Miesięczne archiwum: Listopad 2014

Wrzutka

Polska jest krajem otwartym, przyjaznym i serdecznym. Oto zjechał do nas cudzoziemiec stale zamieszkały za granicą (przeto bez numeru PESEL), by bez przeszkód z jakiejkolwiek strony podjąć pracę zawodową na stanowisku ministra finansów, z czasem i wicepremiera, po czym zameldować się w Bydgoszczu i kandydować stamtąd do Europarlamentu. Nikt od niego nie zażądał, by stanął przed państwową komisją egzaminacyjną i złożył egzamin ze znajomości języka polskiego. Który to język, lubo nie rodzimy, wspomniany cudzoziemiec zna wybornie, podobnie jak kilka innych.

Minister Rostowski przyszedł mi do głowy w związku z procedowanym przez parlament rządowym projektem ustawy o zmianie ustawy o języku polskim oraz ustawy o organizacji i funkcjonowaniu funduszy emerytalnych. Gospodarzem projektu jest Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Dlaczegóż to, gotów spytać Czytelnik niniejszego wpisu, MNiSzW zajmuje się funduszami emerytalnymi? Prawdopodobnie za sprawą wrednej wrzutki. Otóż przygotowano projekt ustawy o bardzo rozbudowanym trybie składania przez cudzoziemców egzaminów ze znajomości języka polskiego; nie chodziło o to, by im cokolwiek narzucać, lecz by ułatwić im uzyskiwanie świadectwa znajomości języka. I do tego projektu ktoś na dokładkę wprowadził założenie, że co najmniej dwie osoby wchodzące w skład zarządu towarzystwa emerytalnego, w tym prezes, muszą legitymować się urzędowym poświadczeniem znajomości języka polskiego.

Trudno nie dostrzec w tym szykany wobec członków zarządów Powszechnych Towarzystw Emerytalnych zarządzających Otwartymi Funduszami Emerytalnymi, którym to funduszom wspomniany minister Rostowski szkodził jak potrafił, a potrafił bardzo. Przepisy rangi ustawowej zejdą na psy, jeżeli będziemy je wykorzystywać do spraw małych i zbędnych. Inflacja pieniądza ustała, inflacja prawa trwa. Szacunek dla języka polskiego nie powinien być na siłę rozciągany na prywatne spółki. Podobnie nie ma sensu wymaganie, by posiedzenia rad nadzorczych i zarządów podmiotów nadzorowanych przez Komisję Nadzoru Finansowego odbywały się w języku polskim. Owszem, protokoły i zawarte w nich uchwały powinny być sporządzane po polsku, ale nie ma powodu, by wymagać obradowania po polsku, zwłaszcza że współczesna rada nadzorcza może skutecznie wykonywać znaczną część swoich zadań poza posiedzeniami.

Wiele korporacji przyjmuje angielski jako język roboczy. Są wśród nich firmy skandynawskie, niemieckie, szwajcarskie, nawet francuskie. Zmiana ustawy o organizacji i funkcjonowaniu funduszy emerytalnych nie zmieni faktu, że to angielski jest językiem globalizacji. Językiem biznesu, internetu, nowych technologii i idei. To po angielsku uczą w słynnych francuskich szkołach biznesu. I już w niektórych polskich szkołach wyższych. Profesor Andrzej Koźmiński słusznie zauważył, że angielski nie powinien już być uważany za język obcy: jak ktoś nie umie, niech się nauczy. Bo nie jest człowiekiem.

Przeto uważam, że z projektu ustawy o zmianie ustawy o języku polskim należy wykreślić zmianę ustawy o organizacji i funkcjonowaniu funduszy emerytalnych.

