Miesięczne archiwum: Wrzesień 2014

Obawiam się familiady

Poczta elektroniczna przyniosła niedawno ciekawy listel (listel = list elektroniczny) zatytułowany „Przemyślenia o udziale kobiet w radach nadzorczych”. Nawiązał on do niedawnego artykułu Gazety Wyborczej na temat kobiet w radach nadzorczych i cytowanej w nim mojej wypowiedzi. Gazeta podniosła kwestię, że w radach nadzorczych polskich spółek jest bardzo mało kobiet; ja wskazałem na korzyści płynące z udziału kobiet w radzie, lecz wystąpiłem przeciwko kwotom lub parytetom. Podniosłem, że Polski Instytut Dyrektorów prowadzi listę kandydatów na profesjonalnych członków rad nadzorczych, ale kobiet jest na niej niewiele, nie garną się na listę mimo namów.

Autorką listelu jest S., osoba zaprzyjaźniona, doświadczona finansistka z bogatym dorobkiem zawodowym. Poznałem ją przed laty, gdy pracowała w sektorze prywatnym. Przeszła do firmy państwowej, zajmowała w niej kluczowe stanowisko szczebel poniżej zarządu, ostatnio została zwolniona i teraz rozgląda się po rynku. W jej ostatniej firmie bardzo często zmieniają się zarządy, na „ścianie płaczu” zabrakło już miejsca na portrety kolejnych prezesów, każdy kolejny zarząd ciągnie na stanowiska swoich protegowanych, aż w końcu doszło do tego, że S. musiała odejść. Teraz pisze m.in.:

„Parę dni temu znowu przeczytałam w Gazecie Wyborczej o parytetach w radach nadzorczych. Przy okazji zacytowano Twoją opinię, że kobiety w zarządach i radach nadzorczych oczywiście powinny być, ale nie dzięki parytetom. Niestety! Sądzę, że bez parytetów nie uda się wprowadzić do tych organów wielu kobiet. Choćby z tego prostego względu, że oprócz wiedzy i doświadczenia w biznesie potrzebne jest również posiadane doświadczenie w tych organach. Ale jak je zdobyć? I nie przekonuje mnie stwierdzenie, że jeżeli ktoś posiada wiedzę, kompetencje i chęci – to na pewno zostanie wybrany. To nie wystarcza. Wiesz doskonale, że nie wszyscy członkowie organów wybierani są ze względów merytorycznych.

Podano również informację o prowadzeniu listy osób rekomendowanych przez PID do organów nadzorczych, na której jest mało kobiet, ponieważ się nie zgłaszają. Ale chęć zgłoszenia się nie wystarcza, przecież PID oczekuje od takiej osoby przynajmniej jednego absolutorium z tytułu pełnienia funkcji w orgnach spółki. I tak koło się zamyka. Moją opinię potwierdzają doświadczenia innych krajów, które wprowadziły parytety. Udział kobiet w radach nadzorczych wzrósł tam zdecydowanie i niekoniecznie było to związane z obniżeniem jakości zarządzania bądź nadzoru”.

Wywód S., w sumie trafny, wymaga jednak sprostowań. Po pierwsze, nikt nigdy nie twierdził, „że jeżeli ktoś posiada wiedzę, kompetencje i chęci – to na pewno zostanie wybrany”. Po drugie, PID oczekuje nie „przynajmniej jednego absolutorium”, a znacznie więcej. Udział kobiet w radach nadzorczych jest w Polsce bardzo niski, ale w spółkach notowanych na GPW jest w praktyce jeszcze gorzej, niż to pokazuje statystyka, ponieważ niejedna kobieta zasiada w radzie wcale nie z tytułu swoich kwalifikacji, ale jako żona, córka, ciotka lub teściowa głównego akcjonariusza. Pisałem tutaj kiedyś, że obłudnie pomstujemy na nepotyzm w spółkach z udziałem państwa, podniecamy się kłamliwym hasłem „sprywatyzujmy wszystko, nie będzie nepotyzmu!” – nie dostrzegając, że w spółkach giełdowych pleni się familiada.

