Miesięczne archiwum: Listopad 2015

Tylko kuzyn się zgadza

Im mniejsza liczba osób dotkniętych daną restrykcją, tym większa gotowość władzy do wprowadzenia jej za wszelką cenę. Tej reguły parlamentaryzmu doświadczamy właśnie na przykładzie karnego podatku, jakim PiS obkłada odprawy menedżerów spółek z dominującym udziałem Skarbu Państwa, oraz wypłaty z tytułu nałożonego na nich zakazu konkurencji. Ledwo przed kilku dniami narodził się ów pomysł, a już procedowany jest z rozmachem. Ba, zanim napisałem poprzednie zdanie – Sejm zdążył ustawę uchwalić. Podatek, który ma wejść w życie z początkiem przyszłego roku, dotknie niewielu osób, wpływy z niego będą więc znikome, korzyści da jedynie propagandowa wymowa restrykcji.

Inicjatorzy tego przedsięwzięcia wiedzą coś, czego ja nie wiem. Wiedzą, w kogo, z imienia i nazwiska (oraz rodowodu) wspomniany podatek uderzy. Bardzo go (ich?) nie lubią, dlatego tak energicznie krzątają się wokół sprawy. Wcześniej uzyskali poparcie sejmowej Komisji Finansów Publicznych. Wprowadzono zmiany do pierwotnego projektu. Stawka podatku wyniesie nie 65%, a 70%; na szczęście istnieje jeszcze spora przestrzeń dla dalszych podwyżek. Zostaną nim objęte odprawy wyższe niż trzymiesięczne wynagrodzenia. Oraz wypłaty z tytułu zakazu konkurencji przez okres dłuższy niż 6 miesięcy. Wiadomo, że restrykcje dotkną nie swoich, a tamtych. Swoi czwórkami pójdą na posady, tamci szybko niech robią im miejsce.

Komisja Finansów publicznych obradowała pod przewodnictwem Wojciecha Jasińskiego, pamiętnego ministra Skarbu Państwa w rządzie PiS – Samoobrona – LPR. Inicjatorzy podatku kierują się narodowo-populistycznym poczuciem prawa i nie mają wątpliwości natury konstytucyjnej. Niesłusznie. Status własnościowy podmiotów gospodarczych ulega zmianom. Jedne spółki zostają poddane prywatyzacji (trzeba przyznać Wojciechowi Jasińskiemu, że on do takiego procederu ręki nie przykładał). Inne, prywatne, bywają przejmowane przez podmioty z udziałem Skarbu Państwa. Taki los spotkał Bogdankę. Zwiastunem zmian była zapowiedź związkowców, że chcą powrotu spółki w gościnną domenę państwową, gdzie można dokazywać. Uznałem to za brednie i naśmiewałem się, a należało wsłuchać się, co w trawie PiSzczy.

W dyskusji prowadzonej w Komisji Skarbu Państwa pierwsze skrzypce grał pogodny moralista Tadeusz Cymański. Dociekał: „Kto będzie miał odwagę i śmiałość – i powiem więcej – czelność zaskarżyć tę ustawę do Trybunału?” I powiedział poseł rzecz ciekawą: „Prywatny właściciel nawet dla kaprysu może dać i 5 milionów odprawy swojemu kuzynowi (…) ale w spółkach Skarbu Państwa jest inaczej”. Niby to prawda, ale taka, jaką głosiło Radio Erywań. Bo nie prezes prywatnej spółki, a osoba prywatna, prezes Rzeczypospolitej. I nie odprawę daje ze spółki Skarbu Państwa, a posadę w takiej spółce. I tylko kuzyn się zgadza.
Czytaj także:
2015.11.20 Zapach podatku
2015.07.25 Powrót do macierzy

