Miesięczne archiwum: Luty 2016

Testament ministra Skarbu

Resort Skarbu Państwa prowadzi politykę przy otwartej kurtynie. Minister Dawid Jackiewicz wypowiada się jasno, kategorycznie. Deklaruje „dobrą zmianę”: odwrót od prywatyzacji i rezygnację z większości płynących z niej przychodów. Zapowiada rychłą likwidację kierowanego przezeń urzędu. Ujawnia, jak chce to osiągnąć. Nie kryje, że nad interesy rynku przedkłada interes państwa (bądź to, co jego partia uznaje za ów interes), czyli iż polityka ma w jego działalności prymat nad gospodarką.

Minister oświadczył, że jego resort negatywnie ocenia prowadzoną przez poprzedni rząd politykę prywatyzacji. Przykładem wyrządzonych przez nią szkód była sprzedaż akcji KGHM Polska Miedź w 2010 roku, co osłabiło możliwość obrony spółki przed wrogim przejęciem. Sprzedane zostaną tylko podmioty zbędne, natomiast pozostawione w domenie Skarbu Państwa zostaną objęte sprawnym nadzorem.

Posłuży temu nowy podmiot gospodarczy obejmujący spółki Skarbu Państwa. Minister wymienił KGHM, Grupę Azoty, PLL LOT, PKO Bank Polski, PZU. Być może planowany holding, który powstanie najpóźniej do połowy przyszłego roku zastępując Ministerstwo Skarbu Państwa, obejmie także grupy związane z sektorem energetycznym; będzie to zależało od rozgrywek międzyresortowych. „Celem tego podmiotu będzie dbałość o wzrost wartości spółek Skarbu Państwa” – powiedział minister. Drogę do celu utorują odpowiednie regulacje i odpowiednie kadry, oraz wzajemne uprzywilejowanie spółek – uczestników zjednoczenia. Zysk będzie wspólny. Ważne, by piastuni spółek mogli skupić się na interesie właściciela [?] „bez ponoszenia konsekwencji wynikających z Kodeksu spółek handlowych”.

Spółki wchodzące w skład zjednoczenia będą rozliczane z realizacji polityki rządu. Surowo rozliczane. Żaden członek rady nadzorczej, żaden członek zarządu, żaden prezes nie może być pewien stanowiska. Już Dawid Jackiewicz o to zadba, w ministerstwie czy w przyszłym holdingu. Koniec z bezhołowiem, traktowaniem domeny Skarbu jako baronii, księstw. I koniec z patologią wynagradzania menedżerów, czyli omijaniem ustawy kominowej. Już wkrótce, w najbliższych tygodniach, światło dzienne ujrzy projekt ustawy o sprawiedliwych wynagrodzeniach, stosownych do możliwości poszczególnych przedsiębiorstw.

Czy Dawid Jackiewicz wie, co mówi? Jego kandydaci do holdingu w większości wcale nie są spółkami Skarbu Państwa. To spółki z udziałem Skarbu Państwa, niekiedy mniejszościowym. W PKO Banku Polskim, PZU, KGHM, Skarb Państwa ma niewiele ponad 30% udziału, ale zachowuje się, jakby miał 330%. Pozostali akcjonariusze nie mają tam czego szukać, ponieważ nie mogą już liczyć ani na znaczący wzrost notowań – bo podatki (bankowy, od kopalin, danina na SKOKi), ani na znaczące dywidendy – bo Morawiecki ciuła swój bilion. Możliwy jest ich exodus z tych spółek. Groźba wrogiego przejęcia KGHM jest wydumana z fusów. Grozi nam raczej wrogie przejęcie OFE przez urzędników państwowych.

Skarb Państwa nie ogłosi wezwania na spółki z jego udziałem, bo nie ma środków. Lecz nie zamierza się liczyć z pozostałymi akcjonariuszami, ani z prawem (minister wymienił Ksh, o konstytucji wspominać nie warto). Pewnie ustąpi jedynie związkowcom, co wróży wygaszenie polskiej gospodarki. Z wyjątkiem górnictwa węgla kamiennego.

Jedyną w holdingu spółką nienotowaną na giełdzie byłby LOT. Miał być łączony z PKP, teraz czeka go związek z Azotami, może także z Kompanią Węglową. Kiedy przerobimy samoloty za napędzane węglem, uda się zmniejszyć zwały czarnego złota na hałdach. Zanim do tego dojdzie, LOT przypuszczalnie upadnie. I dobrze mu tak, odwrócił się od Krakowa, skazał mnie na Lufthansę, stare bułki z kapustą, przesiadki w koszmarnym Frankfurcie.

