Miesięczne archiwum: Grudzień 2014

Dla inwestorów PRZYPOWIASTKI Z MORAŁEM [ II ]

Zebrał, umoralnił i do druku podał Andrzej S. Nartowski

PŁYNNOŚĆ.
Jak zwykle o tej porze Fianna O’Connell przygotowuje obiad, a tu nadchodzi Cearbhell O’Kelly.
– Witam cię serdecznie, Cearbhell. A gdzie mój mąż Shymrlock?
– Fianna, właśnie przychodzę ci to powiedzieć. W browarze był straszny wypadek…
– Nie, nie, tylko nie to! Nie mów mi nawet!
– Muszę. Twój Shymrlock nie żyje.
– O rety, rety, rety! Opowiedz mi, jak to się stało?
– Och, to doprawdy było okropne. Shymrlock wpadł do kadzi, w której warzy się porter…
– Powiedz mi przynajmniej, że nie cierpiał. Że to stało się szybko!
– No więc niestety nie. Shymrlock trzykrotnie wydrapywał się z kadzi, żeby się wysikać. Ale za czwartym podejściem biedak był już tak obciążony, że nie zdołał dopłynąć do drabinki i wydostać się na zewnątrz. Utonął cierpiąc straszliwie, że jeszcze tyle porteru zostało.
MORAŁ: Nie warto łykać zbyt wiele! Inwestorze, obserwuj płynność spółki. Ta, która ją utraci, może łatwo pójść na dno.

WINDOW DRESSING
Window dressing, dosłownie „strojenie wystawy”, to zabiegi mające na celu poprawę wyników lub wizerunku spółki; w polszczyźnie odpowiednikiem tych praktyk jest picowanie samochodu przed sprzedażą frajerowi.

Spotyka Ślązak kolegę.
– Coś ty, Gerhard, taki smutny?
– A bo mi starzyk* umarli.
– Co ty godosz! A kiedy?
– Bedzie ze trzi dni temu nazad.
– Fanzolisz! Przeca ja go wczoraj widzioł!
– Bo my go ino na chwila do okna wystawili jak szoł briftreger** z rentom!
MORAŁ: Emitent, który planuje zebranie pieniędzy z rynku, odświeża swój wizerunek i demonstruje rynkowi co lepsze aktywa. A potem dzieje się, co ma się dziać.
* Starzyk – dziadek
** Briftreger (niem. Brieftraeger) – listonosz.

CYKL KONIUNKTURALNY
Ulicą Dublina kroczy ojciec O’Reilly. Zatrzymuje się na widok pozdrawiającej go uprzejmie młodej kobiety.
– Toż to pani Flaherty! Dawałem wam ślub, ile to było temu? Dwa lata? A jak tam młody narybek?
– Nie mamy jeszcze dzieci – odpowiada pani Flaherty.
– Trzeba się starać! Pracować wytrwale! – zachęca ksiądz. I dodaje: – W przyszłym tygodniu lecę do Rzymu. Zapalę świecę w waszej intencji.
Po latach ojciec O’Reilly spotyka na ulicy panią Flaherty z wielkim wózkiem wypełnionym bliźniakami. Pozdrawia ją serdecznie: – Ha! Jakież udane dzieciaki! W nich jest samo dobro. To pierworodne, prawda?
– Ależ skąd, ojcze O’Reilly – odpowiada ponuro kobieta. – To już trzecia para bliźniąt.
– Wspaniale! Wytrwajcie w staraniach! – zaleca kapłan. – A jak miewa się ten zuch, pan Flaherty?
– Mąż od pewnego czasu siedzi w Rzymie. Obiecał, że zdmuchnie wszystkie cholerne świece.
MORAŁ: Koniunktura dobra rzecz, lecz kiedy się przegrzeje, może cię wpędzić w kłopoty.

SWOT
SWOT to akronim pochodzący od słów: Strengths (siły), Weaknesses (słabości), Opportunities (szanse), Threats (zagrożenia). Analizuje się spółkę przy użyciu dowolnej kombinacji czterech czynników niemierzalnych, więc rezultat taki, jak przy gotowaniu zupy, gdzie smak zależy od tego, jakiego składnika dasz najwięcej.

