Miesięczne archiwum: Lipiec 2014

Ornamentariusze

Światowe media poświęcają wiele uwagi wynagrodzeniom menedżerów. Koncentrują się na ogłaszaniu kwot zarabianych przez zarządzających. Opinia publiczna jest zgodna: prezesi, te tłuste koty, zarabiają dużo za dużo. Specjaliści polityki wynagrodzeń dodają, że przepłacani menedżerowie są zdemotywowani, a ich otoczenie – zdemoralizowane.

Mniej zainteresowania budzą zarobki nadzorujących. Do opinii publicznej rzadko przenikają informacje o tym, ile zarabia przewodniczący rady nadzorczej, ile członek komitetu audytu itd., oraz dlaczego tak mało. Otóż nożyce zarobków w zarządach i radach nadzorczych są coraz bardziej rozwarte, za co odpowiedzialność ponoszą w znacznej mierze same rady, ponieważ najczęściej to one ustalają zarobki w zarządach. Niemniej opinia publiczna nie zdaje sobie sprawy, że w polskich spółkach giełdowych członkowie rad nadzorczych zarabiają o wiele za mało, w związku z tym i oni są zdemotywowani, a ich otoczenie – zdemoralizowane. Nie wiem, co bardziej szkodzi rynkowi: zawyżone zarobki zarządów, czy zaniżone wynagrodzenia rad nadzorczych.

Dostrzegam tez smutny paradoks: w Polsce opinia publiczna prędzej wybaczy prezesom ich zarobki liczone w milionach, niż członkom rad nadzorczych ich skromne wynagrodzenie, nieproporcjonalne do ciążących na nich zadań i odpowiedzialności. Wielu nie zdaje sobie sprawy, że praca w radzie nadzorczej to nie tylko udział w posiedzeniach. Ileż razy przyszło mi rozmawiać z dziennikarzem, który wyliczał tak: członek rady zarabia 24 tysiące zł rocznie uczestnicząc w sześciu posiedzeniach trwających przeciętnie po cztery godziny, czyli jego stawka za godzinę wynosi tysiąc złotych… Nastroje wokół wynagrodzeń rad są psute przez nieuków, ale nie bez winy jest sam premier, który – wypowiadając się (słusznie!) za objęciem wynagrodzeń rad składką na ZUS – użył sformułowań sugerujących jakoby owe wynagrodzenia były niezasłużone.

Wynagrodzeń członków rad nadzorczych dotknęła klątwa znana z epoki słusznie minionej: pracownik udaje, że pracuje, pracodawca udaje, że płaci. Członek rady nie jest pracownikiem nadzorowanej spółki, ta zaś nie jest jego pracodawcą, lecz przecież reszta się zgadza: członkowie rad nadzorczych udają, że nadzorują, spółki udają, że pracą za nadzór. Gdy dojdzie do katastrofy, członkowie rady oświadczą: „niczego nie wiedzieliśmy, zarząd nic nam nie mówił, byliśmy więc przekonani, że wszystko jest w porządku”. Nie biorę tych słów z powietrza, tak zeznają przed sądem członkowie rad nadzorczych spółek z rodziny WGI. Wielu prezesów prywatnie przyznaje, że owszem, wynagrodzenia członków rady nadzorczej są rozpaczliwie niskie, lecz i tak są za wysokie, skoro nadzorcy spełniają wyłącznie rolę ornamentariuszy i nie sprawują nadzoru nad działalnością spółki, ponieważ nie potrafią: nie ogarniają złożonych dziedzin jej działalności, nie rozumieją natury prowadzonego przez nią przedsiębiorstwa.

Na temat wynagradzania polskich rad nadzorczych utyskiwać można w nieskończoność, więc dzisiaj zajmę się jednym tylko wycinkiem problemu. Jest nim wynagradzanie członków rady za udział w posiedzeniu. Mniejsza z tym, czy są oni opłacani po 500 zł, czy po 5 tysięcy za posiedzenie – szkodliwe jest założenie, że członek rady pracuje tylko na posiedzeniach. W Polskim Instytucie Dyrektorów prowadziłem dziesiątki warsztatów pod hasłem „Rada nadzorcza na posiedzeniu i poza posiedzeniem”. Ich celem było zobrazowanie faktu, że dobrze zorganizowana rada nadzorcza może wykonać znaczą część swoich zadań poza posiedzeniami. Zadaniem rady nie jest odbywanie posiedzeń, ale sprawowanie stałego (powtórzę: stałego!) nadzoru nad działalnością spółki we wszystkich dziedzinach jej działalności. Nie uda się tego osiągnąć wyłącznie na posiedzeniach, nawet gdyby rada miała obradować „w permanencji”. Zresztą liczba odbytych posiedzeń wcale nie świadczy o jakości prac rady. Członkowie rady powinni wykonywać swoje obowiązki nieprzerwanie, jak rok długi, a ich wynagrodzenie powinno to odzwierciedlać.

