Miesięczne archiwum: Styczeń 2016

Z kart historii: Komitet Nominacyjny

Kto jeszcze pamięta projekt Komitetu Nominacyjnego? Zgłoszony przed kilku laty, pokryty już kurzem historii, źle świadczy o politykach, którym zabrakło energii, by go urzeczywistnić. Inna sprawa, że gdyby zdołano powołać taki komitet, zostałby on teraz rozpędzony.

W marcu 2010 r. premier Donald Tusk powołał ciało doradcze, Radę Gospodarczą pod przewodnictwem Jana Krzysztofa Bieleckiego. Uważano wówczas, że Bielecki wywiera znaczny wpływ na premiera, co przecież okazało się nieprawdą: projekty Rady nie były przyjmowane do realizacji, kończyło się na gadaniu. Do Rady powołano profesorów i praktyków ekonomii oraz socjologa. Z dzisiejszej perspektywy ciekawość budzi obecność w pierwotnym składzie tego gremium Mateusza Morawieckiego, wówczas prezesa Banku Zachodniego WBK, dzisiaj jednego z wicepremierów (uczestniczył w Radzie od marca 2010 r. do lutego 2012 r.). Słyszę, że w owym czasie miał on pracować także dla „drugiej strony”. Zachodzę w głowę: jakaż była „druga strona” względem Polski?

Rada Gospodarcza przygotowała Narodowy Program Nadzoru Właścicielskiego. Za pompatyczną nazwą krył się projekt o sensownych założeniach. Próbował on postawić biznes przed polityką. Zdawano sobie sprawę, że ingerencje polityczne w spółki z udziałem Skarbu Państwa nie ustaną, lecz zamierzano zwiększyć ich koszt, obrzydzić je, rejestrować, upubliczniać. Między polityką a spółkami miały wyrosnąć dwie bariery: Urząd Nadzoru Właścicielskiego i Komitet Nominacyjny.

Urząd miałby spełniać funkcje właścicielskie na wzór private equity. Pomysł, jeszcze niedopracowany, wydawał się naiwny. Komitet, niezależny, kadencyjny, powoływany przez premiera, miałby rekomendować odpowiednich kandydatów do rad nadzorczych ważniejszych spółek z udziałem Skarbu Państwa i uczestniczyć dorocznych ocenach pracy rad. Przewidywano wzmocnienie pozycji przewodniczącego rady nadzorczej, wyjęcie spółek uczestniczących w programie spod ustawy kominowej, wyprowadzenie z rad nadzorczych przedstawicieli pracowników.

Niektóre elementy Narodowego Programu budziły moje zastrzeżenia. Zakładano zwiększenie w spółkach roli państwa kosztem akcjonariuszy, którzy wcześniej państwu zaufali, wnieśli kapitał, a teraz mieli być zepchnięci na margines. Zakładano dobór rad nadzorczych wedle kwalifikacji, ale nie zakładano wzrostu wynagrodzeń członków rad, zapłatą za ich pracę miał być prestiż. Śmieszne.

Jedynym konkretem był Komitet Nominacyjny. Poparłem ten pomysł w przekonaniu, że byłby on krokiem ku poprawie corporate governance na polskim rynku. W Rzeczpospolitej i w Parkiecie ogłaszałem nawet kandydatury do komitetu. Niestety, politycy widzieli w nim tylko element rozgrywki między Donaldem Tuskiem a Grzegorzem Schetyną, którego uważano za przeciwnika ustanowienia komitetu, bo ponoć miał zakusy na obsadę rad nadzorczych spółek z udziałem Skarbu Państwa. Kiedy Schetyna znalazł się w odstawce, naiwnie założyłem, że premier nareszcie powoła komitet. Lecz tłumaczono mi, że wprawdzie pomysł jest dobry, ale „nie ma woli politycznej”. Nie było jej przy Schetynie, nie było jej bez niego, chyba służył on za pretekst, żeby nie robić nic. Później pomysł odżył na jedno popołudnie w wyniku gorącej reakcji premiera na aferę Elewarru (taśmy Serafina). Napisałem wtedy, że komitet jest niczym potwór z Loch Ness – z tą różnicą, że więcej osób wierzy w istnienie Nessie niż w powstanie komitetu. Czyli zmądrzałem.

