po szpaltach. Usłyszałem: Widzi pan, jak grafik robił okładkę, to uznał, że „władztwo” brzmi głupio i zmienił je na „doradztwo”.

Były brytyjski premier Harold Wilson napisał ciekawy traktat „Governance of Britain” (1976) o sztuce sprawowania władztwa w Zjednoczonym Królestwie. Żaden były polski premier nie napisał niczego wartościowego. Żaden też nie opanował należycie owej sztuki sprawowania władztwa. W tym świetle mniej dziwią trudności, na jakie napotykają próby przełożenia governance na polski.

W 1972 r. wizytę w Polsce składał prezydent USA Richard Nixon. Towarzyszył mu przesłynny dyplomata Henry Kissinger. Nixon rozmawiał z Edwardem Gierkiem. Kissingerowi zaaranżowano spotkanie z Franciszkiem Szlachcicem, odpowiedzialnym w strukturach partii za MSW i SB. Dlaczego tak? Otóż Kissinger pełnił funkcję doradcy prezydenta do spraw bezpieczeństwa narodowego. Towarzysz Szlachcic też zajmował się bezpieczeństwem… Niby obaj zajmowali się tym samym. Lecz ten sam termin czasem znaczy w innym języku tyle, ile pozwala mu znaczyć lokalna kultura. Albo jej brak.

NADZÓR WŁAŚCICIELSKI, NADZÓR KORPORACYJNY. Klasyk nauki prawa międzynarodowego publicznego, profesor UJ (przed wojną Uniwersytetu Jana Kazimierza) Ludwik Ehrlich w latach czterdziestych przekładał termin United Nations jako Zjednoczenie Narodów; dopiero w latach pięćdziesiątych, w kolejnym wydaniu podręcznika, użył formuły Narody Zjednoczone. Przedstawienie powszechnej organizacji międzynarodowej jako zjednoczenia mogło prowadzić do konfuzji, wszak w gospodarce narodowej wprowadzano właśnie zjednoczenia jako struktury nadrzędne wobec przedsiębiorstw państwowych.

Do nieporozumień mogą prowadzić także przekłady corporate governance jako nadzór właścicielski lub nadzór korporacyjny. Przez niektórych pojęcia te traktowane są zamiennie, przez innych – przeciwstawnie. Niektórzy uczeni snują naukowe rozważania na temat różnicy między nadzorem właścicielskim a nadzorem korporacyjnym i nie rozumieją, dlaczego pytam ich, jak oba te terminy brzmią po angielsku (po czym opowiadam historyjkę o arii Jontka). Znany jest przypadek autorów, którzy napisali grubą książkę o nadzorze korporacyjnym, a w środku zapewniają, że traktuje ona raczej o nadzorze właścicielskim.

Plonem konferencji naukowych bywają tomy zawierające składankę nadesłanych referatów. Najczęściej pojęcie corporate governance przekładane bywa w nich na kilka różnych sposobów. Autorzy referatów zaopatrują je często w krótkie streszczenia w języku angielskim. Można boki zrywać. Wykpiwałem już to zjawisko w Przeglądzie Corporate Governance, nie będę się powtarzał.

PIC KORPORACYJNY. W toku prac nad dobrymi praktykami spółek publicznych pojawiło się pojęcie „ład korporacyjny”. Usiłowałem zastąpić je terminem „porządek korporacyjny”. Moją propozycję kompletnie zignorowano. Zaimplantowałem do polszczyny kilka pojęć, to wszakże zostało odrzucone. Argumentowałem: ład to kategoria estetyczna, porządek to kategoria organizacyjna, w corporate governance nie chodzi o estetykę, nie chodzi o konkurs piękności, lecz o organizację; o to, jak spółka jest zarządzana i nadzorowana. Daremnie! Utarło się mówić i pisać o ładzie korporacyjnym. Pojęcie to weszło już do języka prawnego i prawniczego (język prawny to ten, którym pisane sa akty normatywne, język prawniczy to ten, którym posługują się prawnicy opisując, interpretując i stosując przepisy).

Słowniki polszczyzny wskazują, że ład to rzeczownik pochodzący od czasownika ładzić, czyli stroić, upiększać. W drugiej połowie dwudziestego wieku na giełdach używanych samochodów nie mówiono już przecież o strojeniu, upiększaniu, ale bardziej dosadnie – o picowaniu. Może więc powinniśmy pisać i mówić o picu korporacyjnym? Wiele spółek stosuje zasady dobrych praktyk w sposób, za który handlarz używanymi samochodami poszedłby do więzienia.

