Miesięczne archiwum: Sierpień 2013

Przewodniczący RN: etykieta

Przygotowując warsztat poświęcony przewodniczącemu rady nadzorczej zauważyłem, że poświęcone mu, zresztą skromne, piśmiennictwo koncentruje się na omówieniu jego kodeksowych uprawnień i obowiązków, za to niewiele uwagi poświęca jego postępowaniu. Stąd kilka uwag o etykiecie przewodniczącego w radzie nadzorczej i wokół niej.

Rzecz najważniejsza: przewodniczący musi mieć na uwadze, że nie jest przełożonym członków rady. Ani nie jest, ani być nie może szczególnie wyróżnionym spośród nich. Prezes zarządu także nie jest przełożonym członków zarządu, ale jego pozycja w zarządzie może być znacznie silniejsza niż pozycja przewodniczącego w radzie. Prezes najczęściej ma wpływ na skład zarządu, przewodniczący z natury nie ma wpływu na skład rady. Ponadto Ksh dopuszcza, by statut spółki przyznał prezesowi zarządu określone uprawnienia w zakresie kierowania pracami zarządu. Przewodniczący rady nie ma takiego umocowania, jego pozakodeksowe uprawnienia płynące ze statutu lub regulaminu rady nadzorczej mogą dotyczyć tylko spraw natury porządkowej.

Najważniejszym obowiązkiem przewodniczącego jest zwoływanie posiedzeń rady nadzorczej lub proponowanie odbycia głosowań poza posiedzeniem. Powinien czynić to osobiście, nie wyręczając się nikim i zachowując odpowiednie formy. Niekiedy przewodniczący zleca zwołanie posiedzenia, czyli wystosowanie zaproszeń do członków rady, sekretarzowi rady, pracownikowi biura zarządu lub swojej sekretarce. Daje tym sygnał, że swoje obowiązki traktuje lekceważąco, że na głowie ma ważniejsze sprawy, że nie przykłada się do pracy w radzie. W sytuacji wyjątkowej, kiedy nie może działać należycie (przebywa na urlopie lub jest chory i nie ma dostępu do materiałów) przewodniczący może zlecić zwołanie rady zastępcy, lecz taka praktyka nie powinna wchodzić mu w nałóg.

Nie wystarczy rozesłać zaproszenia na radę, trzeba to uczynić należycie, konsultując z członkami rady i zarządem spółki termin posiedzenia, propozycję porządku obrad, wykaz materiałów do rozpatrzenia przez radę i terminy ich udostępnienia, listę zaproszonych na posiedzenie osób spoza składu rady, założenia przewidywanych uchwał. Członkowie rady nadzorczej muszą widzieć, że nie są przez przewodniczącego zwoływani na „randkę w ciemno”. Jeżeli przewodniczący otrzyma żądanie zwołanie posiedzenia złożone przez któregoś z członków rady lub zarząd spółki, powinien zwołać je szybko w możliwie bliskim terminie. Powinien też wziąć pod uwagę proponowany przez wnioskującego porządek obrad.

Przewodniczący nie zawsze jest niezależnym członkiem rady, lecz zawsze winien okazywać powściągliwość, a jeżeli to możliwe i bezstronność, wobec sporów pomiędzy członkami rady. Działają oni często w konflikcie interesów, dążą do różnych celów, nie każdy z nich tak samo pojmuje interes spółki. Nierzadko od postawy i kultury przewodniczącego, od jego umiejętności wcielenia się w rolę rozjemcy między członkami rady, albo między radą a zarządem zależy, czy rada będzie w stanie osiągnąć porozumienie. Przewodniczy on obradom rady dążąc do ich płynnego przebiegu, dba o równy dostęp członków rady do informacji o spółce, udziela głosu i nie waha się dyscyplinować mówców przekraczających rozsądnie skalkulowany czas wystąpień; pilnuje, by projekty uchwał zostały właściwie zredagowane, zarządza głosowania i ogłasza ich wyniki, nie utrudnia składania zdań odrębnych, czuwa nad protokołem. Zna przepisy prawa spółek, statut spółki, regulamin rady i egzekwuje ich poszanowanie.

