Miesięczne archiwum: Sierpień 2014

Przepis przydrożny

Gdybym znał status majątkowy kandydatów do rady nadzorczej, w przypadku zbliżonych kwalifikacji głosowałbym na zamożniejszego!

Są w polskim prawie przepisy, których obowiązywania jesteśmy powszechnie świadomi, ale przechodzimy obok nich jak wędrowiec mija przydrożne kapliczki: spojrzy, przeżegna się, czasem przystanie, zmówi pacierz i wnet pójdzie dalej w obranym wcześniej kierunku. Ani przydrożna kapliczka nie zawróci wędrowca ze szlaku, ani przydrożne przepisy nie wpłyną na nasze zachowania. Do takich przepisów zaliczam te traktujące o odpowiedzialności członków rady nadzorczej. Czasem zamyślimy się nad nimi, ktoś przeżegna się w intencji, by nie ponieść odpowiedzialności, lecz wiemy, że te przepisy są jak kapliczki: martwe, zostaną w miejscu, nie pogonią za nami.

Na kursach dla kandydatów do rad nadzorczych uczy się ich, że członkowie rad ponoszą odpowiedzialność całym majątkiem. Kto przezorny, pobiegnie przepisać majątek na współmałżonka. Kto rozsądny, wzruszy ramionami – przecież jeszcze żaden członek rady nadzorczej nie został puszczony bez skarpetek, chociaż niejeden zasłużył na takie potraktowanie. Członkowie rad, którzy skandalicznie zaniedbywali swoje obowiązki i przyczynili się do poniesienia przez nadzorowaną spółkę szkody w większym rozmiarze, w najgorszym razie zostają wezwani przed sąd, by oświadczyć, że o niczym nie wiedzieli.

Od członków rad nadzorczych wymaga się wiedzy, doświadczenia, kwalifikacji. Chodzi o kwalifikacje zawodowe. Niekiedy wspomina się także o kwalifikacjach moralnych. Żadna ze znanych mi spółek nie wymaga od członków rad nadzorczych kwalifikacji materialnych. Niby ponoszą oni odpowiedzialność majątkową, ale nikt ich nie docieka, czy mają godziwy majątek, z którego w razie czego można będzie przeprowadzić egzekucję. Tak utarło się w okresie burzy i naporu, w heroicznych początkach naszej transformacji. Wtedy nie wypadało pytać o majątek, wszak mało kto miał jakiś. Dzisiaj jest inaczej. Wśród członków rad nadzorczych polskich spółek doszło do znaczącego rozwarstwienia majątkowego. Jedni nie mają niczego, co mógłby im zająć komornik, inni mają wiele. Wzmianka o komorniku jest mocno futurystyczna, lecz jeszcze przyjdzie czas, gdy wspominane będą moje słowa!

Na walnym zgromadzeniu akcjonariusz często głosuje w ciemno na kandydatów do rady nadzorczej. Zna ich nazwiska i wie, albo domyśla się, kto pragnie ich przepchnąć do rady. Jeżeli kandydatury zostaną zgłoszone z należytym wyprzedzeniem (a przecież nie zawsze tak bywa), akcjonariusz pozna wykształcenie kandydata i zarys jego kariery zawodowej. Nie wymaga się od kandydata oświadczenia majątkowego, więc nie ujawnia on swojego statusu materialnego, nie czyni tego także zgłaszający. Nie wiemy przeto, czy kandydat dysponuje majątkiem, którym – nie daj Boże! – mógłby odpowiedzieć za brak należytej staranności w nadzorowaniu spółki. Gdybym znał status majątkowy kandydatów do rady nadzorczej, w przypadku zbliżonych kwalifikacji głosowałbym na zamożniejszego. Wyszedłbym z założeń, iż po pierwsze, taki lepiej zna się na biznesie, po drugie – że od takiego łatwiej będzie uzyskać odszkodowanie za brak należytej staranności związanej z zawodowym charakterem działalności w radzie. Nawet nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo elitarny był przed wojną korpus członków rad nadzorczych spółek akcyjnych. Skład osobowy tego korpusu nie może służyć za kryterium demokracji. Ona zatrzymuje się na progu rynku kapitałowego.

