Miesięczne archiwum: Marzec 2014

Obcy na Książęcej?

Nie oręduję za tym, by już w najbliższym, wiosennym rozdaniu prezesem warszawskiej giełdy uczynić obcokrajowca. Chodzi mi o to, by taką możliwość każdorazowo brano pod uwagę. A także, by polskich kandydatów (oraz szczególnie przecież aktywne kandydatki) oceniano z uwzględnieniem ich doświadczeń w międzynarodowym środowisku, na zagranicznych rynkach, w globalnych korporacjach. Będzie to sprzyjać marzeniom o hegemonii Warszawy w regionie, ukaże rodzimą kompetencję do przewodzenia mu, a także otwartość na świat. Rynek kapitałowy to środowisko szczególnie wrażliwe na swobodę przepływu kapitału, idei, specjalistów. Skoro mógł ekspat zostać szefem rumuńskiej giełdy lub gubernatorem Banku Anglii, dlaczego nie mógłby się starać o pracę na Książęcej?

Łatwiej rzucić myśl na papier, trudniej wprowadzić ją w życie. Polska nie jest środowiskiem przychylnym obcokrajowcom. W radach nadzorczych polskich spółek jest ich niewielu, chociaż rodzimi nadzorcy często grzeszą brakiem doświadczenia, kwalifikacji, a nawet pojęcia, na czym w istocie polega ich praca. Ekspatów najłatwiej spotkać w radach spółek z poważnym udziałem obcego kapitału. Odczuwam ich niedostatek w radach nadzorczych spółek strategicznych, jak gdyby zagraniczny specjalista audytu wewnętrznego lub zarządzania ryzykiem stanowił zagrożenie dla suwerenności narodowej. Odczuwam ich niedostatek w spółkach zdominowanych przez liderów polskiego biznesu, w spółkach rodzinnych, w spółkach dumnie mieniących się innowacyjnymi, itd.

Także w zarządach spółek ekspaci występują najczęściej jako strażnicy obcego kapitału. Przez lata trzymaliśmy się zasady, że działającym w Polsce bankiem, choćby z przeważającym udziałem zagranicznego inwestora, może zarządzać wyłącznie tubylec. Prowadziło to do zwyrodnienia w postaci tzw. formacji podwójnej głosy. Tytularnym szefem był więc krajowiec, on występował w mediach i przed obliczem organów państwa, lecz spoza jego pleców realną władzę sprawował nasłany z centrali cudzoziemiec. Dla uniknięcia wszelkich wątpliwości ów cudzoziemiec w randze pierwszego wiceprezesa zarabiał więcej niż prezes. Pierwszy obcokrajowiec na czele dużego banku w Polsce, Ronnie Richardson (prezes Kredyt Banku) został zatwierdzony dopiero po medialnych sporach. Trzeba przyznać, że szkodliwa formacja podwójnej głowy szczęśliwie odchodzi w przeszłość.

Być może na niechęci do ekspatów zaciążyły „brygady Marriotta”, ekipy konsultantów o nikłej znajomości polskich realiów, natomiast przekonanych o własnej nieomylności. Często na cudzoziemców składano winę za nasze rodzime błędy i zaniedbania. Pamiętam, jak pewien profesor, długo rozpanoszony w programie NFI i wielce mu szkodzący, upatrywał niepowodzenie tego przedsięwzięcia w konflikcie nasi – obcy. Nasi byli w jego oczach cacy, obcy byli be. Inna sprawa, że nikt nie kwapił się do obrony obcych, wielu z nich zasłużyło na krytykę.

Boli nas, że w rankingu najlepszych uczelni świata dwa najwyżej notowane polskie uniwersytety błąkają się dopiero w czwartej setce z perspektywą przedostania się do piątej. Lecz ilu mamy w Polsce studentów zagranicznych? Ilu uczonych ze świata stale wykłada na naszych uczelniach? Pytany o szanse naszych czołowych uniwersytetów na awans w światowych rankingach Jan Sadlak, prezydent IREG Observatory on Academic Ranking and Excellence, wcześniej wieloletni dyrektor działającego w systemie UNESCO Europejskiego Centrum Szkolnictwa Wyższego, nie ma wątpliwości: „Polskie uczelnie powinny otworzyć się szeroko, umożliwiać wybór rektora spośród uczonych z innych ośrodków akademickich, także zagranicznych”. Kto potrafiłby wyobrazić sobie takie rozwiązanie?

