Miesięczne archiwum: Maj 2015

Czuj się odwołany!

Nie znają dnia ni godziny. Codziennie czują się odwoływani. Powodem stresu nie jest dla nich praca, odpowiedzialna i trudna, ale ryzyko jej nagłej utraty. Nie jest to – jak się uważa – fatum ciążące wyłącznie na menedżerach spółek z udziałem Skarbu Państwa, prezesi innych spółek także tracą stanowiska nagle i z niewiadomych przyczyn – czasem równie niewiadomych, jak przyczyny powołania ich na funkcję. Jak mamy uwierzyć w rynek, w notowane na nim spółki, w sens powierzania im naszych pieniędzy, skoro nominacje menedżerów i ich denominacje spowite są mrocznymi sekretami?

Nastrój niepokoju jest podsycany przez media. Wiadomo: odwołanie menedżera lub jego rezygnacja to zawsze chwytliwy temat, można go pociągnąć nawet przez kilka dni. Menedżerowie długo trwający na posadzie budzą zniecierpliwienie. Po zmianie koalicji dysponującej większością parlamentarną często dzwonili do mnie dziennikarze z pytaniem, którzy prezesi zostaną „odstrzeleni” jako pierwsi. Menedżer budujący wartość spółki to temat mniej atrakcyjny niż menedżer do odstrzału. A właśnie zanosi się na wielkie polowanie, medialna nagonka już rusza.

Ostatnio nieoczekiwanie zdenominowano (czyli odwołano) prezesa jednego z banków. Do niedawna uważano banki za instytucje zaufania publicznego… Pechowy Bank Ochrony Środowiska często padał ofiarą niewłaściwych praktyk corporate governance. Tracił na inicjowanych przez jednego z menedżerów (później wpływowego polityka) niejasnych operacjach z wierzytelnościami. Niesławnej pamięci minister środowiska przepchnął do rady banku, a później do zarządu, swoją totumfacką z administracji domów mieszkalnych. Kredyt Bank próbował przejąć BOŚ nieeleganckimi metodami, ten zaś bronił się podobnie. Bank repolonizowano wyganiając zeń szwedzkiego inwestora; co na tym zyskaliśmy? Sergiusza Najara wyrzucono z fotela prezesa i – bez jasnych ku temu powodów – pozbawiono absolutorium, by utrudnić mu powrót do bankowości. Później o banku przycichło. Do teraz.

Przed kilkunastu laty ukazało się w Polsce tłumaczenie książki napisanej jeszcze dziesięć lat wcześniej, jednej z pierwszych na naszym rynku traktujących o corporate governance. Napisałem notkę recenzyjną, książkę umiarkowanie pochwaliłem, zganiłem tłumacza i wydawnictwo – za to, że odgrzało nieświeży już kotlet, bo książka była i z innej epoki, i z innego świata. Nie wspomniałem o drobiazgu, który mnie niezmiernie zirytował – cytowanej w książce wypowiedzi jednego z niezarządzających członków rady dyrektorów: „Kiedy wchodzisz do rady, wręczasz prezesowi niedatowany, podpisany wniosek o dymisję”.

Oczywiście członek rady dyrektorów (a także rady nadzorczej) nie składa „wniosku o dymisję”. Składa on rezygnację. Wniosek można przyjąć lub odrzucić, rezygnacja skutkuje tak samo jak odwołanie lub śmierć. Lecz to tylko nieporozumienie. Mnie zirytowało założenie, że o członkostwie dyrektora w radzie miałby decydować szef zarządu. To rozwiązanie niezgodne z prawem, przy tym niemoralne: nie po to akcjonariusze wybierają radę, by los jej członków zawisł na prezesie. Stabilizacja członkostwa jest szczególnie ważna w przypadku członków niezależnych. Byłby to także archaizm, takich rozwiązań zapewne już nikt nie stosuje. Wręczenie komukolwiek podpisanego, niedatowanego oświadczenia o rezygnacji spowoduje, że składający takie oświadczenie musiałby liczyć się z tym, iż w każdej chwili jego rezygnacja może wejść w życie, o czym nieszczęśnik zapewne dowie się po fakcie. Z gazet.