W okresach poza posiedzeniami rady przewodniczący jest łącznikiem między nią a zarządem. Bywa także proszony przez zarząd o stanowisko w różnych sprawach spółki. Zajmuje je ostrożnie, w imieniu wyłącznie własnym, chyba że ma stosowne upoważnienie rady do wystąpienia w jej imieniu w konkretnej sprawie. Nigdy nie wydaje zarządowi instrukcji lub poleceń, nawet w imieniu rady. O swojej działalności między posiedzeniami nie zapomina rady informować.

Na koniec: przewodniczący rady nadzorczej nie korzysta z, ani nie domaga się, znamion statusu, które mu nie przynależą, jak samochód służbowy, gabinet w siedzibie spółki, sekretarka; nie żąda też oddania do dyspozycji czy jego, czy rady nadzorczej, pracowników spółki „wyłączonych z gestii zarządu”. Mimo tych ograniczeń, a raczej – dzięki nim może wybić się w radzie i w spółce na wyjątkową pozycję.

Członek z ramienia

Rygorystyczne podejście do wymogu czystości etycznej członków rady nadzorczej wpędziło nas w pułapkę.

Rada nadzorcza nie jest strażą etyki korporacyjnej, ponieważ sama grzęźnie w konfliktach interesów. Pierwszym z przykładów jest idealistyczne założenie, że członkowie rady działają samodzielnie, nie kierując się partykularnym interesem żadnego z akcjonariuszy. Otóż bywa przeciwnie, wielu nadzorców działa w interesie tego z akcjonariuszy, który obsadził ich w radzie jedynie po to, by doglądali jego spraw. Właśnie dlatego prawo poddało zakazowi zajmowania się, bez zgody spółki, interesami konkurencyjnymi, tylko członków zarządu. Spośród nadzorców dotyka on jedynie członków rady wybranych do niej w drodze głosowania oddzielnymi grupami, jeżeli zostali delegowani przez swoją grupę do stałego indywidualnego wykonywania nadzoru.

Wobec tego nie należą do rzadkości członkowie rady nadzorczej otwarcie występujący w niej z ramienia któregoś z akcjonariuszy. Spółki przyjmują to do wiadomości, nawet na swoich witrynach internetowych niekiedy prezentują te osoby jako „członków z ramienia”. Pomijam anatomiczną osobliwość takiego statusu; jest ona wykpiwana, jak gdybyśmy nie dopuszczali do świadomości, że stosunek zaufania między poważnym inwestorem i poręczonym przezeń członkiem rady bywa przecież stanem naturalnym. Gra toczy się o pieniądze.

W teorii członkowie rady nadzorczej mają działać nie dla dobra poszczególnych akcjonariuszy, a w nadrzędnym interesie spółki. Pytanie, gdzie szukać wykładni owego nadrzędnego interesu. Skłaniam się ku poglądowi, że jego wyrazem są uchwały walnego zgromadzenia. Lecz sprawa jest złożona, gdy na walnym dochodzi do konfliktu w łonie akcjonariatu. A gdy walne podejmie uchwałę o rozwiązaniu spółki po przeprowadzeniu likwidacji, czy komuś aby nie wpadnie do głowy, że godzi ona w prawnie chroniony interes owej spółki?

