Miesięczne archiwum: Kwiecień 2014

Niezależność jest publiczna

Czy niezależny członek rady nadzorczej powinien, na żądanie akcjonariusza, ujawniać jak głosował?

STAN FAKTYCZNY: spółka notowana na GPW nabyła od swojego akcjonariusza znaczące aktywa. Inwestorzy instytucjonalni (obecne w spółce fundusze emerytalne i inwestycyjne) mieli liczne wątpliwości co do zasadności transakcji, a zwłaszcza co do ceny. Jeden z funduszy zwrócił się do niezależnego członka rady nadzorczej, którego kandydaturę do rady wcześniej zgłosił, z prośbą o ujawnienie, jak głosował nad wnioskiem zarządu do rady o zgodę na transakcję. Niezależny członek rady miał wątpliwości, czy powinien ujawnić zajęte przez siebie stanowisko.

MOJA OPINIA brzmiała: jeżeli akcjonariusz zażądał ujawnienia stanowiska zajętego przez niezależnego członka rady nadzorczej w głosowaniu nad uchwałą budzącą czyjekolwiek wątpliwości, niezależny członek rady powinien publicznie ujawnić swój głos, a jeżeli złożył do niego zdanie odrębne – także treść uzasadnienia zdania odrębnego. W żadnym wypadku nie wystarczy ujawnienie głosu członka rady akcjonariuszowi, który zgłaszał kandydaturę niezależnego podczas wyboru rady nadzorczej; taki krok pozbawiłby w moich oczach członka rady nadzorczej przypisanego mu przymiotu niezależności. Ujawnienie treści głosu powinno być adresowane do wszystkich zainteresowanych, czyli bezwzględnie mieć charakter publiczny.

UZASADNIENIE mojego stanowiska składa się z dwóch argumentów. Po pierwsze, nie należy mylić powszechnie uznawanej poufności obrad rady nadzorczej z tajnością wyników jej prac, czyli powziętych przez nią uchwał. Rozumiem tych, którzy oponują przeciwko ujawnianiu przebiegu dyskusji na posiedzeniach rady lub w toku głosowania poza posiedzeniami. Sam opowiadam się nawet przeciwko protokołowaniu przebiegu takiej dyskusji, ponieważ jest to czynność niepotrzebna. Lecz uchwały rady nadzorczej nie powinny być obejmowane klauzulą tajności. Śmieszą mnie zresztą sytuacje, gdy rada nadzorcza podejmuje w głosowaniu tajnym uchwały inne niż w sprawach personalnych. Tajność nie ma sensu, skoro każdy członek rady ma prawo zgłosić zdanie odrębne względem każdej uchwały powziętej przez radę przy jego sprzeciwie. Nie widzę przeto przeszkód dla publicznego ujawniania przez niezależnych członków rady nadzorczej, jak głosowali w poszczególnych sprawach, a nawet dlaczego tak głosowali. Niezależność nie jest tajna – jest publiczna.

Po drugie, członkowie niezależni są w radzie nadzorczej po to, by ograniczyć w niej wpływy inwestora dysponującego szczególną pozycją w spółce. Wiele spółek notowanych na GPW ma przecież inwestorów rozporządzających bezwzględną większością głosów w spółce lub większością głosów wśród akcjonariuszy uczestniczacych w walnych zgromadzeniach. Pierwsza polska redakcja dobrych praktyk w spółkach publicznych (2002) przewidywała więc, (zasada 19 c) iż:

„Bez zgody przynajmniej jednego niezależnego członka rady nadzorczej nie powinny być podejmowane uchwały w sprawach:
 świadczenia z jakiegokolwiek tytułu przez spółkę i jakiekolwiek podmioty powiązane ze spółka na rzecz członków zarządu;
 wyrażenia zgody na zawarcie przez spółkę lub podmiot od niej zależny istotnej umowy z podmiotem powiązanym ze spółką, członkiem rady nadzorczej albo zarządu oraz z podmiotami z nimi powiązanymi;
 wyboru biegłego rewidenta dla przeprowadzenia badania sprawozdania finansowego spółki”.