W ciągu pierwszych stu dni Dawida Jackiewicza wartość akcji w rękach Skarbu Państwa spadła o blisko 11 miliardów złotych. To klęska, gospodarcze Waterloo. Wymieciono zarządy i rady nadzorcze, w sumie kilkaset osób. Zawodowych menedżerów zastępują pomazańcy prezesa, jak Wojciech Jasiński w Orlenie. Kiedy minister zapowiada pogrom, wierzę mu bezgranicznie.

Ramy prawne przyszłego holdingu nie zostały jeszcze określone. To nie dziwi, przecież polskie prawo nie zawiera regulacji holdingowych, do tej pory na przeszkodzie stawała im polityka. Wymyśli się jakąś formułę, a sprzeczne z nią przepisy zostaną wygaszone. Cieszy jedno: projekt ustawy o wynagrodzeniach słusznych i sprawiedliwych „ujrzy światło dzienne”. Do tej pory wiele ustaw uchwalono nocą.

Idea akcjonariatu obywatelskiego została nieodwołalnie pogrzebana jeszcze przez Platformę, więc obecny rząd do niej nie wróci. Za to wróci do walki z kominami: minister wyraża pogląd, ze zwyrodnieniem nie była ustawa kominowa, lecz omijanie jej.

Przed laty orędowałem za innym rozwiązaniem: wniesieniem należących do Skarbu Państwa akcji do Krajowego Funduszu Majątkowego, zarządzającego tymi walorami ponad polityką i partiami. Wtedy upragniony wzrost wartości spółek z udziałem Skarbu Państwa byłby bardziej realny. Partie podówczas rządzące pomysłu nie podjęły, zdały sobie sprawę, że projekt godzi w ich wpływy. Fałszywych liberałów zastąpili autentyczni totalersi, projekt rozdarto na strzępy; tylko patrzeć, aż to samo zrobią z gospodarką. „Polska w ruinie” to obietnica wyborcza, którą najłatwiej przychodzi im spełniać. Pozostali szefowie resortów gospodarczych też powinni spisać testamenty.

Czytaj także:
2015.02.17 Widzialna ręka rynku
2015.05.31 Czuj się odwołany

Spółki pod trzema dopustami

Nawet w spółce z udziałem Skarbu Państwa akcjonariusz ma prawa, w tym prawo do udziału w zysku. Gdyby nie Mateusz Morawiecki, nie przypominałbym tej oczywistości. Niestety, wicepremier do spraw rozwoju, jeszcze do niedawna prezes banku, nie rozumie natury spółki akcyjnej. Gotów jest dzielić akcjonariuszy na „już bogatych”, którym z racji ich bogactwa należy się mniej, albo w ogóle nic, oraz pozostałych, o których nie wiadomo, czy im się należy cokolwiek, ponieważ państwo ma swoje potrzeby, a te wydatnie rosną.

Wicepremier montuje projekt inwestycyjny, na który brakuje środków. Ma on kosztować równy bilion złotych. Państwo nie ma swoich pieniędzy, wydaje wyłącznie nasze, więc teraz trapi się, jak nam aż tyle zabrać. Od podatników aż tyle nie zbierze, chociaż wprowadza wiele nowych danin. Wprawdzie są jeszcze spółki Skarbu Państwa, ale wiele z nich przynosi same straty. Natomiast niektóre spółki z udziałem Skarbu Państwa wypracowują jeszcze spore zyski. Szkopuł polega na tym, że reszta akcjonariatu pragnie uczestniczyć w owych zyskach. Zamiast wypłacić im należny udział, państwo planuje zabrać te pieniądze, wydać na inwestycje – i zapewne zmarnotrawić. Jak mawiał Ronald Reagan, państwo nie rozwiązuje żadnych problemów, ono je tylko dofinansowuje. Z cudzych kieszeni.