Zdaję sobie sprawę, że także pogląd, iż prezesem giełdy – symbolu sukcesów polskiej transformacji gospodarczej, wręcz dobra narodowego – mógłby w najbliższym czasie zostać obcokrajowiec, będzie dla jednych niewyobrażalny, dla innych nierealny. Przecież szkoda. Niemniej warto o tym myśleć, dyskutować, wymieniać poglądy. Jak powiadał Mark Twain: „Dzięki temu, że ludzie różnią się poglądami, wyścigi konne mają sens”. A z toru wyścigowego już niedaleko na giełdowy parkiet.

Artkuł ukazał się 31 marca 2014 r. w dzienniku PARKIET
Czytaj także:
2002.08.27 Formacja podwójnej głowy
2000.11.27 Sami swoi

Powiedzonka z wdziękiem II: O GIEŁDZIE

Przedstawiam dla zabawy, ale i ku nauce, kolejny zbiór powiedzonek z wdziękiem, tym razem o giełdzie. Miłych Czytelników bardzo proszę o nadsyłanie uzupełnień. Następny zbiór chciałbym poświęcić najstarszemu zawodowi świata (wcale nie chodzi o to, Czytelniku, co Ci się skojarzyło, natomiast o doradztwo).

GIEŁDA JEST MIEJSCEM, gdzie pieniądze przechodzą z rąk do rąk, aż przejdą we właściwe ręce (słyszałem w Nowym Jorku)
GIEŁDA TYM SIĘ RÓŻNI od domu wariatów, że ją zamykają popołudniu (słyszałem we Frankfurcie; jeżeli powiedzenie jest prawdziwe w Niemczech, to u nas niekoniecznie)
GIEŁDA JEST JAK ROZDROŻE, na którym głupcy i ich pieniądze rozchodzą się w różne strony (słyszałem w Londynie)
GIEŁDA TO MIEJSCE, gdzie się krzyczy (słyszałem w Paryżu, gdy jeszcze zawierano transakcje metodą „na krzyk”).
DNO? Już odpadło (Niedźwiedź)
OD GIEŁDY należy trzymać się z daleka w dwóch przypadkach: kiedy się nie ma pieniędzy i kiedy się ma pieniądze (Mark Twain, właśc. Samuel Longhorne Clemens 1835 – 1910,amerykański pisarz, wybitny humorysta)
PAŹDZIERNIK jest jednym z najgorszych miesięcy dla giełdowych spekulantów. Inne niebezpieczne miesiące to lipiec, styczeń, wrzesień, kwiecień, listopad, maj, marzec, czerwiec, grudzień, sierpień oraz luty (Mark Twain)
GRAĆ TO MOŻNA na skrzypcach, na giełdzie się inwestuje (Jacek Socha, b. minister Skarbu Państwa. Na skrzypcach na szczęście nie gra, w brydża grywa nieźle, uczy się gry w golfa)
INWESTYCJA długoterminowa to najczęściej całkiem nieudana inwestycja krótkoterminowa (znane)
ZRZUĆ zdechłego konia z czterdziestego piętra: też się odbije (ulubione powiedzenie wróżów bessy)
SPRZEDAJ W MAJU, JEDŹ DO RAJU (czyli Sell in May and go away)
CENA jest tym, co płacisz; wartość – tym, co dostajesz w zamian (Warren Buffet, „Wyrocznia z Omaha”)
DOBRE WYNIKI spółki są jak powietrze: niezbędne, by przeżyć, lecz niewystarczające, by żyć należycie (Financial Times)
NAJLEPSZY SPOSÓB NA PODWOJENIE KAPITAŁU to złożyć banknoty wpół i schować je do tylnej kieszeni (Michael Simkins, brytyjski aktor i pisarz, autor reportażu „Detour de France” – w wydaniu polskim „Francja elegancja, czyli Anglik w podróży kontynentalnej”)

(P)oszukiwanie sponsora

Czytam, że od 1 sierpnia reprezentacja Polski w piłce nożnej będzie miała nowego sponsora. Czytam dalej, by dowiedzieć się, kto będzie owym sponsorem; kto wyda ciężkie miliony, żeby za własne pieniądze spaprać swój wizerunek utożsamiając się z gromadą nieudaczników. Otóż tego jeszcze nie wiadomo. Wzmianka o nowym sponsorze wynika z tego, że dotychczasowy nie przedłuży umowy wygasającej 31 lipca. Dziennikarz uznał za rzecz oczywistą, że skoro zwolni się miejsce sponsora reprezentacji, znajdzie się chętny, by wejść w jego buty.