Towarzyszyło temu założenie, że członkowie niezależni powinni stanowić przynajmniej połowę składu rady nadzorczej. Było to założenie nierealne: wówczas jeszcze mało kto w Polsce słyszał o niezależnych członkach rady nadzorczej, był to na naszym rynku gatunek niezmiernie rzadki, więc – jako realista – ostro krytykowałem pomysł by nagle, z marszu, oddawać niezależnym przynajmniej połowę miejsc w radach. Pisałem: to rozwiązanie idzie o jeden most za daleko. Albo o dwa. Nie kwestionowałem natomiast uprzywilejowania niezależnych, wyposażenia ich w swoiste veto wobec uchwał rady w wymienionych sprawach. Z czasem zaniechano starań o szczególną pozycję niezależnych członków w radzie nadzorczej, a nieudana ustawa o biegłych rewidentach (2009) odebrała im nawet możliwość posiadania akcji nadzorowanej spółki.

Wspomniany wyżej niezależny członek rady nadzorczej, którego ogarniały wątpliwości, czy powinien ujawnić swój głos, kilka lat wcześniej był entuzjastą cytowanej zasady Dobrych praktyk 2002.

Wniosek pierwszy: punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Niezależny członek rady nadzorczej publicznie ogłaszający swoją opozycję wobec poczynań znaczącego inwestora naraża się przecież na to, ze inwestor zablokuje jego reelekcję do rady. Z kolei gdyby uległ on inwestorowi akceptując jego poczynania, inwestor instytucjonalny nie zgłosiłby ponownie jego kandydatury do rady.

Wniosek drugi: nie należy szukać w prawie spółek wskazówek, jak postąpić w omawianej sytuacji. Ksh nie zna instytucji niezależnego członka rady nadzorczej, jak zresztą wielu innych instytucji corporate governance. To zrozumiałe, ponieważ corporate governance nie jest przedłużeniem prawa lecz treścią stosunków rozpościerających się pomiędzy prawem a rynkiem.

Czytaj także:
2003.03.31 O jeden most za daleko
2003.06.23 Niezależni: odrzut z importu

Każdy sobie rzepkę skrobie

Największy problem polskiego rynku kapitałowego polega na tym, że brakuje zgody, jaki jest interes tego rynku i co należy czynić, by go spełnić. Utyskujemy na brak strategii rozwoju rynku, lecz nikt nie czyni dość, by strategia nareszcie powstała. Jak każda poważna spółka, GPW ma strategię, natomiast rynek jej nie ma. Pojawiają się krytyczne głosy o udanej Agendzie Warsaw City 2010, iż gdyby jej wcale nie było, wyszłoby na to samo. Brakuje podmiotów tworzących wspólną tożsamość rynku. Jego potencjał intelektualny jest bardzo rozdrobniony. Reprezentacja emitentów dba, co zrozumiałe, o dobro emitentów, inwestorzy indywidualni baczą na swoje korzyści, organizacje zrzeszające banki, ubezpieczycieli, albo zarządzających funduszami i aktywami sprawnie zabiegają o swoje środowiska, organizacje maklerów lobbują w ich interesie, prawnicy troszczą się o interesy klientów, doradcy o swoje własne. Nie wspomnę w tym kontekście o Polskim Instytucie Dyrektorów, który działa na innych zasadach, nie stoi za nim, nie wspomaga go, żadne określone środowisko, próbuje on na rynku działać jak wolny elektron, wiązać rozmaite środowiska, kreować wspólnotę interesów. Tak usytuowany PID nie wypełnia swojej misji, podobnie jak izba nieszczęsnych, skazanych na pożarcie, funduszy emerytalnych.

Do tej pory uwagę rynku skupiały przede wszystkim spory maklerów z giełdą. Poszło o czas trwania sesji, potem o wysokość opłat. Kiedyś, przed laty, Ludwik Sobolewski, ówczesny prezes GPW, rozważał możliwość uruchomienia dodatkowej sesji wieczornej, swoistej dogrywki dla najbardziej wytrwałych graczy. Z czasem zaniechał tego zamierzenia, za to wydłużył godziny notowań. Dojrzałem w tym sens, byłem bodaj jedynym, który w tej materii giełdę poparł. Maklerzy byli przeciw, podnosili trafne argumenty, że dłuższe godziny pracy to wyższe koszty brokerki, a oni od początku nie wierzyli, by wydłużenie sesji przyniosło z czasem taki wzrost obrotów, który wynagrodzi im te koszty. Czyli ich interes ważył więcej od interesu rynku. Zawarto kompromis, spór jakby przycichł, za to mocniej rozgorzała awantura o opłaty giełdowe. Skoro giełda stała się mutantem, czyli spółką giełdową, a zarazem mutantem mutanta, czyli pozostała spółką w domenie Skarbu Państwa, musi ona dbać o zysk dla swoich akcjonariuszy kosztem dzielonym między emitentów, maklerów i pozostałych inwestorów. Zachodzę w głowę, czy gdyby giełda obniżyła opłaty, mój dom maklerski obniżyłby mi sporą przecież wysokość prowizji pobieranej przy każdej transakcji?