Proszę wziąć pod uwagę moje obawy przed ustanowieniem kwot, albo parytetu, w zarządach i radach nadzorczych. Po pierwsze, wprowadzenie kwot, względnie parytetu, udziału kobiet w organach spółek będzie oznaczać daleko idącą ingerencję państwa w ustrój spółki publicznej. Ostatnia taka ingerencja, jakże nieudolnie wprowadzony do rad nadzorczych komitet audytu, chociaż podjęta w najlepszych intencjach, obnażyła kompromitującą niekompetencję państwa. Po drugie, postawienie kwoty lub parytetu przed kwalifikacjami usprawiedliwi praktykę powoływania do rad żon, córek, ciotek, a nawet teściowych ważnych akcjonariuszy jako wypełniaczek parytetu. Co wcale nie oznacza, że w polskich radach nadzorczych tylko kobiety bywają skrajnie niekompetentne, zapewne znacznie wyższy jest odsetek mężczyzn żywcem wyjętych z serialu o Kiepskich. Przeto, po trzecie, zacznijmy wymagać kwalifikacji, a problem niedostatku kobiet w radach rozwiąże się samoistnie.

Wymogu kwalifikacji nie wyegzekwuje państwo, które nie potrafi należycie skomponować składu rad nadzorczych w spółkach ze swoim udziałem. Wyegzekwują go akcjonariusze, kiedy nauczą się dbałości o swoje pieniądze. Wyegzekwują go, pociągając do odpowiedzialności święte krowy z rad nadzorczych. Wtedy zrobi się tam miejsce dla należycie wykwalifikowanych, obdarzonych doświadczeniem i rozumem, kobiet i mężczyzn. Lecz do tej pory nie ma o tym mowy, wszak jeszcze żaden członek rady nadzorczej nie został puszczony bez skarpetek z tytułu niedbalstwa w nadzorze.

Czytaj także wcześniejsze wpisy na temat kobiet w radach nadzorczych, doliczyłem się tu dwunastu.

Zdanie bez dwóch zdań

Wymóg ujawniania powodów zgłaszania zdania odrębnego może zniechęcić członków rad nadzorczych do korzystania z tego instrumentu, co nikomu nie wyjdzie na dobre.

Przepis Ksh o protokole zarządu lub rady nadzorczej spółki akcyjnej głosi, że powinien on zawierać m.in. zgłoszone zdania odrębne. Z natury spółki akcyjnej wynika, że zdania odrębne mogą wnosić ci spośród członków zarządu lub rady nadzorczej, którzy uczestniczyli w głosowaniu powziętej uchwały i oddali ważne głosy przeciw niej. Dokumenty ustrojowe niektórych spółek notowanych na GPW dopuszczają, oprócz zdania odrębnego, „nadesłane później sprzeciwy nieobecnych” na posiedzeniu. Takie niedorzeczności źle świadczą o polskim rynku.

Prawo nie określa, jaka jest funkcja zdania odrębnego. Niektórzy komentatorzy stoją na stanowisku, że „może” ono ważyć na odpowiedzialności składającego votum separatum za skutki oprotestowanej uchwały. Lecz w obliczu braku orzecznictwa wpływ zdania odrębnego na odpowiedzialność prawną nie jest jasny, gdyż członkowie organów spółki zazwyczaj nie są rozliczani przez sądy z wyrządzanych jej szkód. Niemniej należy założyć, że złożenie zdania odrębnego korzystnie wpłynie na sytuację procesową piastuna spółki powołanego do odpowiedzialności za negatywne skutki uchwały, przeciwko której głosował, i odciął się od większości, która uchwałę poparła. O znaczeniu zdania odrębnego dla odpowiedzialności organizacyjnej trudno cokolwiek stwierdzić, ponieważ absolutoria udzielane są piastunom spółki, bądź nie, podług widzimisię akcjonariuszy.