Na polskim rynku brak jasnych reguł wynagradzania rad, zresztą wynagrodzenie wcale nie jest obligatoryjne. Jedne spółki uważają zatem, że członkom rady nadzorczej należy płacić za pracę głową, inne – że za używanie innej części ciała do wysiadywania wynagrodzeń. Uważam przeto, że wynagradzanie członków rady za udział w posiedzeniu (najczęściej śmieszną kwotą) jest czytelnym sygnałem słanym przez spółkę rynkowi: moja rada nadzorcza jest fikcją, żałosnym parawanem, składa się ona z ornamentariuszy bylejak pracujących, więc bylejak opłacanych. Nie mogę nadziwić się inwestorom, którzy takiej spółce powierzają kapitał.

Tekst ukazał się 29 lipca 2014 r. w Gazecie Giełdy PARKIET

KNF, czyli Hitchcock po polsku

Nieopodal polskiego rynku kapitałowego usiłują przywołać ducha niezapomnianego Pana Alfreda, ale zapomnieli, że nie kręcił on komedii!

Wszyscy znamy receptę Mistrza na sukces: utrzymać zainteresowanych w potęgującym się napięciu. Żartowano, że Hitchcock otwiera intrygę kataklizmem, a później stopniuje grozę. Jego śladami podąża Komisja Nadzoru Finansowego pisząc swoje zajmujące scenariusze. Przeto najpierw wzbraniano się mocno przed zatwierdzeniem Sławomira Lachowskiego na prezesurze FM Banku. Rodziło to emocje, szalone domysły, maleńki bank rozkołysał wyobraźnię rynku: jakież to mroczne sekrety skrywa za pazuchą pan Sławomir, jakież ryzyko czai się i kłębi w jego uskrzydlonej wyobraźni, że organ administracji w pełnym majestacie państwa prawa tak długo dawał mu odpór? Aż tu zwrot akcji, całkiem niespodziany: KNF złagodniała, zatwierdziła pana Sławomira. Lecz cóż to? – widać decyzję powzięto w rozkroku, skoro przewodniczący i jeden z jego zastępców nieustępliwie głosowali przeciw. Na darmo kładli się pod drzwi Rejtanem, drugi z zastępców głosował z większością, w zespole nastąpił rozłam. Kamera pokazuje tajemniczą grę cieni na ścianie. Cięcie.

Retrospekcja: Komisja nie zawsze głosuje jednomyślnie. Różnice zdań nie są rzadkie. To dodaje akcji niezbędnej dramaturgii. Oto dowódca i jego przyboczny już osiodłali konie, już wyruszali na bój, na bój, gnać precz Małego Rycerza, gdy niepokorni towarzysze broni odtrąbili odwrót. Takiej sekwencji zdarzeń nikt się nie spodziewał. Publiczność przygryza palce.

Napięcie stale narasta. Trwa przecież kolejna przerwa w obradach walnego zgromadzenia warszawskiej GPW. Pod koniec czerwca wybrano nowego prezesa i ogłoszono przerwę w oczekiwaniu na udzielenie mu przez Komisję przyzwolenia na objęcie stanowiska. Publiczność przypuszczała, że to formalność, wszak elekt nie jest osobą nieznaną, dał się poznać z różnych stron, i jako urzędnik państwowy, i jako człowiek rynku. I tu znienacka nastąpił zwrot akcji: zgody nie udzielono w oczekiwanym terminie, trzeba było walne zgromadzenie odroczyć po raz wtóry, lecz nie można go odraczać w nieskończoność. Spoza kadru głos lektora informuje struchlałą publiczność, że przerwy w zgromadzeniu nie mogą łącznie trwać dłużej niż trzydzieści dni. Czyli Komisja ma czas tylko do 24 lipca! Wiatr obraca kartki kalendarza. Cięcie.