Teraz pojawia się problem relacji między giełdą i depozytem. Jest to temat trudny. Wszyscy się przecież znają na tajnikach działalności giełdy. Gdy ostatnio wymieniano jej prezesa, kolejka kandydatów na Książęcą wiła się hen, daleko, poza Plac Unii Lubelskiej (tak słyszałem od zainteresowanych). Na depozycie nie znamy się wcale. Zdarzało się w przeszłości, że na giełdzie poszło coś nie tak, zerwała się na chwilę nić notowań, prezes ledwo wylądował w Nowym Jorku, a już był wzywany do powrotu (nim wrócił, problemy rozwiązano). Każdy, najmniejszy nawet, kłopot giełdy był wydarzeniem publicznym, przeżywał go cały rynek. O depozycie nikt nigdy nie słyszał, by coś nie działało jak należy, by transakcje rozliczano z opóźnieniem. Jeżeli mieli problemy, rozwiązywali je migiem – co budzi moje uznanie, albo umiejętnie tuszowali – co, gdyby było prawdą, wzbudziłoby mój podziw.

Twórcy architektury polskiego rynku kapitałowego założyli niezależność depozytu. Giełda stała się tworem państwowym, ponieważ domy maklerskie nie kwapiły się do inwestycji, nie dostrzegły, gdzie są konfitury. Władztwo nad depozytem zostało rozdzielone pomiędzy trzech partnerów: giełdę, bank centralny i Skarb Państwa. Na papierze jest to dziwna konstelacja, ale w praktyce wszystko działa sprawnie, depozyt się rozwija i niezmiennie budzi zaufanie. Zapewne budżet chciałby, by resort pozbył się swojego pakietu akcji, nie jest więc wykluczone, że dojdzie do przekształceń własnościowych. Lecz na wyjściu Skarbu Państwa z akcjonariatu bardziej niż depozyt skorzystałaby giełda.

W następstwie pogromu Otwartych Funduszy Emerytalnych giełda redefiniuje swoje miejsce względem otoczenia, krajowego i międzynarodowego. Spodziewam się doniosłych inicjatyw. Ostatnio giełda zgłasza zastrzeżenia, że depozyt za dużo zarabia, więc powinien obniżyć opłaty. Wówczas GPW byłaby spółką i bardziej zyskowną, i może łaskawszą dla maklerów. Jest nawet, jak odczytuję artykuł prezesa Adama Maciejewskiego w Parkiecie (24 IV 2014) zamysł bezwzględnego wcielenia depozytu do giełdy. To nie jest sprawa błaha, do rozegrania między różnymi piętrami budynku przy Książęcej. To ważny temat dla całego rynku. Jestem więc ciekaw, jak rynek zareaguje na takie zamierzenie. Czy w ogóle zareaguje? Czy ważny tekst prezesa wywoła szeroką dyskusję? Przecież dzisiaj każdy sobie rzepkę skrobie, więc czy sprawa wyjdzie poza krąg bezpośrednio zainteresowanych?

Czytaj także: 2010.09.23 Handel popołudniu

Związki w firmie, pieniądze w czarnej dziurze

Współautorką wpisu jest Ewa Jakubczyk-Cały, biegły rewident, prezes PKF Consult

Zarząd powinien raportować koszty prowadzonej w spółce działalności związkowej. Rada nadzorcza powinna je oceniać, a biegły rewident uwzględniać w badaniu sprawozdań.

Spółki notowane na rynkach regulowanych konkurują na wielu płaszczyznach. Jedną z nich jest efektywność kosztowa, inną przejrzystość, istotny element budowania zaufania inwestorów. Linią przecięcia obu płaszczyzn jest lekceważona w Polsce kwestia kosztów działalności związków zawodowych w spółkach. Nie potrafimy ocenić, czy są to koszty wysokie, czy niskie, adekwatne do rozsądnie skalkulowanych potrzeb. Rozdęte czy zaniżone? Uzasadnione oczekiwanymi korzyściami społecznymi i ekonomicznymi, czy oderwane od tych oczekiwań? Nie potrafimy, ponieważ nie wiemy, ile spółki wydają na działające w nich organizacje związkowe i ich działaczy. Nie wiemy, ponieważ zarządy nie wyodrębniają tych wydatków w sprawozdaniach finansowych. Nie oceniają więc ich rady nadzorcze, nie badają biegli rewidenci.

