Miesięczne archiwum: Lipiec 2011

Czy biznes jest mężczyzną? [2011]

Domagamy się – i słusznie! – zwiększania udziału kobiet w radach nadzorczych i zarządach spółek. Pragniemy skruszyć rozpostarty nad głowami kobiet szklany sufit, który grodzi im drogę do awansu na najwyższe szczeble korporacji. Lecz język nie nadąża za naszymi aspiracjami. Odzwierciedla on rzeczywistość zaprzeszłą i niechcianą. Kobieta, nawet ostentacyjnie demonstrująca atrybuty swojej płci, nadal jest członkiem – nie członkinią –zarządu lub rady. Kobieta, nawet odnosząca największe sukcesy gospodarcze, nie jest w polszczyźnie przedsiębiorczynią, lecz biznesmenką.

Polska transformacja wspomogła awans zawodowy kobiet, nie wspomogła języka. W czasach burzy i naporu Kapituła Biznesmenów przyznała tytuł Biznesmena Roku 1990 – kobiecie. Od tego czasu kobieta-Polka pełni rolę „mena”. Wspomniane wyróżnienie otrzymała Martyna Lisiecka-Klinz, założycielka Prosper Banku. Sprawę można skwitować tytułem słynnego szwedzkiego filmu z lat pięćdziesiątych ub. w.: „Ona tańczyła jedno lato”. Lecz kłopoty z nazewnictwem trwają.

Biznesmen przebił się do polszczyzny, jego żeński odpowiednik ma trudności. Prasa używała formy byznesswomen, biznesmenka, byznesłumenka. Nie było problemu z kobiecością zawodów pospolitych: Hela została traktorzystką; są listonoszki (doręczycielki), konduktorki, sprzątaczki, ekspedientki. Ale wiele zawodów prestiżowych zachowuje rodzaj męski, nie dopuszczając żeńskiego. Niejedno pismo kobiece lansuje modę na terminy: prezeska, dyrektorka, ambasadorka (dyplomatka już nie, bo to elegancki płaszcz lub teczka na drugie śniadanie), ale podpisywane jest do druku przez redaktor naczelną, nie przez redaktorkę.

Na czele jednej z wielkich polskich korporacji stoi pani chairman. Czyli pani rodzaju męskiego. Anglosasi dali już sobie z tym radę. Najpierw obok funkcji chairman pojawiła się chairwoman, potem obie zostały zastąpione neutralnym terminem chairperson.

Ludzkość po angielsku to już nie mankind, a humankind. Prawa człowieka to human rights, nie rights of man.

Wiąże się z tym przypadek równie zabawny, co smutny. W styczniu 1947 r. ONZ podjęła prace, których efektem było uchwalenie epokowej Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka (Universal Declaration on Human Rights). W początkowej fazie projekt dokumentu nosił wszakże nazwę Declaration on the Rights of Man, nawiązującą do Deklaracji Praw Człowieka i Obywatela z czasów rewolucji francuskiej. Delegat pewnego państwa członkowskiego – nazwijmy je „słabiej rozwiniętym krajem pozaeuropejskim” – zwrócił się do przewodniczącej obradom Eleonory Roosevelt: Mówiąc o prawach człowieka (rights of man) dowodzi pani swojej mądrości. Wszak mój rząd nigdy nie zgodziłby się na przyznanie tych praw kobietom!

Artykuł ukazał się w Rzeczpospolitej 22 lipca 2011 r. 

Zwołanie na puszczy [2011]

Na nic uprawnienia, jeżeli brakuje skutecznych narzędzi ich egzekucji! Prawo reguluje proces zwołania walnego zgromadzenia. Zwyczajne walne zgromadzenie zwoływane jest przez zarząd spółki. Jeżeli zarząd nie zwoła go w terminie określonym w Kodeksie spółek handlowych, może zwołać je rada nadzorcza. Rada może też zwołać nadzwyczajne walne zgromadzenie, jeżeli zwołanie go uzna za wskazane. Ponadto akcjonariusze reprezentujący co najmniej połowę kapitału zakładowego lub co najmniej połowę głosów w spółce mogą zwołać nadzwyczajne walne zgromadzenie. Wyznaczają oni przewodniczącego tego zgromadzenia.