Po klapsie chwila oddechu: Komisja zbierze się już 22 lipca, zapewne wtedy wyda oczekiwaną zgodę. Jak grom spada na nas wieść, że zajęto się czymś zgoła innym. Komisja okazała jednomyślność i urodziła instrukcję służbową dla podmiotów nadzorowanych, jak mają postępować, by zadowolić nadzorcę. Ów kwit powstawał długo, podobno był gotowy miesiąc wcześniej, lecz Hitchcock czarował tym właśnie, że nigdy widz nie wiedział, co nastąpi w kolejnym ujęciu. A skoro chwalono (bo uchwalono) instrukcję, nie było czasu, by zająć się nieszczęsnym elektem giełdy. Niech poczeka w niepewności, a nuż lustratorzy znajdą coś na niego w pożółkłej ze starości dokumentacji nieistniejącego już domu maklerskiego. Należał on – uwaga! – do Banku Staropolskiego, jest to nazwa niepomiernie akustyczna, kiedy ten bank upadał, nie było jeszcze Komisji ani jej poprzedniczki, i nie byłoby ich może, gdyby bank właśnie nie upadł. A upadł z hukiem, bęc! Lecz co ma piernik do wiatraka? To mianowicie ma, że piernikiem był na starość Alfred Hitchcock, a Komisja jest wiatrakiem zwolna mielącym regulacje rynku. Wiatrakiem osobliwym, który kręci się pod wiatr. Cięcie!

Zaś aspekt komediowy omawianej sekwencji wydarzeń polega na tym, że objaśnienia znaczeń terminologii, z jakiej sklecono wspomnianą instrukcję urzędową dla podmiotów nadzorowanych, nazwaną dla niepoznaki zbiorem zasad ładu korporacyjnego, mógłby najlepiej dokonać Humpty Dumpty z „Alicji po drugiej stronie lustra”. Twierdził on otóż, że słowa mają dokładnie takie znaczenie, jakie on pragnie im nadać. Po tamtej stronie lustra było to możliwe. Po tej stronie unikajmy dwuznaczności, wszak gramy o pieniądze.

Przypisek autora: proszę zwrócić uwagę, że nie zakwalifikowałem tego tekstu do działu FACECJE, ponieważ sprawa jest poważna. Chodzi o GOVERNANCE. O jakość władztwa. Tym razem nie w spółce, a w państwie.

Ile razy w roku?

Znane jest powiedzenie lorda Actona, liberalnego para Anglii, że władza korumpuje, zaś władza absolutna korumpuje absolutnie. Na gruncie corporate governance brzmiałoby ono: władza korumpuje, zaś władza pozbawiona nadzoru korumpuje… nadzór.

Kodeks spółek handlowych stara się na wiele sposobów zapobiec sytuacji, by spółka akcyjna została pozbawiona efektywnego nadzoru. Przewiduje on m.in., ze rada nadzorcza powinna być zwoływana w miarę potrzeb, nie rzadziej jednak niż trzy razy w roku obrotowym. Zwoływana po to, by odbyć posiedzenie. Przepis ten wszedł w życie dopiero 1 stycznia 2001 roku; wcześniej prawo nie regulowało kwestii częstotliwości posiedzeń rady. Niemniej ustawodawca, wcale nieskory do ingerowania w wewnętrzne życie spółki, uznał jednak, że tę właśnie sprawę należy unormować. Spółka może w swoim statucie ustalić, że rada zbiera się częściej niż trzy razy w roku, lub że zbiera się co miesiąc, dwa miesiące lub kwartał, ale postanowienia dopuszczające, by rada odbywała mniej niż trzy posiedzenia w roku są nieważne z mocy prawa.

Zatem rada toczy swoje prace pomiędzy dwoma brzegami wyznaczonymi przez kodeks. Nie może spotykać się rzadziej, niż trzy razy w roku. Nie powinna spotykać się częściej, niż to wynika z potrzeb. Lecz można zapytać: skoro ustawa wymaga, by rada nadzorcza sprawowała stały nadzór nad działalnością spółki we wszystkich dziedzinach jej działalności – czy możliwa jest sytuacja, że rada zbiera się bez potrzeby? Otóż tak. Posiedzenie zwołane bez potrzeby to takie, które nie zostało należycie przygotowane, zawczasu przemyślane, które nie podjęło żadnej uchwały. Posiedzenia zwoływane bez potrzeby, przeto poświęcone biciu piany i nie zakończone uchwałami w sprawach merytorycznych, przeczą istocie nadzoru i demoralizują nadzorowaną spółkę. Za to ilekroć zachodzi potrzeba, należy zwołać radę. Nawet gdyby nie dostrzegał tej potrzeby przewodniczący rady, dostrzegą ją jej członkowie, lub zarząd jako organ, który może pilnie potrzebować uchwały rady nadzorczej.