Przypominam tę niefortunną wypowiedź, ponieważ szykujący się do władzy (już jest w ogródku, już wita się z gąską) szef jednej z dużych partii politycznych złożył zaskakujące oświadczenie: „Premier powinien złożyć u prezydenta dymisję bez daty”. Propozycja jest niekonstytucyjna i również niemoralna. W tym przypadku nie chodzi o corporate governance, a o governance w państwie, o sposób sprawowania w nim władztwa. Od tego władztwa zależy też jakość rynku kapitałowego, a od rynku – pomyślność pokoleń. Przeto o tym prezesie także napiszę, że jest on przeżytkiem z innej epoki, z innego świata. Zasłużył już na status praprezesa, może czas by poczuł się odwołany?

Czytaj także:
2001.06.29 Zadania i wyzwania rad nadzorczych i ich członków w świecie i w Polsce

Stowarzyszenie Umarłych Prezesów

W Polsce prezesi odchodzą znienacka, przy akompaniamencie rozważań, czy spółka na tym straci, czy może jednak zyska. Czasem na wiadomość o dymisji lubianego przez rynek prezesa kurs akcji zanurkuje, jak płakały notowania BRE po dymisji Sławomira Lachowskiego. Niekiedy odejście prezesa nie wywiera wrażenia na kursie. Dzieje się tak w sytuacji, gdy prezes – co zdarza się rzadko – zawczasu zapowiedział, że w określonym, odległym terminie odejdzie ze stanowiska (modelowy przykład dał prezes Banku Zachodniego WBK Jacek Kseń). Dzieje się tak również wtedy, gdy akcjonariat uznaje, że na odejściu prezesa co najmniej spółka nie straci.

Lecz chodzi mi nie o to, co dzieje się z kursem akcji osieroconych spółek, a o to, co dzieje się z prezesem. Niektórzy po pewnym czasie obejmują inne stanowiska, znowu gdzieś prezesują lub wiceprezesują, odnosząc przy tym sukcesy. Ci, którzy zasłużyli na szacunek rynku, są zapraszani do pracy w radach nadzorczych. Inni znikają na zawsze w powszechnej niepamięci. To z myślą o nich ukułem powiedzonko o Stowarzyszeniu Umarłych Prezesów. Z pewnością niepoprawne politycznie i obyczajowo, ale akuratne. Bo nie wiadomo przecież, jak członkowie tego stowarzyszenia zawędrowali na swoje wysokie stanowiska, kto ich wypromował i dlaczego. Nie wiadomo także, dokąd i którędy powędrowali po zejściu ze szczytów – dość, że słuch po zaginął. Czasem bierze mnie ciekawość, co stało się z jakimś byłym prezesem, którego zapomniane już nazwisko odnalazłem w archiwalnych notatkach. Daremne wypytywanie o jego późniejsze losy, nikt ich nie zna, a niewielu w ogóle pamięta, że kiedyś taki osobnik przewinął się przez posady.

Polskim spółkom zdecydowanie brakuje dalekowzrocznej i przejrzystej polityki sukcesji. Szkodzi im to w trójnasób. Po pierwsze, prezesi odchodzą nie tylko z dnia na dzień, nawet z godziny na godzinę, co u nich samych, i w akcjonariacie, potęguje nastrój niepewności. Po drugie, brak starannie przygotowanego następstwa powoduje spore zamieszanie w procesie zarządzania. Po trzecie, w takich warunkach częściej dochodzi do przypadkowego obsadzania stanowisk w zarządzie, czyli kreuje się kandydatów na „umarłych”, zapomnianych menedżerów.

Członków stowarzyszenia pozostawiam w zasłużonym niebycie, natomiast zastanawiam się, dlaczego szkoły wyższe, tak lubujące się w prowadzeniu studiów w zakresie zarządzania, nie wykorzystują doświadczonych menedżerów, którzy dysponują już czasem, a nadto praktyczną jeszcze wiedzą. Zastanawiam się, dlaczego państwo nie sięga po najlepszych spośród byłych menedżerów, po osoby doświadczone w kontaktach międzynarodowych, obyte w świecie, znające języki, by powierzać im ambasadorstwo?