Zapach podatku

Pomysł karnego podatku jest ze wszech miar fatalny. PiS chce objąć nim odprawy menedżerów oraz wypłaty z tytułu konkurencji. Sprawa cuchnie brzydko: polityką, obłudą, populizmem, demagogią. Pragnę zastrzec, że nie jestem zwolennikiem żegnania odchodzących menedżerów sutymi odprawami, ani kosmicznych wypłat pod pretekstem zakazu konkurencji. Wielu menedżerów otrzymuje odprawy niejako w nagrodę, że nareszcie przestali pracować. Zakaz konkurencji bywa fikcją: przecież niejeden prezes, przechodząc do konkurencji, doprowadziłby ją do katastrofy, a firmie, którą akurat opuścił, wyrządziłby najlepszą przysługę. Nie rozpaczałbym z powodu dotkniętych takim podatkiem portfeli menedżerów, oburza mnie natomiast wybiórczy charakter daniny, którą mieliby teraz płacić pierwsi z kręgu osób nielubianych przez obecną władzę, czyli menedżerowie z rozdania poprzedniej ekipy. Pierwsi, ponieważ za garstką nielicznych dotkniętych podatkiem na pokaz mogą niebawem pójść inni, spis nielubianych jest liczny, a z czasem jeszcze wzrośnie. Moja matka mądrze powiadała, że najgorszą formą poniewierki jest ta, na jaką słabsi skazują silniejszych od siebie.

Nie gorszą mnie wysokie zarobki menedżerów, póki są świadczone za pracę. W Sévres jest wzorzec metra, nie ma wzorca płacy menedżera, zwłaszcza takiego, który kreuje wartość firmy. Nie odpowiada mi filozofia stojąca za uchwaleniem szkodliwej ustawy „kominowej”. Nie godzę się z założeniem, że w spółkach ze znaczącym udziałem Skarbu Państwa zarobki menedżerów powinny zostać niskie. Sprzeciwiam się mierzeniu wszystkich menedżerów jedną miarką, przykrojoną na karzełka. Ale najbardziej oburza mnie psucie państwa w przyziemnym zamiarze pokarania rzekomego wroga. Teraz będą wymiatać prezesów, by zrobić miejsce dla swoich (nazywam to zjawisko alotażem, upamiętniając tym prezesa ZUS, wprawdzie bez niezbędnych kompetencji, za to z nadania kolesi), a wymiatanych jeszcze potraktować specjalną stawką podatku.

Postulat ograniczenia odpraw i odszkodowań w spółkach z przeważającym udziałem Skarbu Państwa łatwo spełnić dzięki właściwemu kształtowaniu składu rad nadzorczych. To przecież rady są pracodawcami zarządów. Natomiast umowy już zawarte powinny być dotrzymane. Podatki nie mogą działać wstecz. Jeszcze niedawno wstawiłbym tu zdanie o Trybunale Konstytucyjnym…

Dobra polityka podatkowa – pisał Jean-Baptiste Colbert (1619-1683) – powinna przypominać skubanie gęsi: dawać dużo pierza, mało krzyku. Ten podatek nie da dużo pierza, dotknie niewielu osób, spowoduje za to dużo krzyku, odezwie się pół Europy, w obronie nie jednostek, ale zasad. A menedżerom spółek Skarbu Państwa podpowiem dobry sposób na podatek. Większe spółki ze znaczącym udziałem Skarbu Państwa wydają mnóstwo pieniędzy na utrzymanie drużyny piłkarskiej. Nazywają to marnotrawstwo wyrazem społecznej odpowiedzialności biznesu. Niech się prezesi zatrudnią jako piłkarze.

Kiedy prezes zarabia miliony, tabloidy szczują ludzi przeciw jaskrawej niesprawiedliwości: ty, czytelniku, żyjesz z zapomogi i ze sprzedaży butelek po wódce, a prezes ma miliony i nurza się w luksusach. Kiedy te same miliony dostaje piłkarz, wszystko jest w porządku. Prezesa chcą teraz obłożyć specjalną stawką 65%, piłkarz płaci podatek liniowy. W ligach nie brakuje patałachów, więc gdyby pod koniec meczu puścić prezesa z ławki na boisko, nawet najbardziej patriotycznie nastawiony kibol nie pozna, kto zawodowy kopacz, a kto prezes.

Szklane urwisko

Szklany sufit nie jest absolutem. Rozpostarta nad głowami kobiet (chociaż, po prawdzie, nie tylko) niedostrzegalna bariera grodząca dostęp do najwyższych stanowisk rozstępuje się w czasie kryzysu. Miewają one wówczas szansę wkroczyć, albo są wypychane, na szklane urwisko. Szklane, gdyż niewidoczne, a przy tym śliskie, zdradliwe; urwisko – gdyż każdy krok grozi upadkiem w przepaść. Im bardziej prawdopodobne bywa niepowodzenie, tym większe są szanse kobiet na miejsca na samej górze.