Dotychczasowy sponsor reprezentacji piłkarskiej zrezygnował po 12 latach i zainwestowaniu w polską piłkę ponad 100 mln zł. Pieniądze poszły nie tylko na wsparcie reprezentacji, także na piłkę młodzieżową i tzw. ekstraklasę, która ani nie jest ekstra, ani nie ma klasy. Chodzi o spółkę Orange Polska, czyli przechrztę po Telekomunikacji Polskiej. Ciekaw jestem, jakimi kalkulacjami kierowała się Tepsa porywając się na ten mecenat. Ciekaw jestem, jak przygodę z finansowaniem reprezentacji oceniają dawcy kapitału – akcjonariusze spółki. Czy gdyby te pieniądze pozostały w spółce, może nie byłaby ona zmuszona do tak drastycznego obcinania dywidendy? Czy w związku z mecenatem nad piłkarzami przybyło Tepsie klientów? Czy wzrosła jej reputacja? Czy był to dobry biznes?

Nie chodzi o wyniki, te można przecież kupić za pieniądze, przynajmniej w polskich ligach. Chodzi o atmosferę w piłce i wokół niej. Czy strumień pieniędzy z Tepsy odmienił klimat boisk? Czy zmobilizował zawodników do sportowego wysiłku? Czy wzmocnił ducha fair play? Czy przeciwnie – datki trafiły do Fryzjera i jemu podobnych, do przekupnych zawodników i trenerów, ślepych arbitrów, obłudnych działaczy? Co w zamian za szczodre wsparcie dały sponsorowi polska piłka i jej społeczne otoczenie? Przede wszystkim wstyd za skorumpowane środowisko piłkarskie i zwyrodnialców mieniących się kibicami.

Znane jest powiedzenie, że połowa pieniędzy wydawanych na reklamę idzie w błoto, tylko nie wiadomo, która połowa. Nurtuje mnie pytanie, jaka część pieniędzy wydawanych przez spółki pod hasłem społecznej odpowiedzialności biznesu ma biznesowy sens? Otóż każda forma działalności podmiotu gospodarczego powinna mieć na celu korzyści gospodarcze. Tzw. CSR (corporate social responsibility) może wspierać zarabianie przez spółkę pieniędzy lub bezpośrednio służyć zarabianiu. Z moich obserwacji wynika, że w niektórych spółkach CSR służy raczej wydawaniu pieniędzy, nawet bezrozumnemu. Spodoba się prezesowi asystentka, więc awansuje się ją na utworzone dla niej stanowisko szefa działu CSR, bądź powoła się fundację, da się dziewczynie budżet, niech wydaje.

Problemu nie rozwiąże utyskiwanie blogera. Do poprawy sytuacji może się natomiast przyczynić inicjatywa biegłych rewidentów podejmujących wysiłki ku obiektywizowaniu ocen oddziaływania spółek na środowisko i wypracowaniu metodologii badań sprawozdań spółek na temat CSR. Spółki powinny zatem nauczyć się przejrzystego, rzetelnego informowania o swoich działaniach w tej dziedzinie i zamieszczania tych informacji w raportach rocznych badanych przez biegłych. Po wprowadzeniu przez spółki systemu sprawozdawania, a przez biegłych – systemu badania tych sprawozdań, będziemy mogli ocenić, czy pod szyldem społecznej odpowiedzialności biznesu pieniądze są wydawane naprawdę odpowiedzialnie. W maju Krajowa Izba Biegłych Rewidentów zorganizuje w Warszawie ciekawą konferencję na ten temat, postaram się wziąć udział. Może dowiem się, czy Tepsa vel Orange zrobiła dobry interes wspierając reprezentację.

Szkopuł tkwi w tym, że akcjonariusze – jak wnioskuję z dyskusji prowadzonych na walnych zgromadzeniach i na forach – nie są specjalnie zainteresowani, na co spółki wydają budżety poświęcone społecznej odpowiedzialności. Nie dopytują o biznesowe uzasadnienie tych budżetów. Nie oceniają, czy wydawane środki rzeczywiście przyczyniają się do kreowania wokół spółki przychylnego nastawienia do biznesu. Przyjmują do wiadomości istnienie powinności biznesu wobec jego otoczenia, nie wymagają w zamian powinności owego otoczenia wobec biznesu.