Jeszcze kilkanaście lat temu nie protestowałem, że do rad nadzorczych notowanych spółek wybiera się studentów lub świeżo wypromowanych absolwentów. Nie mieli oni wprawdzie doświadczenia, niemniej wówczas niewielu dostąpiło już wnikliwej wiedzy o mechanizmach działania gospodarki rynkowej. Dzisiaj jest inaczej. Lecz moda na studentów nie minęła, zwłaszcza gdy są oni potomkami inwestorów. Rzecz jasna, młodzieniaszków spotyka się nie tylko w radach nadzorczych. Opowiadał mi znany profesor, świetlana postać polskiego rynku kapitałowego, jak przedstawiono mu dyrektora działu prawnego jednego z Powszechnych Towarzystw Emerytalnych (zarządzających środkami przyszłych emerytów). Profesor z życzliwym zainteresowaniem zapytał, który wydział prawa ukończył pan dyrektor. Konsternacja: jeszcze nie ukończył, dopiero pilnie studiował… Wstyd.

Być może spółka, której rada nadzorcza została niefrasobliwie obsadzona członkami bez majątku, jest należycie zabezpieczona przed skutkami ich ewentualnej niefrasobliwości, ponieważ wykupiła opiewającą na wysoką sumę polisę ubezpieczenia odpowiedzialności cywilnej swoich piastunów (directors & officers). Tego najczęściej nie wiemy, w naszych warunkach spółki nie obnoszą się z taki polisami, by nikomu nie przyszło na myśl sięgnąć do ich głębokich kieszeni. Znane są przypadki wypłacania z takich polis wysokich odszkodowań. W tym przypadku nie mamy do czynienia z przepisem przydrożnym.

Tekst został ogłoszony 23 sierpnia 2014 r. w Gazecie Giełdy PARKIET

Stosuj, albo pożałujesz!

Jeżeli rynek sam nie ustanowi zasad miarkujących zachowanie jego uczestników, lub jeżeli nie okażą oni tym zasadom należytego szacunku, na scenę wkracza państwo i „dokręca śrubę”. W tym przypadku dokręcono ją na zapas.

W ogłoszonej w 1773 roku „Podróży do Holandii” Denis Diderot zauważył, że przyjęte tam „reguły handlu są świetne, ponieważ zostały ustanowione nie przez żołnierzy, księży, urzędników lub dworaków, ale przez samych kupców”. Wiara, że rynek sam stworzy najbardziej właściwe reguły postępowania została już mocno zachwiana, lecz jej ostatki jeszcze żarzą się pod zgorzeliskiem współczesnych kryzysów.

Zapoczątkowane w Polsce w 2002 roku dobre praktyki spółek publicznych były pierwotnie produktem inicjatywy oddolnej, podjętej przez garstkę zapaleńców. „Wzięliśmy się z kurzu” – powiadał przewodzący zespołowi redakcyjnemu prof. Grzegorz Domański. Kurz wzbijano na walnych zgromadzeniach spółek notowanych na GPW, gdzie dochodziło do gorszących wybryków, naruszeń praw akcjonariuszy, zamętu. Także na innych rynkach dobre praktyki redagowane były przez ludzi rynku, a patronowały temu giełdy. Ponieważ ład korporacyjny (z czasem utarł się w polszczyźnie ten niefortunny przekład terminu „corporate governance”) był owocem dialogu, nigdzie nie stał się domeną wspomnianych przez Diderota żołnierzy, księży, dworaków. Natomiast w Polsce ostatnio zabrali się za niego urzędnicy. 24 lipca Komisja Nadzoru Finansowego uchwaliła (ściślej: „wydała”) dokument pod nazwą Zasady Ładu Korporacyjnego dla Instytucji Nadzorowanych.

Projekt tego dokumentu został udostępniony rynkowi w połowie stycznia b.r. KNF ogłosiła, że uwagi przyjmuje do końca lutego. Ostateczna redakcja dokumentu niewiele różni się od pierwotnej wersji, z czego można wnioskować, że projekt nie został zbombardowany krytyką. Bądź, że krytyka nie została przyjęta. Pomysł wydawania przez Komisję instytucjom nadzorowanym wskazówek postępowania wykraczających poza ramy mandatu regulatora wywołał na rynku poruszenie. Dyskusja w Polskim Instytucie Dyrektorów przyniosła jednoznacznie negatywną ocenę tego pomysłu. Można przyjąć, że najbardziej dotknięte inicjatywą Komisji instytucje przez nią nadzorowane nie ryzykowały otwartych wystąpień przeciwko projektowi, ale pracujące dla nich kancelarie prawne, jako niezależne od Komisji, nie były tak skrępowane obawami przed jej reakcją.