Rzecz ciekawa: media zgodnie wykazały niechęć do tego pomysłu. Uporczywie podnoszono, że skoro o składzie Komitetu Nominacyjnego ma decydować premier, będzie on miał charakter polityczny. Nie wskazano, kto zamiast premiera miałby decydować o personaliach. Dzisiaj sprawa jest prosta. Premier nie decyduje. Komitetu nie ma. Zastąpił go działający w ciemnym pokoju prezes, który nie pełni stanowisk państwowych. Jego kot chyba także nie pełni. Nie jest wykluczone, że prezydent zaprzysiągł kota nocą, kiedy koty wracają do domu. Prezesa nie zaprzysiągł, to prezes zaprzysiągł jego. A składy rad nadzorczych spółek z udziałem Skarbu Państwa zostały obsadzone przez samych swoich (TKM). Ten, kto o tym decyduje, nie poniesie odpowiedzialności, ale koszt politycznych ingerencji w spółki na długo zaciąży nad państwem.

Czytaj także:
2010.07.05 Biznes przed polityką
2010.07.08 Szkopuły programu reformy
2014.03.08 Komitet z Loch Ness

Powinniśmy wiedzieć, ile kosztują nas związkowcy

Dobre Praktyki Spółek Notowanych na GPW 2016 nie apelują do spółek giełdowych, by ujawniały koszty ponoszone na utrzymanie związków zawodowych. Komitet redakcyjny proponował takie rozwiązanie, skreśliła je Rada Giełdy, a zaważyły na tym poglądy polityczne jej członków (tak mi oznajmiono). Szkoda. Nie chodziło o to, by powstrzymać spółki od finansowania związków, wszak są one na garnuszku pracodawców, żaden nie utrzymuje się, i nie utrzyma, ze składek swoich członków, a posady związkowych przywódców są, i chyba długo jeszcze będą, opłacane przez spółki; chodziło jednak o to, byśmy wiedzieli, my – rynek, ile to nas kosztuje.

Stanęło na tym, że spółka powinna ujawnić w raporcie rocznym „informację” na temat swojej polityki dotyczącej działalności sponsoringowej, charytatywnej lub innej o zbliżonym charakterze. Jest to pojęcie ogromnie pojemne. Opisanie owej polityki może ograniczyć się do wskazania wspieranych przez spółkę wartości lub celów, bez ujawniania szczegółów, jak wysokość wypłacanych kwot lub identyfikacja beneficjentów. Można to podlać sosem komunałów na temat społecznej odpowiedzialności biznesu. Rada nadzorcza powinna ocenić racjonalność owej polityki. Ale czy wpierw pozna jej szczegóły?

Przejrzystość polega na tym, że środki akcjonariuszy nie są wydawane potajemnie. Brak przejrzystości może postawić spółkę, nawet kierującą się szlachetnymi intencjami, w sferze podejrzeń. Mrok sprzyja nadużyciom. W niektórych spółkach działa kilkadziesiąt związków zawodowych – ilu działaczy siedzi na etatach? Dobrze byłoby wiedzieć, czy spółka dofinansowuje udział związkowców w demonstracjach o charakterze politycznym, niekiedy wymierzonym w któregoś z akcjonariuszy. Ile kosztują zagraniczne rozjazdy związkowców?

Jakiś czas temu światowe media obiegła ciekawostka o wysokości rachunku telefonicznego szefa związku pracowników paryskiej opery. Działacz usiłował zorganizować strajk, wydzwonił majątek podczas urlopu w Hiszpanii. Nie sprawdzałem, czy do strajku doszło. Interesuje mnie raczej, czy jakaś rodzima firma porwałaby się na ujawnienie rachunku swojego związkowca.

Lecz na związki w spółce należy spojrzeć także z innej strony. To pracownikom najbardziej zależy na przetrwaniu przedsiębiorstwa, ciągłości jego działania. Związki reprezentują ich podstawowy interes: kontynuację zatrudnienia. Zarzuca się pracownikom, że pragną utrzymać stan rzeczy, przeciwdziałają zmianom, wolą wszystko pozostawić po staremu, wszędzie dopatrują się zagrożeń dla swoich stanowisk pracy. Wszelako dowodzi to, że są oni zainteresowani utrzymaniem tych stanowisk. Historia zawodowa pracownika to często jedno, dwa, może trzy zakłady pracy. CV współczesnego menedżera bywa bogatsze; pokazując nawet kilkanaście pełnionych już funkcji, ujawnia jego skłonność do częstych zmian zatrudnienia. W przypadku katastrofy menedżer prędzej znajdzie sobie nowe zajęcie. Pracownik będzie miał trudniej: tu robi to, co umie, ale może nie umieć, albo nie umieć tak dobrze tego, czego będą oczekiwać od niego w nowy miejscu pracy, o ile te pracę znajdzie.