Zjawisko członków z ramienia, działających otwarcie lub skrycie w interesie swoich mocodawców, spowodowało kontrakcję w postaci wprowadzania do rad nadzorczych członków niezależnych. To z kolei wywołało spory o naturę niezależności, padały w nich obłudne argumenty, że niby wszyscy niezależni są niezłomnymi przymiotami charakteru, bądź że niezależny nie jest nikt, kto za posługę w radzie pobiera wynagrodzenie. Jedni dowodzą słusznie, że chodzi o niezależność przede wszystkim od zarządu spółki, inni, że od jej akcjonariuszy. Doszliśmy do absurdu przyjmując za kryterium niezależności (sformułowane w ustawie o biegłych rewidentach, jedynym akcie prawnym podejmującym ten temat, którego Ksh nie dostrzega) brak akcji nadzorowanej spółki. Rygorystyczne podejście do wymogu czystości etycznej członków rady nadzorczej wpędziło nas w pułapkę.

W praktyce od niezależnych wymaga się przede wszystkim, by nie sprawiali kłopotów, nie obnosili się z niezależnością, podporządkowali się większości. Skarb Państwa obcesowo usunął z rady Orlenu nazbyt niezależnego Raimondo Egginka, co wywołało oburzenie rynku. Sam byłem kiedyś zgłaszany przez inwestorów instytucjonalnych do rad nadzorczych Orlenu i PKO Banku Polskiego. Skarb Państwa zablokował moją kandydaturę i nieoficjalnie komentował: „Skoro rynek chce niezależnego członka rady, będzie to nasz niezależny”.

Na tym nie koniec kłopotów z członkami z ramienia. Dzięki członkostwu w radzie pozyskują oni informacje o najbardziej wrażliwych sprawach spółki. Niekiedy można odgrodzić członka rady nadzorczej od niektórych kategorii danych wymogiem posiadania przezeń certyfikatu dostępu do informacji niejawnych. W innych przypadkach spółka nie może odmówić członkowi rady nadzorczej pełnych, szczegółowych informacji powołując się na to, że pracuje on dla konkurencji i udostępnia jej pozyskiwane dane.

Owszem, znane są przypadki uzasadnionych i cywilizowanych ograniczeń, gdy spółka w ostrym konflikcie z ważnym akcjonariuszem odmawiała wysyłania członkom rady materiałów na posiedzenia, udostępniając je w swojej siedzibie w wyznaczonych dniach i godzinach. A przy tym blokowała możliwość ich kopiowania. Było to szczególnie dolegliwe dla zagranicznych członków rady. Lecz są to przecież półśrodki, nie da się po posiedzeniu zresetować mózgu członka rady wynoszącego ze spółki wszystko co zapamiętał (i zanotował na posiedzeniu, kiedy zakaz robienia notatek już nie obowiązuje). Za to gdy taki inwestor opuszcza akcjonariat, członkowie rady z jego ramienia karnie składają rezygnację z rady. Są jak hinduskie wdowy idące na stos po śmierci małżonka. I dobrze.

Tekst ogłoszony 24 sierpnia 2013 r. w Gazecie Giełdy PARKIET
Czytaj także:
2003.06.23 Niezależni: odrzut z importu
2013.11.12 Etyka w radzie nadzorczej

RPO vs Minister Skarbu Państwa

Śladem skarg skierowanych do Rzecznika Praw Obywatelskich przez pracowników KGHM SA w sprawie niepowołania do rady nadzorczej spółki osób wybranych do niej przez pracowników, prof. Irena Lipowicz wystąpiła do Ministra Skarbu Państwa z wątpliwościami, czy uprawnienie pracownicze do reprezentacji w radzie nadzorczej jest w tej spółce należycie realizowane. Powołane skargi pracowników dotyczą postępowania Skarbu Państwa, którego przedstawiciel na walnym zgromadzeniu KGHM miał otrzymać dyspozycję, by pomimo dokonania przez załogę wyboru członków rady nadzorczej głosować przeciwko uchwale o ich powołaniu w skład rady. Z uwagi na siłę głosów Skarbu Państwa na walnym, uchwała w tej sprawie nie została powzięta.