Dlatego Ksh daje prawo żądania zwołania rady wszystkim jej członkom z osobna i zarządowi występującemu z odpowiednią uchwałą w tej sprawie. Jeżeli przewodniczący rady nie zwoła posiedzenia w terminie dwóch tygodni od dnia otrzymania wniosku, wnioskodawca może zwołać je samodzielnie. Oddając członkom rady i zarządowi spółki ważny instrument w postaci żądania zwołania posiedzenia, prawo zdejmuje z nich poczucie bezradności względem ewentualnej bezczynności organu nadzoru, ale zarazem nakłada na nich odpowiedzialność za zwoływanie rady w miarę potrzeb. Wprawdzie kodeks wspomina jedynie o zwoływaniu rady, a nie o odbywaniu przez radę posiedzenia, lecz chodzi o to samo, bo tylko po to zwołuje się radę, żeby odbywała posiedzenia. W istocie po to odbywa ona posiedzenie, by podejmować uchwały.

Od dawna głoszę tezę, że dobrze zorganizowana rada nadzorcza może wykonać znaczną część swojej pracy poza posiedzeniami. Bez odbywania posiedzeń rada może przecież (jeżeli statut to dopuszcza, ale statuty spółek giełdowych z reguły dopuszczają) podjąć uchwały. Bez odbywania posiedzeń plenarnych rada może pracować w komitetach: w spółkach giełdowych komitet audytu jest już w zasadzie obligatoryjny, komitet wynagrodzeń jest na najlepszej drodze do uzyskania podobnego statusu, a inne komitety dowiodły w wielu spółkach swojej przydatności.
Rada może delegować swoich członków do samodzielnego pełnienia, poza posiedzeniami, określonych czynności nadzorczych. Może też żądać od pracowników spółki sprawozdań i wyjaśnień udzielanych jej poza formalnymi posiedzeniami, bo też poza plecami zarządu.

Lecz nawet gdyby rada systematycznie wykorzystywała wszystkie formy działalności poza posiedzeniami, gdyby przy tym osiągnęła wysoką skuteczność sprawowanego przez nią nadzoru – przecież, pomimo to, będzie ona zobowiązana do zwoływania posiedzeń przynajmniej trzy razy w roku. Warto jednak zdać sobie sprawę, że posiedzenie samo w sobie nie jest jeszcze wartością. I że nawet regularnie odbywanie posiedzeń nie daje samo w sobie możliwości sprawowania stałego nadzoru nad działalnością spółki. Trzeba się jeszcze wysilić.

Czytaj także:
2010.05.11 Posiedzenie nie jest wartością
2001.08.26 Miara potrzeb

Kiedy przerwa znaczy wstyd

Przed laty nazwałem walne zgromadzenie polskiej spółki giełdowej „walnym zwyrodnieniem”. Działo się wtedy wiele: brutalnie wyrzucana za drzwi mniejszość często, na wszelki wypadek, przychodziła z własnym notariuszem, więc odbywały się dwa walne zgromadzenia, jedno w wyznaczonej sali obrad, drugie na parkingu przed budynkiem, każde z nich wybierało swoją radę nadzorczą, każda rada powoływała swój zarząd, później w spółce działały dwie rady, dwa zarządy, dwie firmy ochroniarskie; silniejsza decydowała, kto przejmie w spółce rządy.

Bałaganu było co niemiara. Aby go poskromić, zaproponowałem by dobre praktyki spółek publicznych zacząć rozdziałem porządkującym walne zgromadzenie. W świecie dziwiono się takiemu rozwiązaniu: na przełomie stuleci wiele rynków przyjmowało dobre praktyki, nigdzie nie wysuwano walnego zgromadzenia na pierwszy plan, w niektórych zbiorach dobrych praktyk w ogóle o nim nie wspominano. My wyszliśmy jednak z założenia, że naoliwić trzeba wpierw to koło, które najgłośniej skrzypi. Nieprawidłowości na walnych zgromadzeniach szczególnie dawały się we znaki, podważały wiarygodność rynku, zaufanie do spółek i giełdy. Z samego Waszyngtonu zjechali wówczas do Polski mądrale – eksperci międzynarodowych organizacji finansowych, którzy sąsiednim rynkom podtykali gotowe wzorce dobrych praktyk, a mnie wypytywali, co oznacza „walne zwyrodnienie”. Po angielsku moje wyjaśnienie brzmiało mniej więcej tak: instead of general meetings of shareholders we often have general beatings of shareholders. Wspierałem to mową ciała uderzając pięścią w otwartą lewą dłoń.