Notowany na warszawskiej giełdzie Bank Zachodni WBK przez lata wypłacał dywidendy, zaś prezes Mateusz Morawiecki znosił to cierpliwie. Lecz bank jest w pełni prywatny, nie ma w nim Skarbu Państwa. Rząd obłoży go teraz podatkiem ze szkodą dla inwestorów, nie tylko zagranicznych, także polskich. Zapowiedź wicepremiera zmierza natomiast ku temu, by w zyskach spółek z udziałem Skarbu Państwa nie partycypowali pozostali akcjonariusze. Te pieniądze powinny wspierać „interesy państwa”. W radiowej Trujce wicepremier mówił, że akcjonariuszami spółek z udziałem państwa są „już bogate” fundusze emerytalne z różnych krajów, banki, fundusze inwestycyjne lub powiernicze. Dodam, że rodzime fundusze emerytalne nie są „już bogate”, bo rząd Platformy pozbawił je znacznej części aktywów. Lecz to nie powód do gadania głupot przez ministra następnego rządu. Odczekałem kilka dni, aż ugryzie się on w język i sprostuje fatalną wypowiedź. Nic takiego nie nastąpiło. Wstyd.

Najpierw Skarb Państwa upubliczniał spółki, później niektóre z nich obłożył wysokimi podatkami, innym narzucił kupowanie trupów w postaci kopalń fedrujących straty, a teraz w pozostałych chce głodzić inwestorów. Chodzi nie tylko o kapitał zagraniczny inwestujący na polskim rynku z potępianej dzisiaj chęci zysku, także o rodzimy akcjonariat nazwany „obywatelskim”, wystawiony do wiatru przez kolejne rządy. Kapitał zagraniczny zapewne odpłynie ze spółek z udziałem Skarbu Państwa, kapitał obywatelski także powinien zastanowić się, czy inwestować tam, gdzie będzie oszukiwany. Wprawdzie polskie prawo przewiduje, że w spółce kapitałowej wszyscy akcjonariusze powinni być jednakowo traktowani w takich samych okolicznościach, lecz rządzący i tak robią swoje.

Zdaniem Morawieckiego, konieczność większego dzielenia się przez spółki ich zyskami z państwem najlepiej widać w przypadku spółek energetycznych. Tak jest! Zyski tych spółek zapewne znikną w Czarnej Dziurze, czyli w górnictwie węgla kamiennego. Utrzymanie górnictwa zostało uznane za priorytet wspomnianego „interesu państwa”. Bierni akcjonariusze nie podejmą walki o rekompensatę w postaci dywidendy wyrównawczej. Wobec tego brak poszanowania interesu akcjonariuszy zapewne doprowadzi do odpływu kapitału ze spółek z udziałem Skarbu Państwa.

Nie ma potrzeby przypominania tutaj, jak Skarb Państwa blokował wypłatę dywidendy z zysku PZU, by dokuczyć uwierającemu go inwestorowi mniejszościowemu. Sprawa została po latach osądzona przez Sąd Najwyższy. Lecz wtedy PZU SA osiągała spore zyski, dzisiaj – uwikłana w repolonizację banków, sponiewierana podatkiem – znalazła się w innej sytuacji. Zresztą nie tylko podatki i wymuszone przez rząd decyzje inwestycyjne stały się dopustami trapiącymi spółki z udziałem Skarbu Państwa i odzierającymi je z możliwości osiągania wyższych zysków. Dopustem trzecim są nonszalanckie zmiany rad nadzorczych i zarządów, czyli wymiana piastunów tych spółek na miernych, ale posłusznych. Warto zdać sobie sprawę, do czego to doprowadzi. Obiecywany bilion rozpływa się we mgle.

Czytaj także:
2013.05 15 Państwo (norweskie) akcjonariuszem
2013.05.23 Parcie na dywidendę

Świata koło

Dźwignijmy poprzeczkę wymagań stawianych przed radami nadzorczymi, podnieśmy oczekiwania względem kompetencji ich członków, a różnorodność pojawi się sama.

Czas nie sprzyja różnorodności. Wszystko ma być na jedno kopyto, jak w Korei Północnej. Ale też nigdy polski rynek kapitałowy nie dbał o różnorodność, do dzisiaj nie dostrzega płynących z niej korzyści, nawet nie ogarnia jej znaczenia. Uważa się, że różnorodność jako atrybut corporate governance ma w Polsce tylko jeden wymiar i dotyczy proporcji mężczyzn i kobiet w składzie zarządów i rad nadzorczych. Nie mamy przecież problemów etnicznych, więc nie musimy mieć na uwadze kwestii reprezentacji mniejszości narodowych. Nie mamy problemów rasowych, więc nie musimy dbać o kolorowych.