Trzy pańcie rozmawiają przy popołudniowej herbatce. O mężach, jakże by inaczej. A ściślej biorąc, o ich wadach i zaletach. O pokładanych w nich oczekiwaniach – i o zawodach, jakie oni im sprawiają.
Pierwsza pańcia opowiada, że jej mąż jest, owszem, porządnym człowiekiem. Czułym, serdecznym, pełnym ciepłego humoru. Ale taki jest tylko na trzeźwo, co zdarza mu się coraz rzadziej. Szanse na to, by wyszedł z nałogu, są – jej zdaniem – znikome.
Druga wtrąca: jej mąż ma tę zaletę, że nie pije, i tę słabość, że babiarz z niego straszny. Ale istnieje nadzieja, że kiedyś mu to przejdzie. Wiadomo, wiek robi swoje.
Zaś gospodyni mówi, że jej mąż to już prawie ideał. Ma mnóstwo zalet. Nie pije. Za babami nie lata. Właściwie to ma tylko jedną wadę. I chyba nie da się go z niej wyleczyć. Jest syfilitykiem…
Tu rozlega się z drugiego pokoju głos męża: – Ależ Helu, tyle razy już mówiłem, że jestem fi–la–te–li–stą!

MORAŁ: Zanim zabierzesz się do przeprowadzenia analizy SWOT, postaraj się zrozumieć, o co w ogóle chodzi.

AUDYT ZEWNĘTRZNY
Zajączek często słyszał w domu, jak dorośli z respektem wypowiadają się o byku: że to zwierz ogromny, że mocarny, że bardzo srogi, kiedy się rozsierdzi. Razu pewnego tata zając pokazał zajączkowi byka pasącego się hen, na błoniu. Zaiste, byk wyglądał jak wcielona potęga. Zajączek puścił się ku niemu pędem, ale – rzecz dziwna! – im bardziej zbliżał się do byka, tym bardziej byk malał w oczach. Kiedy zajączek dobiegł blisko, już patrzył na byka z góry. Okrążył go kilkakroć, aż zapytał z niedowierzaniem:
– Byku, jak to możliwe? Z daleka byłeś ogromny, potężny, a z bliska skurczyłeś się w oczach.
Na co byk odpowiedział: – Widzisz, zajączku, bo tak naprawdę ja wcale nie jestem bykiem. Wystarczy podejść bliżej, by przekonać się, że jestem skurczybykiem.
MORAŁ: Kiedy biegły rewident wnikliwie zbada spółkę, niejeden giełdowy byk, z daleka mocarny, ogromny – okazuje się po prostu skurczybykiem.

PLOTKI
Polskojęzyczna szkoła „za komuny”. Nikczemna nauczycielka opowiada uczniom o Leninie.
Zgłasza się mały Kajtek: – A psze pani, a ja widziałem Lenina.
– Bardzo ładnie, Kajtku. Ale gdzie ty go widziałeś? – pyta nauczycielka.
– A w lesie, psze pani.
– Hm… W lesie? Lenina? A może to był jeleń?
– A może.
MORAŁ: Rynek żywi się plotkami. Uwielbia spekulować kierując się niesprawdzonymi informacjami. Lecz zachowuj ostrożność. Nie podejmuj decyzji inwestycyjnych w oparciu o niezweryfikowane dane. Bo wyjdziesz na jelenia!

Przypowiastki ogłoszone 31 grudnia 2014 r. w Gazecie Giełdy PARKIET.
Ciąg dalszy PRZYPOWIASTEK Z MORAŁEM nastąpi przy stosownej okazji.

Dla inwestorów PRZYPOWIASTKI Z MORAŁEM [I]

Zebrał, umoralnił i do druku podał Andrzej S. Nartowski

ROZWÓJ ORGANICZNY
Tak nazywamy rozwój spółki oparty o własne środki. Przeciwieństwem jest rozwój poprzez przejęcia innych podmiotów.