Jedną z najbardziej zwyrodniałych praktyk walnego zgromadzenia było odraczanie obrad w nieskończoność. Wymyślili to bystrzacy z zachodnich kancelarii prawnych. Na ich wniosek walne zgromadzenie ogłaszało więc przerwę trwającą, na przykład, trzy miesiące. Bystrzacy natychmiast wnioskowali o zwołanie następnego walnego zgromadzenia, w którym także ogłaszano długa przerwę. W trakcie tej przerwy wznawiano poprzednie zgromadzenie lub zwoływano kolejne, czasem po to, by niebawem je odwołać. Poczciwi akcjonariusze tracili orientację, które walne i z jakim porządkiem wznawia akurat obrady (zresztą nierzadko po to, by niebawem odroczyć się znowu) – i o to właśnie chodziło. Gdy wśród akcjonariuszy znaleźli się kanciarze, zaraz żądali, aby dziennikarze opuścili walne zgromadzenie, ponieważ nie bano się Boga, komisji, giełdy lub prokuratora, za to bano się – i słusznie – prasy. Majstrowano przy regulaminie walnego zgromadzenia, przy wyborach przewodniczącego, z porządku obrad zdejmowano sprawy wnioskowane przez akcjonariuszy. Najbardziej dokuczliwy był jednak festiwal przerw.

Nic dziwnego, że ustawodawca postanowił ukrócić swawole. Ksh, owszem, dopuszcza, by walne zgromadzenie zarządzało przerwy w obradach, lecz stawia dwa warunki: przerwy uchwala się większością dwóch trzecich głosów, a łącznie przerwy nie mogą trwać dłużej niż trzydzieści dni. Jest to regulacja pożyteczna, lecz pozostawia przestrzeń dla zwyrodnień, o czym świadczą naganne praktyki związane z odraczaniem jednego z walnych zgromadzeń IDM SA. Czytam, że prezes tej spółki, tak brawurowo przezeń zarządzanej, nie wini o nic siebie, upatrując przyczyny upadku w koniunkturze, a także w karaniu spółki przez KNF. Na Komisję wyrzekają także i Platforma Mediowa Point Group, i niesławny inwestor Falenta, podobno zamieszany w aferę podsłuchową. Jak w kryminale złoczyńcy odsiadują kary „za niewinność”, tak KNF miałaby poniewierać niewinnych karami. Jest na takie skargi termin: chucpa!

Mam jednak Komisji za złe, że z takim namaszczeniem celebruje procedurę wydawania zgody Pawłowi Tamborskiemu na objęcie prezesury GPW. Komisja już zdążyła pokazać, jak jest ważna, nie musi demonstrować tego znowu. Ponieważ Paweł Tamborski pracował kiedyś w Londynie, Komisja chciałaby zlustrować i ten fragment jego życiorysu – niepomna, że gdyby kariera kandydata kryła jakąkolwiek mroczną sprawę, dawno wyszłaby ona przecież na jaw, był Tamborski lata na widoku jako aktywny podsekretarz stanu w Ministerstwie Skarbu Państwa. W oczekiwaniu na decyzję Komisji już dwukrotnie zarządzano przerwy w obradach walnego zgromadzenia GPW. Inna sprawa, że Skarb Państwa pokpił przygotowanie walnego. Chcemy, by nasza giełda przewodziła rynkom regionu, a nie potrafimy zadbać o jej interesy. Wstyd.
Czytaj także: 2011.06.03 Walne zwyrodnienie

Sukcesja, siostra kadencji

Gdybym miał przysposobić do realiów rynku mądrą radę księdza Jana Twardowskiego, nadałbym jej brzmienie: „Śpieszmy się zaplanować sukcesję, prezesi tak szybko odchodzą”. Jeden odejdzie zamroczony wiekiem, chyląc ku ziemi poradlone czoło, innego potrąci ciężarówka z lodami, jeszcze innych zmiecie choroba, skandal, kryzys, nieudolność, nietrafiona inwestycja, publikacja podsłuchanych niedyskrecji. Ktoś odejdzie, bo spełnił swoją misję, zaś wielu innych odchodząc ogłosi jej spełnienie. Kogoś odwołają bez powodu, co bywa praktykowane w spółkach z udziałem Skarbu Państwa. Szkopuł nie tkwi w tym, że dochodzi do zmian na najwyższych stanowiskach w spółkach, lecz w tym, że wiele spółek – nie mając planów sukcesji – wpada z powodu tych zmian w turbulencje.