Owszem, proporcje udziału w zarządach i radach nadzorczych są dla kobiet rozpaczliwie niekorzystne. Nie czerpiemy w dostatecznym stopniu z tej puli wielkiej talentów. Lecz nie jest to ani jedyne kryteriów różnorodności, ani – moim zdaniem – najważniejsze. Najbardziej dokucza mi niechęć wobec obcokrajowców. Ze szczególnym natężeniem manifestuje się ona w spółkach z udziałem Skarbu Państwa. Nie od dzisiaj, więc nie można rządzącej obecnie ekipie przypisać pełnej odpowiedzialności za taki stan rzeczy, obawy przed zagranicznymi menedżerami tliły się w nas już wcześniej, ale przynajmniej nie były uważane za cnotę, za powód do narodowej dumy. Nie służą gospodarce kwakania o powstawaniu z kolan, odzyskiwaniu podmiotowości, ani podobne nacjonalistyczne brednie.

Niektóre polskie spółki mają i międzynarodowe aspiracje, i możliwości ich realizacji. W ich zarządach i radach nadzorczych daremnie szukać ekspertów o międzynarodowym autorytecie w zarządzaniu. O składzie tych organów decyduje przede wszystkim polityka, co jest zjawiskiem fatalnym, ponieważ obecne kryterium poprawności w polityce personalnej („posady dla ziomali”) nie przystają do świata. Boli nie tylko, że partia rządząca działa w myśl schematu TKM (Teraz, K…., My). Boli zwłaszcza, że odwoływanych zastępują osobnicy pomniejszego kalibru. Zmiany u steru Orlenu lub KGHM nie wróżą Polsce utrzymania wysokich ratingów.

Stefan Kisielewski wytykał ekipie rządzącej PRL, że jest „dyktaturą ciemniaków”. Zabolało to ciemniaków, zabolało i Kisielewskiego, kiedy został pobity. Dzisiaj nie ma dyktatury, ciemniacy rozpłynęli się w społeczeństwie, nastała epoka średniaków, którzy może i powstali z kolan, ale wstydliwie kucają za krzaczkiem, pełni obaw, że obcy nas przejrzą, odkryją wstydliwą prawdę. Przeżywamy okres zatrzaskiwania drzwi, zamykania okien. Stajemy się zaściankowi. Młodzież mamy otwartą na świat, podróżującą, mówiącą językami, ale niektórzy spośród nowych menedżerów spółek z udziałem Skarbu Państwa pochodzą jakby z innej planety.

Potrzebna jest szersza perspektywa. Wielu członków zarządów i rad nadzorczych polskich spółek nie ma doświadczenia w innych spółkach, ani w innych branżach, „takie widzi świata koło, jakie tępymi zakreśla oczy”. Trzeba jednak wyjść poza skromne doświadczenia z lokalnego podwórka. Nie orędowałbym za importem doświadczonych zagranicznych menedżerów, gdybyśmy mieli na rynku własnych specjalistów z praktyką w zagranicznych radach dyrektorów. Nie mamy ich, niestety, i nie zanosi się, by rozwinięte rynki importowały specjalistów z Polski. Nie uważam, że wprowadzony do polskiej spółki zagraniczny specjalista będzie lepszym menedżerem. Doskonale pamiętam początki polskiej transformacji, otaczane przez nas kultem brygady z Marriotta, często złożone także ze średniaków. Niemniej ufam, że obcokrajowiec świeciłby wśród naszych odmiennością, wzbogacając twórczą różnorodność talentów, postaw, doświadczeń kadry zarządzającej.

Na określenie jakości zarządów i rad nadzorczych polskich spółek giełdowych często używałem obrazowego porównania z meteorologicznych komunikatów o stanie wód na głównych rzekach kraju: wiele zarządów – mówiłem – kwalifikuje się do stanów wysokich, większość rad nadzorczych działa w dolnej strefie stanów średnich lub nawet w średniej strefie stanów niskich. Sprowadzenie roli rad nadzorczych w spółkach z udziałem Skarbu Państwa do mioteł służących jedynie do wyganiania zarządów, nie służy poprawie sytuacji. Ale zaangażowanie do pracy w polskich radach nadzorczych doświadczonych zagranicznych specjalistów nie będzie zadaniem łatwym z uwagi na przepastną różnicę wynagrodzeń za pracę w radach. Wynika ona z przepastnej różnicy w odpowiedzialności członków rad nadzorczych, u nas wciąż iluzorycznej.