Leży na błoniu krowa cała zadowolona i popala. Nadchodzi borsuk.
– Cześć, krowa. Zrobiło ci się happy?
– A bo jaram sobie i jest jazzy. A ty, borsuk, nie kopsnąłbyć szluga?
Borsuk chętnie próbuje używki, zaciąga się głęboko i wypuszcza dym kółkami.
– Coś ty, borsuk! – oburza się krowa. – Nie tak trzeba Wciągnij i trzymaj, aż zagotuje ci się w płucach. Wtedy, kolego, jest cool. Albo wiesz co? Sztachnij zdrowo, przejdź się do rzeki, przepłyń pod wodą na drugi brzeg, tam dopiero wypuść dymek. Zobaczysz, jak to działa.
Jak poradziła, borsuk zrobił. Zanurzył się pod wodę, nurt zniósł go nieco w dół rzeki, ale wygramolił się na brzeg, wypuścił powietrze z płuc i zaległ oszołomiony.
Nadszedł hipopotam. Zagadał: – Co czaisz, borsuk?
Opowiedział mu borsuk, że nafazował się, bo niedaleko w górę rzeki leży na błoniu krowa, ma stuff i daje popalić. I że hipopotam też mógłby pociągnąć macha.
Więc poszedł hipcio ku rzece, podążył nią pod prąd, wyszedł na drugi brzeg i zmierza ku krowie.
A krowa już orbituje. I patrzy przymglonym wzrokiem na zwierza idącego błoniem w jej stronę. Aż dociera do niej, co się stało, więc rozpaczliwie krzyczy:
– BORSUK, K….!!!, WYPUŚĆ POWIETRZE!
MORAŁ: Tylko krowa skłonna jest uwierzyć w dynamiczny rozwój organiczny.

REWIDENT DO SPRAW SZCZEGÓLNYCH
Nastała ciemna, bezksiężycowa noc. Po ciężkim dniu mężczyzna wracał do domu. Pomyślał, że skoro nikt na niego nie czeka (w środy żona przesiadywała do późna na zebraniach swojego klubu), nadłoży drogi i pójdzie przez park. Tam, spoza drzewa, dobiegł go konspiracyjny szept kobiety: – Hej, frajerze, masz ochotę na szybki numerek? Za stówkę?
Pomyślał chwilę. Nigdy jeszcze nie kosztował płatnej miłości… Stówka to nie taki znów majątek. Czemu nie?
Kiedy już ukradkiem, na chybcika, zaczęli procedować w krzakach, znienacka padł na nich snop światła latarki, a z góry rozległ się gromko srogi głos policjanta:
– Obywatelu, obywatelko, co tu się wyprawia?
– Kocham się z żoną – odpowiedział mężczyzna.
– Przepraszam. Nie wiedziałem! – odparł policjant.
– Ja też nie. Dopóki ta cholerna latarka nie oświetliła jej twarzy.
MORAŁ: Od rewidenta do spraw szczególnych oczekuje się, że rzuci snop światła tam, gdzie najciemniej, co pozwoli ustalić, kto właściwie kogo dyma.

CORPORATE GOVERNANCE
Corporate governance to należyte prowadzenie spółki, a najlepszą metodą przeciwdziałania korupcji, bałaganowi i niegospodarności jest przejrzystość.

Żona już wzięła prysznic, właśnie zaczyna tuszować się mąż, gdy rozlega się dzwonek u drzwi. On już mokry, ona jeszcze nie wytarła się całkiem, ale owija się w ręcznik i idzie otworzyć.
W progu staje sąsiad, obrzuca ją pożądliwym spojrzeniem i lubieżnie mruczy: – Zrzuć ten ręcznik. Zrzuć chociaż na chwilkę, proszę, a zaraz dam ci trzy tysiące. Natychmiast. Od ręki!
Kobieta ulega pokusie, zrzuca z siebie ręcznik, staje naga przed sąsiadem, inkasuje gruby plik stuzłotówek, po czym zatrzaskuje drzwi. Kiedy otuliwszy się znowu ręcznikiem i podekscytowana nieoczekiwanym przypływem gotówki wraca do łazienki, mąż pyta: – Kto to był?
Żona mówi: – Nasz sąsiad Bartek. Odprawiłam go.
Mąż: – A czy dał ci trzy tysiące, które obiecywał dzisiaj zwrócić?
MORAŁ: Zatajanie przed akcjonariatem informacji o istotnych wydarzeniach nie przynosi żadnych korzyści. Natomiast pełna przejrzystość zadowoli przynajmniej postronnych.