Znaczna większość spółek notowanych na GPW nie ma planów sukcesji. Akcjonariusze nie potrafią wymóc przygotowania sukcesji, rady nadzorcze nie mają dość kompetencji, by je należycie przeprowadzić, sami prezesi nie są zainteresowani podjęciem tematu sukcesji, upatrując w nim poważne zagrożenie. Rzadko się zdarza, by prezes sam wyhodował delfina, zresztą sukcesor nieuchronnie zacznie od wprowadzenia zmian, a rynek zapewne nagrodzi i spółkę, i sukcesora, rentą świeżości i nadziei. Prezesi są też świadomi, że rekomendując sukcesorów, żyrują im weksle in blanco. Odniesie sukcesor sukces – chwała spłynie na niego; zazna niepowodzenia – podzieli się winą z promotorem.

Idealna sukcesja następuje po zakończeniu kadencji. Rzecz w tym, że w polskiej praktyce kadencja jest pojęciem abstrakcyjnym. Zmiany w zarządzie, w tym zmiany prezesa, dokonywane są w dowolnej chwili. Użalam się nie nad prezesami, a nad akcjonariatem, który wnosi do tych gier pieniądze i bywa oszukiwany. Kiedyś użaliłem się nad sobą, gdy po gwałtownym przesileniu w spółce przyszło mi przyjąć delegację z rady nadzorczej na fotel prezesa, co było doświadczeniem dramatycznym (poniżej odsyłam do archiwalnego tekstu „Następstwo tronu”). Bez dramatu, natomiast ciekawie, przebiegł niedawny proces sukcesji w Polskim Instytucie Dyrektorów.

W 2002 roku, po sześciu latach posługi na stanowisku prezesa PID zostałem powołany na kolejną trzyletnią kadencję. Z mojej metryki wynika, że w chwili jej ukończenia miałbym 72 lata, co w przypadku prezesa niewielkiej organizacji pozarządowej byłoby do przyjęcia. Rok 2012 przyniósł dotkliwą stratę, nie wyszło nam kilka projektów. Gryzłem się tym, trapiłem. Czułem się coraz gorzej. Po ostrym zawale w kwietniu 2013 r. podjąłem decyzję o przejściu na emeryturę. Zwróciłem się do SpencerStuart, szanowanej firmy executive search, o pomoc w procesie sukcesji. Rzecz w tym, że błędnie określiłem profil potencjalnego następcy.

Wyobraziłem sobie, że posadą w Polskim Instytucie Dyrektorów, instytucji prestiżowej lecz biednej jak mysz świecka, będzie zainteresowany gentleman of the means – osoba materialnie niezależna, z doświadczeniem na rynku kapitałowym i znajomością materii corporate governance, w wieku przedemerytalnym lub wczesnym emerytalnym. Usiłowałem więc sklonować… siebie. Eksperci SpencerStuart wskazali doskonałych kandydatów, przeprowadzili z nimi wiele rozmów, niektórych nawet zakwalifikowali do spotkań ze mną na temat szczegółów proponowanej im misji. Lecz wielu kandydatów mierzyło znacznie wyżej, innych odstręczyło proponowane im (skromne!) wynagrodzenie, ktoś myślał, że to praca na kilka godzin w tygodniu… Czas płynął, jeszcze trzykrotnie trafiłem do szpitala, a sukcesora nie było.

Moja najbliższa współpracownica Katarzyna Łasak widziała sprawę inaczej. Umyśliła sobie, że prezesem mogłaby zostać osoba o pokolenie (lub półtora) młodsza: kobieta, radca prawny z doświadczeniami w nadzorze nad rynkiem kapitałowym, praktyką w międzynarodowych kancelariach , udziałem w poważnych transakcjach w Warszawie i Londynie, do tego z tytułem MBA, współpracująca z Akademią PID – czyli mec. Beata Binek. Należało ją jeszcze namówić do wejścia w moje buty. Katarzyna dokonała tego! Zaaprobował tę kandydaturę Andrzej Maciejewski (SpencerStuart), Adam Maciejewski (prezes GPW, niespokrewniony z pierwszym) entuzjastycznie ją poparł, przychylił się do niej rozważny Wiesław Rozłucki i Rada Fundatorów z Marią Wiśniewską na czele. Przydługi proces sukcesji zakończył się powodzeniem, fundacja PID przeszła w dobre ręce, a ja – (już tydzień temu) nareszcie na emeryturę, rok przed upływem kadencji, lecz słabujące zdrowie nie pozwoliło przecież jej dosłużyć. Łatwiej było wymachiwać piórem na temat sukcesji i kadencji, niż rozwiązywać praktyczne problemy…