Tekst ogłoszony 14 stycznia 2016 r. w dzienniku Rzeczpospolita
Czytaj także:
2015.02.11 Tajny sponsoring
2014.04.07 Związki w firmie, pieniądze w czarnej dziurze

UWAGA! Wysokie ryzyko!

Rynek kapitałowy darzony zaufaniem. Giełda miejscem bezpiecznych inwestycji długoterminowych. Portfele akcji przechodzące z pokolenia na pokolenie. Wizja to mało realna, lecz politycznie poprawna. Zarysowała ją prof. Małgorzata Zaleska obejmując stanowisko prezesa warszawskiej giełdy. Środowisko corporate governance powinno okazać jej przychylność.

Twórca warszawskiej giełdy Wiesław Rozłucki nie omieszkał wspomnieć, że prof. Zaleska ma poważne doświadczenie w bankowości (więc nie na rynku kapitałowym). Oraz, że prezes giełdy sprawdza się dopiero w sytuacjach naprawdę krytycznych, a on takich przeżył kilka. Zmiana prezesa giełdy jest także sytuacją krytyczną, jeżeli dochodzi do niej w innych okolicznościach, niż podczas zwyczajnego walnego zgromadzenia kończącego kadencję zarządu. W tym przypadku pośrodku kadencji nie tylko wymieniono prezesa, dokonano też masakry Rady Giełdy. Odeszli weterani, na ich miejsce wchodzi całkiem świeży zaciąg.

To potęguje wrażenie niesprzyjające budowaniu zaufania, tak bardzo potrzebnego rynkowi kapitałowemu! Zmiany przeprowadza się dyskretnie, finanse nie lubią demonstracji. Lecz giełdę potraktowano równie prostacko, jak publiczne media, Trybunał Konstytucyjny i spółki publiczne z udziałem Skarbu Państwa, w których dokonano wielkiego pogromu prezesów. Nie dziwi, że Standard & Poor’s obniża Polsce rating i zmienia perspektywę, wszak Polska „dobrej zmiany” jest całkiem innym krajem.

Pretensje mam nie tylko do rządzących. Wielu uczestników rynku okazuje mu – i samym sobie – bezwzględny brak szacunku. Są spółki, które wolą zgłaszać niestosowanie licznych zasad Dobrych praktyk 2016, niż zastanowić się, jak niewiele wysiłku wymaga stosowanie tych wskazówek, oraz jak fatalnie ich postawa zaciąży na reputacji polskiego rynku kapitałowego.

Na warszawskiej giełdzie inwestuję nieprzerwanie od ćwierćwiecza, przeto jestem inwestorem długoterminowym, lecz moje inwestycje wcale nie są długoterminowe. Po pierwsze, wyjąwszy rzadkie przypadki nagradzania inwestorów trzymających przez rok akcje objęte w ofertach publicznych, przetrzymywanie akcji nie daje korzyści, nie uwalnia od podatku Belki, nie jest nagradzane wyższą stopą dywidendy. Zresztą połowy spółek, w które inwestowałem, nie ma już na parkiecie: zostały z niego ściągnięte. Makler nagradza mnie niższą prowizją za wysoki obrót na rachunku, czyli za sprzedawanie i nabywanie akcji. Gdybyśmy powszechnie zamrażali portfele dla wnuków, domy maklerskie upadłyby pierwsze, a giełda niebawem po nich.

Próbą ożywienia rynku, otulenia go zaufaniem, był Akcjonariat Obywatelski, projekt niezdarny, całkiem nieudany. Skarb Państwa udostępniał inwestorom papiery spółek ze swoim udziałem, ale ze współwłasnością nie poszedł w parze współudział w decydowaniu o losach tych spółek. Narzuca się im cele zgodne z doraźnym interesem państwa, a niezgodne z interesem inwestorów. Stracili oni pieniądze, a także zaufanie do rynku i do państwa, zaś rynek stracił wielu inwestorów. Miary błędów dopełniła fatalna polityka wobec OFE. Platformę Obywatelską spotkało za to srogie pokaranie. A teraz narasta psychoza wobec inwestorów zagranicznych. Narodowi populiści chętnie by ich pognali. Nie trzeba. Sami wyjdą.

