Miesięczne archiwum: Październik 2013

Cztery plagi statutowe

Ktoś miał taki gust spaczony, że lubił wrony; ja lubię czytać statuty spółek z GPW. Sięgam po nie, gdy ogarnia mnie melancholia. Lektura często mnie rozbawi, gdy natrafię na głupoty, czasem rozdrażni, gdy natrafię na bezmyślne powtórzenia za statutami innych spółek. Może jest tych głupot coraz mniej, ale powtórzeń jakoś nie ubywa. W stosunku do sytuacji sprzed kilkunastu lat widoczny jest znaczny postęp: otóż spółki już zamieszczają swoje dokumenty ustrojowe na stronach internetowych, aczkolwiek często pomijają daty wejścia danego dokumentu w życie lub dokonania w nim ostatnich zmian. Zauważyłem jednak, że niektóre nie lubią publicznie udostępniać regulaminu zarządu, inne – regulaminu walnego zgromadzenia.

Czytając statuty medytuję, kto winien tylu błędom, niedoróbkom. Może sądy rejestrowe, które zapewne nie sprawdzają, czy statut spółki czyni zadość bezwzględnie obowiązującym przepisom prawa? Może GPW traktuje emitentów z nadmierną pobłażliwością? Może rejenci, przystawiający pieczęć Rzeczypospolitej pod kwitami, których nie czytają? Może kancelarie prawne, które w swoich komputerach przechowują wzory nieaktualnych kwitów i bez żenady sprzedają je spółkom? A może cały rynek, żyjący przekonaniem, że liczą się ślepe wyceny analityków, a nie ustrojowe fundamenty spółek?

Jak długo spółka nie podda się rygorom corporate governance, zapewniającym przejrzystość procesów podejmowania decyzji, tak długo jej wyniki finansowe nie będą wiarygodne. Nic bowiem nie będzie świadczyć, że nie zostały one po prostu spreparowane. Ustrój spółki nie kreuje jej wyniku, ale go uwiarygodnia. Zanim polskie spółki ukształtują należyty porządek korporacyjny, powinny one uporać się wreszcie z kilkoma zwyrodnieniami.

Pierwszym jest efekt dziurawej kieszeni. W Polsce jeszcze nie docenia się, że należycie sporządzony statut, starannie dostosowany do niepowtarzalnych cech spółki, poważnie wzbogaca jej wartość, a dobrze opracowane regulaminy wszystkich jej organów nie tylko usprawniają podejmowanie decyzji, lecz także pośrednio służą interesom akcjonariatu. Niestety, dokumenty ustrojowe spółek są często uznawane za drugorzędne kwity bez praktycznego znaczenia, przeto dla oszczędności spółki nie tworzą ich same, sięgając po gotowe rozwiązania. Chodzi już nawet nie o to, że zamiast skroić ubranie na miarę, spółka wybiera używane łachy, lecz o to, że w tych łachach kieszenie są dziurawe. To wcale nie przypadek, że przez luki w statucie, a nawet w regulaminach, wyciekają ze spółki pieniądze! Zależność między jakością corporate governance, a corporate performance, czyli wynikami spółek, staje się coraz bardziej oczywista.

Drugie to efekt zatrutej studni. Ponieważ inwestorzy nie oceniają spółek po statutach, a samym spółkom także nie zależy, by ich statuty były oryginalne, twórczo wzbogacały ich tożsamość – spółki zadowalają się bezkrytycznym korzystaniem z cudzych wzorów, niekoniecznie dobrych. Przy tym powszechnie nie dostrzega się, że statut służy spółce, jej akcjonariatowi, a nie pro forma sądowi rejestrowemu. Dlatego spółki, albo ich prawnicy, powszechnie przepisują, w całości lub we fragmentach, dokumenty ustrojowe innych spółek. Rozumuje się następująco: jeżeli tamtą spółkę wpisano do rejestru, jej statut jest zapewne zgodny z prawem. Lecz sądy rejestrują wiele spółek z wadliwymi statutami, zawierającymi liczne uchybienia. Trudno przekonać opinię publiczną, że statut spółki nie jest kartką papieru, a dziełem sztuki prawniczej, ponieważ wykonawcy owych dzieł wcale nie tworzą, ale kompilują, kombinują, zaś ich wiedza prawnicza często pochodzi ze źródła zatrutego brakiem należytej staranności zawodowej. Bywa, że spółki z tej samej branży, niby konkurujące, działają na podstawie takich samych statutów, z tymi samymi błędami.

Trzecie to efekt wirusa. Zwyrodnienie to polega na tym, że dokumenty ustrojowe spółek są powszechnie zainfekowane rozmaitymi błędami. Spółki nie dążą do opracowania specjalnie na swoje potrzeby oryginalnych statutów, a zwłaszcza regulaminów ich organów, ale bezmyślnie przejmują te akty jedna od drugiej. Komputer ma funkcje „kopiuj” i „wklej”, ale prawnikowi często zawiesza się funkcja „myśl, co robisz”. Co jedna spółka skopiuje, kolejna kopiuje od niej. Rzecz jasna, wraz z błędami. Kserokopiarka nie jest wyposażona w filtr, który wychwyci prawnicze nonsensy i nie przepuści ich dalej; przecież nawet sądy rejestrowe błędów nie wychwytują! Wystarczy, że stażysta obsługujący sprawy spółki ‘A’ czegoś nie doczyta, nie dorobi, a wkrótce jego pomyłka zostanie zwielokrotniona, rozpełznie po rynku.

Czwarte to efekt kaskady. Utarło się mianowicie, że akty wyższej rangi służą temu, by przepisywać z nich, ile się da, do aktów niższej rangi. W ten sposób przepisy ustawy spływają do statutów, a z nich kaskadą do regulaminów. Także przepisy statutu są przejmowane do regulaminów. Zapożyczenia z ustawy są całkiem zbędne, ale mniej szkodliwe, natomiast ze statutu bywają niebezpieczne. Za sprawą omówionych już zwyrodnień statut bywa przecież byle jaki. Przy tym im więcej do regulaminu spłynęło kaskadą cytatów z ustawy i statutu, tym mniej w nim jego własnej, oryginalnej treści; tym mniej uregulowań poświęconych tym akurat sprawom, które regulamin ma rozstrzygać. Efekt kaskady sprawił, że regulaminy organów spółek składają się w przede wszystkim z przepisów bezprzedmiotowych, które jeżeli nawet nie są nieścisłe lub błędne, to są przynajmniej najzupełniej zbędne, ponieważ omawiane nimi sprawy mogą zostać uregulowane wyłącznie aktami prawnymi wyższego rzędy, czyli ustawą lub statutem. Jak w prawie Kopernika i Greshama lepszy pieniądz bywa wypierany z obiegu gorszym pieniądzem, tak w tej dziedzinie przepisy zbędne wypierają z regulaminów to, co wartościowe.

Czytaj także:
2004.04.05 Ryzyko mieszka w statucie
2002.09.23 Ziemia niczyja