Czytaj także:
2003.12.29 Następstwo tronu
2004.11.01 Kupczenie synekurami

Po byku

Ledwo opuściłem Warszawę, by „na prowincji” zażywać starości, wybuchła awantura. Parafianie zaprotestowali przeciwko pomysłowi postawienia na Placu Trzech Krzyży, nieopodal kościoła p.w. św. Aleksandra, figur byka i niedźwiedzia, symboli pobliskiej Giełdy Papierów Wartościowych. Naszło mnie kilka zdziwień.

Nie zdziwił mnie pomysł GPW stawiania figur na placu, ponieważ po jej paru inicjatywach pod hasłem Kapitalna Warszawa, nic dziwić nie powinno. Można było się spodziewać, że innowacyjna GPW zechce przyćmić i palmę z pobliskiego ronda, i tęczę z Placu Zbawiciela. Natomiast nie spodziewałem się oporu społeczności parafialnej. Przyrównywanie przez nią giełdowego byczka Fernando do złotego cielca świadczy, że ktoś ma źle w głowie; niech poczyta biblię, to zmądrzeje. Oczekiwałbym raczej sprzeciwu Ministerstwa Gospodarki, zaniedbującego rynek kapitałowy. Może nie cały, ponieważ niedźwiedzia urzędnicy hołubią, tylko byk im nie w smak. Nie zdziwiłoby mnie zgorszenie parlamentarzystów, podążających przez plac ku Sejmowi, zwłaszcza tych z opozycji wobec rynku kapitałowego. Masakrując OFE, już skazali giełdowego byka na ubój rytualny.

Lepszym miejscem byłby Plac Powstańców Warszawy, gdzie mieszczą się siedziby NBP, Komisji Nadzoru Finansowego, Polskiego Instytutu Dyrektorów, UOKiK, Naczelnego i Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego, wreszcie czekoladziarnia Wedla, która nie nagrywa rozmów gości. Ale figury byka i niedźwiedzia należałoby ustawić tyłem do KNF, jak Komisja i jej Urząd ustawiają się do rynku kapitałowego. Szkopuł w tym, że plac nosił kiedyś imię Napoleona i jest już na nim popiersie cesarza, który nie kojarzy się z bykiem czy niedźwiedziem, raczej z osłami („Osły i uczeni, do środka!”) zapędzonymi pod piramidami do wnętrza czworoboków.

Można byłoby rozważyć ustawienie figur byka i niedźwiedzia przy Świętokrzyskiej, na dziedzińcu Ministerstwa Finansów, lecz giełdowy byk jest tam uważany za skurczybyka, zaś resort zapewne wolałby wznieść pomnik podatku. Taki pomnik mają już w Paryżu, wszak Wieża Eiffla to nowojorski Empire State Building po zapłaceniu podatku.

A w Bukareszcie szef miejscowej giełdy został prezesem poczty. Ludzie, zejdźcie z drogi, bo listonosz jedzie!

Prawdziwy twórca CSR

JAN BLOCH (1836 – 1902). Kapitalista, pacyfista, filantrop. Pod redakcją Andrzeja Żora. Fundacja im. Jana Blocha – Wydawnictwo Trio 2014. Stron 196.

Do pojęcia corporate social responsibility podchodzę z rezerwą. Trzy są po temu powody. Pierwszy: nie korporacje są, lub powinny być, społecznie odpowiedzialne, nie ogólnie pojmowany biznes, a ludzie, którzy uprawiają biznes, działają w korporacjach, nie tylko na ich szczytach, także u podstaw. Już Edward Thurlow (1731-1806), brytyjski lord kanclerz za panowania Jerzego III, zauważył: „A corporation has no soul to be damned and no body to be kicked”. Rozwinął tę myśl amerykański myśliciel Henry David Thoreau (1817-1862): “It is truly enough said that a corporation has no conscience. But a corporation of conscientious men is a corporation with a conscience”.