Brak różnorodności w radach nadzorczych ma więcej wymiarów. Oprócz wspomnianej dyskryminacji kobiet przejawia się on w dążeniach do wypełniania rad osobami w podobnym wieku, reprezentującymi zbliżone doświadczenia i kwalifikacje, podobny profil zawodowy, nawet dyplomy tej samej uczelni ekonomicznej. Dźwignijmy poprzeczkę wymagań stawianych przed radami nadzorczymi, podnieśmy oczekiwania względem kompetencji ich członków, a różnorodność pojawi się sama.

Tekst ogłoszony 15 litego 2016 r. w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET

Podręcznik Dobrych praktyk 2016 na stronie GPW

Giełda Papierów Wartościowych udostępniła podręcznik Dobrych praktyk spółek notowanych na GPW 2016. Praktyki, uchwalone przez Radę Giełdy 13 października 2015 r., weszły w życie już 1 stycznia 2016 r., dając spółkom niewiele czasu na przygotowanie się do ich stosowania (a mnie na napisania podręcznika). O ukończeniu  podręcznika informowałem na Twitterze 31 grudnia. Należało jeszcze podjąć niezbędne czynności redakcyjne (w tym korektę) i edytorskie. Ogromną pomoc w pracach nad tekstem okazywała mi dyr. Agnieszka Gontarek z GPW (dziękuję!), niemniej za wszelkie niedoskonałości dzieła to ja ponoszę odpowiedzialność, z pokorą przyjmę krytykę i postaram się uwzględnić nadesłane tu uwagi w ewentualnych kolejnych wydaniach.

Przez dywidendę do wartości

Sceptycyzm inwestorów po upadku Enronu i kłopotach wielu amerykańskich korporacji nasunął rynkom trzeźwą myśl, że jeżeli spółka naprawdę zarabia pieniądze, jakimi chwali się w raporcie pozytywnie zaopiniowanym przez audytora – niech dzieli się nimi z akcjonariatem. Spadek stóp procentowych i notowań akcji podniosły znaczenie dywidend. Nie podważyła go gorączka skupów przez spółki akcji własnych.

Wypłata dywidendy nie powoduje zubożenia spółki, natomiast kreuje jej wartość w oczach akcjonariuszy i reputację na rynku. Spółkę ocenia się przecież nie tylko po wynikach. Liczy się też dywidenda. Im wyższy będzie wskaźnik wysokości dywidendy do ceny akcji, tym większa atrakcyjność spółki. Jeszcze ważniejsza od wysokości bieżącej dywidendy jest stałość dywidendy: czy spółka wypłaca ją co roku? Czy udział dywidendy w zysku spółki jest wysoki i stabilny? Idąc na giełdę, spółki nierzadko deklarują zamiar hojnych wypłat dywidendy, a później różnie bywa.

Dobrze się stało, że Dobre praktyki 2016 oczekują od spółek giełdowych zamieszczania na ich stronach internetowych nie tylko informacji na temat planowanej dywidendy, także przypomnienia dywidend wypłaconych przez spółkę w ostatnich pięciu latach obrotowych. Spółki powinny ogłaszać dane na temat dnia dywidendy, terminów wypłat oraz wysokości dywidend – łącznie oraz w przeliczeniu na jedną akcję (zasada I.Z.1.9). Takie zestawienie zapewni przejrzystość prowadzonej przez spółkę polityki dywidendowej. Oczywiście, dane historyczne nie dają podstaw do ekstrapolacji, ale bez odsłonięcia swojej historii spółce trudno będzie pozyskać zaufanie rynku. Brak ujawnienia na korporacyjnej stronie internetowej tych danych będzie oznaczać naruszenie wspomnianej zasady Dobrych praktyk. Jeżeli spółka nie planuje wypłaty dywidendy i nie wypłacała jej w okresie ostatnich 5 lat obrotowych, powinna to wyraźnie zaznaczyć. Będzie to wiadomość o dużej wadze dla inwestorów i analityków. Stosowanie zasady nie polega na wypłacaniu dywidendy, ale na ujawnianiu wskazanych w niej informacji.