Najtrudniej będzie spełnić postulat bezpiecznych inwestycji. Inwestowanie na giełdzie nigdy i nigdzie nie było na wskroś bezpieczne. Giełda to nie kasyno, loteria, gniazdo hazardu: jest ona spółką regulowaną, notowaną i w miarę przejrzystą, lecz mimo tego nie jest oazą spokoju. Inwestowanie wiąże się z ryzykiem. Nie daje ochrony przed ryzykiem inwestowanie w funduszach. TFI też ponoszą spektakularne straty. Losy obligacji notowanych na rynku Catalyst dowodzą ponad wątpliwość, że współczesny inwestor nie znajdzie bezpiecznej przystani.

Nie sprzyja warszawskiej giełdzie spory zamęt na światowych rynkach. Zadławił się chiński smok. Krztusi się Brazylia. Kłopoty ma Rosja. Prysła legenda BRIC. Niektórzy analitycy wieszczą katastrofę, radzą: zabieraj swoje pieniądze, wynoś się z giełd już teraz, wkrótce tłok zatka wyjście. Tako rzecze Royal Bank of Scotland; w dziejach bankowości mało która instytucja okryła się taką niesławą, ale jeżeli niewidzialna ręka naprawdę pisze na ścianie proroctwo?
Czytaj także:
2015.02.17 Widzialna ręka rynku
2015.12.12 Owoce zatrutej aury

Trzecia strona medalu

Gdyby spółka zechciała, mogłaby przedstawić się rynkowi w lepszym świetle. Rzecz w tym, że nie chciała, że z własnej woli ustawiła się po przeciwnej stronie etyki, prowokując krytykę, wytykanie, zawstydzanie.

Jeszcze zanim Dobre Praktyki Spółek Notowanych na GPW 2016 weszły 1 stycznia w życie, niektóre spółki odniosły się do nich, zgłaszając niestosowanie niektórych zasad. Wśród nich Mennica Polska SA zdecydowała się ogłosić, że nie stosuje aż jednej trzeciej rekomendacji i zasad szczegółowych. Jest to oświadczenie szokujące, spółka z tak dalece negatywnym stosunkiem do przyjętych przez giełdę zasad postępowania nie powinna pozostawać na parkiecie. Lecz po starannym przestudiowaniu raportu Mennicy stwierdzam, że stan stosowania przez spółkę zasad Dobrych praktyk nie jest aż tak katastrofalny, jak wynika to z jej oświadczenia. Gdyby spółka zechciała, mogłaby przedstawić się rynkowi w lepszym świetle. Rzecz w tym, że nie chciała, że z własnej woli ustawiła się po przeciwnej stronie etyki, prowokując krytykę, wytykanie, zawstydzanie. Źle to świadczy nie tylko o Mennicy, także o autorytecie Rady Giełdy jako organu firmującego Dobre praktyki na polskim rynku kapitałowym. Dochodzę do smutnego wniosku, że spółce łatwiej było odrzucić zasadę, niż starać się zrozumieć jej treść.

Mennica lubi zasłaniać się argumentem, że nie ma wpływu na postępowanie akcjonariatu, więc nie może zadeklarować stosowania niektórych zasad. Lecz Dobre praktyki nie wymagają, by spółka brała odpowiedzialność, teraz i w przyszłości, za swoich akcjonariuszy. Mennica odrzuca zasadę wymagającą ogłaszania na stronie internetowej uzasadnień projektów uchwał walnego zgromadzenia, chociaż ogłasza uzasadnienia projektów wnoszonych przez zarząd, co wyczerpuje znamiona stosowania uchwały. Mennica odstępuje też na wyrost od stosowania wskazówki, że rada nadzorcza opiniuje sprawy wnoszone na walne zgromadzenie, chociaż opiniuje ona sprawy wnoszone przez zarząd.