Drugi powód: odrzuca mnie współczesna formuła CSR jako środka na poprawę reputacji nadwątlonej niepohamowanym dążeniem spółki do zysku. A powód trzeci to wrzawa podnoszona przez pracownice działów public relations z powodu byle „projektu”, w jaki angażuje się ich firma, czy będzie to wspieranie biegu przełajowego, czy kampania promowania mycia uszu.

Wszystkim prawdziwie zainteresowanym tematyką społecznej odpowiedzialności biznesu zalecam refleksję nad dziełem Jana Gottlieba Blocha, jednego z najbogatszych ludzi świata, a także najbardziej zasłuzonych postaci swojej epoki. Z inicjatywy Fundacji im. Jana Blocha ukazała się właśnie kolejna pozycja o carze kolei. Poprzednią, bardzo ciekawą, ogłosił amb. Andrzej Żor pod mylącym tytułem „Figle historii” (zob. odsyłacz poniżej). Obecną Żor współtworzył, zredagował, opatrzył przedmową. Jego wkładem są ogłoszone na prawach rozdziałów świetne szkice „Kronenberg i Bloch. Studium porównawcze” oraz „Postać Jana Blocha w utworach literackich”.

O Kronenbergu wiemy znacznie więcej. Pamięć o nim pielęgnują Bank Handlowy w Warszawie i jego fundacja. Bloch nie jest w Polsce szerzej znany, a światu często jawi się, jako Iwan, Rosjaninem. Nieprzypadkowo przecież, gdyż z jego inicjatywy car Mikołaj II zwołał w 1899 r. do Hagi powszechną konferencję pokojową, nazywaną dzisiaj Pierwszą Haską; jej plonem były ważne konwencje o prawie pokoju i wojny. Nieprzypadkowo i z tego powodu, że w Rosji stworzył Bloch fundamenty wielkiego majątku, co zadziwia, ponieważ nie wiemy, jak młodociany niedouk, siódmy z dziewięciorga dzieci ubogiego farbiarza z Radomia, szybko zdobył pieniądze i wpływy. Zamieszkał i działał w Warszawie, a z troski o jej bezpieczeństwo na wypadek wojny przedsięwziął zakrojone na ogromną skalę badania nad pokojem. Przyniosły one jego monumentalną pracę o przyszłej wojnie, stworzyły podwaliny pod przyszłą polską służbę statystyczną, pod pierwsze w świecie Muzeum Wojny i Pokoju, Politechnikę Warszawską – i wiele innych osiągnięć, nawet klub Związku Banków Polskich działa w budynku lazaretu wzniesionego przez Blocha. Jednak „kapitalista, pacyfista, filantrop” nie był lubiany, pisano przeciw niemu za pieniądze podłe paszkwile, szargano opinię, godzono w zaufanie. Józef Ignacy K. poszedłby dzisiaj do ciupy za opluwanie godności zasłużonego biznesmena, który lubo kiedyś ewangelik, później katolik, lubo uszlachcony, obsypany honorami, tytułami, był w antysemickim imperium postrzegany głównie jako Żyd.

Książka zawiera także „wywiad – rzekę” (rzeczkę?), jaki z Blochem przeprowadził w epoce Pierwszej Konferencji Haskiej William T. Stead, artykuł Katarzyny Szwarc „Jan Bloch i Muzeum Wojny i Pokoju w Lucernie”, wartościowy szkic Elżbiety Mazur i Krystyny Pawlak „Bogactwo w służbie społeczeństwa” o społecznej wrażliwości Blocha i jego osiągnięciach, oraz odkrywczy (przynajmniej dla mnie) artykuł Justyny Guze „Jan Gottlieb Bloch – kolekcjoner rysunków na skalę europejską. W stulecie daru Emilii z Kronenbergów Blochowej”. Całości dopełniają obszerna bibliografia i indeks nazwisk. Przyznam, że nie mam pojęcia, czy i gdzie można omawianą książkę nabyć. Otrzymałem egzemplarz od Krzysztofa Szwarca, przewodniczącego Rady Fundacji im. Jana Blocha, z przemiłą dedykacją. Prócz Pana Krzysztofa pamięci Jana Blocha wielce zasłużyli się także: niestrudzony autor Andrzej Żor i nieżyjący już dr Andrzej Werner. Chylę cylinder.

Czytaj także:
2005.10.10 Opowieść o tytanie