Miesięczne archiwum: Listopad 2010

Do rady kuchennymi schodami [2010]

W polskich warunkach kooptacja uchodzi za gorszy sposób nabycia członkostwa w radzie nadzorczej. W wielu zachodnich spółkach nadzór pochodzi głównie z kooptacji. Polskie prawo także dopuszcza kooptację jako metodę kształtowania lub uzupełniania składu rady nadzorczej. Wystarczy, by spółka przewidziała w statucie taki sposób powoływania członków rady. Dopuszczalne jest nawet wyłączenie wszystkich pozostałych trybów powoływania do rady nadzorczej (z wyjątkiem wyboru w drodze głosowania oddzielnymi grupami). Wprawdzie w radach nadzorczych działają komitety do spraw nominacji, ale nie mają one wpływu na skład rady, najwyżej zarządu.

Lecz kooptacja do rady nadzorczej wcale nie jest w Polsce popularna. Owszem, bywa ona dopuszczana w statutach wielu spółek, ale najczęściej w mocno ograniczonym zakresie, jako metoda doraźnego wypełniania wakatów w radzie nadzorczej, przy tym poddana różnym warunkom i obostrzeniom. Wymienię tu najważniejsze.

* Po pierwsze, statuty spółek wyznaczają limit dokooptowanych członków rady, liczbowy (na przykład, że w jednej kadencji rada może dokooptować nie więcej, niż trzech członków), lub procentowy (na przykład, że liczba dokooptowanych nie może przekroczyć połowy składu rady).
* Po drugie, statuty często zastrzegają, że kadencja dokooptowanego nie biegnie od chwili kooptacji, a wygasa jednocześnie z kadencją pozostałych członków rady. Wchodzi on więc do rady na krócej, jak piłkarz z ławki rezerwowych wprowadzany na boisko w trakcie meczu, czasem nawet pod sam jego koniec.
* Po trzecie, w niektórych spółkach nie każdy wakat w radzie można wypełnić poprzez kooptację, a tylko taki, który powstał w następstwie rezygnacji lub śmierci osoby piastującej mandat. Mandatów wygaszonych wskutek odwołania z rady nadzorczej nie można w takich przypadkach obsadzić przez kooptację.
* Po czwarte, w skrajnych przypadkach rada nadzorcza może dokonać kooptacji jedynie kandydata wskazanego przez tego samego akcjonariusza, który wcześniej zgłosił kandydaturę jego poprzednika. Miejsce w radzie jest takim przypadku przylepione do akcjonariusza, który z powodzeniem mógłby obsadzać je sam, bez pośrednictwa rady.
* Po piąte, statuty wielu spółek obwarowują kooptację zastrzeżeniem, że członek rady nadzorczej dokooptowany przez nią podlega zatwierdzeniu przez najbliższe walne zgromadzenie (jeżeli nie zostanie zatwierdzony, powstanie zamieszanie). Czasem statut przewiduje, że w razie odmowy zatwierdzenia członka rady dokooptowanego przez nią, walne zgromadzenie samo dokona wyboru nowego członka rady nadzorczej w miejsce osoby, której powołania nie zatwierdzono.

Katalog tych ograniczeń świadczy, że w polskich warunkach kooptacja uchodzi za gorszy sposób nabycia członkostwa w radzie nadzorczej i przypomina wślizgnięcie się do salonu przez kuchenne schody, te dla służby i dostawców. Najwidoczniej walne zgromadzenia pragną same decydować o składzie rad nadzorczych. Inwestorzy chcą w radach nadzorczych osoby przez nich zgłoszone. Członek rady pochodzący z kooptacji może okazać się niezależnym wobec inwestorów; nie im zawdzięcza przecież miejsce w radzie, ale koleżankom i kolegom, którzy podjęli uchwałę o jego kooptacji. Dla osób niezależnych, kierujących się nadrzędnym dobrem spółki, nie ma jeszcze w polskich radach miejsca. Albo wciąż jest go niewiele.
Artykuł ogłoszony 25 XI 2010 r. w Gazecie Giełdy PARKIET

