Miesięczne archiwum: Kwiecień 2013

Pochwała kooptacji

W radach nadzorczych spółek notowanych na GPW rzadko spotkamy komitety nominacji; te, które już działają, najczęściej połączone są z komitetami wynagrodzeń. Nic w tym dziwnego: komitet nominacji zajmuje się przede wszystkim sukcesją władztwa w spółce, natomiast w polskiej kulturze korporacyjnej sukcesja zdana jest na żywioł. Za grubą nieprzyzwoitość uchodzi dociekanie, kiedy prezes lub członek zarządu zamierza przejść na emeryturę (albo zostać na nią odesłany przez rozentuzjazmowany akcjonariat). Jest wyjątkowym nietaktem dociekać (chyba, że po trzecim piwie), kto może zastąpić prezesa, gdyby przypadkiem wpadł pod ciężarówkę z lodami. Komitet nominacji bywa zbędny i z tego powodu, że często rada nadzorcza dzieli wpływy na skład zarządu z walnym zgromadzeniem, lub wskazanym przez statut akcjonariuszem, lub politykami. Nawet w spółkach z mniejszościowym udziałem Skarbu Państwa o członkostwie z zarządach nierzadko osobiście decyduje premier, albo minister, albo – nie daj Boże – jego komitet polityczny. Przy tym rada nadzorcza nie ma wpływu na swój skład. Rada dobrze wie, jakich kwalifikacji w niej brakuje, ale najczęściej nie może wypełnić takiego braku.

Wyjątkiem jest dopuszczenie przez statut możliwości kooptowania przez radę członków. Na rozwiniętych rynkach jest to rozwiązanie bardzo rozpowszechnione. W niektórych krajach bywa wręcz regułą (co budzi zastrzeżenia). W Polsce rzadko dopuszczana jest możliwość kooptowania przez radę nadzorczą członka lub członków. A kiedy jest dopuszczona, bywa obwarowana tyloma ograniczeniami, że traci praktyczne znaczenie. Wejście do rady w drodze kooptacji bywa uważane za gorszą, zgoła kaleką, formę nabycia członkostwa. Można stąd wysnuć wniosek, że akcjonariusze nie zgadzają się na kooptowanie przez rady nadzorcze członków, ponieważ nie mają do rad zaufania. Jeden z doświadczonych inwestorów wyznał mi kiedyś szczerze: „Nie po to wybieramy swoich ludzi do rady nadzorczej, żeby oni tam kierowali się dobrem spółki”

Zalety kooptacji sa bezsporne. Instytucja ta pozwala zapobiegać zdekompletowaniu rady nadzorczej. Kiedy już liczba członków rady spadnie poniżej minimum ustanowionego w ustawie lub statucie spółki, skład rady może być uzupełniony najczęściej tylko przez walne zgromadzenie; zwołanie WZ jest kosztowne (jeżeli nawet koszty spółki są umiarkowane, większe mogą wystapić po stronie akcjonariuszy) i zabiera czas, w którym rada jest niezdolna do działania. Natomiast kiedy zdekompletowanie składu rady można przewidzieć, rada mogłaby zawczasu uzupełnić swój skład, co pozwoliłoby uniknąć zwołania nadzwyczajnego walnego zgromadzenia. W naszych realiach NWZ bywają tak częste, że niekiedy zachodzi zjawisko nękania akcjonariuszy zwoływaniem walnych.

Prawo niekiedy wymaga od członków rady nadzorczej określonych kompetencji (w komitecie audytu wymagane są kwalifikacje w dziedzinie rachunkowości lub rewizji finansowej) lub przymiotów (niezależność). Specyfika przedmiotu działalności przedsiębiorstwa spółki często przemawia za tym, by w radzie nadzorczej znalazł się ktoś rozumiejący naturę prowadzonego przez spółkę biznesu. Walne zgromadzenie, nierzadko pogrążone w przepychankach, może wybrać do rady nadzorczej osoby niemerytoryczne. Rada może w drodze kooptacji naprawić śwój skład, przynajmniej częściowo. Członkowi rady pochodzącemu z kooptacji łatwiej, przynajmniej w teorii, zachować niezależność, ponieważ nie zawdzięcza mandatu inwestorowi, który go przepchnął do rady na walnym zgromadzeniu lub wyznaczył na podstawie uprawnień osobistych.