Sprawa ma swoją historię, opisywaną przeze mnie w Rzeczpospolitej przez kilka kolejnych lat (9.9.2010, 3.6.2011, 29.11.2012 – odesłania do tych tekstów zawiera wpis „Do rady bez automatu” z 20 czerwca b.r.). Skarb Państwa konsekwentnie blokuje powołanie przez walne zgromadzenie w skład rady nadzorczej KGHM liderów związkowych, co do których istnieją uzasadnione wątpliwości, czy ich działalność w radzie byłaby prowadzona w interesie spółki i zgodnie z dobrymi obyczajami. Kanwą tych wątpliwości są wcześniejsze zachowania owych osób jako członków rady nadzorczej. Media relacjonowały awanturniczą postawę przywódców związkowych podczas demonstracji pracowniczej, brak poszanowania przez nich poufności obrad rady, przekazywanie do radiowęzła danych finansowych lub projektów uchwał, przenoszenie na wiece spraw dywidendy, obsady stanowisk w zarządzie lub wynagrodzenia jego członków. Wobec tego także ostatnio (19.6.2013) Skarb Państwa zablokował na walnym zgromadzeniu powołanie do rady nadzorczej wybranych przez załogę liderów związkowych. Nieco wcześniej (28.5.2013) Sąd Najwyższy orzekł w sprawie KGHM, że sam wybór przez pracowników nie czyni jeszcze wybranego członkiem rady nadzorczej, nastąpi to dopiero na podstawie uchwały walnego zgromadzenia. Ale do tego Skarb Państwa nie dopuszcza.

RPO wywodzi, że mają tu zastosowanie przepisy ustawy o komercjalizacji i prywatyzacji przedsiębiorstw państwowych z 1995 roku. Przewidują one, że wybrańcy pracowników są powoływani przez walne zgromadzenie do rady nadzorczej; powoływani i basta.. Argumentacja rzecznika wsparta jest stanowiskiem doktryny i judykatury. Wynika z niej, że walne zgromadzenie jest związane wyborami dokonanymi przez pracowników. W tym świetle Skarb Państwa „zmierza do obejścia powszechnie obowiązujących przepisów prawa”.

Tym twardym argumentom można jednak przeciwstawić miękkie, odwołujące się do interesu spółki, dobrych obyczajów, standardów kultury korporacyjnej. Nie są one bez znaczenia. Mają wagę nie tylko etyczną, także ekonomiczną. Niekiedy prawo nie przystaje do realiów. Prymat interesariuszy nad akcjonariuszami uważam za sprzeczny z naturą spółki akcyjnej, ponieważ o składzie jej organów decydować winni ci, którzy wnieśli kapitał. Ciekaw jestem, co Minister Skarbu odpowie Rzecznikowi.
[Sygn. RPO/722169/13/V/610.1.1.RZ].

Czytaj także: 2013.06.20 Do rady bez automatu

Wszystko w porządku

W licznych regulaminach rad nadzorczych, a nawet w statutach spółek notowanych na GPW zawarto postanowienie, że rada nadzorcza nie może na posiedzeniu podejmować uchwał w sprawach, które nie zostały objęte porządkiem obrad, chyba że wszyscy członkowie rady są obecni i żaden z nich nie wyrazi sprzeciwu. Ten, który to wymyślił, słyszał dzwony, ale pomylił obrządki, przenosząc do rady nadzorczej zasadę ustrojową walnego zgromadzenia. Nie wiem, jakie przyświecały mu intencje, efekt jest wszakże szkodliwy: nieobecność członka rady nadzorczej na posiedzeniu blokuje możliwość powzięcia przez radę uchwał nawet w sprawach wyjątkowej wagi, których nie przewidziano wcześniejszym porządkiem obrad. Wystarczy, że jedna spółka przyjmie jakieś niefortunne rozwiązanie, a z komputera kancelarii prawnej, która ją obsługuje, wypełznie ono na rynek, zakazi dokumenty innych spółek, a w końcu trafi do bezmyślnie kleconego wzorca statutów i regulaminów.