Prawo nie określa także, jaką formę ma przybrać zdanie odrębne. W powszechnej praktyce sądowej votum separatum to obszerny często elaborat, w którym członek składu orzekającego wyłuszcza powody odmiennego stanowiska i uzasadnia je; bywa, że zdanie odrębne przeważy w wyższej instancji, bywa także, że zostaje ono szeroko uznane za dzieło sztuki prawniczej zyskując znaczny wpływ na przyszłe orzecznictwo. Lecz czy od członka zarządu lub rady nadzorczej można wymagać elaboratu? Odpowiedzi nie ułatwia fakt, że ogromna większość piastunów polskich spółek w życiu zdania odrębnego nie tylko nie składała, lecz nawet nie widziała – tak rzadko bywa ono stosowane. W zarządach i radach nadzorczych panuje zwyczajowa jednomyślność. Osobliwa etykieta podpowiada, by głosować tak, jak pozostali; zaś oportunizm przestrzega przed wychylaniem się z odmiennym stanowiskiem.

Zdanie odrębne jest jednym z narzędzi krzewienia corporate governance. Służy ono ochronie interesów spółki przed godzącymi w nie uchwałami zarządu lub rady nadzorczej. Dobre praktyki spółek notowanych na GPW zachęcają członków rady nadzorczej do zgłaszania zdań odrębnych w przypadku uznania, że decyzja rady nadzorczej stoi w sprzeczności z interesem spółki. Adresatami tej wskazówki są w szczególności ci członkowie rady, którzy utożsamiają się ze stanowiskiem mniejszości.

Do korzystania przez członków rady nadzorczej z instytucji zdania odrębnego zachęcają także wydane przez KNF zasady ładu korporacyjnego dla instytucji nadzorowanych. Przewidują one jednak, by w protokole rady zamieszczać nie tylko informacje o zgłaszaniu przez jej członków zdań odrębnych, a ponadto „powody zgłoszenia”. Lecz prawo nie wymaga, by członek organu spółki zgłaszając zdanie odrębne wyjaśniał, dlaczego tak postąpił, jakie kierowały nim powody, jakimi argumentami wsparł swoje rozumowanie. Od członka rady nadzorczej wymaga się dołożenia staranności wynikającej z zawodowego charakteru jego działalności. Otóż przejawem profesjonalizmu będzie zgłoszenie przezeń zdania odrębnego do uchwały, którą uważa on za sprzeczną z prawem lub statutem, godzącą w interes spółki, mającą na celu pokrzywdzenie akcjonariuszy. Nie należy natomiast wymagać, by członek rady przedstawiał uzasadnienie zdania odrębnego, ani wyłuszczał powody omawianej tu czynności.

Stawiany przez KNF wymóg ogłaszania powodów zgłoszenia zdania odrębnego nie ma podstawy prawnej. Wspomniany dokument – Zasady ładu korporacyjnego dla instytucji nadzorowanych – jest tu przejawem fantazji poprawiania obowiązującego prawa instrukcją słaną przez urząd na rynek. Instrukcją, której brak umocowania w przepisach. Za to wspartą zapowiedzią, że jej stosowanie będzie brane pod uwagę w procesie badania i oceny instytucji nadzorowanych. Ciekaw jestem reakcji KNF gdy członek rady nadzorczej podmiotu nadzorowanego przez Komisję nie wyjawi powodów zgłoszenia zdania odrębnego. Czy będzie on pokarany?

Wymóg ujawniania powodów zgłaszania zdania odrębnego może zniechęcić członków rad nadzorczych do korzystania z tego instrumentu, co nikomu nie wyjdzie na dobre. Są w radach nadzorczych ludzie światli, gotowi błyskotliwie uzasadnić zgłoszone zdanie odrębne. Lecz są też członkowie rad, którym brak doświadczenia, wykształcenia, lub kwalifikacji, na przykład działacze związkowi wybrani przez załogę. Nie należy stawiać im wymogów ponad ich możliwości.