Po dobroci albo pod przymusem
Ład korporacyjny rozpościera się pomiędzy prawem a rynkiem. Jest to przedmiot samoregulacji uczestników rynku świadomych tego, że lepiej dobrowolnie stosować własne zasady postępowania, niż narażać się na to, że przyjdzie im pod przymusem stosować zasady narzucone przez regulatora, może surowsze, zapewne bezdusznie egzekwowane. Jeżeli rynek sam nie ustanowi zasad miarkujących zachowanie jego uczestników, lub jeżeli nie okażą oni tym zasadom należytego szacunku, na scenę wkracza państwo i „dokręca śrubę”. W tym przypadku dokręcono ją na zapas. Wydany przez Komisję Nadzoru Finansowego drobiazgowy zbiór „zasad ładu korporacyjnego” wyraża założenie, że jego adresaci, instytucje nadzorowane działające na rynku finansowym, przyjmą te zasady z własnej woli (chociaż niekoniecznie z własnego przekonania). Wyznaczono im termin: 1 stycznia 2015 r. I sankcję: stosowanie zasad będzie uwzględniane przy ocenie nadzorczej BION. Na pocieszenie dodano enigmatyczną obietnicę, że wydane przez Komisję zasady będą poddawane regularnemu przeglądowi z udziałem rynku. Nie udało się ustalić podstawy prawnej tych inicjatyw KNF.

Zasady ładu korporacyjnego najczęściej wspierane są formułą „stosuj, albo wyjaśnij dlaczego nie stosujesz”. KNF wprowadziła formułę „stosuj, albo pożałujesz”. Nie przewidziano możliwości złożenia wyjaśnień. „Odstąpienie od stosowania określonych zasad w pełnym zakresie może nastąpić tylko, gdy ich kompleksowe wprowadzenie byłoby nadmiernie uciążliwe dla instytucji nadzorowanej”. Bez odpowiedzi pozostała kwestia, do kogo należy osąd w takich sprawach. Co jednak nie oznacza, że wskazówki postępowania, adresowane przez Komisję do instytucji nadzorowanych, zawierają jakieś fanaberie. Stosowanie się do tych wskazówek przez instytucje nadzorowane wyszłoby rynkowi finansowemu na dobre. Są one często tak słuszne, że zgoła oczywiste („Organizacja instytucji nadzorowanej powinna umożliwiać osiąganie długoterminowych celów prowadzonej działalności”). I tak oczywiste, że wręcz śmieszne („Organizacja instytucji nadzorowanej powinna być odzwierciedlona w strukturze organizacyjnej”). I tak wszechstronne, że sięgają od potrzeby wypracowania przez nadzorowaną instytucję strategii po sposób obchodzenia się przez nią ze skargami i reklamacjami.

Komisja podkreśla, że wydane przez nią zasady „mają również zastosowanie do instytucji nadzorowanych mających status spółki publicznej”, ale nie stosuje się ich „do emitentów dokonujących ofert publicznych lub których papiery wartościowe są dopuszczone do obrotu na rynku regulowanym…”. Bardziej nie dało się tego pogmatwać?

Instrukcja generalna
Dokument KNF zawiera wskazówki postępowania i drobiazgowe zasady działania instytucji nadzorowanych w zakresie ich organizacji i struktury, relacji z udziałowcami, organów, polityki wynagradzania, polityki informacyjnej, działalności promocyjnej i relacji z klientami, „kluczowych systemów i funkcji wewnętrznych”, oraz wykonywania uprawnień z aktywów nabytych na koszt klienta. Niektóre z wydanych przez KNF wskazówek budzą wątpliwości.

Treść dokumentu wychodzi poza zakres pojęcia ładu korporacyjnego, jakkolwiek rozumieć to niefortunne sformułowanie. Jest to w istocie instrukcja generalna wydana przez regulatora w ramach jego kompetencji – i obok nich – podmiotom nadzorowanym. Pomijam nazewnictwo, pomijam tu także kwestię, czy procedura administracyjna zna takie instrukcje i ich skutki. Pomijam urzędniczy żargon, jakiego nikt na rynku nie używa. Otóż chociaż Komisja zapewnia, że „zasady określone w Zasadach Ładu Korporacyjnego nie naruszają praw i obowiązków wynikających z przepisów prawa” – w istocie jest inaczej.

Wskazówka, że „instytucja nadzorowania powinna działać w interesie wszystkich udziałowców…” (§ 8. 1) zakłada, że w gronie udziałowców nie wystąpią rozbieżności interesów, nie zetrą się przeciwne racje, nie dojdzie do konfliktu rozstrzygniętego przez większość kosztem mniejszości. Podobnie nieżyciowa jest wskazówka, że „instytucja nadzorowana prowadząc działalność powinna brać pod uwagę interesy wszystkich interesariuszy, o ile nie są one sprzeczne z interesami instytucji nadzorowanej” (§ 8. 2). Przecież w gronie interesariuszy jeszcze łatwiej o rozbieżność interesów niż pośród udziałowców. Nadzorowana instytucja może stanąć w obliczu konfliktów między dążeniami różnych grup interesariuszy i dokonywać wyborów, czyj interes poszanować, czyj poświęcić.