CZYTAJ TAKŻE:
2003.02.03 Kooptacja, umiar i ryzyko
2002.06.03 Kuchenne schody do rady

OFE, dobry wspólnik

Rozpoczął się proces Otwartych Funduszy Emerytalnych. W trybie doraźnym. Zarzuca się im działanie na szkodę budżetu. I wiele nieprawości, prawdziwych i urojonych. Ponieważ w todze obrońcy występuje Izba Gospodarcza Towarzystw Emerytalnych, oskarżyciel jest zbędny. Już niewidzialna ręka kreśli na ścianie złowrogie proroctwo: Mane Tekel Fares (kto nie wie, o co chodzi, niech zajrzy do Słownika Wyrazów).

Rozlegają się na szczęście głosy, że Otwarte Fundusze Emerytalne sa filarami rynku. Że dzięki ich inwestycjom warszawska giełda liczy się w Europie. Że są odpowiedzialnymi inwestorami. Że pomnażają powierzone im środki w interesie przyszłych emerytów i swoim własnym. Że dzięki ich inwestycjom udało się korzystnie sprywatyzować sporą porcję państwowego mienia. Że to nie OFE winne są oczywistym niedoróbkom reformy emerytalnej. Że dzisiaj stają się kozłami ofiarnymi składanymi na ołtarzu polityki.

W ubiegłym roku uczestniczyłem w Cancun w konferencji Międzynarodowej Federacji Zarządzających Funduszami Emerytalnymi. Miałem wystąpienie na temat polskiego rynku: czy i jak fundusze emerytalne krzewią na nim corporate governance. Temat wdzięczny, ponieważ dokonania funduszy na tym polu sa bezsporne. Przynajmniej niektórych funduszy, tych największych, w szczególności ING, Aviva, PZU. Są one aktywnymi inwestorami, bardzo często uczestniczą w walnych zgromadzeniach spółek portfelowych, obsadzają rady nadzorcze swoimi kandydatami, podejmują świadome decyzje w sprawie absolutorium dla piastunów spółek, przeciwstawiają się nieprawidłowościom. Jest w Polsce kilka spółek – zaledwie kilka, niestety – w których inwestorzy instytucjonalni, fundusze emerytalne i inwestycyjne dysponują większością kapitału. Rzecz znamienna: są to dobre spółki, osiągające przyzwoite i przewidywalne wyniki, płacące dywidendy, sumiennie stosujące większość dobrych praktyk adresowanych do spółek giełdowych i odnoszące się z szacunkiem do drobnych akcjonariuszy.

Wspomniałem: takich spółek, laboratoriów corporate governance, jest na parkiecie niewiele. Wobec tego OFE inwestują także w spółki o jakości średniej, a nawet pospolitej. Może się przeto zdarzyć, że w jakiejś pośledniej spółce kilka lub kilkanaście funduszy emerytalnych, dzierżących po niewielkim pakiecie akcji, pospołu zgromadzi znaczącą część kapitału. Wiąże się z tym ryzyko, że kiedy spółka upadnie, pieniądze emerytów wyparują. Takie zastrzeżenia zgłasza obecnie Ministerstwo Finansów. Ma rację, lecz cóż z tego? Gdyby zastosować kryteria podwyższonej ostrożności inwestycyjnej, należałoby zakazać funduszom inwestowanie w 300, a może i 400 spośród 438 notowanych spółek. Odnoszę niekiedy wrażenie, że MinFin przestało pełnić rolę służebną w stosunku do państwa; że raczej Rzeczpospolita staje się, bądź już stała, poddaną ministra finansów.

Jako skromny inwestor giełdowy przyznaję się do swoich preferencji: nie inwestuję w spółki, w których wspólnikami nie są fundusze emerytalne. Nie ufam spółkom, którym nie ufają fundusze. Zakładam, że fundusze wiedzą lepiej. Oraz że, wykorzystując swoją wiedzę o rynku i spółkach, swoje bogate, wieloletnie doświadczenie, inwestują w spółki, które bardziej niż inne zasługują na zaufanie. W moim przekonaniu to OFE kreują zaufanie do „swoich” spółek, a co za tym idzie – do naszego rynku kapitałowego.

Jeżdżę po rynku na gapę, zawierzając swoje skromne środki polityce inwestycyjnej funduszy. Gdzie one, tam i ja. OFE, przynajmniej te największe, są dobrymi wspólnikami. Gdyby ich nie było, wycofałbym się z rynku. Rynek by tego nie odczuł. Lecz gdyby nie było OFE, na polskim rynku nie byłoby także większości inwestorów zagranicznych, przynajmniej tych największych, najbardziej liczących się w świecie. Przestalibyśmy rywalizować z Wiedniem, marzyć o dorównaniu Oslo. Przyszłoby polski rynek obmierzać skalą Tirany.