Porządku obrad rady nadzorczej nie dotykają rygory, jakimi obłożono porządek walnego zgromadzenia. Ten ostatni podlega ochronie prawnej od chwili ogłoszenia o walnym zgromadzeniu. Nie można go dowolnie zmieniać lub uzupełniać. Akcjonariusz nie jest bowiem obowiązany uczestniczyć w walnym, a decyzję o uczestnictwie może podjąć po zapoznaniu się z porządkiem obrad i pod wpływem jego zawartości. Wobec tego walne nie może podjąć uchwał w sprawach nieobjętych porządkiem obrad, chyba że na WZ reprezentowany jest cały kapitał i nikt z obecnych nie zgłasza sprzeciwu dotyczącego podjęcia uchwały. Lecz członek rady nadzorczej znajduje się w innej sytuacji. Po pierwsze, w radzie nie reprezentuje on kapitału, choćby mu się tak zdawało. Po drugie, ciąży na nim obowiązek uczestniczenia w posiedzeniach rady i w głosowaniach prowadzonych poza posiedzeniami, jeżeli statut spółki je dopuszcza. Na gruncie Kodeksu handlowego z 1934 r. nie dopatrywano się takiego obowiązku, można go jednak wysnuć z przepisów Ksh.

Zresztą porządek obrad w istocie powstaje dopiero na posiedzeniu rady. Obowiązek ogłaszania go już w zaproszeniu na radę zachodzi tylko wtedy, gdy radę zwołuje w trybie specjalnym członek rady albo zarząd spółki po uprzednim złożeniu przewodniczącemu rady żądania jej zwołania, jeżeli przewodniczący nie zwołał posiedzenia w terminie dwóch tygodni od otrzymania wniosku. Wówczas rada nie powinna skreślać z porządku obrad spraw przewidzianych przez uprawnionego do zwołania rady, może jednak porządek uzupełniać. Natomiast jeżeli przewodniczący zwołuje radę nadzorczą z własnej inicjatywy, nie musi on przed posiedzeniem ogłaszać porządku obrad, chociaż nie wyobrażam sobie, jak rada tak zwoływana miałaby procedować, sprawując „stały nadzór nad działalnością spółki we wszystkich dziedzinach jej działalności”. Inna sprawa, że widziałem porządki obrad, z których nie wynikało, czym rada ma się zająć. Przewidywały one kolejno: otwarcie posiedzenia – omówienie bieżących wyników spółki na podstawie analizy wskaźników – podjęcie stosownych uchwał – spotkanie z prezesem zarządu – zamknięcie posiedzenia.

Wobec tego, jaki powinien być porządek obrad rady? Uważam, że projekt rozsyłany przed posiedzeniem członkom rady i zarządowi powinien obejmować wszystkie tematy obrad rady ze wskazaniem, czy w danym punkcie przewidziane jest podjęcie uchwały, jakie materiały należy w danym punkcie przestawić radzie, kto odpowiada za ich przygotowanie oraz w jakim terminie powinny one zostać dostarczone lub udostępnione, oraz kto spora rady i zarządu zostaje zaproszony do dyskusji nad poszczególnymi punktami. Porządek obrad powinien także przewidywać możliwość wnoszenia pod uwagę rady już na posiedzeniu, przez członków rady i zarząd, spraw bieżących (i tylko bieżących!). Rada powinna na każdym posiedzeniu zapoznawać się z tematyka wszystkich uchwał podjętych przez zarząd w czasie od jej ostatniego posiedzenia, oraz poczynić – z udziałem zarządu – przynajmniej wstępne ustalenia dotyczące terminu i tematyki następnego posiedzenia.

Nie zalecam natomiast wprowadzania do porządku obrad dyskusji nad protokołem poprzedniego posiedzenia, bo to zajmuje dużo czasu i niczego nie daje. Jeżeli rada przytomnie zrezygnuje z protokołowania przebiegu dyskusji i ograniczy protokół do treści wymaganej przez Ksh, można go podpisać, najlepiej na koniec protokołowanego posiedzenia, unikając zbędnej debaty dzielącej każdą wypowiedź na czworo.