Inna zasada Dobrych praktyk 2016 (IV.Z.16) przewiduje, że dzień dywidendy (czyli dzień ustalenia prawa do dywidendy) i terminy wypłat dywidendy powinny być tak ustalone, aby okres przypadający pomiędzy nimi był nie dłuższy niż 15 roboczych. Przyjęto, że tyle czasu powinno spółce wystarczyć do sprawnego przygotowania i przeprowadzenia wypłaty dywidendy. Możliwe jest ustalenie dłuższego okresu pomiędzy tymi terminami, ale wymaga to uzasadnienia. Intencją tej zasady jest unikanie sytuacji, w których spółki nadmiernie wydłużają okres oczekiwania akcjonariuszy na przysługującą im dywidendę, by jak najdłużej zachować w spółce zysk przeznaczony przez walne zgromadzenie do podziału między uprawnionych akcjonariuszy. Warto pogrzebać w historii, czy nie zdarzyło się aby, że jakaś spółka zdążyła upaść nim zdążyła wypłacić uchwaloną dywidendę…

Prawo do dywidendy ma charakter bezwzględny w tym znaczeniu, że akcjonariusze posiadający akcje w dniu dywidendy otrzymują dywidendę w terminie wypłaty dywidendy automatycznie, bez konieczności podejmowania przez nich jakichkolwiek decyzji lub działań. Wiele spółek wypłaca dywidendę ratalnie; omawiana zasada Dobrych praktyk 2016 nie dostrzega takiej sytuacji. Trudno bowiem założyć, że jeżeli dywidenda wypłacana jest w więcej niż jednym terminie, wszystkie terminy jej wypłaty zmieszczą się w okresie 15 dni od dnia dywidendy. Dopuszcza się jednak inne rozwiązania, pod warunkiem przedstawienia przez spółkę ich motywów. Chodzi o to, by na podstawie powołanych przez spółkę argumentów za odroczeniem terminu wypłaty dywidendy, lub motywów wypłaty dywidendy w ratach, rynek był w stanie ocenić, czy owo odroczenie nie ma na celu pokrzywdzenia akcjonariuszy, oraz jakie przemawiają za nim racje. Brak należycie umotywowanego uzasadnienia może zrodzić domniemanie, że odroczenie terminu (terminów) wypłaty dywidendy wynika z trudnej sytuacji finansowej spółki lub nieumiejętnego gospodarowania przez nią środkami. Przyjęcie przez spółkę dłuższego niż 15 dni roboczych okresu między dniem dywidendy a terminami ich wypłaty – przy braku należycie umotywowanego uzasadnienia – będzie traktowane jako naruszenie omawianej zasady.

Żadna z polskich spółek nie wypłaca dywidendy w ratach kwartalnych. Gdyby wypłacanie dywidendy weszło spółkom w nawyk, taka praktyka byłaby korzystna dla akcjonariatu.

W początkowej fazie rozwoju polskiego rynku kapitałowego niewiele spółek myślało o dywidendzie dla akcjonariuszy, a ci nie upominali się o nią stanowczo. Praktykę pobierania dywidendy zapoczątkowali silni inwestorzy strategiczni i finansowi. Do rozwoju praktyki wypłacania przez spółki dywidend przyczynił się zwłaszcza Skarb Państwa, skłonny do czerpania wypłat z zysku upublicznionych spółek z jego udziałem. Niekiedy doraźne potrzeby budżetu brały górę nad potrzebami kapitałowymi spółek, zazwyczaj jednak Skarb Państwa wykazywał chwalebny umiar. Odnoszę jednak wrażenie, że Skarb Państwa doszedł do wniosku, że dywidendą musi się podzielić z innymi udziałowcami, natomiast podatkiem już nie, co przemawia za zwiększaniem opodatkowania spółek kosztem zysku do podziału.

Niechętni dywidendzie bywają pracownicy, nawet jeżeli są (jeszcze!) akcjonariuszami. Ich pakiety są niewielkie. Posiadacz pięciuset akcji, otrzymawszy dywidendę w kwocie 30 groszy na akcję, weźmie do kieszeni niewiele ponad 120 złotych i śmieje się, że zarabia kilkadziesiąt razy więcej – co miesiąc, a tę „groszową” dywidendę otrzymuje raz do roku i nie jest pewny, czy za rok też otrzyma. Nawet niewielka pensja wydaje się pewniejsza, niż zysk z akcji. Nie udało się wykreować akcjonariatu pracowniczego. Obywatelskiego także nie…
Czytaj także:
2013.05.23 Parcie na dywidendę
2013.07.03 Dobry obyczaj: wypłata dywidendy