Zgłoszenie zdania odrębnego bezwzględnie powinno zostać uwzględnione w protokole. Jeżeli zgłaszający ad hoc sformułuje uzasadnienie swojego stanowiska, także ono powinno zostać zaprotokołowane. Przed odnotowaniem w protokole faktu wniesienia zdania odrębnego przez imiennie oznaczonego członka rady nie chroni zarządzenie tajności głosowania nad uchwałą, zresztą w radzie nadzorczej tajne głosowanie rzadko miewa sens. Zdanie odrębne można zgłosić po głosowaniu przeprowadzonym na posiedzeniu i poza posiedzeniem, w trybie korespondencyjnym lub przy użyciu środków bezpośredniego porozumiewania się na odległość. Wszystko to przemawia za przyjęciem, że ujawnianie powodów zgłaszania zdania odrębnego nie jest konieczne, a samo zdanie odrębne powinno być bez dwóch zdań klarowne, jednoznaczne.

Tekst ukazał się 22 września 2014 r. w Gazecie Giełdy PARKIET

Między przepisem a praktyką

Często spotykam się z poglądem, że władztwo w spółce akcyjnej jest prostym odzwierciedleniem układu właścicielskiego: masz tyle do powiedzenia, ile masz akcji w portfelu. Otóż sprawa nie jest taka prosta, o czym najlepiej świadczy instytucja uprawnień osobistych. Może się bowiem zdarzyć, że spółka wyróżni jednego lub kilku akcjonariuszy przyznając im uprawnienia, jakie nie przysługują innym akcjonariuszom, nawet dysponującym większą ilością akcji. Przytoczę tu odpowiedni przepis Ksh:

„Art. 354. § 1. Statut może przyznać indywidualnie oznaczonemu akcjonariuszowi osobiste uprawnienia. W szczególności mogą one dotyczyć prawa powoływania lub odwoływania członków zarządu, rady nadzorczej lub prawa do otrzymywania oznaczonych świadczeń od spółki”.

Na papierze wszystko jest klarowne. Osobiste uprawnienia mogą płynąć tylko ze statutu, nie z umów inwestycyjnych, uchwał rady walnego zgromadzenia, rady nadzorczej, zarządu, względnie innego źródła. Mogą one zostać przypisane wyłącznie akcjonariuszom. Są to uprawnienia osobiste, czyli nie mają one charakteru zbywalnego, nie przechodzą także na następców prawnych uposażonego. Akcjonariusz, któremu statut spółki przyznaje osobiste uprawnienia, powinien być przez ten statut oznaczony indywidualnie, imieniem i nazwiskiem albo firmą, czyli w sposób wykluczający pomyłkę lub wątpliwości co do osoby (fizycznej lub prawnej), której uprawnienie przysługuje. Wspomniane uprawnienia nie są bowiem przywiązane do akcji, a do akcjonariusza, który utraci je z chwilą utraty statusu akcjonariusza. Inna sprawa, że uposażony akcjonariusz może nie korzystać z przysługujących mu uprawnień, bądź nieodwracalnie zrzec się ich.

Ustawa nie zawiera zamkniętego katalogu uprawnień osobistych, wymienia jedynie prawo powoływania lub odwoływania członka (członków) organu (organów: zarządu, rady nadzorczej) spółki i prawo otrzymywania od spółki oznaczonych świadczeń (pieniężnych lub w naturze). Najczęściej statuty dają uposażonym akcjonariuszom prawo powoływania i odwoływania członka /członków zarządu i/lub rady nadzorczej, bądź przewodniczącego rady. Niekiedy uposażony powołuje sam siebie. Tytułem przykładu można przytoczyć postanowienie statutu Prokom Software: „Przewodniczącego rady nadzorczej wyznacza Ryszard Krauze”. Nic nie stało na przeszkodzie, by uprawniony podmiot Ryszard Krauze wyznaczył na przewodniczącego rady nadzorczej tegoż Ryszarda Krauze, co też miało miejsce.