Termin “szklane urwisko” (glass cliff) nie jest nowy. Ukuli go w 2004 r. Michelle K. Ryan i Alex Haslam, profesorowie uniwersytetu w Exeter, zbadawszy zachowanie spółek z indeksu FTSE 100 przed i po powołaniu nowych członków rady dyrektorów. Wyszło, że spółki, które powołały do rady kobiety, częściej niż inne przechodziły kłopoty w pięciu miesiącach poprzedzających nominacje. Inne badania nie potwierdziły tego wniosku, co mu nie zaszkodziło. Badania nie wspierają także tezy, że spółki z kobietami w składzie rady notują lepsze wyniki, ale i ona jest poprawna politycznie.

Trudno odnieść ten problem do polskiego rynku, ponieważ liczba kobiet na szczytach korporacji jest niepokojąco skromna. Jeżeli teza o szklanym urwisku jest chociaż w części prawdziwa, dowodziłoby to, że polskiej gospodarki nie ima się żaden kryzys. W przeszłości kobiety obsiadły najwyższe stanowiska w polskim sektorze bankowym, kierowały Narodowym Bankiem Polskim, PKO, Bankiem Pekao, Pomorskim Bankiem Kredytowym w Szczecinie, Powszechnym Bankiem Kredytowym w Warszawie, Bankiem BPH w Krakowie. Kiedy Włosi wchodzili do Banku Pekao, prezes Maria Wiśniewska oprowadziła szefa Unicredito, Alessandro Profumo, po najważniejszych osobach w branży. Odwiedzili Hannę Gronkiewicz-Waltz (prezes NBP) Ewę Śleszyńską-Charewicz (szefową nadzoru bankowego), Ewę Kawecką-Włodarczak (prezes Bankowego Funduszu Gwarancyjnego) oraz min. Alicję Kornasiewicz odpowiedzialną za prywatyzację Banku. Profumo pytał: – Marija, czy w Polsce są tylko kobiety?

W tamtym czasie objaśniałem ten fenomen otwartością polskiej bankowości na dobre światowe wzory. W świetle teorii szklanego urwiska należałoby uznać, że Polski system bankowy był wówczas nieokrzepły, więc ryzykowne posady chętnie obsadzano kobietami. A dzisiaj jest stabilny i bezpieczny, więc kobiety (z wyjątkiem szefowej ING Banku Śląskiego) można było odesłać do domu… Lepiej jednak potraktować rzecz poważnie.

Na polskim rynku dotkliwie brakuje kobiet na szczytach, są za to obecne w polityce. Czy samodzielnie zdobyły wysokie stanowiska, czy raczej zostały wypchnięte na krawędź szklanego urwiska? Czy zawdzięczają awanse osobistym przymiotom, czy kalkulacji partyjnych kolegów, nieskłonnych do mierzenia się z ryzykiem porażki? Mają szansę wybić się na Goldę, Indirę, Margaret, Angelę. Mogą też ześlizgnąć się z urwiska w otchłań zapomnienia. W każdym razie – potwierdza się założenie, że kobiety płyną w górę na fali kryzysu. W tym przypadku jest to kryzys zaufania do polityków i polityki. Wprawdzie wytłumaczalny, niemniej niepokojący.

Tekst ogłoszony 4 listopada 2015 r. w dzienniku Rzeczpospolita.
Czytaj także:
2015.07.15 Różnorodność krzepi
2013.11.22 Nie chodzi o kobiety

…i Houston nie pomoże!

Załoga Apollo 13 nadała meldunek „Houston, mamy problem!” i otrzymała wsparcie. Spółki mają problemy z protokołowaniem zarządu i rady nadzorczej, lecz im nawet Houston nie pomoże, samemu trzeba umieć. Czasy teraz takie, że jeżeli spółce przytrafi się cokolwiek, albo nie, CBA gotowe zająć protokoły, a prokurator i sąd – badać dokumenty spółki z dociekliwością, jaką specjalna komisja do spraw wypadków lotniczych poświęca czarnej skrzynce z zapisem parametrów lotu.
Otóż warto uświadomić sobie: PROTOKÓŁ JEST CZARNĄ SKRZYNKĄ, a jego należyte sporządzenie wymaga znajomości sztuki protokołowania. Jej tajnikom poświęcę warsztat w Krakowie, 30 listopada b.r., w hotelu Andels (10:00 – 16:00). Przedstawione zostaną rzeczywiste przypadki. Do tradycji moich warsztatów o protokołach należą wypowiedzi uczestników „A u nas zawsze robi się to inaczej!”. I dyskusje, naprowadzające ich na to, gdzie tkwi błąd, i jak go unikać. Zapraszam! Szczegóły na stronie organizatora www.personalities.pl