Zatem porządek obrad przedstawiony w „zaproszeniu” na posiedzenie rady (ten termin brzmi archaicznie, bardziej stosowne byłoby „zawiadomienie”, a nawet „wezwanie”) jest tylko propozycją. Zebrawszy się, rada nadzorcza uchwala porządek obrad i może zmieniać projekt z zaproszenia, może go też uzupełniać bez względu na to, czy wszyscy członkowie biorą udział w posiedzeniu. Wystarczy, że jest kworum. Nieobecność na posiedzeniu nie powinna dawać przywileju blokowania możliwości podjęcia przez radę uchwał w sprawach nieobjętych porządkiem obrad, a w istocie – projektem porządku. Sprawy formalne nie mają istotnego znaczenia dopóki wszystko idzie dobrze, a w radzie panuje harmonia. Kiedy dochodzi do konfliktu, forma przybiera na znaczeniu. Lepiej, by wszystko było w porządku. Także w porządku obrad.

Czytaj także:
2001.11.19 Między sztuką a sztuczkami
2001.12.10 Od porządku do obrad

Prezesura do kasacji?

Jedna ze spółek notowanych na rynku New Connect zadała sobie trud dokonania zmiany statutu polegającej na usunięciu z niego funkcji prezesa zarządu i przyjęciu zasady, że „członkowie zarządu prowadzą sprawy spółki samodzielnie; jednakże w przypadku, gdy przed podjęciem danej czynności choćby jeden z członków zarządu wyraził swój sprzeciw, dla dokonania takiej czynności konieczne jest podjęcie uchwały przez zarząd”. Takie rozwiązanie zbliża ustrój wspomnianej spółki, chociaż akcyjnej, do spółki z ograniczoną odpowiedzialnością pod rządami Kodeksu handlowego z 1934 r. Lecz nawet w spółce akcyjnej funkcja prezesa zarządu nie jest obligatoryjna, jej zniesienie nie narusza porządku prawnego lub natury spółki, nie godzi też w niczyje interesy. Prawdopodobnie we wspomnianej spółce żaden z kilkorga znaczących akcjonariuszy nie chciał oddać innemu inicjatywy w zarządzaniu, a nie stać jej na wynajęcie zawodowego menedżera.

Odstępując od obsadzania funkcji prezesa zarządu, spółka zrezygnowała z kilku użytecznych instrumentów. Jednym z nich jest głos rozstrzygający, którym prezes może przesądzić o wyniku głosowania w sytuacji równej ilości głosów za uchwałą z jednej strony oraz przeciw i wstrzymujących się z drugiej. Oczywiście, głos rozstrzygający może zostać użyty tylko wtedy, gdy statut dopuszcza taką możliwość. Tylko przez prezesa zarządu (w radzie nadzorczej przez przewodniczącego), nigdy przez innego członka zarządu (lub rady), bez względu na to, czy funkcja prezesa (lub przewodniczącego) jest obsadzona, czy nie. I tylko wtedy, gdy statut znosi wymóg większości bezwzględnej, dopuszczając zwykłą.

Statut może przyznać prezesowi zarządu (lecz przewodniczącemu rady nadzorczej już nie) określone w nim uprawnienia w zakresie kierowania pracami zarządu. Kodeks nie zawiera katalogu takich uprawnień, a spółki rzadko wprowadzają do swoich statutów stosowne postanowienia, bo też statuty bywają sporządzane na jedno kopyto, według kiepskiego wzorca w komputerze kancelarii prawnej. Lecz można wskazać, że statutowe uprawnienia prezesa obejmują na przykład ustalanie i zmienianie porządku obrad, ograniczanie czasu wystąpień, decydowanie o osobach zaproszonych na posiedzenie zarządu, przydzielanie członkom zarządu spraw do załatwienia lub podział obowiązków między nich, decydowanie o kolejności załatwiania spraw, zarządzanie przerw i wznawianie obrad. Czyli wszystko w granicach zasady, że prezes nie jest przełożonym członków zarządu.