Przepis jest przeto jasny, ale praktyka bywa rozmaita. Niekiedy osobiście uprawniony nie jest indywidualnie oznaczony. Już przed kilkunastu laty oponowałem przeciwko postanowieniom statutów wyposażających w uprawnienia osobiste „akcjonariuszy posiadających akcje serii A”. To nie jest indywidualne oznaczenie osobiście uprawnionego akcjonariusza. Do tego przypadku powrócę zresztą poniżej. Podobny przykład znajduję w statucie innej spółki: „Dwóch członków rady nadzorczej, w tym przewodniczącego, powołują i odwołują w głosowaniu na walnym zgromadzeniu akcjonariusze posiadający w spółce akcje imienne. Powoływanie i odwoływanie następuje bezwzględną większością głosów wynikających z akcji imiennych”. Posiadanie akcji imiennych nie jest moim zdaniem indywidualnym wyróżnikiem.

Zdarza się, że statut spółki przyznaje akcjonariuszowi (inna sprawa, że niewłaściwie oznaczonemu) osobiste uprawnienie niezgodne z prawem i naturą spółki akcyjnej. Z owej natury wynika, że środkami spółki dysponować może wyłącznie ona sama działając przez uprawnione do tego organy, a nie poszczególni akcjonariusze. Otóż wspomniani powyżej akcjonariusze posiadający akcje serii A nie tylko są uprawnieni do wskazywania przewodniczącego rady nadzorczej (spośród osób wybranych do niej przez walne zgromadzenie), lecz także do określania jego wynagrodzenia. Gdyby ustalali oni owo wynagrodzenie ze środków wypłacanych z własnej szkatuły, nie protestowałbym. Każdemu wolno dysponować swoimi pieniędzmi na rzecz innych. Lecz tu chodzi o bezprawne dysponowanie przez wadliwie oznaczonego akcjonariusza środkami spółki.

Ciekawostka: już w roku 2000 wskazywałem, że takie same wadliwe przepisy znalazły się w statutach konkurujących spółek, widać obsługiwanych przez te samą kancelarię. Tylko jedna z tych spółek przetrwała na giełdzie do dzisiaj, ze wspomnianymi błędami w statucie. Lecz statutów nie czytają inwestorzy, nawet instytucjonalni; nie czytają banki kredytujące, ani giełda, ani KNF. Ale dopóki pióro mi nie uschnie, będę piętnował błędy statutowe, a także ich autorów. Może powinienem ich indywidualnie oznaczać, by wreszcie zrozumieli, o co chodzi w omawianym przepisie?

Czytaj także:
2002.07.15 Wynagrodzenie rady
2002.07.22 Z własnej szkatuły

O kulturę konkursów

Co do zasady nie jestem przeciwnikiem konkursów na stanowiska w zarządach i radach nadzorczych. Lecz stawiam ważny warunek: po rozstrzygnięciu konkursu niech ludzkość pozna nazwiska zwycięzców, natomiast nigdy – przenigdy! – niech nie wyciekną nazwiska przegranych pretendentów. Ani tych, którzy wprawdzie stanęli do konkursu, lecz zostali już na wstępie odrzuceni. Ani tych, którzy zostali zakwalifikowani do jakiegoś etapu, lecz jeszcze nie przyznano im stanowisk. Zwycięzca niech święci swój sukces, pokonanych niech szczelnie otulą gęste obłoki dyskrecji. Hałas wokół konkursów przekreśla ich sens. Przejrzystość jest wielką wartością, lecz akurat tutaj jest przekleństwem. Zniechęca ona wielu, w tym kandydatów nierzadko najlepszych, od stawania w konkursowe szranki.

W obecnym stanie rzeczy zanim kandydat przystąpi do konkursu, rozważy różne postacie ryzyka, na jakie się wystawi. Wymienię tutaj zwłaszcza ryzyko reputacyjne, ryzyko utraty zaufania aktualnego pracodawcy, ryzyko negatywnego odbioru medialnego. W tym świetle nie może dziwić, że o stanowiska w organach spółek z domeny Skarbu Państwa nierzadko zabiegają kandydaci aktualnie bezrobotni. Oraz desperaci.