Pora wymagać. Od interesariuszy, prawdziwych (stakeholders) i urojonych (mistakeholders). Od regulatorów, skłonnych mnożyć regulacje, często zbędne. Od poborcy podatków, niskich wprawdzie, lecz ściąganych z przekonaniem, że przedsiębiorcy kantują, więc trzeba ich nękać kontrolami. Od polityków, tak pochłoniętych wzajemnymi swarami, że zapominają o racjach państwa i biznesu. Od prokuratorów, niezdolnych do odróżnienia przedsiębiorcy od przestępcy. Od związków zawodowych, gotowych podpalić państwo i gospodarkę dla swoich interesów. Od społeczeństwa, które zapomina, że jedzie na gapę w pojeździe napędzanym mozolnie przez biznes. Od państwa, które jest bezwzględnie powinno wspomagać biznes.

Mógłbym tak pisać bez końca… Ale już napisałem, w dodatku przed wielu laty. Odsyłam więc do tekstów archiwalnych. Ironia losu sprawiła, że jeden z nich pochodzi – co do dnia – sprzed dziesięciu lat, a nie zmieniłbym w nim ani słowa.

Czytaj także:
2004.03.15 Nie ma powinności bez wzajemności
2003.11.17 Grzęzawisko ryzyk

Déjà vu

Czytam ciekawy tekst Witolda Gadomskiego „Prokurator naprawia gospodarkę” (Gazeta Wyborcza 12 marca 2014 r.). Teza, pod którą podpisuję się z głębokim przekonaniem: niektórzy prokuratorzy „wiedzą lepiej, jak należy prowadzić biznes, i żądają, by przedsiębiorców podejmujących ryzyko dodatkowo karać więzieniem”. Ilustruje to przypadek przedsiębiorców, którzy wykupili z programu NFI białostockie Fasty, dokupili łódzki Uniontex – i wpadli w kłopoty. Nie bez związku z łódzkimi intrygami politycznymi. Doniesienie o popełnieniu przestępstwa złożyła w prokuraturze Zdzisława Janowska, wówczas senator z Łodzi. Składała załodze Uniontexu nierealne obietnice, poszły za nimi spore pieniądze podatników, lecz koniec był żałosny, zarówno dla menedżerów oskarżonych przez prokuraturę i ostatnio skazanych przez sąd, jak dla zbałamuconych pracowników.

Tekst Gadomskiego czytałem z uczuciem déjà vu. Jakbym sam uczestniczył w opisywanych zdarzeniach! Jakby to mnie dotykały działania pani senator! Otóż przeżyłem w Łodzi bardzo podobną historię, nie bez udziału senator Janowskiej. Oto garść wspomnień:

W 1992 roku zostałem powołany do rady nadzorczej łódzkich zakładów mięsnych, w owym czasie jednoosobowej spółki Skarbu Państwa. Jej sytuacja stawała się trudna: wyroby spółki reprezentowały bardzo wysoką jakość, w przygasłej wówczas Łodzi i jej zubożałej okolicy nie było na nie popytu, firma wiązała koniec z końcem wyprzedając majątek. Załoga orędowała za wprowadzeniem spółki do programu NFI, do czego doszło w 1995 r. Wkrótce zostałem przewodniczącym rady nadzorczej. Funkcję dyrektora inwestycyjnego z ramienia funduszu sprawował energiczny cudzoziemiec mówiący już dobrze po polsku, ale niezbyt jeszcze obeznany z polskimi realiami. Miewał pomysły budzące trwogę: raz rozważał odtworzenie zakładów w szczerym polu za miastem, innym razem łączył je z podobną firmą z Bydgoszczy. Rosły straty, narastała niepewność o przyszłość nierentownej spółki. Pracownicy, zatroskani o swoje miejsc pracy, wezwali na pomoc senator Janowską. Spotykała się ona z aktywem związkowym, natomiast unikała kontaktów z zarządem i radą nadzorczą.

Zbliżały się wybory. Pracownicy domagali się podwyżek. Zarząd ogłosił je, chociaż nie było środków, a przybywało kłopotów. Odwołaliśmy zarząd. Zostałem delegowany przez radę nadzorczą do czasowego sprawowania funkcji prezesa zarządu. Z tej pozycji szybko wyrobiłem sobie ocenę sytuacji: spółka jest strukturalnie deficytowa, przejada majątek, jest ekologiczną zakałą, najlepiej rozwiązać ją po przeprowadzeniu likwidacji. Mówiłem o tym pracownikom, rozżalonym brakiem obiecanych podwyżek, a przez związkowych liderów podburzanych do strajków. Nie tylko zresztą przez związkowych liderów.