Odrzucona została zasada przewidująca ogłoszenie przez spółkę schematu podziału zadań i odpowiedzialności pomiędzy członków zarządu, chociaż zarząd Mennicy jest raptem dwuosobowy, a podział zadań poniekąd wynika z charakteru pełnionych w nim funkcji. Odrzucona została zasada, zgodnie z którą w składzie rady nadzorczej jest co najmniej dwóch członków niezależnych, chociaż Mennica głosi, że niezależni są w radzie w większości (ale nie ujawnia na stronie internetowej, kim są owi niezależni). Nie dopatrzyłem się też składu komitetu audytu, czego nie usprawiedliwia odrzucenie przez spółkę zasad dotyczących działalności komitetów rady nadzorczej. Inne zasady zostały odrzucone ponieważ zawierają „nieostre sformułowania”, chociaż są one nieostre dla ułatwienia spółkom ich stosowania. Ilekroć spółka wyraża obawę, że nie może zapewnić stosowania jakiejś zasady w przyszłości – odstępuje od niej już obecnie.

W kilku przypadkach odstąpienie spółki od stosowania Dobrych praktyk budzi niepokój. Co kryje się za odrzuceniem zasady, że pełnienie funkcji w zarządzie stanowi główny obszar aktywności zawodowej członka zarządu? Albo, że udział członków zarządu w zarządach lub radach nadzorczych spółek spoza grupy kapitałowej wymaga zgody rady nadzorczej? Odrzucono także wskazówki postępowania w sytuacji konfliktu interesów i możliwości jego powstania dotyczące tzw. transakcji powiązanych oraz regulacji wewnętrznych dotyczących zapobiegania, identyfikacji i rozwiązywania konfliktów interesów. Mennica odrzuciła zasadę dotyczącą ogłaszania stosowanej w spółce polityki różnorodności względem osób zarządzających i nadzorujących. Odrzuciła także, że wynagrodzenie członków organów spółki i kluczowych menedżerów powinno wynikać z przyjętej polityki wynagrodzeń, oraz większość zasad dotyczących wynagrodzeń, w tym zalecenie, by nie uzależniać wynagrodzenia członków rady nadzorczej od jakichkolwiek składników zmiennych, a także wskazówki dotyczące sprawozdawania o wynagrodzeniach.

Szczególnie boli odrzucanie przez spółkę giełdową zasad słusznych i oczywistych. Jak ta: „Spółka dokłada starań, aby odwołanie walnego zgromadzenia, zmiana terminu lub zarządzenie przerwy w obradach nie uniemożliwiały lub nie ograniczały akcjonariuszom wykonywania prawa do uczestnictwa w walnym zgromadzeniu”. Albo zasady ograniczającej swawole związane z ogłaszaniem przerw w obradach walnego zgromadzenia, by wykiwać uczestniczących w nim akcjonariuszy. Omijanie przez niektóre spółki takich zasad i naruszanie dobrych obyczajów doprowadziło w swoim czasie do przekształcenia walnego zgromadzenia w walne zwyrodnienie. Mennica Polska SA nie ma żadnego powodu, by ustawiać się w tym towarzystwie. Jako ceniony producent monet i medali spółka wie przecież, że prócz awersu i rewersu maja one jeszcze trzecią stronę: kant.

Tekst ogłoszony 9 stycznia 2016 r. w dzienniku PARKIET
Czytaj także: 2016.01.03 Zanim nastąpi odpływ

Zanim nastąpi odpływ

Spółek nie interesuje, czemu służą Dobre praktyki, jakich wartości strzegą, ani jak należy je stosować – tylko jak sprawozdawać na temat ich stosowania, jak wypełniać formularz.

Prace nad kolejną redakcją Dobrych praktyk trwały 2 lata i 3 dni. 13 października 2015 r. Rada Giełdy ostatecznie zatwierdziła Dobre Praktyki Spółek Notowanych na GPW 2016. Dwa lata wcześniej, 10 października 2013 r. na inauguracyjnym spotkaniu zebrał się powołany przez giełdę Komitet Doradczy do spraw Dobrych Praktyk. Po raz pierwszy miały być one wykute przez szeroką reprezentację rynku kapitałowego. Kilka lat wcześniej, przed uchwaleniem Dobrych praktyk 2008, odbyła się seria konsultacji z rynkiem, ale już nad zaawansowanym projektem wygotowanym przez giełdę. Tym razem było inaczej.

Powołując komitet, giełda określiła jego skład, co – jak się niebawem okazało – nie miało większego znaczenia. Pomysł był taki, by w zespole redakcyjnym znaleźli się reprezentanci punktów widzenia organizacji i środowisk, których interesów Dobre praktyki dotyczą: emitentów, inwestorów instytucjonalnych i indywidualnych, maklerów, firm doradczych, kancelarii prawnych, KNF, oraz Polskiego Instytutu Dyrektorów, który za niczyim interesem nie lobbował, zachowując wobec wszystkich równy dystans.

