Miesięczne archiwum: Sierpień 2012

Oczy szeroko zamknięte [2012]

Prywatyzacja nie jest lekarstwem na nepotyzm. Jest nim natomiast ład korporacyjny.

Łatwiej stwierdzić chorobę (nepotyzm) niż wskazać skuteczną kurację. Niektórzy uważają, że jest nim prywatyzacja. Argumenty brzmią przekonująco: własność prywatna ma na względzie zysk, nepotyzm mu nie służy, więc na tej niwie został skutecznie wykorzeniony. Własność państwowa i samorządowa nie są poddane ciśnieniu ku osiągnięciu zysku, za to poddane są presji różnych interesów politycznych, bywają więc podatne na nepotyzm. Sprywatyzujmy wszystko, a pozbędziemy się tej strasznej plagi.

Otóż prywatyzacja ma bardzo wiele zalet, lecz wcale nie jest lekarstwem na wszystkie przypadłości gospodarki. Po pierwsze, własność prywatna nie chroni przed nepotyzmem. Po drugie, oceny nepotyzmu bywają zróżnicowane. Po trzecie, rynek często otwarcie toleruje takie praktyki, bądź nawet je zaleca. Kiedy nepotyzm rozkwita w firmach, gdzie własność skupiona jest w rękach rodziny, spotyka się z pochwałami, wręcz budzi zachwyt, że oto służy pielęgnowaniu wartości i tradycji. Kiedy natomiast nepotyzm praktykowany jest w spółkach giełdowych, najczęściej nie budzi reakcji.

Rynkowi nic do tego, co dzieje się w firmie rodzinnej finansowanej pieniędzmi rodziny. Uważa się, że nepotyzm ułatwia sukcesję władztwa oraz transmisję majątku między pokoleniami. Założyciele firm harują z myślą o dzieciach i wnukach, chcą im zapewnić pomyślność, więc otwierają przed nimi możliwości awansu na skróty. Sytuacja jest całkiem inna, kiedy firma należąca do rodziny, bądź zdominowana przez rodzinę lub rodzinno-biznesowe powiązania, pozyskuje kapitał na rynku. Zmienia się wtedy jej struktura właścicielska, firma nabywa status spółki publicznej i wchodzi do notowań, wypełnia obowiązki informacyjne – lecz w istocie rzeczy pozostaje siedliskiem nepotyzmu. Nie trzeba go wykrywać, wszak wszystko jest na wierzchu, skład organów spółki jest powszechnie dostępny. Ileż w zarządach i radach nadzorczych spółek giełdowych jest osób rodzinnie powiązanych z założycielem albo głównym akcjonariuszem!

Czy każdy syneczek, ojciec, brat, teść lub szwagier, każda córuchna, żona, matka, siostra, teściowa, szwagierka założyciela spółki lub najważniejszego inwestora reprezentuje kwalifikacje predestynujące do pracy w zarządzie lub radzie? Owszem, zapewne są takie osoby, lecz większość krewnych w zarządach i radach to pospolici ornamentariusze, niezdolni do udziału w procesach podejmowania ważnych dla spółki decyzji. Argument, że tak się nie dzieje, bo byłoby to nieopłacalnie, przecież własność prywatna bezbłędnie wyczuwa interes spółki i konsekwentnie kieruje się nim – raz na zawsze włóżmy między bajki. Furda interes spółki, często jest ona jedynie narzędziem do zebrania kapitału, a kapitał zostanie rozprowadzony pomiędzy, lub tylko uszczknięty przez, rodzinę panującą.

Co ciekawe: akcjonariat takich spółek zachowuje się nad wyraz biernie. Inwestorzy instytucjonalni obracają środkami swoich uczestników, więc łatwiej im pogodzić się z własną niemocą. Inwestorzy indywidualni tak bardzo chcą zarobić, że inwestują na ślepo. Ani jedni, ani drudzy nie dokonują analizy spółek, które zasilają kapitałem, pod kątem ładu korporacyjnego: czy spółka działa przejrzyście, czy w jej organach pracują członkowie niezależni, kompetentni, reprezentujący doświadczenie i reputację. Inwestorzy przymykają oczy na ustrój, skład organów i corporate governance spółek, w które pakują pieniądze. Publiczność „bije pianę” na temat nepotyzmu, a łatwowierni zaklinają się, że tylko prywatyzacja uwolni nas od niego. Otóż niekoniecznie.. Prywatyzacja nie jest lekarstwem na nepotyzm. Jest nim natomiast ład korporacyjny. Lecz trzeba go wprowadzić.

Artykuł ukazał się 21 sierpnia 2012 r. w Gazecie Giełdy Parkiet