Dżenderyzacja prawa spółek

Urząd Pełnomocnika Rządu do Spraw Równego Traktowania tradycyjnie piastowany jest przez kobiety, ale jeszcze nie zaproponowano zmiany tej nazwy na Urząd Pełnomocniczki. Obecna Pełnomocnik, prof. Małgorzata Fuszara, wypowiedziała się dla Rzeczpospolitej: „Jeżeli używamy jedynie form męskoosobowych jako form poważnych, to jednocześnie to, co żeńskie, sytuujemy jako podrzędne. To budzi mój sprzeciw”. Wniosek: trzeba przepisać całe prawo, „bo powinno się na równi zwracać do kobiet i mężczyzn”.

I rzeczywiście: coś rodzaju męskiego usytuowało odpowiedniczkę rodzaju żeńskiego „o trzy poziomy niżej”. Napisałbym, że chodzi o byłego premiera i obecną premier, ale nie wiem, czy w kontekście równego traktowania nie powinienem określić jej mianem premiery. Wszak była już ministra Muszyna; szkoda tylko, że odmieniała swoje stanowisko, ale nazwiska już nie. Mija właśnie 51 lat od kiedy zajmuję się publicystyką. Doświadczenie podpowiada mi, że z polszczyzną można wszystko, to język plastyczny, inteligentny. Byle przekształcać go ostrożnie. I po dobroci. Powstrzymując premierów, premierki, ministrów, ministry i ministrantów od prób regulowania, jak mamy mówić, pisać, oraz myśleć.

Tendencja zmierzająca do urodzajowienia polszczyzny narodziła się w prasie kobiecej. Tam na łamach pojawiły się biznesmenki i menedżerki, czermenki (chairmanki) nawet, ale szefowa pisma podpisywała się jako redaktor naczelna, nie redaktorka. Zanim zaczniemy przepisywać prawo, warto przypomnieć, że sprawa nie jest prosta. Nie wystarczy zmienić końcówkę, by obok formy męskoosobowej pojawiła się tożsama znaczeniowo forma żeńska. Spikerka to nie tylko żeńska odmiana spikera, także pomieszczenie, zazwyczaj maleńkie, z którego spiker podawał godzinę i zapowiadał audycje (na szczęście nie ma już spikerów płci obojga, ani ich kabin). Więźniarka to nie tylko osadzona, także samochód służący do transportu więźniów. Sędzina to żona sędziego z przedwojennej powieści. Szoferka nie jest szoferem rodzaju żeńskiego, a kierownica – takąż kierowcą. Dyplomatka to nie dama pełniąca funkcje dyplomatyczne, a teczka na dokumenty i kanapki, także elegancki fason płaszcza. W żadnym zapewne języku nie ma żeńskiej formy ambasadora, chociaż wiele kobiet nosi ten zaszczytny tytuł. Amerykanie próbowali ukuć słowo ambassadress – zaprotestowała amb. Shirley Temple-Black: „ambassadress to raczej suknia, którą noszę”.

Pora przystąpić do przepisywania prawa spółek. Napotkamy na spore kłopoty. Ksh stanowi: „Zarząd składa się z jednego albo większej liczby członków”. Jak brzmiałby ten przepis po nowemu? „Zarząd składa z jednej /jednego albo większej liczby członkiń /członków”? Tak byłoby słusznie, ale głupio trochę. A może rodzaj żeński to nie członkini, a członka? Wtedy przepisany przepis głosiłby „Zarząd składa się z jednej /jednego albo większej liczby członek /członków?”. Też osobliwie…To samo z radą nadzorczą, która obecnie „składa się co najmniej z trzech, a w spółkach publicznych co najmniej z pięciu członków…” Najpierw należy użeńszczyć (czyli odmężnić) członkostwo, następnie zastąpić „trzech”, „pięciu” słowami „trojga”, „pięciorga”. Staram się propagować te formy swoim piórem, ale jestem osamotniony. Wytykają mi archaizmy, staroświeckość stylu. A przecież jestem bardziej dżenderowy niż oni.