Nie kwestionuję kwalifikacji polskiego korpusu dyplomatycznego. Uważam jednak, że polskiej gospodarce brakuje skutecznej promocji uprawianej kanałami politycznymi i dyplomatycznymi. Nie mamy rodziny królewskiej, która roześle książęta po świecie, by promowały nasze firmy i ich interesy. Pomiędzy polityką a biznesem wzniesiono kiedyś kolczaste zasieki. Prezydent zajmuje się najwyższą racją stanu (poprzedni obrażał się na świat za kąśliwy tekst w trzeciorzędnym pisemku o nim, bracie i mamie). Ministrowie nie sprzedają w świecie polskich produktów i wynalazków, dyplomaci skrzętnie wypełniają instrukcje słane z centrali, by z godnością prostować nieścisłe wypowiedzi polityków na temat Polski, a także artykuły w dziennikach i biuletynach, biura radców handlowych zajmują się obsługą misji gospodarczych i targów. Brakuje stałej, systematycznej, kompetentnie prowadzonej działalności na rzecz polskiej gospodarki, w tym poszczególnych firm. Mogliby ją prowadzić znani menedżerowie, gdyby to ich wysyłano na placówki.

Polska dobiera ambasadorów spośród zawodowych dyplomatów, ale nie waha się sięgać poza ten krąg, na placówki wysyłano także uczonych lub znanych dziennikarzy (tu można wymienić Daniela Passenta, Krzysztofa Mroziewicza, Jarosława Gugałę). Proponuję rozważenie możliwości zatrudnienia w interesie kraju doświadczonych i szanowanych byłych menedżerów. Przydadzą się polskiej gospodarce, polskim firmom i produktom, naszym interesom handlowym. W wielu korporacjach i organizacjach międzynarodowych przenosi się na emeryturę osoby w wielu 62 lat lub zbliżonym – czyli ludzi o pełnej wciąż przydatności na stanowiska ambasadorów. Nie muszę wymieniać tu nazwisk, wystarczy rozejrzeć się po rynku.

O ochronie informacji przed… mediami

Wieczne urzędowanie racz im dać, Panie! Zza biurek, zza stert dokumentów, eksperci z UKNF nie dostrzegają tego, co dzieje się na rynku.

Fundamentem corporate governance jest przejrzystość rynku i notowanych na nim spółek. O tę przejrzystość dbają liczni nadzorcy instytucjonalni, jak KNF, UOKiK i rozmaite resorty. Niemniej nadzór instytucjonalny, chociaż rozwija się imponująco, nie zastąpi nadzoru nad rynkiem sprawowanego przez akcjonariuszy – dostawców kapitału i interesariuszy, czyli po prostu wszystkich świadomych, że od rynku zależy pomyślność pokoleń. Rosnące zainteresowanie rynkiem kapitałowym jaskrawo kontrastuje z mierną frekwencją na walnych zgromadzeniach. Kilka jest przyczyn takiego stanu rzeczy, na pierwszym miejscu wymienię skuteczne zabiegi wielu spółek ku zniechęceniu akcjonariatu do uczestnictwa w walnych zgromadzeniach, nierzadko przekształcanych w walne zwyrodnienia. Tym większego znaczenia nabiera obecność mediów na walnych zgromadzeniach spółek publicznych.

Temat ma długą i burzliwą historię. Pojawił się z początkiem stulecia wraz z podjęciem przez grono zapaleńców prac nad redakcją pierwszego polskiego zbioru dobrych praktyk. Z jednej strony występowali zwolennicy zagwarantowania dziennikarzom prawa do obecności na walnych zgromadzeniach spółek publicznych. Z drugiej strony podnoszono argumenty, że obecność dziennikarzy na walnym zgromadzeniu bywa zbędna, wręcz szkodliwa (?), a decyzja o ich dopuszczeniu do obserwowania obrad zawsze należy do akcjonariuszy. Bywało, że przeciwko obecności dziennikarzy na walnym zgromadzeniu występowały zawczasu zarządy. Bywało, że świadczono dziennikarzom łaskę pozwalając im śledzić w innej sali przeznaczoną tylko dla nich transmisję obrad (dbając, by w czasie przerw „pismaki” nie miały kontaktu z akcjonariuszami….) Ale bywały też spółki chętnie goszczące media na walnych zgromadzeniach.