„Człowiek corporate governance 2015”

Otrzymałem niecodzienne wyróżnienie: „Człowiek corporate governance 2015”. Nadano mi je 5 listopada 2015 r. w katowickim Międzynarodowym Centrum Kongresowym podczas tłumnie uczęszczanej V Konferencji Rada Nadzorcza, zorganizowanej z sukcesem przez Piotra Rybickiego i Zbigniewa Błaszczyka (współpracowałem z oboma podczas mojej posługi w Polskim Instytucie Dyrektorów). O nadaniu mi lauru zadecydowała kapituła pracująca pod przewodnictwem historycznego prezydenta Katowic Piotra Uszoka, a laudację wygłosił, z uczuciem i rozmachem, mój wieloletni towarzysz dążeń ku poprawie corporate governance, dr Krzysztof Grabowski.

Przyznany mi zaszczyt ucieszył mnie ogromnie z trzech powodów. Po pierwsze: miło zostać docenionym już na emeryturze, w półtora niemal roku od opuszczenia Polskiego Instytutu Dyrektorów. Po drugie: cieszy, że honor spłynął na mnie w Katowicach, mieście mojej młodości, a dzisiaj dynamicznym ośrodku corporate governance. Po trzecie: bardzo komfortowo być pierwszym laureatem, ponieważ liczę, że z czasem opromieni mnie blask nazwisk i dokonań następnych roczników „Ludzi corporate governance”.

Nie przystoi mi posłużyć się formułką: „Urodziłem się po to, by poświęcić się sprawom corporate governance”. Otóż termin ten został ukuty, kiedy przekroczyłem już smugę cienia. Pierwsza książka traktująca w tytule o corporate governance ukazała się w roku 1984 – hen, za żelazną kurtyną, w obcym nam wówczas kręgu kulturowym, w odniesieniu do nieznanych tu realiów. Lecz kiedy w Polsce nastał czas wielkiej transformacji, podjąłem pogoń za uciekającym czasem. Dzięki brytyjskiemu funduszowi Know How poznawałem w City mechanizmy rynku kapitałowego, a później odbyłem szkolenie z udziałem wykładowców z INSEAD. Wkrótce, z dyplomem absolwenta kursu dla członków rad nadzorczych spółek Skarbu Państwa, zostałem po raz pierwszy przewodniczącym rady. Ale o tym, jak mało wciąż umiałem, przekonałem się niebawem w Uniwersytecie Środkowo-Europejskim.

Po dekadzie intensywnej pracy w radach nadzorczych zacząłem systematycznie publikować teksty na marginesie corporate governance. Kolejne lata przyniosły nowe wyzwania: redagowanie niezależnego wówczas tygodnika finansowego, a po jego przejęciu przez nowego właściciela i sprowadzeniu na manowce – podjąłem się kierowania Polskim Instytutem Dyrektorów. Przyszło mi wówczas wydawać kwartalnik „Przegląd Corporate Governance”, a przede wszystkim krzewić na rynku szacunek dla dobrych praktyk. Przez ostatnie ćwierćwiecze transformacja dokonała się nie tylko w Polsce, także we mnie. Nareszcie odnoszę wrażenie, że doganiam już stracony czas.

Pytany przez laików, czego dotyczy corporate governance, odpowiadam: dotyczy zaufania. Współczesna gospodarka bazuje na zaufaniu. Oznacza to, że rozwija się ona w tempie przyrostu zaufania pomiędzy uczestnikami obrotu gospodarczego, z czego wynika, że ma przecież ogromne rezerwy. Zajmujemy się PKB, produktem krajowym brutto. Czas, byśmy zajęli się zaufaniem krajowym netto. Tego najbardziej nam brakuje.

Z niecierpliwością wyglądam przyszłości. Jakże jestem ciekawy, kto zostanie „Człowiekiem corporate governance 2016”! Bardzo chciałbym złożyć jej – lub jemu – należne gratulacje. Okazja po temu nastanie 8 listopada 2016 roku, na VI Konferencji Rada Nadzorcza.