Anglosasi nie mają tu problemu, bo członka /członek– bądź członkini – rady dyrektorów (board of directors) to dyrektor (director), termin bezpłciowy. U Francuzów to słowo ma nieco inne (wiadomo!) znaczenie, za to le directeur występuje obok la directrice (vive la petite difference!). W Polsce żeńszczyzna od dyrektora to dyrektorka, ale takiej formy używa bodaj tylko jedna osóbka. Z przewodniczącym rady nadzorczej kłopotu nie będzie, wszak na rynku spotykamy także przewodniczące. Anglosasi zastąpili terminy chairman /chairwoman neutralnym słowem chairperson. Dla nas trudnoodmienny okaże się za to sekretarz rady: nie sekretarka, więc jak? Sekreta? Sekretera?

Później już mamy z górki. Akcjonariusz – akcjonariuszka. Udziałowiec – udziałowiczka.
Uczestnik – uczestniczka (walnego zgromadzenia). Obligatariusz – obligatariuszka.
Biegły rewident – biegła rewidenta. Pełnomocnik – pełnomocnica. Zastawnik – zastawnica.
Polski Instytut Dyrektorów wprowadzi do nazwy także Dyrektorki, a hotel będący jego siedzibą zostanie Domem Chłopa i Baby. A kiedy już zabiorą nas do czubków, będziemy do pielęgniarza mówić „bracie”. Albowiem Równe Traktowanie to nie tylko zżeńszczanie męskich form, także zmęszczanie żeńskich.

Tekst ogłoszony 21 listopada 2014 r. w Gazecie Giełdy PARKIET

Rebranditing

Zabawy w zmiany nazwy lub wizerunku toczą się w najlepsze, przy czym są to zabawy kosztowne, a ów koszt ostatecznie ponoszą akcjonariusze.

Pani K. podjęła życiową decyzję: przedterminowo spłaci kredyt hipoteczny nominowany w walucie szwajcarskiej, sprzeda zakupione za ten kredyt atrakcyjne mieszkanie i za gotówkę kupi mniejsze, zaś resztę pieniędzy odłoży, bo czasy są niepewne. Znalazła nabywcę mieszkania, uzgodniła z nim termin transakcji, zaniosła dokumenty do kancelarii notarialnej – a tam czujna pani rejent zwróciła uwagę, że coś się przecież nie zgadza: kredytodawcą był Multibank, a zaświadczenie o spłacie kredytu wystawia mBank… Wyjaśniono nieporozumienie, lecz ja dostrzegam w nim kolejny powód, dla którego nie lubię rebrandingu.

Z okien mojego gabinetu widzę placówkę bankową. Był to kiedyś Bank Przemysłowo-Handlowy, który niezadługo przyjął nazwę handlową Bank BPH SA. Od tego czasu placówka wielokrotnie zmieniała nazwę lub wizualizację. Po tzw. fuzji (de facto było to przejęcie) z Powszechnym Bankiem Kredytowym bank posługiwał się skrótem BPH PBK SA. Zmieniono statut, szyld i wzory dokumentów. Wkrótce z nazwy wyrzucono PBK, co znowu wymagało zmiany statutu, wpisu w rejestrze, szyldów i dokumentów. Trzecia zmiana szyldów i dokumentów polegała na przyjęciu nowego wizerunku: pod nazwą BPH w nowej kolorystyce pojawiła się kreska. Czwarta – na zmianie koloru tej kreski. Chodziło o to, ze w ramach bawarskiej grupy HVB krakowski wówczas bank został przypisany do wiedeńskiej podgrupy BACA. Była to decyzja właściciela pakietu większościowego, lecz zapłacili za nią wszyscy akcjonariusze, chociaż zapewne drobny w sumie szczegół umknął ich uwadze. Piąta zmiana – czyli szósta wizualizacja – wiązała się z wcieleniem placówki do Banku Pekao. Siódma wizualizacja nastąpiła z chwilą, gdy z wizerunku banku zniknął żubr. Kosztów tych wszystkich zmian nie jestem w stanie oszacować. Wniosek: firma, pod którą spółki prowadzą swoją działalność, oraz jej znak towarowy, chociaż podlegają ochronie, nie są przez spółki cenione. Kiedyś nawet żartowałem, że należy chronić firmę spółki i jej znak towarowy przed ich właścicielami, bo to oni najwięcej szkodzą ucieleśnionej w tych dobrach wartości.