Statut może nawet uzależnić możliwość podjęcia przez zarząd uchwały od udziału prezesa w głosowaniu (przed czym stanowczo przestrzegam, ponieważ daje to prezesowi nieuzasadnioną możliwość obstrukcji procedowania). Zdarza się także, że statut przyznaje akcjonariuszowi pełniącemu funkcję prezesa zarządu prawo powoływania jednego lub więcej członków rady nadzorczej; przywilej ów płynie wszelako nie z racji pełnienia stanowiska, a z tytułu posiadania akcji, niemniej zniechęcam do takiej praktyki, ponieważ wyznaczony przez prezesa członek rady nadzorczej będzie zwykłym „słupem”. Jakakolwiek zależność członka rady nadzorczej od członka zarządu godzi bowiem w naturę spółki. Bywa wreszcie, że to prezes jest słupem: przed laty Lewiatan sp. z o.o. (proszę nie mylić z konfederacją Lewiatan Henryki Bochniarz), niegdyś wydawca pisma „Lewiatan”, w procesie o zapłatę, wytoczonym przez „Studio er” podnosiła, że prezes spółki Andrzej A. reprezentował ją tylko gwoli podniesienia jej prestiżu (o wdzięku już nie wspomniano), zaś de facto rządził dyrektor operacyjny. Osobliwe.

W historycznym Kodeksie handlowym nie przewidziano żadnych wyróżników dla prezesa zarządu, nawet sam tytuł „prezes” został incydentalnie przypisany przewodniczącemu rady nadzorczej. W przedsiębiorstwach przekształcanych w spółki pod rządami ustawy o prywatyzacji do zarządów powoływano zazwyczaj członków dyrekcji, przeto prezesem zostawał dyrektor naczelny czy generalny, a tytuł prezesa długo traktowany jako pośledni. Zmieniło się to niedawno. Lecz spółka może skasować funkcję prezesa i właściwie nic się nie stanie – najwyżej straci pewne możliwości usprawniania prac zarządu.

Resortowe przepychanki

Komitet audytu, najbardziej istotna zmiana ustroju spółki publicznej od 80 lat, został wprowadzony pokątnie, kuchennymi schodami.

Parlament uchwala prawo, ale to rząd najczęściej korzysta z inicjatywy ustawodawczej, więc parlament najczęściej uchwala co proponuje rząd. Rzecz w tym, że resorty uprawiają własne polityki, a rząd często nad tym nie panuje. Dowodzą tego przypadki Kodeksu spółek handlowych. Uchwalony w 2000 roku, wszedł w życie 1 stycznia 2001 i od tej pory był wielokrotnie nowelizowany. Nic w tym dziwnego ani nagannego. Prawo powinno twórczo kształtować rzeczywistość, a w najgorszym razie dotrzymywać jej kroku. Niedawno Ministerstwo Sprawiedliwości przedstawiło założenia kolejnej nowelizacji Ksh, planowanej na rok 2014. Resort występuje wobec rządu i parlamentu jako gospodarz tej ważnej ustawy, jej „właściciel”. Czy gospodarzy nią odpowiedzialnie?