Wskazówka, że „udziałowcy w swych decyzjach powinni kierować się interesem instytucji nadzorowanej” (§ 9. 3) jest ogólnie słuszna, lecz równie skuteczna, co modły o deszcz. Udziałowcy kierują się zazwyczaj swoimi interesami. Byty rynkowe są dla nich narzędziami służącymi spełnianiu owych interesów. Nierzadko w najlepszym interesie udziałowca będzie opuścić taki byt, lub poddać go likwidacji. Komisja dostrzega ten problem, skoro nakazuje: „Powstające konflikty między udziałowcami powinny być rozwiązywane niezwłocznie, aby nie dochodziło do naruszania interesu instytucji nadzorowanej i jej klientów” (§ 9. 6). Łatwiej sformułować słuszną myśl, niż wcielić ją w życie.

Poprawianie prawa
Mam wątpliwości w kwestii wymogu prowadzenia posiedzeń w języku polskim. Wiele instytucji finansowych, bez względu na kraj pochodzenia, przeszło już na angielski. Ich spółki zależne w Polsce także mogą przyjmować angielski jako roboczy język korporacji. Nie kwestionuję wymogu zapewniania w zarządzie lub radzie nadzorczej należytego udziału osób władających polskim, ponieważ znajomość języka pozwala lepiej poznać realia lokalnego rynku finansowego. Nie kwestionuję także potrzeby tłumaczenia protokołów organów na język polski. Pod tymi warunkami skłonny byłbym dopuścić możliwość prowadzenia obrad w języku świata współczesnych finansów. Nawet kiedy o finansach mówimy wyłącznie po polsku, bywają w tej narracji niezliczone wtręty z angielskiego.

Polskiemu prawu znana jest instytucja zdania odrębnego i odnotowywania go w protokole wraz z uchwałą, do której zostało wniesione (Ksh), lecz nie wymaga ono, by w protokole zamieszczać także powody zgłoszenia zdania odrębnego. Żaden przepis prawa nie wymaga, by przewodniczącego „organu nadzorującego” wybierać przy uwzględnieniu kryterium niezależności. Myśl to słuszna, lecz warto pamiętać, że przewodniczący rady nadzorczej często bywa otwarcie powiązany z największym z udziałowców. Nie sądzę, by Komisji udało się to odkręcić, chociaż chciałbym. Nie widzę racji wymogu regulującego częstotliwość odbywania posiedzeń „organu nadzorującego”: nie rzadziej niż co dwa miesiące, a jeżeli w nadzorowanej instytucji działa komitet audytu lub inne komitety, którym powierzono określone sprawy związane z działalnością tej instytucji – nie rzadziej niż cztery razy do roku. Otóż nie widzę związku między częstotliwością posiedzeń rady nadzorczej a skutecznością sprawowanego przez nią nadzoru. Dobrze zorganizowana rada, pod sprawnym przewodniczącym, może wykonać znaczna część swoich zadań poza posiedzeniami, a nawet częste posiedzenia nie gwarantują, że rada będzie w stanie sprawować stały nadzór nad wszystkimi dziedzinami działalności nadzorowanego przez nią podmiotu. Skoro w niektórych instytucjach prawo dopuszcza jednoosobowy zarząd, Komisja nie powinna go poprawiać wymogiem kolegialności w zarządzie.

Nadmiar podwójnych standardów
Niektóre wskazówki Komisji będą kosztowne w realizacji. Można wymienić tu wymogi ogłaszania raportów interaktywnych („gdy jest to uzasadnione liczbą udziałowców”, § 31. 2), oraz, pod takim samym warunkiem, ułatwiania wszystkim udziałowcom uczestnictwa w „zgromadzeniu organu stanowiącego” (§ 8. 4). Co ciekawe: giełda długo upierała się przy zasadzie, że notowane na niej spółki powinny odbywać walne zgromadzenia także w formie elektronicznej. Ponieważ spółki, których akcjonariusze wykazali zainteresowanie taką innowacją można policzyć na palcach, GPW odstąpiła od tego wymogu. Niebawem wkroczyła z nim na scenę Komisja Nadzoru Finansowego. Po co?