Ryzyko reputacyjne polega na tym, że porażka ciąży na przegranym, szkodzi jego pozycji na rynku, zmniejsza jego wartość przetargową. Nie ma znaczenia, czy konkurs był prowadzony uczciwie, czy ustawiony pod szwagra. Nie ma znaczenia, czy warunki konkursowe zostały sformułowane jasno, czy może tak mętnie, że najlepsi kandydaci nie wiedzieli, iż to nie oni są poszukiwani. Wiedza o tym dotrze do niektórych, a wiedzą o przegranej chętnie pożywią się wszyscy. Często nie liczy się, kto wygrał, lecz kto przegrał. Często pierwszy mniej zyska, niż drugi straci. Pryśnie nimb powszechnie uznanego menedżera, spadnie jego cena, dotkliwie poranione zostanie ego, a bywa ono często nadmiernie rozrośnięte.

Ryzyko utraty zaufania aktualnego pracodawcy, poniesienia przykrych konsekwencji w obecnym miejscu pracy, odstręcza wielu kandydatów nie tylko dlatego, że porażka – zwłaszcza z byle kim, co przecież bywa możliwe – będzie przez nich odebrana jako publiczne upokorzenie. Kandydat, który bez wiedzy pracodawcy bierze udział w konkursie na stanowisko w innej instytucji, naraża się na przykrości. Jeżeli wygra, mogą one zostać odroczone w czasie, do chwili gdy pojawi się sposobność wzięcia na nim odwetu. Jeżeli przegra, odczuje je niebawem. Jego udział w konkursie zostanie odczytany jako wyzwanie: „jeszcze pracuję dla ciebie, lecz szukam czegoś lepszego – a kiedy tylko coś znajdę, wystawię cię do wiatru”. Nic dziwnego więc, że zatrudnieni wolą uniknąć ryzyka utraty stanowiska, nawet jeżeli uważają, że nie dorasta ono do ich aspiracji lub talentu.

Istnieje wreszcie obawa przed medialnym odbiorem udziału kandydata w staraniach o stanowisko. Osoby rozpoznawalne bywają narażone na ryzyko szczególnego traktowania ich przez media, ośmieszania albo wyszydzania. Ofiarą złośliwości albo żartów często pada nie ten, kto ubiega się o stanowisko nie dysponując kwalifikacjami do jego sprawowania, lecz ten, kto owszem, ma kwalifikacje, lecz przy tym jest nosicielem akustycznego nazwiska.

Nawet jeżeli konkurs formalnie nie będzie jawny, istnieje niebezpieczeństwo wycieku danych osobowych kandydatów. Dyskrecja nie jest cechą właściwą współczesnym Polakom. Zaufać można bezwzględnie tylko uznanym agencjom executive search. Urzędnicy, a zwłaszcza członkowie przeprowadzających konkursy rad nadzorczych, wielokrotnie dopuszczali się karygodnych niedyskrecji. Fatalny przykład dają politycy, karmiący dziennikarzy przeciekami tajemnic państwowych. Potrzeba nam kultury konkursów: kultury wzlatującej ponad pomówienia o stronniczość, podejrzenia o korupcję, plotki i niedyskrecje.

Jakiś czas temu ogłoszono składy wyłonionych w konkursie rad nadzorczych TVP i rozgłośni radiowych. Temat to dla mnie interesujący, przepracowałem lata w Polskim Radiu, liczyłem na publiczną dyskusję o wynikach konkursu. Zamiast tego na stronie internetowej poważnego dziennika znalazłem notatkę „Telewizja nie dla Sobolewskiego”. Dowiedziałem się, że były prezes GPW aspirował do „posady” w radzie nadzorczej telewizji publicznej, został przez KRRiT zakwalifikowany do szerokiego finału i zaproszony na przesłuchania, ale ostatecznie do rady nie został powołany. Nie on jeden został pominięty, lecz jemu właśnie poświęcono uwagę, bo jest osobą znaną, której powodzenie, względnie niepowodzenie, niektórych może zainteresować, a wielu to nawet ucieszyć. W tym przypadku nie liczyli się wygrani, w tytule znalazł się ten, kto jest najbardziej znany.
Artykuł został ogłoszony 9 września 2014 r. w Gazecie Giełdy PARKIET
Czytaj także:
2014.01.26 Wyższa szkoła demoralizacji – oraz przywołane tam teksty