W ostatnich latach najważniejszą zmianą ustroju spółki akcyjnej było wprowadzenie do rad nadzorczych większości jednostek zainteresowania publicznego obligatoryjnych komitetów audytu. Rzecz w tym, że operacja ta została dokonana poza ramami Ksh, w ustawie z 7 maja 2009 r. o biegłych rewidentach i ich samorządzie, podmiotach uprawnionych do badania sprawozdań finansowych oraz o nadzorze publicznym. Zapewne było to jednym z powodów, dlaczego operacja zaimplantowania do rady nadzorczej nowego ciała została dokonana źle, nieprofesjonalnie. Spółkom poddanym regulacji pozostawiono możliwość uniknięcia ustanowienia komitetu audytu, przynajmniej jeden (w praktyce: tylko jeden) członek komitetu powinien legitymować się kwalifikacjami, które nie zostały czytelnie określone, a największym błędem było przyjęcie fatalnego założenia, że posiadanie akcji nadzorowanej spółki przekreśla przymiot niezależności członka komitetu audytu. Jest to rozwiązanie godzące w naturę corporate governance, pozbawione oparcia w światowej praktyce, która zmierza w przeciwnym kierunku, ku zwiększaniu zaangażowania finansowego nadzorców spółki w jej akcje.

Idea wprowadzenia komitetu audytu do rady nadzorczej jest bezapelacyjnie słuszna. Należycie pracujący komitet audytu wzmocni radę nadzorczą, z czasem stanie się jej rdzeniem, zadba o pieniądze akcjonariuszy, doprowadzi do zacieśnienia współpracy między zarządem i jego pionami finansowymi a radą nadzorczą. Moje zastrzeżenia dotyczą jedynie niewłaściwego wprowadzania tej idei w życie. Od lat pomstuję na nieudane w moim przekonaniu przepisy ustawy o biegłych, złośliwie nazwałem ją nawet „Wielkim Zderzaczem Andronów”. Ponieważ projekt krytykowanych rozwiązań powstał w Ministerstwie Finansów, jemu właśnie dokuczam najbardziej.

Niedawno zostałem poproszony do Ministerstwa Finansów z wykładem na ten temat. Wyłuszczyłem swoje zastrzeżenia. Moje wystąpienie spotkało się z bardzo ciekawą repliką kompetentnej w tej materii dyrektor z MinFin. Otóż resort początkowo zakładał, że komitet audytu powinien zostać wprowadzony do rady nadzorczej przepisami Kodeksu spółek handlowych (Ksh). Był to zamysł słuszny. Przeto resort finansów wystąpił z właściwą inicjatywą do resortu sprawiedliwości, ale utarto mu nosa. Ministerstwo Sprawiedliwości odpowiedziało, że nie jest zainteresowane taką nowelizacją Ksh. Zdumiewające to i bardzo smutne. Dlatego komitet audytu, najbardziej istotna zmiana ustroju spółki publicznej od 80 lat, został wprowadzony pokątnie, kuchennymi schodami. Młodszym pokoleniom Czytelników wyjaśnię, że w krakowskich mieszczańskich kamienicach (wszak warszawskie nie przetrwały wojny) są dwie klatki schodowe: frontowa, dla użytku państwa i ich gości, oraz tylna, kuchenna, dla służby i dostawców. Komitet audytu i MinFin, jego dostawca, weszli więc chyłkiem, od tyłu.

Stanowisko przyjęte wówczas przez Ministerstwo Sprawiedliwości jest dla mnie niezrozumiałe. Nie chodziło przecież o ochronę Ksh przed zmianami, od uchwalenia ustawy w 2000 roku nowelizowano ją dwudziestosiedmiokrotnie, w samym tylko roku 2009 trzykrotnie. Niektórym nowelizacjom niesposób odmówić wagi i powagi, niektóre powodowane były doraźnymi względami politycznymi. Przejęcie przez Ministerstwo Sprawiedliwości odpowiedzialności za legislację tak ważną, jak dotycząca komitetu audytu, zapewne pozwoliłoby uniknąć niektórych błędów. Mleko już się rozlało i skisło, ale nauka z tej szkody płynie taka, że związane z Ksh poczynania resortu sprawiedliwości powinny być bardzo uważnie obserwowane.

Tekst ogłoszony 5 sierpnia 2013 r. w Gazecie Giełdy PARKIET
Czytaj także:
2013.07.19 Turecki święty
2014.01.02 Wielki Zderzacz Andronów