W pobliżu mam jeszcze kilka placówek bankowych. Zaraz za rogiem jest Bank Zachodni WBK, czyli dawny Wielkopolski Bank Kredytowy, który przeprowadził mistrzowską operację wcielenia Banku Zachodniego (ostrzyli sobie nań zęby więksi i bogatsi), przejmując jego nazwę obok skrótu swojej i wpisując do statutu Wrocław jako siedzibę. Teraz BZ WBK stoi przed kosztowną operacją rebrandingu, zostanie Santanderem. Tuż obok jest kolejna placówka BZ WBK, która należała do przejętego przezeń Kredyt Banku, przeprowadzono zatem jej rebranding w celu przygotowania następnego rebrandingu. W tym samym budynku jest jeszcze dawny Nordea Bank przejęty przez PKO Bank Polski, co wkrótce zostanie uwidocznione rebrandingiem placówki, oraz Santander Consumer, po rebrandingu z AIG Bank. Następny z rzędu był SKOK im. Stefczyka, ale podkulił ogon i opuścił lokal.

Z tego rejestru wynika, że do rebrandingu: zmiany nazwy i powierzchowności najczęściej dochodzi z powodu zmian własnościowych, a skoro w Polsce banków jest za dużo, zmian własnościowych nie da się uniknąć. Zarobią na tym bystrzaki od public relations. Oraz plastycy, projektanci i specjaliści od public relations. Oraz firmy malujące szyldy i zmieniające je w sobotnie popołudnia. Zapłacimy my – akcjonariusze. Właściwie to będziemy zmuszeni do płacenia. Aż korci, by rebranding przechrzcić na rebranditing.

Czytaj także:
2013.07.26 Przechrzty
2013.01.20 A przedtem Radziwiłł

Paradoks D&O

Ubezpieczenie odpowiedzialności cywilnej menedżerów chroni instytucję, która ich ubezpiecza, przed niekorzystnymi dla niej finansowymi skutkami ich działań.

Czytam, że TVP SA zawarła z Generali umowę ubezpieczenia odpowiedzialności cywilnej swoich piastunów. Suma ubezpieczenia wynosi 100 milionów złotych. Umowa wygasa niebawem, spółka zamierza wznowić ubezpieczenie na taką samą sumę od 16 listopada b.r. i rozgląda się za ubezpieczycielem, który zaproponuje najtańszą polisę. „Ubezpieczenie obejmie zarząd, radę nadzorczą, dyrektorów, wicedyrektorów, pełnomocników i prokurentów TVP oraz ich małżonków i spadkobierców”. Na tę informację natknąłem się na portalu Onet.pl, nie widzę w niej niczego niezwykłego, lecz internauci są innego zdania, sypią arcyzłośliwymi komentarzami.

Złorzeczą w nich Telewizji Polskiej, jej programom, wspomnianym spadkobiercom, łajzom, związkowcom, władzy obawiającej się ludu, żydkom, prominentom rządzącego w Polsce reżimu solidaruchów, katomoherów i ultraprawicowców, KRRiTV, dzikiemu krajowi i do tego cholernie katolickiemu, darmozjadom itd., itp. Kilka wpisów wyraża opinię, że „na takie głupoty idą wasze pieniądze z abonamentu i podatków”. Nic mi do tego, czy autorzy wpisów darzą sympatią TVP i jej programy, oraz – czy płacą abonament. Z mojego punktu widzenia ważne jest, że społeczeństwo nie zna jeszcze natury ubezpieczenia odpowiedzialności cywilnej menedżerów. I wyraża pozornie trafne przekonanie, że korporacja nie powinna płacić za ubezpieczenie jej piastunów przed konsekwencjami ich niedbalstwa. Oraz sądzi, że małżonkowie i spadkobiercy nie powinni korzystać z ochrony ubezpieczeniowej za pieniądze korporacji. Takie poglądy nie są zresztą obce nawet niektórym znawcom rynku i corporate governance.