Jedynym stałym elementem i podporą, przewodniczącą i de facto sekretarzem, była dyr. Agnieszka Gontarek (GPW) wspierana przez specjalistów z Działu Emitentów. Inni to przychodzili, to przysyłali zastępcę, który już przyklejał się do komitetu redakcyjnego, podwajając reprezentację interesariusza. Ktoś pracował, ktoś nie pojawiał się wcale. Kiedy przeszedłem na emeryturę, opuściłem Warszawę, wprawdzie śledziłem zdalnie prace zespołu redakcyjnego, ale nieraz nie zdołałem wykryć, kto był autorem jakiejś dziwnej wrzutki. Gdyby nie pani Agnieszka, projekt spaliłby może na panewce. Na koniec zajęła się nim Rada Giełdy, która Dobre praktyki firmuje. Ciekawe byłoby opisać, co Rada Giełdy zmieniła, co skreśliła, co popsuła – i dlaczego. Lecz to temat na inną okazję.

Nowe Dobre praktyki zazwyczaj wchodzą w życie z nowym rokiem, więc rynek miał niewiele ponad 11 tygodni na oswojenie się z nowymi zasadami. Teoretycznie i ja miałem tyle czasu na napisanie podręcznika nowych Dobrych praktyk, ale w rzeczywistości miałem go przecież mniej. Nie znałem kalendarza prac Rady Giełdy, nie wiedziałem czy i kiedy dokończy ona prace nad Dobrymi praktykami, miałem na biurku wiele pilnych spraw i dopiero po ich załatwieniu zabrałem się za podręcznik. W podręczniku skupiłem się na tym, co znaczą poszczególne zasady Dobrych praktyk, jakie stoją za nimi intencje, jak poszczególne zasady powinny być stosowane. Bezinteresownie wsparło mnie wielu specjalistów tej materii, nadsyłając uwagi do poszczególnych rozdziałów, lub własne opracowania: Agnieszka Gontarek i Janusz Sochański z GPW, Ilona Pieczyńska-Czerny i Łukasz Cichy z KNF, Piotr Rybicki, Grzegorz Surma… Ze spółek napływały głosy, że działów investor relations wcale nie interesuje, czemu służą Dobre praktyki, jakich wartości strzegą, ani jak należy je stosować – tylko jak sprawozdawać na temat ich stosowania: kiedy należy w formularz wpisać „tak”, kiedy „nie”, kiedy zaś „nie dotyczy”.

Formuła comply or explain, stosuj lub wyjaśniaj, dlaczego nie stosujesz, pozwala spółkom oświadczyć, że nie stosują jakiejś zasady dobrych praktyk – oraz wyjaśnić, dlaczego jej nie stosują. Wyjaśnienia wymagają wysiłku. Spółki nie lubią go podejmować, przynajmniej na polu sprawozdawania o dobrych praktykach. Przed kilkunastu laty ukułem w związku z tym termin „poprawność parkietowa”. Chodziło o to, że spółce łatwiej przychodzi złożyć ogólną deklarację kierowania się dobrą praktyką, niż zdobyć się na inne stanowisko, negujące daną zasadę jako wskazówkę postępowania, bądź modyfikujące treść zasady pod kątem specyficznych potrzeb spółki lub jej akcjonariatu. Taka modyfikacja – dowodziłem – nie byłaby postawą naganną. Przeciwnie, spółka mogłaby wzbogacić swoja wartość, zyskać na wiarygodności.

Ostatnio obserwuję niepokojące zjawisko. Niektóre spółki nawet nie naciągają interpretacji poszczególnych zasad dobrych praktyk, by dzięki temu zmieścić się pod pojęciem stosowania. Zachowują się, jakby wcale im nie zależało na opinii rynku, wolą od razu, bez zastanowienia, deklarować niestosowanie zasad, nie wyjaśniając ani dlaczego tak postępują, ani czy może w przyszłości planują postąpić inaczej. Zasada „stosuj lub wyjaśniaj” została zastąpiona antyzasadą „stosuj albo nie, ale nie wdawaj się w wyjaśnienia, a jeżeli wyjaśniasz, nie dbaj o sens wyjaśnień”. Grozi to degeneracją rynku, a ta zazwyczaj skutkuje odpływem kapitału.

Czytaj także: 2003.04.21 Poprawność parkietowa