CZYTAJ TAKŻE:
2013.03.15 Sprzedawcy tęczy
2011.01.26 Fundusze dobrych praktyk

Bez prymatu

Organy spółki akcyjnej nie są zbudowane hierarchicznie. Żaden nie sprawuje prymatu nad pozostałymi. W szczególności walne zgromadzenie nie jest organem nadrzędnym względem rady nadzorczej, a rada nie jest nadrzędna względem zarządu. Uczeni autorzy książek na temat corporate governance miewają w tej materii inne zdanie. Rysują pionowe wykresy, na szczycie lokują walne zgromadzenie, spod niego płynie strzałka do umieszczonej poniżej rady nadzorczej, spod rady – strzałka do znajdującego się na dnie zarządu. Dzięki strzałkom sprawia to wrażenie, jakby władztwo spływało w spółce akcyjnej kaskadą, z walnego zgromadzenia, poprzez radę nadzorczą, do zarządu. W istocie jest inaczej. Wspomniane trzy organy spółki akcyjnej (lub dwa, jeżeli miejsce zarządu i rady nadzorczej zajmie rada dyrektorów) są względem siebie równe, żaden nie może wydawać innemu wiążących poleceń dotyczących prowadzenia spraw spółki.

Spółki akcyjnej nie można przyrównywać do państwa, ponieważ ma ona inne cele i funkcje. Niemniej czasem wyrwie się komuś spod pióra myśl odmienna. Zacytuję przykład, ale autora nie ujawnię, wstydu mu oszczędzę: „Wzajemne relacje pomiędzy organami spółki akcyjnej możemy przyrównać per analogiam do konstytucyjnej zasady podziału władz w państwie, co doskonale oddaje istotę corporate governance. W tym znaczeniu, walne zgromadzenie, czyli organ właścicielski, jest ‘władzą ustawodawczą’, która uchwala konstytucje spółki (statut), określa główne kierunki jej działania, powołuje i odwołuje jej organy zarządzające oraz podejmuje decyzje w sprawie zagospodarowania wyniku finansowego (budżetu) spółki, a zarząd i rada nadzorcza (lub łącznie board of directors) są ‘władzą wykonawczą’ spółki”. Zaiste, wielkiej trzeba wyobraźni, by w relacjach między organami spółki akcyjnej doszukać się podobieństwa do konstytucyjnego podziału władz w państwie, a do tego upatrywać w tym podziale istoty corporate governance!

Skąd ludzie czerpią takie pomysły? Z moich obserwacji płynie wniosek, że większość bzdur, z jakimi się spotykam, pochodzi z internetu. Wyguglałem hasło „walne zgromadzenie”. Ciekawość została ukarana. W 0,16 sek. wyszukiwarka znalazła ok. 1 060 000 wyników. Życia nie wystarczy, by je przejrzeć. Lecz te, które przejrzałem, konsekwentnie utrwalają dwa błędy. Po pierwsze, zakładają gradację organów spółki akcyjnej i nadrzędność walnego zgromadzenia nad innymi. Po drugie, krzewią mylne przekonanie, że prawidłowa nazwa tego organu to walne zgromadzenie „akcjonariuszy”. Dodam jeszcze, że autorzy internetowych informatorów często nie aktualizują swoich stron, nie biorą pod uwagę zmian obowiązującego prawa.

Na pierwszym miejscu wyszukiwarka uplasowała Wikipedię: „Walne zgromadzenie – najwyższy z organów spółki akcyjnej albo spółdzielni…” Opis funkcji walnego zgromadzenia budzi wątpliwości: czy poprawne jest twierdzenie, że to WZ „emituje obligacje zamienne, obligacje z prawem pierwszeństwa i warranty subskrypcyjne”? Oraz „posiada prawo nabywania własnych akcji”? Informacje o trybie zwoływania walnego zgromadzenia także są bałamutne, zresztą – nie tylko tam.