Próżniacy i zawodowcy [2010]

Ktokolwiek zetknął się z brytyjskim prawem spółek, zna orzeczenie w sprawie Cardiff Savings Bank (1892), przytaczane także jako przypadek markiza Bute. Otóż John Crichton-Stuart, III markiz Bute (1847 – 1900) w wieku 6 miesięcy odziedziczył po ojcu stanowisko przewodniczącego rady dyrektorów lokalnego banku. Pełnił je przez 38 lat, w tym czasie raz wziął udział w posiedzeniu rady. Kiedy bank stracił płynność w następstwie defraudacji dokonanej przez kilku dyrektorów, likwidator przypozwał markiza.

Wyrok jest powszechnie cytowany, lecz nie przybrał charakteru precedensu. Otóż sąd orzekł, iż markiz nie ponosi odpowiedzialności za losy banku, ponieważ o niczym nie wiedział. Sąd nie dopatrzył się przyczyn, dla których markiz miałby interesować się sprawami nadzorowanej przezeń spółki – mógł wszak polegać na innych dyrektorach i menedżerach banku, a było ich (prócz niego) pięćdziesięciu czterech. Było to manifestacyjne zwycięstwo klasy próżniaczej nad profesjonalistami. Bodaj ostatnie. Pod wpływem tego przypadku doktryna anglosaska rozwinęła pojęcie duty of care – obowiązku dbałości piastunów o powierzoną im spółkę.

W Polsce niemowlę nie może wejść w skład organu spółki, ponieważ do tych funkcji prawo dopuszcza jedynie osoby dysponujące pełną zdolnością do czynności prawnych, czyli pełnoletnie. Nie dziedziczy się prezesur ani miejsc w radach nadzorczych, chociaż niejeden inwestor umieszcza w organach spółki zdolną latorośl, żonę lub teściową równie wysoko kwalifikowaną, jak Marquis of Bute w dzieciństwie. Panuje fałszywe przekonanie, że prawo nie wymaga szczególnych kompetencji od członków rad i zarządów spółek kapitałowych. Nieprawda: powinni oni przy wykonywaniu swoich obowiązków dołożyć staranności wynikającej z zawodowego charakteru ich działalności. Kto wymaganej staranności nie dołoży – poniesie odpowiedzialność, a przecież z natury rzeczy nie może dołożyć jej ten, kto nie ma należytego przygotowania. Nauka prawa już dawno ukuła pogląd, że ‘objęcie stanowiska w spółce pomimo braku wykształcenia lub wiadomości potrzebnych do jej prawidłowego prowadzenia już jest naruszeniem wymaganej staranności’.

Co więcej: polskie prawo nakłada na członków rad nadzorczych obowiązek zapewnienia, by sprawozdania finansowe i sprawozdania z działalności spełniały wymagania przewidziane w ustawie o rachunkowości i kreuje ich solidarną odpowiedzialność wobec spółki za szkodę wyrządzoną działaniem lub zaniechaniem stanowiącym naruszenie wspomnianego obowiązku. Szczególne wymogi w kwestii kwalifikacji i niezależności dotyczą niektórych członków komitetu audytu rady nadzorczej. Liczne spółki błędnie zakładają, że ominą te wymogi zmniejszając skład rady nadzorczej, by uniknąć obowiązku powołania komitetu audytu.

Wciąż jednak widmo markiza krąży nad rynkami. Także w Polsce zdarzają się przypadki, że członkowie rady nadzorczej nie poczuwają się do odpowiedzialności za krach spółki. Tłumaczą, że o niczym nie wiedzieli, że zarząd nie wspominał o oszukiwaniu inwestorów. Na szczęście, członkowie rad nadzorczych polskich spółek nie zasłaniają się przypadkiem nonszalanckiego markiza: nie z poczucia przyzwoitości bynajmniej, ale ponieważ o nim nie słyszeli.

Tekst został ogłoszony 16 XI 2010 r. w Gazecie Giełdy PARKIET