DUE DILIGENCE
Due diligence to badanie spółki przed podjęciem decyzji o jej nabyciu lub przejęciu, czyli szukanie trupów w szafach.

Na bagnistym brzegu rzeki Limpopo o świcie krokodyl dopada krajowca. Pierwszym kęsem przegryza go do uda. Drugim do torsu. Trzeci kęs – i oto w rozwartej paszczy bestii widać już tylko głowę nieszczęśnika.
Ścieżką nad urwiskiem przechodzi właśnie dwóch misjonarzy. Jeden zwraca drugiemu uwagę na ów niecodzienny widok:
– Spójrz tylko. Wszędzie niby bieda. A tego tutaj stać na luksusowy śpiwór od Lacoste’a!
MORAŁ: Nie sądź uczestników rynku po pozorach. Zanim sformułujesz opinię, dokonaj due diligence. Może okazać się, że to, co zrazu uważasz za błyskotliwe aktywa, zdecydowanie należy zaliczyć do pasywów.

ANALIZY
Mroźna, wietrzna noc marcowa. Bezdomny rudy kocur błąka się po dachu. Chce przytulić się do komina, by ogrzać się emanowanym przezeń ciepłem. Drapie się wyżej, drapie po grudkach lodu. Ale raz po raz grudka, o którą zaczepił pazurami, odrywa się od dachu i stacza po stromiźnie, a kocur razem z nią. Oparł się wreszcie o rynnę i znowu drze pazury podczas mozolnej wspinaczki. Kiedy już dotarł do celu, obolały i sponiewierany, zdenerwowany niepowodzeniami, rozdarł się na całe kocie gardło:
– Szlag trafił! Że też, psiakrew, ta parszywa zima nie ma zamiaru się skończyć! Wiosny nie widać, do jasnej cholery! Ona chyba nigdy nie nadejdzie! Jestem wkurzony na maksa, podarłem futerko, połamałem pazurki, przymarzam do lodu, chromolę taką pogodę. Niech to wszystko mysz kopnie!
Stojąc przy oknie w domu naprzeciwko, Jerzy z zainteresowaniem śledził radosne, jak sądził, harce kocura na dachu. A kiedy usłyszał jego piski, powiedział do żony: – Kochanie, zima się kończy. Koty dokazują na dachach. Słyszysz, jak ten się drze? To niechybny znak wiosny. Prognozy zapowiadają, że ostra zima potrwa jeszcze długo, ale zwierzątka zawsze pierwsze czują wiosnę i głośno zwiastują jej nadejście. Kota nie oszukasz.
MORAŁ: Analitycy też uważnie badają wszystkie sygnały płynące z rynku i jego otoczenia. A na ich podstawie wyciągają równie trafne wnioski.