Drugie z kolei odesłanie zawiodło mnie do finansopedii forsal.pl. Także tutaj walne zgromadzenie (z dodatkiem „akcjonariuszy”) zostało nazwane najwyższym organem spółki akcyjnej. „Przedmiot obrad walnego zgromadzenia” został potraktowany zdawkowo. Natomiast zdaniem Encyklopedii Zarządzania „Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy (WZA) to naczelny organ spółki akcyjnej…”. Różnicę między organem najwyższym a naczelnym wyjaśniano mi na studiach przed pięćdziesięciu laty: najwyższym organem jest Sejm, a jego „emanacja”, Rada Państwa, jest z kolei organem naczelnym. Także serwis e-prawnik.pl pisze o walnym zgromadzeniu „akcjonariuszy” jako naczelnym organie spółki. Takiej terminologii używa zresztą wiele spółek w swoich dokumentach ustrojowych (statutach, regulaminach).

Jeszcze przed kilku laty uważałem, że do najważniejszych zadań corporate governance należy krzewienie wiedzy o odrębności i ochronie domen zarządu i rady nadzorczej, a to ze względu na różnice dotyczące odpowiedzialności członków tych organów. Dzisiaj widzę to inaczej. Wspomniane różnice zwolna ulegają zatarciu. Zresztą najchętniej połączyłbym zarząd i radę nadzorczą w radę dyrektorów. Walne zgromadzenie zostało „doregulowane” licznymi przepisami, w kilku przypadkach nieprzemyślanymi (jak wprowadzenie tylnymi drzwiami głosowania korespondencyjnego lub nadmierne ułatwienia dla zwołania nadzwyczajnego walnego). Wiele z nich wzmocniło pozycję członków zarządu na walnym. Relację między organami spółki akcyjnej warto przemyśleć na nowo.

Czytaj także: 2005.03.14 Dwie domeny 

Nowoczesna komedia

Uważa się, jakże niesłusznie, że corporate governance to dyscyplina świeża, bez dorobku, historii, kultury. Otóż nic podobnego! W literaturze polskiej najstarszy znany mi przyczynek do tematu związanego z corporate governance to Kordian, młodzieńcze dzieło Juliusza Słowackiego. Kto je przeczyta uważnie, odkryje niezwykły fragment i zaduma się nad podobieństwem opisanej w dramacie sytuacji do głośnej afery Enronu… Jak manipulować walnym zgromadzeniem opisał John Galsworthy w Sadze Rodu Forsyte’ów; kiedyś przypomniałem ten epizod. Kontynuacją Sagi, powieści niezmiernie poczytnej i nagrodzonej Noblem, jest Nowoczesna Komedia, której akcja rozgrywa się w jakże odmienionej Wielkiej Brytanii w latach 1922 – 1926. I ten utwór rozwija ciekawy wątek związany z corporate governance.

Otóż Soames Forsyte, szanowany prawnik, solicitor [ów osobliwy termin bywa przekładany jako radca prawny, lecz w istocie jest nieprzekładalny], wszedł do rady dyrektorów zakładu ubezpieczeń o nazwie Towarzystwo Premiowo-Asekuracyjne Prowidencja. Stanowisko zawdzięczał wpływom teścia swojej córki Fleur, baronetowi Montowi. Zarabiał tam tysiąc funtów rocznie, lecz w radzie czuł się nieswojo. Rychło odkrył, że „całym tym kurnikiem” rządzi niepodzielnie naczelny dyrektor, niejaki Elderson, który forsował budzące niepokój Soamesa ubezpieczenia zagraniczne. Lecz sir Lawrence Mont ufał Eldersonowi. Po pierwsze, dziadek dyrektora pracował dla dziadka baroneta. Po drugie, baronet znał dyrektora od niepamiętnych czasów, byli razem w szkole w Winchester. Soames odnosił wrażenie, że wszyscy dyrektorzy byli razem w Winchester, a przy tym „byli wszyscy tak niezmiernie szanowni, że nie śmieli kontrolować się wzajemnie lub krytycznie oceniać wspólną politykę finansową. Więcej niż błędów lub oszustw obawiali się pozorów wzajemnego niedowierzania”. Kompania ta, niby uczciwa, przecież była niedbała w wykonywaniu swoich obowiązków, żaden z nich nie oddawał się całkowicie sprawie, więc perspektywa odpowiedzialności finansowej – wprawdzie bardzo odległa – szarpała Soamesowi nerwy.