Nie ma tu miejsca na wyliczanie spółek blokujących udział dziennikarzy na walnych zgromadzeniach. Redakcje, które rzeczywiście były zainteresowane informowaniem o przebiegu walnych zgromadzeń, uczestniczyły w walnych zgromadzeniach nabytą w tym celu akcją. Zdarzyło się, pod koniec walnego zgromadzenia, gdy większość akcjonariuszy zdążyła już opuścić wielogodzinne obrady, że obecnego jeszcze dziennikarza – pełnomocnika redakcji usiłowano wybrać do rady nadzorczej spółki, jednej z najważniejszych i największych…

Upowszechniający się na rynku obyczaj transmitowania w internecie przebiegu walnych zgromadzeń nie przekreśla konieczności zapewnienia mediom dostępu do walnych zgromadzeń. Oko kamery nie pokaże wszystkiego, często nie uchwyci atmosfery walnego zgromadzenia, nastroju akcjonariuszy, nie ogarnie nieformalnych dyskusji kuluarowych, czyli nie zastąpi dziennikarza. Jego sprawozdanie z walnego zgromadzenia nie zmierza do tego, by odtwarzać to, co spółka sama ogłasza w raporcie bieżącym. Wciąż wiele walnych zgromadzeń wręcz kipi emocjami, wciąż dokonywane są zamachy na prawa akcjonariuszy, naruszana bywa procedura, obrażane dobre obyczaje, najwięksi inwestorzy pyszą się i panoszą, mniejsi bywają krzywdzeni. Relacja dziennikarska na temat wydarzeń, nastrojów, zachowań akcjonariuszy na walnym zgromadzeniu ma przecież większą wartość niż słany przez spółkę na rynek gładki raport bieżący lub ogłoszony w prasie grzeczniutki wywiad z prezesem.

Dlatego jestem zdumiony, że w toku prac nad nową redakcją dobrych praktyk spółek notowanych na GPW pojawiła się próba ograniczenia obecności dziennikarzy na walnych zgromadzeniach. Podjął ją Urząd Komisji Nadzoru Finansowego, ponoć w dbałości o zapobieganie rozpowszechnianiu informacji poufnych. Zdaniem urzędników dziennikarze mogą, owszem, być obecni na walnych zgromadzeniach spółek publicznych, ale tylko wtedy, kiedy walne jest transmitowane w internecie w czasie rzeczywistym. Jeżeli zgromadzenie nie jest transmitowane, dla dziennikarzy nie ma na nim miejsca! Oto, do czego dochodzi: ktoś pragnie chronić informacje przed mediami powołanymi przecież do ich rozpowszechniania.

Wieczne urzędowanie racz im dać, Panie! Zza biurek, zza stert dokumentów, eksperci z UKNF nie dostrzegają tego, co dzieje się na rynku. Obecność mediów na walnym bywa najbardziej pożądana wtedy, kiedy obrady nie są transmitowane w sieci, a bywa, że dlatego nie są transmitowane, gdyż wiele jest do ukrycia przed opinią publiczną, przed rynkiem, a w pierwszej kolejności przed Komisją Nadzoru Finansowego. Cenię dorobek Komisji, chylę przed nią cylinder, ale wyznaję pogląd, że nadzorcy instytucjonalni nie wyręczą nadzorców społecznych. Swobodny dostęp mediów do walnych zgromadzeń spółek publicznych jest fundamentem corporate governance. Jeżeli dzisiaj zakwestionujemy prawo dziennikarzy do obecności na walnych i relacjonowania ich przebiegu, jutro będziemy gotowi pozbawić wstępu na walne także akcjonariuszy, bo niechże który zgrzeszy telefonem, twitem albo mailem i informację poufną wyjawi, światu przekaże? Strach o tym nawet myśleć!

Tekst ogłoszony 16 maja 2015 r. w Gazecie Giełdy PARKIET
Czytaj także:
2012.12.04 Piekielny kocioł z Rafako
2005.12.09 Co wolno pismakom?
2003.01.27 Banki, szanujcie pismaków!