Wtedy poznałem panią senator. Przyjeżdżała do spółki na wiece. Żarliwie przemawiała: Jesteście wspaniałą załogą, zasłużyliście na podwyżki, spółka pilnie potrzebuje inwestycji, także na to potrzebne są środki. Pieniądze muszą się znaleźć! Po prostu – muszą! Panie prezesie (to do mnie), pan tylko mówi o stratach, pan jest nudny. Niech pan sobie wraca do Krakowa. Co to za prezes, który nie zna się na mięsie i jeszcze jest z Krakowa? Czy u nas, w Łodzi, nie ma menedżerów? Ja podeślę panu moich asystentów, oni pana czegoś nauczą.

Asystentów? Okazało się, w co trudno mi było uwierzyć, że pani senator jest profesorem ekonomii – słynnej w świecie łódzkiej ekonomii! – a na ekonomiczne kłopoty ma prostą i niezawodną receptę: pieniądze muszą się znaleźć i basta. Podesłany asystent, sympatyczny i mądry, wypił ze mną kawę, przedyskutował sytuację spółki, pokiwał głową i poszedł. Strajkom zapobiegłem. Walne zgromadzenie jednogłośnie – przy udziale Skarbu Państwa, pracowników oraz NFI – powzięło uchwałę o rozwiązaniu spółki po przeprowadzeniu likwidacji. Nie doszło do upadłości, trafił się rozsądny likwidator, rozsupłał dziesiątki problemów, dobrze spieniężył majątek, akcjonariusze otrzymali spore środki. Trwało to kilka lat, ale skończyło się dobrze.

Uświadamiam sobie, jakież miałem szczęście. Przecież pani senator mogła i na mnie nasłać prokuratora, jak nasłała go na menedżerów Fastów i Uniontexu. Prokurator mógłby mnie zamknąć, przy aplauzie łódzkiej prasy, cały czas bolejącej, że rzeźnią dowodzi menedżer, który na mięsie się nie zna (zna się na pieniądzach, lecz przecież ich tam nie ma) i jest – o zgrozo! – z Krakowa. Sąd gotów byłby mnie skazać, bo skoro dążę do rozwiązania spółki, ewidentnie działam na jej szkodę. Menedżerowie, którzy zajmowali się zakładami mięsnymi w Krakowie, zostali przecież potraktowani przez dzielnego prokuratora upodlającym aresztem wydobywczym. Klimat tamtych wydarzeń przedstawił film „Układ zamknięty”.

Straciłem wtedy w Łodzi dużo zdrowia. Ale uratował mnie łodzianin, genialny kardiochirurg, wówczas już chluba krakowskiej medycyny, prof. Jerzy Sadowski. Minęło wiele lat. Żyję.

Czytaj także: 2000.06.12 Pochwała likwidacji

Komitet z Loch Ness

Niczym potwór z Loch Ness, z otmętów mediów wyłonił się znowu komitet nominacyjny. Z tą różnicą, ze więcej osób wierzy w istnienie Nessie niż w powstanie komitetu. I z tą, że Nessie bywa traktowana przez media z sympatią, a komitet z nieufnością, wręcz wrogością. Sceptycy twierdzą, że skoro o składzie komitetu ma decydować premier, twór ten będzie miał charakter polityczny. Lecz kto inny miałby decydować o personaliach: prezydent? prymas? prezes opozycji? Czy wówczas nominacje byłyby apolityczne? Komitet nominacyjny jawi się jako produkt polskiego paradoksu: rośnie nasza aprobata dla zachowania znacznych udziałów w spółkach strategicznych w sferze wpływów i własności państwa, a jednocześnie narasta dezaprobata dla stylu zarządzania przez państwo jego wpływami i własnością. Innymi słowy: w gospodarce dopuszczamy własność państwa, lecz nie godzimy się na sposób zarządzania przez państwo tą własnością. W tym obszarze domagamy się reformy.

Wyobrażam sobie, że komitet miałby charakter kadencyjny. Jego zadaniem byłoby opiniowanie kandydatur zgłaszanych przez Skarb Państwa do rad nadzorczych spółek o znaczeniu strategicznym – zapewne dwudziestu kilku. Inaczej widzi sprawę min. Włodzimierz Karpiński, który podobnio chciałby zachować ograniczyć rolę komitetu do spółek o mniejszym znaczeniu, a strategiczne, w tym energetyczne, zostawić po staremu. Reformę corporate governance rozpocząłby zatem od ogona, chociaż ryba psuje się od głowy.