Reasekuracja ubezpieczeń zagranicznych dotknięta była ryzykiem kursowym. Rada nie miała pojęcia o zarządzaniu ryzykiem. Soames opowiadał się za tworzeniem rezerw, inni chcieli dywidendy. Pracownik zakładu ubezpieczeń (dzisiaj zostałby nazwany whistleblowerem) powiadomił Soamesa, że naczelny dyrektor pobiera nielegalne prowizje od niemieckich interesów. Marka niemiecka spadła. Elderson uciekł z kraju. Mont chciał zatuszować skandal. Nie on jeden zresztą. Członkowie rady obawiali się utraty dyrektorskich pensji. Sprawę postawiono na walnym zgromadzeniu. Puszczona na żywioł, przybrała nieprzyjemny obrót. Gniew akcjonariuszy obrócił się przeciwko Soamesowi: to on pierwszy (i jedyny) nabrał podejrzeń, lecz jaki z tego pożytek? Jeszcze obsmarowano go w prasie: że zawikłany w sprawę, że nie miał zamiaru się tłumaczyć, że złożył rezygnację.

Jak było, wie tylko czytelnik. W obliczu akcjonariatu nie wystarczy mieć rację, trzeba umieć walczyć o poparcie, a nie obrażać się. Soames wierzył, że ubezpieczenia nalezą do tych niewielu interesów na świecie, które można i trzeba prowadzić bez żadnego ryzyka. „Pech albo szczęście nie istnieje w dobrze prowadzonym towarzystwie asekuracyjnym”. Lecz w zderzeniu z inercją kolesiów z rady dyrektorów, klasycznych ornamentariuszy – przegrał.

 

Czytaj także: 2010.09.09 Saga Forsyte’ów trwa.

Od przejrzystości do populizmu

Corporate governance traktuje o zaufaniu. Na nim opiera się pieniądz, gospodarka, rynek kapitałowy. Zaufanie jest pochodną przejrzystości, jak wiara jest pochodną tajemnicy. Im więcej wiadomo o spółce, tym bardziej racjonalna jest decyzja o wniesieniu do niej kapitału. Dlatego corporate governance dąży do ujawniania przez spółkę wszystkich informacji niezbędnych lub przydatnych w procesie podejmowania decyzji inwestycyjnych.

Jednym z obszarów wrażliwych jest system wynagradzania piastunów spółki oraz wysokość pobranych przez nich wynagrodzeń w rozbiciu na części składowe. Spółka woli zatrzymać te informacje dla siebie, nie ujawniać ich nawet swoim pracownikom, by nie wspomnieć o akcjonariacie i interesariuszach. Rynek domaga się pełnej jawności, ponieważ chciałby wiedzieć, ile pieniędzy należących do akcjonariuszy znika w kieszeniach menedżerów, oraz dlaczego tak dużo.

Dobre praktyki spółek notowanych zajęły stanowisko, że informacje o wynagrodzeniach powinny być ujawniane. Spółki potraktowały uczestników rynku jak przygłupów: zaczęły ujawniać kwoty, ale robiły to tak, by z tych ujawnień nic nie wynikało. Jakiż pożytek płynął dla nas z wiedzy, że spółka w ubiegłym roku wydała tyle-a-tyle milionów na „wynagrodzenia osób sprawujących funkcje kierownicze”? Nie ujawniano ani jak liczny był krąg tych osób, ani jakie piastowały stanowiska, ani ile kto otrzymał, ani za co; jaką pulę pieniędzy menedżer zarobił tytułem pensji, jaką tytułem odprawy, jaką w postaci bonusu, i za co komu bonusy przyznano, skoro wyniki były takie sobie? Gra toczyła się w-kółko-Macieju: my żądaliśmy ujawnień, oni wytrwale stawiali zasłony dymne, aż na scenę wkroczył regulator i wydał mrowie przepisów o obowiązkach informacyjnych. Ilekroć brak stosowania przez spółki dobrych praktyk po dobroci zaniepokoi regulatora, spółkom przyjdzie stosować te zasady, często znacznie obostrzone, pod przymusem.

Jawność wynagrodzeń menedżerów została więc wymuszona. Rynek stał się bardziej przejrzysty. Pod pióro ciśnie się sformułowanie, że stał się też bardziej przyjazny. Lecz mam w tej kwestii znaczne wątpliwości. Wynagrodzenia piastunów spółek kapitałowych stały się jawne, ale niekoniecznie racjonalne. Ich wysokość często budzi sprzeciw. Chciwość tłustych kotów napędza reakcję Oburzonych.