Ład korporacyjny, jakkolwiek rozumieć ten termin, jest często poniewierany podwójnymi standardami. Warszawska giełda nie tylko uchwaliła dobre praktyki notowanych na niej spółek, także ustaliła mechanizm sprawozdania przez spółki na temat ich stosowania. Niebawem Minister Finansów wydał rozporządzenie regulujące te materię inaczej. Przez lata rynek pracował nad ustaleniem kryterium niezależności członka rady nadzorczej, ale ustawa o biegłych rewidentach wprowadziła osobliwą formułę, że niezależność członka komitetu audytu polega m.in. na tym, iż nie posiada on akcji nadzorowanej spółki. Jest to niedorzeczne i niezgodne z podstawowymi założeniami ładu korporacyjnego. Teraz KNF wymaga elektronicznych walnych zgromadzeń, od których giełda słusznie odstąpiła. Nasz niewielki rynek jest już dość nasycony regulacjami, by bez potrzeby pompować weń nowe, w dodatku niezbyt udane.

Artykuł został ogłoszony 16 sierpnia 2014 r. w Gazecie Giełdy PARKIET
Czytaj także:
2002.12.10 Sanatorium pod klepsydrą
2003.04.14 Miedzy fasadą a wnętrzem

POWIEDZONKA Z WDZIĘKIEM III: O doradztwie

Szanowny Czytelniku, nie szukaj w „Powiedzonkach” tzw. mądrości życiowych. Doceń natomiast, proszę, ich wdzięk i ładunek humoru. Oto zestaw „Powiedzonek” o doradztwie, najstarszym zawodzie świata (albowiem już Adam i Ewa…).
Poniżej odesłanie do poprzednich zbiorów: I (o radzie nadzorczej i jej członkach) i II (o giełdzie).

  • Już Adam i Ewa mieli doradcę: węża (ASN).
  • Żeby tak zarozki cytoć, abo pisoć, to niekuniecnie, ale żeby cuś doradzić, to on jest, panocku, pirwsy (góralka, namawiając geodetów do zatrudnienia jej syna).
  • Nie uważałeś, jak robisz, to teraz rób, jak uważasz (Ludwik Puget 1877–1942, rzeźbiarz, do syna).
  • Ekspert to osoba, która popełniła już wszystkie możliwe błędy w pewnej wąskiej specjalności (Niels Bohr 1885–1962, duński fizyk atomowy, noblista).
  • Nie przyjmuj rad od osób, które nie osiągnęły tego, co ty pragniesz osiągnąć (Bodo Schäfer, zawodowy nauczyciel sukcesu w finansach, były bankrut).
  • Nie ma problemu, choćby najbardziej zawiłego, który nie stanie się jeszcze bardziej zawiły, gdy się do niego zabierzesz (Henry Louis Menken 1880–1956, amerykański publicysta).
  • Nie ma problemu, choćby najbardziej zawiłego, który nie stanie się jeszcze bardziej zawiły, gdy do jego rozwiązania zatrudnisz doradcę (parafraza poprzedniego powiedzonka).
  • Na starcie swojej kariery prawnik udziela za 50 dolarów porady wartej 5 tysięcy. U szczytu kariery prawnik udziela za 5 tysięcy porady wartej 50 dolarów (Benjamin Brewster 1828–1897, amerykański przedsiębiorca, współtwórca Standard Oil).
  • Trudno o większy spokój i pogodę ducha, niż u ludzi niedoświadczonych udzielających rad doświadczonym (John Forster 1812–1876, angielski biograf).
  • Jesteś tu nie po to, by mi doradzać, co mam czynić. Jesteś tu po to, by mi objaśnić, dlaczego zrobiłem to, co zdecydowałem zrobić (miał tak pouczyć swojego doradcę Montagu Norman 1871–1950, najdłużej urzędujący [24 lata!] gubernator Banku Anglii).
  • Och, moja droga, to będzie okropne! Ale dam ci dobrą radę: zamknij oczy i pomyśl o Anglii (matka na pytanie panny młodej, co też ją czeka w noc poślubną. Ale to tylko typowy angielski żart. One już wiedzą).
  • Wcale nie musisz ogłupiać ludzi cały czas, wystarczy ogłupić ich na tyle, by zostać wybranym (doświadczony polityk pouczający młodego kandydata).
  • Zwięzła uwaga dobrego doradcy może dać ci tyle, co tygodnie spędzone w Harvardzie na kursie MBA (George Pitcher, brytyjski publicysta i pastor).

Czytaj także:
2014.03.23 Powiedzonka z wdziękiem o giełdzie
2014.02.15 Powiedzonka z wdziękiem o radzie nadzorczej i jej członkach