Wyobrażam też sobie, że opinie komitetu byłyby ściśle poufne: opinia publiczna nie powinna wiedzieć, kto i dlaczego nie zyskał rekomendacji tego gremium. Członkowie komitetu byliby osobami poważnymi, które nie pójdą z plotkami do mediów, nie będą intrygować w środowisku. Decyzje o zgłaszaniu walnym zgromadzeniom kandydatur do rad należałyby do ministra Skarbu Państwa, on też ponosiłby za nie odpowiedzialność.

Pamiętajmy, do czego prowadził brak jasnej odpowiedzialności za decyzje personalne: prezydent zamieniał się z Jasiem listami kandydatur do rady nadzorczej spółki o znaczeniu ultrastrategicznym, Skarb Państwa zgłaszał jasiowych, a Jasiu – prezydenckich. Bądź znowu do rady tej spółki ktoś wkręcał wójta nieodległej gminy. A Stasiek chciał sprawdzić się w biznesie. Nazwałem to zjawisko alotażem, a natchnęło mnie nazwisko nauczyciela w technikum, którego mianowano szefem ZUS, instytucji o największych przepływach finansowych.

Czytam, jakoby w skład komitetu nominacyjnego wejść miały „autorytety”. Wymaga to wyjaśnienia. Termin ten budzi nieufność, w pełni uzasadnioną. Nie zapomnę, jak osoba szanowana, uznana za powszechny autorytet, ale niezdolna – nie ujmując jej zasług na innym polu – do przeczytania bilansu, porwała się na przewodniczenie radzie nadzorczej PLL LOT ponieważ „często lata samolotami”. Przeto zanim napiszę, kogo widziałbym w komitecie – wspomnę, kto nie powinien się w nim znaleźć.

Po pierwsze – czynni politycy. Po drugie – urzędnicy Skarbu Państwa lub innych resortów, którzy i tak decydują o składzie rad nadzorczych i zarządów spółek z udziałem Skarbu, choćby był to udział mniejszościowy. Po trzecie – osoby piastujące funkcje w zarządach lub radach nadzorczych spółek z udziałem Skarbu Państwa, czyli wybrańcy wspomnianych polityków lub urzędników. Po czwarte – osoby piastujące funkcje w licznych spółkach, nie tylko z udziałem państwa, czyli zawodowi członkowie rad nadzorczych, zresztą szanowani, wykwalifikowani, lecz znajdujący się po drugiej stronie lustra. Otóż nie uważam za stosowne łączenie funkcji nominata Skarbu Państwa w jednej radzie nadzorczej z funkcją doradcy tegoż Skarbu Państwa w sprawie obsady innych rad. Ani oddanie wpływu na nominacje w radach kolekcjonerom posad w innych radach, choćby poza gestią Skarbu Państwa.

Widziałbym w komitecie nominacyjnym osoby reprezentujące, prócz innych, trzy najważniejsze przymioty: doświadczenie pozyskane w pracy w radach nadzorczych lub zarządach spółek, dobrą znajomość rynku oraz możliwie bogatą znajomość ludzi rynku. Wprawdzie powiada się, że na polskim rynku wszyscy wszystkich znają osobiście, lecz w tym powiedzeniu tkwi przesada. Nawet „warszawiści” nie znają się wszyscy nawzajem, nie wspominając tzw. prowincji. Chodzi o to, by żaden wartościowy kandydat nie umknął uwadze komitetu nominacyjnego, skomponowanego z należytym uwzględnieniem żywiołów pozastołecznych.

Pora na przykłady. Widziałbym w komitecie nominacyjnym osoby takiego pokroju, takich kwalifikacji, jak prof. Andrzej Koźmiński – założyciel uczelni noszącej imię jego ojca; Maciej Leśny, Andrzej Olechowski, Jacek Siwicki – doświadczeni członkowie rad nadzorczych, przy tym zasłużeni w służbie państwowej; Maria Wiśniewska – b. prezes Banku Pekao, doświadczona także w pracy w radach. Nie widziałbym zaś miejsca dla Staśków, Jasiów, lub ich stronników.

Tekst został ogłoszony 8 marca 2014 r. w Gazecie Giełdy Parkiet
Czytaj także:
2010.07.08 Szkopuły programu reformy
2010.07.05 Biznes przed polityką