NIEZALEŻNA OPINIA
Profesor długo przeglądał w milczeniu wyniki badań. Na koniec przemówił.
– Otóż, Joe, mam dla ciebie dwie wiadomości. Dobrą i złą. Dobra jest taka, że dzięki badaniom na tomografie ostatecznie ustaliliśmy przyczynę tych twoich stałych, uporczywych migren. Co więcej, wiemy już, jak można im zaradzić.
– Doktorze, to rzeczywiście doskonała wiadomość! – ucieszył się Joe.
– Więc teraz pora na tę złą – powiedział doktor z powagą. – Joe, bez żadnych wątpliwości stwierdziliśmy, że bóle głowy pochodzą od kręgosłupa, a nacisk na kręgosłup idzie z jąder. Nie ma rady. Powinieneś poddać się kastracji.
Joe stanął przed trudną decyzją. Z jednej strony, jego ostre, przewlekłe migreny były nie do zniesienia. Z drugiej – cena, jaką miałby płacić za pozbycie się tych utrapień była bardzo wysoka. Lecz po męsku (przez głowę przebiegła mu myśl, że ostatni raz „po męsku”) podjął decyzję najtrudniejszą z trudnych. Zdecydował się pójść pod nóż…
Kiedy wyszedł ze szpitala, po raz pierwszy od niepamiętnych lat nie czuł bólu świdrującego skronie. Szedł z podniesioną głową, rozglądając się ciekawie. Przystanął przed witryną magazynu z elegancką odzieżą. Pomyślał: jestem już kimś innym, dlaczego miałbym nie kupić sobie porządnego ubrania na nowe życie? Chociaż, co to za życie?
Subiekt, elegancki starszy pan, obsługiwał go bardzo uprzejmie.
– Szanowny pan życzy sobie ten ciemnopopielaty garnitur w szerokie prążki? Doskonały wybór! Niech spojrzę. Rozmiar 44, długi.
Ubranie pasowało jak ulał. Joe zapytał: – Jak pan je dobrał na pierwszy rzut oka?
– Szanowny panie, 60 lat praktyki. Czy mogę zaproponować panu tę koszulę? Tak na oko: rękaw 34, kołnierzyk 16 i pół.
– Rzeczywiście, to moje rozmiary – roześmiał się Joe. Ależ pan ma oko!
– Szanowny panie, 60 lat praktyki. Co jeszcze mogę zaproponować? Może slipy? Rozmiar 36.
– Tu oko pana zawiodło, odkąd skończyłem 16 lat, noszę rozmiar 34.
– Szanowny panie, 60 lat praktyki. Stanowczo 36! Otóż spodenki w rozmiarze 34 byłyby dla pana niewygodne, krępujące, że tak powiem. A skrępowane jądra mogłyby spowodować silny ucisk na kręgosłup, co groziłoby dotkliwymi migrenami…
MORAŁ: przed podjęciem pod dyktando specjalisty ważnej decyzji o inwestycji lub dezinwestycji dobrze zasięgnąć niezależnej opinii doświadczonego praktyka.

Przypowiastki ogłoszone 24 grudnia 2014 r. w Gazecie Giełdy PARKIET.
Ciąg dalszy nastąpi!

Od orleanistów do orlenistów

Twórczym wkładem naszych liderów związkowych do intelektualnej skarbnicy ludzkości jest idea dziedziczenia etatów w korporacjach wyróżniających się ponadprzeciętną wysokością średniej płacy. Uczeni próbują ustalić, czy owa niepospolita koncepcja została ukuta w kopalniach węgla kamiennego, czy w Orlenie lub KGHM. Dała ona asumpt masowym wystąpieniom pracowniczym na rzecz lepszego jutra i pojutrza. Miała Francja orleanistów, my mamy orlenistów.

Na pierwszy rzut oka myśl nie wydaje się nowa. Z ojca na syna przechodziło papiestwo, biskupstwa, korony i mitry, ordynacje, tytuły, przywileje. Sam pisałem w tym miejscu (16 listopada 2010 r.) o przypadku trzeciego markiza Bute, który będąc sześciomiesięcznym brzdącem odziedziczył stanowisko przewodniczącego rady dyrektorów Cardiff Savings Bank. Pełnił je 38 lat; raz nawet Jego Łaskawość udział w posiedzeniu wziąć raczył. Lecz dziedziczenie korony lub zaszczytu to coś innego, niż etatu. Od tego ostatniego warto odróżnić także dziedziczenie zawodu. Zawody, jak wiadomo, powszechnie dziedziczą lekarze, profesorowie uniwersyteccy, prawnicy. Jestem którymś tam prawnikiem w linii prostej, a w kancelarii adwokackiej mojego syna wiszą na ścianach zdobyte na Allegro paradne akty notarialne z kancelarii pradziadka. Wszelako dziedziczenie zawodu wymaga predyspozycji i pracy nad sobą, zdobycia wykształcenia, zaś dziedziczenie etatu jest prostsze: latorośl zostaje zatrudniona z automatu.