Otóż współcześnie jawność nie wystarcza. Wprowadzane są regulacje dotyczące odroczonych wypłat bonusów, by nie nagradzać za wynik zanim przyszłość zweryfikuje jego wartość i trwałość. Podejmowane są inicjatywy na rzecz zwiększenia wpływu akcjonariatu spółek na zasady wynagradzania ich piastunów (say on pay). Dopiero kombinacja wszystkich tych elementów może ucywilizować politykę wynagradzania menedżerów. Może, ale nie musi…

Lecz oto „widmo krąży nad Europą”. Widmo populizmu! Jego eksplozja jest ubocznym, fatalnym następstwem wzrostu przejrzystości. Ujawnienie wysokości płac dało pożywkę mediom. Informacji, ile zarabia prezes, nie towarzyszy komentarz, za co zarabia i dlaczego tyle. Towarzyszy jej natomiast wyliczenie, że na kwotę składającą się na roczne zarobki prezesa Kowalski musiałby pracować 47 lat. Wobec tego należy ukrócić tę jawną niesprawiedliwość, rozkułaczyć prezesów, wyznaczyć im limit zarobków (może wydatków też?), obłożyć wysokimi podatkami. Wprawdzie Kowalski na tym nie skorzysta, zapewne raczej straci, lecz będzie miał satysfakcję, że prezesowi zabrano. Piewcy ludowego poczucia sprawiedliwości społecznej nie zamierzają ograniczać się do spółek publicznych. Chcieliby także poskromić rzekome zwyrodnienia płacowe w przedsiębiorstwach prywatnych. Lada chwila wezwą wyklęty lud Ziemi, by powstał i zrobił porządek.

 

Czytaj także: 2002.05.27 Kominy i wiatraki, 2003.05.05 Jawność rodzi ufność

Anegdoty z corporate governance w tle

Kosmiczna gafa

W czerwcu 2003 roku, podczas konferencji CORPORATE GOVERNANCE XIII Andrzej Olechowski prowadził w Serocku panel z udziałem liderów polskiego biznesu. Najpierw oświadczył, że wręcz nietaktem byłoby przedstawianie gości, osób powszechnie znanych, po czym udzielając głos Aleksandrowi Gudzowatemu, zapowiedział go jako… Aleksandra Gawronika. Salę ogarnia wesołość, purpurowy ze wstydu Olechowski mamrocze przeprosiny, Gudzowaty uśmiecha się krzywo…

Lecz jakże słodki jest rewanżu smak! W pewnej chwili Pan Aleksander dobył z kieszeni wycinek z gazety i oświadczył: „Prasa głosi, że na liście płac miałem wielu znanych polityków. Ot, na przykład na dwunastym miejscu pośród nich został wymieniony dr Andrzej Olechowski. Kupiłem go razem z bankiem, gdzie przewodniczył radzie nadzorczej”

Adwokat czy róże?
W tymże panelu brał także udział Jan Kulczyk. Opowiadał Aleksander Gudzowaty, że znalazł się w sporze z rządem Jerzego Buzka, więc wybrał się do wszechwładnej wówczas minister Teresy Kamińskiej (dysponowała urokiem osobistym i wpływem na premiera), by zażegnać konflikt i wyjednać choćby neutralną postawę władz. Niczego oczywiście nie wskórał, a jeszcze po jakimś czasie dotarł do niego ironiczny komentarz Kamińskiej: „Kulczyk to przychodzi do mnie z kwiatami, a Gudzowaty z adwokatem”. Skomentował Jan Kulczyk: „Jako poznaniak – jestem człowiekiem oszczędnym, więc wyliczyłem sobie, że kwiaty kosztują znacznie mniej niż adwokat”.

NFI i przestępczość
Początki programu NFI były romantyczne. Prasa informowała, że w zamian za powszechne świadectwo udziałowe można było zaznać przyjemności w agencji towarzyskiej. Z materiałów operacyjnych policji przenikały do gazet informacje, jakoby podwarszawskie zorganizowane grupy przestępcze masowo wykupywały świadectwa. Ponoć zamierzały one w ten sposób wziąć udział w programie i legalizować pieniądze pochodzące z przestępczego procederu (obrót kradzionymi samochodami, narkotykami, bronią). Ówczesne Ministerstwo Przekształceń Własnościowych komentowało, że nie może to podważać wiarygodności programu.

Zróbmy jeszcze jeden taki program, a gangi i agencje towarzyskie z pewnością zbankrutują.