Prerogatywa na szali

Prerogatyw prezesa zarządu lub przewodniczącego rady nadzorczej nie można przenosić na inne osoby. Istota prerogatywy polega właśnie na tym, że jest ona nierozdzielnie związana z określoną funkcją, czyli przysługuje wyłącznie piastunowi tej funkcji w czasie jej pełnienia. Przykładem uprawnienie przewodniczącego rady nadzorczej – a także prezesa zarządu – do rozstrzygnięcia głosowania w razie równości głosów. Z tą różnicą, że w takiej sytuacji głos przewodniczącego rady „rozstrzyga” wynik głosowania (art. 391 § 1, zdanie drugie Ksh), natomiast głos prezesa zarządu „decyduje” o wyniku głosowania (art. 371 § 2 zdanie drugie Ksh). Nie widzę tu różnicy, chociaż zapewne można na ten temat napisać habilitację. Powodzenia!

W przypadku obu organów ustawa przewiduje, jako zasadę, podejmowanie uchwał bezwzględną większością głosów (nie dotyczy to z natury rzeczy zarządu w składzie jednoosobowym). Statut może wprowadzić wyjątki od tej zasady. Wyjątki rozmaite. Może więc sformułować wymóg większości kwalifikowanej co do liczby głosów (na przykład warunkować przyjęcie uchwały od oddania na nią ¾ głosów). Może warunkować ważność uchwały od udziału w głosowaniu prezesa zarządu lub przewodniczącego rady nadzorczej, a nawet od oddania przezeń głosu za. Może też zawierać inne postanowienia podwyższające lub obniżające warunki przyjmowania uchwał, w tym znieść wymóg bezwzględnej większości głosów, a wtedy przyznać prezesowi zarządu i/lub przewodniczącemu rady nadzorczej prawo przeważenia szali w razie równości głosów. Anglosasi nie odróżniają głosu „decydującego” od „rozstrzygającego”, używają terminu casting vote. Radzę nie mylić go z terminem casting couch, znaczeniowo bliskiemu prawu pierwszej nocy. Ksh nie wyposaża przewodniczących rad w taki przywilej (może szkoda?), niemniej prezesi jakoś sobie radzą.

Utarło się, że większość polskich rad nadzorczych podejmuje większość uchwał jednomyślnie, bo któż śmiałby wychylić się ze swoim zdaniem, jeżeli go nie ma? Utarło się, że wiele (może nie większość, ale – na oko – blisko połowy) statutów spółek publicznych uznaje, że w razie równości głosów można głosem rozstrzygającym wykreować większość bezwzględną, z czym się nie zgadzam (o tym obszerniej kiedy indziej!). Utarło się wreszcie, że prerogatywą przewodniczącego rady nadzorczej pod jego nieobecność statuty obdzielają wiceprzewodniczącego, bądź nawet członka rady prowadzącego, pod nieobecność obu, głosowanie. Jest to nieporozumienie.

Fantazji bywało więcej. W jednej ze spółek przewodniczącemu rady nadzorczej przysługiwał, w razie równości głosów, głos podwójny (!). W innej, niegdyś dość głośnej, doszło do sytuacji osobliwej. Statut nie przewidywał głosu rozstrzygającego prezesa zarządu, w skład dwuosobowego zarządu wchodzili: członek zarządu i członek rady nadzorczej oddelegowany do czasowego pełnienia obowiązków prezesa. Doszło do głosowania w sprawie niebagatelnej, bo dotyczącej zmiany terminu walnego zgromadzenia. W obliczu równego rozkładu głosów p.o. prezesa uparł się, że jego głos przeważa. Obu tych spółek nie ma już na giełdzie.

W niektórych spółkach kwestię głosu rozstrzygającego uregulowano nie w statucie, a w regulaminie zarządu i/lub rady nadzorczej. Regulamin nie może dotykać spraw zastrzeżonych dla statutu spółki, ponieważ statut leży w gestii walnego zgromadzenia, a regulamin – niekoniecznie. Nawet nie o to chodzi, że regulacja płynie z niewłaściwego źródła, ani o to, że często jest ona niezgodna z prawem – lecz przede wszystkim o to, że nikomu to jakby nie przeszkadza. Sorry, taki mamy rynek.

Czytaj także:
2013.07.28 Za, a nawet przeciw
2001.04.09 Wyjście z pata