Zasad dziedziczenia etatów nie można jednak puścić na żywioł. Wskazana jest głęboka reforma prawa spadkowego. Dziedziczyć można, jak wiemy, z ustawy lub testamentu. Dziedziczenie ustawowe byłoby proste, gdyby etat przechodził z ojca na jedynego syna. Lecz co począć, gdy pretendujących do etatu synów jest kilku? Dzielić etat między uprawnionych, czy zgodnie z primogeniturą powierzyć go najstarszemu? Obciążyć dziedzica obowiązkiem spłaty pominiętych, czy darować sobie? A co z córkami, pasierbicami, potomkami in vitro? Czy bruzda wykryta przez księdza profesora z UJ przeszkadzałaby w zatrudnieniu? Wszak dziedziczone etaty byłyby wiekuiste. Zamkną kopalnię, bo nierentowna, albo zaleje ją woda, albo wyczerpane będą złoża, pozostaną natomiast etaty pracownicze i związkowe. Ciekawe, komu będą zgłaszane żądania podwyżek?

Bardziej skomplikowane będzie dziedziczenie testamentowe. Moi przodkowie po mieczu i kądzieli zwykli uposażać swoją ostatnią wolą także instytucje kościelne, parafie bądź zakony. W przypadku złożenia zapisu etatu na rzecz parafii należy ustalić, kto stawi się do pracy: wikary, czy może sam proboszcz dobrodziej, skuszony wysokim wynagrodzeniem. Ale sprawa zagmatwa się w przypadku zakonu – załóżmy, że żeńskiego – objętego rygorem klauzury: siostrzyczki nie mogą opuszczać murów klasztoru, miałybyż wynająć pracownika? Co w sytuacji, jeżeli pracownik powoła do spadku instytucję dobroczynną? Czy uchwalić lex Owsiak, ograniczające liczbę dziedziczonych etatów do jednego? Gdybyśmy omieszkali to uczynić, na poczciwego dyrygenta Wielkiej Orkiestry spaść mogłaby lawina zapisów. Jak rozplątać materię zachowku dla niezdolnej już do pracy wdowy? Jak postąpić, gdy etatem zostanie uposażone małoletnie dziecię: czy dać mu możliwość wydzierżawienia przypadającego mu etatu, czy na czas dojścia do pełnoletniości wygasić etat, a może i działalność zakładu pracy? I co począć, gdy powołany do spadku odrzuci go?

Wyobraźmy sobie kłopoty działu HR: oto do pracy zgłasza się spadkobierca, któremu w podziale spadku przypadło 2.463/48.579 części (słownie: dwa tysiące czterysta sześćdziesiąt trzy czterdziestoosśmiotysięcznychpięćsetsiedemdziesiątychdziewiątych). Czy podzielić etat na tyleż cząsteczek? Czy przeprowadzać komasację etatów, jak na wsi komasuje się grunty? Czy napuścić lekarza medycyny pracy, by w takich przypadkach na wszelki wypadek orzekał o niezdolności do pracy? Czy może samemu się zastrzelić?

Nawet po pomyślnym rozwiązaniu wspomnianych dylematów pozostaną trudne aspekty podatkowe. Miałbyż powołany do spadku płacić podatek od spadków i darowizn, skoro dochody z pracy zostaną objęte podatkiem od dochodów osobistych? Fiskus zapewne okaże apetyt na obie daniny, spadkobiercy pójdą do Strasbourga, prawnicy zarobią. W ten sposób z całego zamieszanie wyniknie jakiś pożytek.

Tekst ogłoszony 8 grudnia 2014 r. w Gazecie Giełdy PARKIET

Trąd w parlamencie

Pozbawione przymiotnika „corporate” pojęcie „governance” w jego pierwotnym znaczeniu odnosi się do państwa, do sprawowania w nim władztwa. Tutaj pisuję o władztwie widzianym z perspektywy spółki akcyjnej obecnej na rynku kapitałowym, oraz jej akcjonariatu. Sprawy państwowe najchętniej omijam, ponieważ jestem względem nich krytyczny. Uważam władztwo w Rzeczypospolitej za dziurawe niczym ser szwajcarski: część jego komponentów została zagarnięta przez partie polityczne, innych państwo wyrzekło się samo w imię stosunków z Kościołem. Usiłowania wokół naprawy stanu rzeczy, przedsięwzięcia nawet drobnych reform, napotykają na opór. Przykładem jest reakcja na przypominającą whistleblowing inicjatywę marszałka Sejmu.