Stock Exchange Learned Index
Zostałem zaproszony na poważną międzynarodową konferencję poświęconą przyszłości szkolnictwa wyższego w świecie. Próżno broniłem się argumentując, że od dziesiątek lat nie mam nic wspólnego ze szkolnictwem wyższym. Powiedziano, że skoro jestem człowiekiem mediów, powinienem skoncentrować się na kwestii, czy istnieją podobieństwa tendencji rozwojowych szkolnictwa wyższego i mediów. Stwierdziłem, że istnieją, że oba te przemysły komercjalizują się, przeto zapewne w przyszłości, jak dzisiaj handlujemy mediami i byle chłystek może kupić sobie dzienniki, tygodniki, stacje telewizyjne – będziemy handlować wyższymi uczelniami, może powstanie nawet specjalny indeks giełdowy, czyli Stock Exchange Learned Index (kod: SELI). Żart, jak się niebawem okazało, nie przez wszystkich został zrozumiany…

Pełny tekst rozprawki, na której oparłem wystąpienie, ukazał się drukiem w kwartalniku Higher Education in Europe (vol. XXVIII nr 1, 2003) pod tytułem „A Tale of Two Industries: Mass Media and Higher Education”. Redaktor naukowy z Oxfordu uznał, że SELI to nie kod indeksu giełdowego, lecz nazwisko uczonego, na którego się powołuję. Szukał, szukał po światowym piśmiennictwie, aż znalazł – i wstawił w tym miejscu przypis w brzmieniu: „SELI, J. Stock Options and Stock Index Future Trading. Ann Arbor: University of Michigan Law School, 1989”. Gdyby „cytowany” autor dotarł do mojego artykułu, zdziwiłby się niesłychanie! Lecz dzisiaj wszyscy piszą, a mało kto czyta.

Jak dać się zrozumieć?
W wydanych w 1899 roku „Listach z podróży” Henryk Sienkiewicz przedstawił wrażenia z Wall Street (Uol-strit), ulicy – jak pisał – niewielkiej, dość ciasnej: „Tu także mieści się stock exchange, czyli giełda, albo jeszcze, jeżeli kto chce: szpital waryatów, cierpiących na febris aurea. Spokojnego widza strach przejmuje na widok tego, co się tu dzieje! Gwar tu, wrzask i wrzawa taka, jakby za chwilę miało przyjść do bitwy. Widzisz zaczerwienione twarze, słyszysz ochrypłe głosy. Ludzie przyskakują do siebie i krzycząc jakby w napadzie maligny, wytrząsają sobie pięściami przed oczyma. Jeden stara się przekrzyczeć drugiego. Sądzisz, że tłumy te ogarnęła naraz niewytłómaczona wściekłość, pod której wpływem natychmiast poczną się mordować wzajemnie. I któżby domyślił się, że jest to nic więcej, tylko sposób porozumiewania się handlowego, a owe krzyki i wywijania pięściami służą tylko do tego, żeby się dać lepiej zrozumieć!”

Dzisiaj, by zobaczyć zaczerwienione twarze, usłyszeć ochrypłe głosy, przekrzykiwanie, objawy „niewytłómaczonej wściekłości”, wystarczy otworzyć telewizor. Z tym, że to nie maklerzy wrzeszczą na Uol-strit, a politycy w studiu. I że nie służy to chęci porozumienia.

Wszystko na sprzedaż
Handlowano już patentami oficerskimi, tytułami szlacheckimi, nawet miejscami w radach nadzorczych. Jeden z klubów grających w przesłynnej angielskiej Premier League, poszukiwał kiedyś członka rady, dawał nawet ogłoszenia do prasy (m.in. Financial Times). Status dawał wstęp do loży honorowej; warunkiem uzyskania go był wszelako zakup akcji klubu za milion funtów szterlingów.

Wyższość ligi angielskiej nad polską polega na tym, że tam sprzedaje się honory, a u nas – mecze.