WŁAD KORPORACYJNY. Inspirację do tego felietonu dał tekst zamieszczony w tym numerze Przeglądu Corporate Governance artykuł Agaty Dominik i Moniki Sznajder o angielszczyźnie na witrynach internetowych polskich spółek. Nie bez znaczenia jest także recenzja rozprawy prof. Jana Jeżaka z Łodzi pióra prof. Czesława Mesjasza z Krakowa. Recenzja merytoryczna, w swoim tenorze pozytywna, podejmująca m.in. kwestie terminologii. Obu profesorów znam, cenię i lubię. Jan ma bogatą praktykę na niwie corporate governance, Czesław jest wybitnym teoretykiem; jego ulubione powiedzenie głosi, że najbardziej praktyczną jest dobra teoria – z czym trudno się nie zgodzić. Otóż prof. Mesjasz przywiązuje duże znaczenie do należytego nazewnictwa opisywanych zjawisk i konsekwentnie przekłada governance jako władanie. Nie jakiś ład, nawet władztwo, a władanie właśnie. Co, historycznie rzecz biorąc, ma sens: władał władyka, nie uładzacz lub picownik. Być może złoty środek leży w pogodzeniu zwolenników ładu korporacyjnego, władztwa i władania – poprzez wprowadzenie kompromisowego terminu WŁAD korporacyjny. Byłby to wprawdzie tryumf głupoty nad rozsądkiem, lecz przecież ani pierwszy, ani najbardziej szkodliwy.

Przywołany na wstępie filmu Sofii Coppoli bywa wyświetlany w telewizji pod tytułem „Między słowami”. Ładnie brzmi, lecz nie o to wcale chodzi. Istota rzeczy jest to, co bywa zagubione w tłumaczeniu. Dlatego kwartalnik Polskiego Instytutu Dyrektorów nosi nazwę „Przegląd Corporate Governance”. To już nie jest termin anglojęzyczny, a globalny.

Tekst został ogłoszony w numerze 4/24/2010 kwartalnika Przegląd Corporate Governance

Komisja do niczego [2010]

Walne zgromadzenie wciąż bywa obrzędem z niepojętym rytuałem i bezmyślnie klepanymi formułkami. Porządek obrad większości walnych zgromadzeń w Polsce przewiduje wybór komisji skrutacyjnej. Jej zadaniem jest zliczanie głosów. Skrutatorami mogą być akcjonariusze uczestniczący w walnym zgromadzeniu. Kiedyś do komisji skrutacyjnej powoływano osoby darzone zaufaniem i szacunkiem; dzisiaj wybór w skład komisji już nie świadczy o prestiżu wybranego. Oznacza raczej, że skrutator nie będzie brany pod uwagę przy wyborach do rady nadzorczej…

W spółce akcyjnej, gdzie głosowanie prowadzone jest systemem tradycyjnym, komisja skrutacyjna ma wiele do roboty. Obecnie aż za wiele, skoro prawo dopuszcza split voting, czyli odmienne głosowanie z każdej z posiadanych akcji. Dlatego spółki, szczególnie publiczne, powszechnie zatrudniają firmy zapewniające elektroniczną obsługę systemu głosowania na walnym zgromadzeniu. Akcjonariusze głosują za pomocą kart do głosowania, komputer zlicza wyniki, zgromadzenie toczy się wartko.

Lecz, jak wspomniałem, zgromadzenie wybiera komisję skrutacyjną, najczęściej w składzie trzech osób. Po przeprowadzeniu głosowania komisja otrzymuje od operatora elektronicznego systemu głosowania wydruk z wynikiem, jej członkowie uroczyście składają na wydruku podpisy, że niby sprawdzili wynik i ręczą za jego prawdziwość, po czym doręczają uwiarygodniony przez siebie wynik głosowania przewodniczącemu, który go ogłasza. Jest to obrzęd zgoła bezsensowny. Zliczaniem głosów zajął się komputer. Za prawidłowość wyniku odpowiada firma obsługująca walne zgromadzenie. Członkowie komisji skrutacyjnej nie weryfikują wyniku głosowania, bo niby jak mieliby to robić? Służą oni za zbędnych pośredników między operatorem systemu głosowania a przewodniczącym zgromadzenia, co może tylko opóźnić przebieg obrad.

Wobec tego w wielu spółkach najpierw, bez zastanowienia nad celowością tego kroku, wpisuje się do porządku obrad walnego zgromadzenia wybór komisji skrutacyjnej, a następnie zgromadzenie podejmuje uchwałę o odstąpieniu od wyboru komisji skrutacyjnej. Gdyby jakiś krewki akcjonariusz zaskarżył taką uchwałę, sąd miałby dodatkową i niepotrzebną pracę.

Warto zważyć, że obecnie prawo dopuszcza głosowanie na walnym zgromadzeniu przez osoby przebywające poza miejscem obrad, nawet na końcu świata, korzystające w tym celu ze środków komunikacji elektronicznej. Komisja skrutacyjna miałaby ograniczone możliwości weryfikacji głosów oddawanych zdalnie. Być może mogłaby ona odnaleźć sens swojego istnienia w systemie głosowania korespondencyjnego – lecz wątpliwe, by rozsądne spółki korzystały z tej procedury. Przywiązanie do komisji skrutacyjnej wiąże się zapewne z nawykami nabytymi na zebraniach spółdzielni mieszkaniowych. Split voting nie wchodzi tam w rachubę, głosuje się najczęściej przez podniesienie ręki, głosy zliczane są „na piechotę”. Tamże wybiera się także komisję uchwał i wniosków. Nie należy przenosić takich wzorców na rynek kapitałowy!

Artykuł został ogłoszony 26 X 2010 r. w Gazecie Giełdy PARKIET
Czytaj także: 2011.04.29 W absurdach tajności