Wyszło na jaw, że posłowie oszukują. Trzech oszukiwało notorycznie, kilku powinno rozwiać niejasności związane z rozliczaniem delegacji. Marszałek Sejmu zaproponował, by ci, którym są znane kolejne wątpliwe przypadki, zgłaszali je na służący temu celowi adres poczty elektronicznej.

Jakiś korporacyjny tuman napisałby, ze chodzi o „zdefiniowany adres e-mail dedykowany kazusom fraudu”. A niejeden obłudny polityk zajął już stanowisko, że jest to „działanie polityczne” (nawet dla polityków wszystko, co polityczne, jest obrzydliwe), zaś „stworzenie obywatelom możliwości słania donosów na parlamentarzystów to kompletna paranoja”. Oburzeni są w szczególności pracownicy Senatu: „nie jesteśmy śledczymi, nie będziemy sprawdzać, czy ktoś leciał, a mówił, że jechał” – to opinia przytoczona na portalu tvn24.pl.

Dlaczego marszałek Senatu zajął w tej sprawie inne stanowisko niż marszałek Sejmu? Zapewne nie bez znaczenia są ich doświadczenia międzynarodowe. Jeden jest światowcem obytym w obcych kulturach, studiował i pracował zagranicą, ma żonę Amerykankę, poważną publicystkę. Prawdopodobnie doskonale wie, co to jest whistleblowing i jakie są jego zalety. Drugi jest krajowcem, zasłużonym opozycjonistą, wyśmienitym konspiratorem, ale świat widuje głównie przez szyby limuzyn, którymi bywa wożony podczas (zresztą licznych) wyjazdów zagranicznych. Pierwszy pragnie pozyskiwać informacje demaskujące nieprawidłowości, drugi ma złe doświadczenia z kapusiami w swoim środowisku, nie lubi „donosicielstwa”.

Na marginesie: o upodobaniu marszałków senatu do podróżowania można w nieskończoność. Prof. Alicja Grześkowiak w każdym odwiedzanym kraju spotykała się z prymasem albo z kardynałem; prof. Longin Pastusiak, amerykanista, znał setki wpływowych polityków amerykańskich i bywał goszczony przez nich w domach, także w Białym Domu. Adam Struzik przywoził z podróży egzotyczne odznaczenia państwowe. Chętnie poznam jakieś argumenty za utrzymaniem Senatu.

Symptomem trądu w polskim parlamencie nie jest radosna wyprawa trójki posłów i ich żon do Madrytu; nie tylko polscy parlamentarzyści dopuszczają się zachowań niegodnych swojego statusu. Nie jest nim także rozpaczliwa próba ich macierzystej partii przykrycia ich występku zegarkiem byłego już posła Nowaka: nie tylko w Polsce partyjni bonzowie odwracają ogon kotem, lub na odwrót. Nie jest nim nawet wynoszenie na ołtarze prawości i honoru posła, który wystąpił z partii tuż zanim go nakryto, wszak swoich mierzymy inną miarą niż konkurentów albo przeciwników. Symptomem trądu jest to, że proceder oszukiwania na wyjazdach zagranicznych był szeroko znany, ale nikt sprawy nie podniósł. Oraz to, że kiedy marszałek Sejmu zapowiedział możliwość anonimowego (lub nie) zgłaszania nieprawidłowości, podniosły się zarzuty, że promuje donosicielstwo, czyli zachowania niewłaściwe.

Otóż właściwe. Tak trzymać! Przed laty opisałem zjawisko „wszyscy wiedzą, nikt nie alarmuje” (link poniżej). Wówczas chodziło o przypadek trądu na prowincji, w miasteczku pod Chrzanowem. Czy w sprawach państwa, czy niewielkiej firmy, sprawdza się podstawowa zasada governance: najlepszym sposobem przeciwdziałania nieprawidłowościom, w szczególności korupcji, jest przejrzystość. Im więcej światła, tym mniej kantów.

Czytaj także:
2006.02.27 Uwaga, oszustwo!