Ubezpieczenie odpowiedzialności cywilnej menedżerów chroni instytucję, która ich ubezpiecza, przed niekorzystnymi dla niej finansowymi skutkami ich działań. Głośny przykład: Huta Metali Nieżelaznych Szopienice poniosła wielomilionowe straty z tytułu transakcji terminowych na London Metal Exchange. Część strat w kwocie 15 milionów złotych została pokryta przez AIG Europe – oddział w Polsce z polisy OC menedżerów tytułem zaspokojenia roszczeń odszkodowawczych od byłego prezesa odpowiedzialnego za straty powstałe w wyniku zawarcia przez Hutę transakcji pochodnych (Parkiet pisał o tym 28 sierpnia 2009 r.). Można przyjąć, że były prezes miałby spore trudności z wysupłaniem takiej kwoty z własnej szkatuły. Zawierając porozumienie z AIG spółka zrzekła się dalszych roszczeń wobec niego, przeto i jego małżonki oraz spadkobierców.

Ubezpieczenie OC menedżerów, znane także jako Directors & Officers (D&O) jest we współczesnych realiach gospodarczych bardzo przydatne. Biznes prowadzony jest na ostrej krawędzi ryzyka. Piastuni spółki odpowiadają wobec niej całym majątkiem. Lecz są świadomi, że nawet całym majątkiem nie byliby w stanie zaspokoić roszczeń o zadośćuczynienie szkody wyrządzonej przez nich spółce. Jeszcze do niedawna ubezpieczenie D&O nie było w Polsce należycie rozpowszechnione. Obecnie coraz więcej podmiotów gospodarczych sięga po to narzędzie ochrony swoich żywotnych interesów. Planowana suma ubezpieczenia TVP SA (100 milionów złotych) wydaje mi się skromną z porównaniu ze skalą roszczeń mogących grozić tej instytucji jako spółce prawa handlowego i jednocześnie nadawcy publicznemu. Zwłaszcza, że TVP obejmuje ubezpieczeniem niezliczonych dyrektorów, wicedyrektorów i pełnomocników. W polskich realiach z dobrodziejstwa D&O najczęściej korzystają tylko członkowie zarządu i rady nadzorczej oraz prokurenci.

Ponieważ ubezpieczenie D&O jest coraz bardziej popularne nie tylko na światowych rynkach, także w Polsce, wobec tego jest ono oferowane po przystępnych cenach. Wiąże się z nim interesujący paradoks. Otóż posiadanie takiej polisy zwiększa wiarygodność spółki, wzmacnia jej bezpieczeństwo w obrocie, ale zarazem może skłonić kontrahentów i postronnych do występowania pod jej adresem z roszczeniami, do prób sięgania do głębokiej kieszeni ubezpieczyciela. Dlatego szczegóły dotyczące D&O najczęściej są skrywane za kurtyną dyskrecji. Menedżerowie działających w Polsce oddziałów lub spółek zależnych międzynarodowych korporacji najczęściej wiedzą, że są objęci przez centralę ubezpieczeniem D&O, ale nie znają szczegółów. TVP SA ujawnia je publicznie, narażając się na niezasłużone plwociny internautów. Przed tym, niestety, nie można się ubezpieczyć.

Tekst ukazał się 3 XI 2014 r. w Gazecie Giełdy Parkiet.

Czytaj także: 2014.08.23 Przepis przydrożny