POZOSTAJĄ DOMYSŁY. Informacje, jakie do nas docierają, są fragmentaryczne, chaotyczne i niezweryfikowane. Często pochodzą one ze źródeł nieujawnionych, tym samym niekoniecznie wiarygodnych. Niekiedy są wynikiem domysłów. Czytamy więc, że w spółce (najczęściej z udziałem Skarbu Państwa, bo taka często bywa środowiskiem sprzyjającym przerostom związkowym) działa kilkanaście, lub nawet więcej, związków. Kilkudziesięciu działaczy na etatach związkowych pobiera wysokie pensje. Zarząd przeznacza niemałe pieniądze akcjonariuszy na dofinansowanie udziału związkowców w demonstracjach, niekiedy burzliwych i wymierzonych bezpośrednio przeciwko niektórym spośród akcjonariuszy. Niemniej brakuje liczb, czyli konkretów.

BUTELKOWANA PROMOCJA. Trzeba było raportu NIK (2012 r.) z kontroli w Katowickim Holdingu Węglowym – jest to podmiot niepubliczny, bo z uwagi na marne wyniki nie kwalifikuje się na parkiet – byśmy poznali niektóre wydatki: 7 mln zł to oficjalny roczny koszt działalności związkowej w holdingu. 21 tys. zł to koszt wyprawy związkowców do Kambodży w niewiadomym celu, 440 tys. zł to koszt – uwaga! – „promocji” KWH podczas imprezy jednego ze związków, były to w znacznej mierze zamaskowane wydatki na alkohol.

W tym przypadku roztrwoniono pieniądze KHW i stojącego za nim Skarbu Państwa. W przypadku niektórych spółek notowanych na GPW, zwłaszcza tych z udziałem Skarbu Państwa, trwonione bywają pieniądze należące także do innych akcjonariuszy, którzy jednak nie mają dostępu do informacji, jakie nakłady ponosi spółka na utrzymanie związków zawodowych, jaka jest struktura tych nakładów i jak ocenia je rada nadzorcza (która zazwyczaj nie jest o nich informowana). Stosunki między zarządem spółki a działającymi w niej związkami to często szara strefa, przez którą płyną niemałe pieniądze, by zniknąć w czarnej dziurze.

POSTULOWANE KROKI. Szkodzi to nie tylko finansom spółek, przede wszystkim ich przejrzystości, od której zależy zaufanie pokładane w spółkach przez rynek, a w szerszej perspektywie – pokładane w polskim rynku przez międzynarodowych inwestorów. Zabiegamy o to zaufanie, ponieważ za nim idą inwestycje. Pozyskujemy je, ponieważ polski rynek kapitałowy dojrzewa, dorasta do światowych standardów. Tajność nakładów spółek na związki zawodowe, kwot zgoła bagatelnych z punktu widzenia makro, zaciemnia korzystny obraz polskiego rynku kapitałowego.

Naprawę tego stanu rzeczy warto rozpocząć od Dobrych praktyk spółek notowanych na GPW, czyli przyjętych przez giełdę przy współudziale rynku wskazówek postępowania poddanych formule comply or explain: stosuj po dobroci lub wyjaśnij, dlaczego nie stosujesz. Trwają właśnie prace nad nową redakcją Dobrych praktyk. Powinna znaleźć się wśród nich zasada, że zarząd spółki uwzględnia w sporządzanym przezeń dorocznym sprawozdaniu finansowym wysokość i strukturę nakładów na prowadzoną w spółce działalność związkową, a rada nadzorcza ocenia ich racjonalność. Sprawozdania podlegają badaniu przez biegłych rewidentów.

Gdyby formuła „stosuj lub wyjaśnij” nie okazała się dość skuteczna, należałoby rozważyć wprowadzenie przez Ministerstwo Finansów odpowiedniej regulacji do rozporządzenia o obowiązkach informacyjnych spółek notowanych na rynku regulowanym. Gdyby natomiast zaszła potrzeba objęcia taką regulacją także podmiotów nienotowanych, wymagałoby to dokonania kolejnej nowelizacji ustawy o rachunkowości, z czym wszakże radzimy zaczekać.

Artykuł ukazał się 7 kwietnia 2014 r. w dzienniku Rzeczpospolita.
Czytaj także: 2011.06.03 Niebezpieczne związki