Są to regulacje niedoskonałe. Pomijam, że w spółce może wystąpić sytuacja, iż jeden akcjonariusz lub grupa akcjonariuszy reprezentuje co najmniej połowę kapitału zakładowego, a inny akcjonariusz lub grupa akcjonariuszy reprezentuje co najmniej połowę głosów w spółce. Puszczając wodze fantazji, można założyć, że jedni i drudzy zwołają nadzwyczajne walne zgromadzenia; trzecie zwoła rada nadzorcza, jeżeli uzna to za wskazane, czwarte zarząd – a wszystkie zostaną zwołane na ten sam dzień i godzinę.

Szkopuł tkwi w określonej prawem technice zwoływania walnego zgromadzenia spółki publicznej. Otóż jest ono zwoływane przez ogłoszenie na stronie internetowej spółki oraz w sposób określony przepisami ustawy o ofercie, czyli za pomocą komunikatu w systemie ESPI. Kluczami do strony internetowej i do systemu ESPI dysponuje zarząd. Co wówczas, kiedy rada nadzorcza, lub któryś z uprawnionych akcjonariuszy, „zwoła” (cudzysłów jest tu niestety konieczny!) nadzwyczajne walne zgromadzenie, a zarząd zignoruje ten krok, nie przyjmie zwołania do wiadomości i nie ogłosi stosownych komunikatów? Odpowiedź jest jasna: nadzwyczajne walne zgromadzenie nie dojdzie do skutku, natomiast akcjonariusze uprawnieni do jego zwołania nie mają do dyspozycji żadnych środków wykonawczych.

Wspomniane regulacje ograniczają pozycję zarządu jako gospodarza spółki. Z różnych powodów może on nie być zainteresowany dopuszczeniem do przejęcia przez znaczących akcjonariuszy inicjatywy w spółce i odbyciem nadzwyczajnego walnego zgromadzenia. Próby jego zwołania przez uprawnionych ponad zarządem spółki lub wbrew niemu można wówczas skwitować powiedzeniem o daremnym (z)wołaniu na puszczy. Cóż z tego, że poszerzono krąg uprawnionych do zwoływania nadzwyczajnego walnego zgromadzenia, skoro ich uprawnienia mogą napotkać – i w praktyce napotykają! – na obstrukcję zarządu? Na nic uprawnienia, jeżeli brakuje skutecznych narzędzi ich egzekucji. Bezzębne prawo nie budzi szacunku. Dziury w prawie, zwłaszcza tak dotkliwej, nie uda się załatać zaleceniami płynącymi z zasad dobrych praktyk.

Mam krytyczny stosunek do nadzwyczajnych walnych zgromadzeń. Zwoływane nazbyt często, nawet bez rzeczywistej potrzeby, bywają one formą dręczenia akcjonariuszy zainteresowanych uczestnictwem w zgromadzeniu, a pomniejszych inwestorów skutecznie zniechęcają do korzystania z ważnych praw korporacyjnych. Chodzi mi natomiast o powagę regulacji. Wymagają one pilnych zmian. Szanse na to, by parlament ich dokonał, są obecnie nikłe. Przecież zbliżają się wybory.

Członkowie zarządu, który uniemożliwił uprawnionym zwołania nadzwyczajnego walnego zgromadzenia, mogą zostać ukarani grzywną do 20.000 złotych. Nie jest to w spółce publicznej kara dotkliwa, szczególnie w sytuacji, gdy zamierzone walne zgromadzenie miałoby ich odwołać. Brak przekonania o sprawności sądów skłania niektóre zarządy do łamania prawa.

Tekst został ogłoszony 21 lipca 2011 r. w Gazecie Giełdy PARKIET
Czytaj także: 2011.08.25 Dokąd na walne zgromadzenie?