Ryzyk fizyk
W XVII i XVIII w. Anglię, Francję i Holandię raz po raz ogarniały spekulacyjne szaleństwa. Szczytów absurdu sięgnęła kariera cebulek tulipanów, które ceniono wyżej niż szczere złoto. Pewien gracz wycofał się podczas hossy z 7 tysiącami funtów szterlingów zysku, co było wówczas ogromnym majątkiem. Niebawem jednak uległ powszechnej psychozie, nakupił akcji i stracił 20 tysięcy funtów. Skądinąd nie był głupcem, lecz znawcą pieniądza i dyrektorem mennicy królewskiej bijącej jedną z najważniejszych walut w dziejach. A przede wszystkim – wszechstronnym uczonym: rozwinął naukę o przestrzeni, czasie, masach i siłach, sformułował prawa dynamiki, dotarł do źródeł światła i sedna koloru, odkrył uniwersalny charakter praw fizyki. To Sir Izaak Newton: genialny fizyk, ale kiepski ryzyk. Legenda twierdzi, że do odkrycia prawa powszechnego ciążenia doszedł widząc spadające jabłko. To nieprawda: intrygowało go raczej, dlaczego księżyc nie spada.

Dzisiaj ważniejsze, co prędzej spadnie: księżyc, euro, funt szterling, czy złoty?

Do kosza!
Wiosną 2000 r. dr Krzysztof Lis zorganizował konferencję poświęconą uchwalonym przez OECD zasadom nadzoru korporacyjnego. Wśród wielu panelistów pojawił się też lokalny przedsiębiorca z Polski B, producent taniego wina, zapewne z buraków. Znalazł się on na konferencji zapewne za sprawą przewodniczącego rady nadzorczej owej rozlewni, znanego profesora, z którym przedsiębiorca prowadził się także na łamach dziennika Rzeczpospolita.

Na konferencji producent „wina” dokonał happeningu: wrzucił broszurkę z zasadami OECD do kosza, a osobliwy ów gest tłumaczył tym, że „za pięć lat wszystkie firmy będą działać w internecie”. Co ma jedno do drugiego, nie wyjaśnił.

Skandalista nazywał się Janusz Palikot. Już nigdy nikt nie podjął z nim rozmowy na temat corporate governance. Słusznie.

Ropa w fawelach
Pierwsza połowa lat dziewięćdziesiątych. Ze znajomym amerykańskim finansistą idę krakowską Aleją Waszyngtona na Kopiec Kościuszki. Amerykanin wie, kim był Waszyngton, acz nie wie, kim był Kościuszko. Wydało się bowiem, iż przybysz sądzi, że zmierza na Górę Kościuszki. Kiedy prostuję, że ta jest w Australii, on pyta zdziwiony, skąd w Australii wzięliby się Indianie? Dociekam przeto, co Kościuszko ma wspólnego z Indianami, a on wyjaśnia, że w Ameryce Północnej jest mnóstwo nazw geograficznych wywodzących się od Indian: Tallahassee, Saskatchewan, Massachusetts, no i Kosciousko właśnie. Jest taka miejscowość nawet w jego rodzinnym stanie Indiana, to najlepszy przecież dowód na indiańskość Kościuszki.

Mój towarzysz rozgląda się, dopytuje o widoczną zza stoku starą antenę nadawczą radiostacji. Kiedy mijamy ogródki działkowe, mówi ze to fawele. A kiedy dostrzegł na płocie ogródków szyld w brzmieniu „Pierwszy Polsko-Amerykański Bank w Krakowie, ul. Kordylewskiego 11” – pyta, skąd bank w fawelach? Wyjaśniam, że to nie fawele. I że tu nie ma banku. To reklama. On dziwi się, kto wpadł na pomysł reklamowania banku w fawelach. Ja znowu, że to nie fawele. I przekładam mu, słowo po słowie, nazwę banku. Akcentuję  „amerykański” człon tej nazwy. Niechże on się już odczepi! Ale on jeszcze pyta o znaczenie słowa „Kordylewskiego”. To nazwa ulicy, przy której mieści się siedziba banku. Kordylewski był astronomem. Miał udział w badaniach kosmosu.

W drodze powrotnej z kopca Amerykanin oświadcza, ze wszystko przemyślał i pojął. Żaden amerykański bank bez powodu nie ogłosi reklamy w fawelach. Więc zapewne wygląda to tak: w tych fawelach wykryto złoża ropy. Wykryto je dzięki pomiarom satelitarnym, stąd antena i specjalista od badań kosmicznych. A bank będzie finansował wydobycie. Proste?

Pierwszy Polsko-Amerykański Bank w Krakowie zmienił nazwę na Fortis Bank i przeniósł się do Warszawy, połączony bank został z czasem przejęty przez BNP Paribas,. Szyldu na płocie już nie ma. Ropy w ogródkach działkowych ani nie wykryto, ani nie szukano.