Miesięczne archiwum: Kwiecień 2016

Drogowskaz do PRL

Minister Skarbu Państwa promuje projekt ustawy o zasadach wynagradzania osób kierujących niektórymi spółkami. Ustawę uważam za zbędną, a wobec tego – szkodliwą; krepowanie rynku kolejnymi wskaźnikami, zakazami i nakazami wyrządzi szkodę gospodarce i społeczeństwu. Owszem, materia wynagrodzeń menedżerów to jedno z wyzwań współczesnego świata, to bomba zegarowa tykająca pod kapitalizmem, lecz próbie jej rozbrojenia poprzez powrót do socjalizmu nie wróżę powodzenia. W dodatku projekt ustawy został zgłoszony na łapu-capu: bez wcześniejszych założeń przyjętych przez Radę Ministrów, bez uzgodnień międzyresortowych, opiniowania, konsultacji publicznych. Chodzi o to, by wprowadzić nowe przepisy w życie jeszcze przed sezonem walnych zgromadzeń. Takie patologie legislacji nie przezwyciężą patologii w wynagrodzeniach i przyznawaniu odpraw, chociaż wsparto je ogólnikami o celowości wprowadzenia zasad transparentnych, jednolitych i – a jakże! – sprawiedliwych. Od kiedy Chińczycy wynaleźli pieniądze, demagodzy i populiści chcą je dzielić sprawiedliwie, lecz nikomu się to nie udało.

Spółki, w których państwo ma udziały, nawet mniejszościowe, zostaną podzielone na pięć kategorii, do każdej z nich zostanie przypisany inny przedział wynagrodzeń menedżerów oparty o wielokrotność przeciętnego wynagrodzenia. Podział ma charakter mechaniczny, decydują dane statystyczne dotyczące zatrudnienia, przychodów, wartości majątku spółki itd. Względy merytoryczne, jak przedmiot działalności, branża, pozycja w świecie, mają znaczenie wtórne, pozwalając na ewentualne podwyższenie wynagrodzeń w ramach danej kategorii zaszeregowania. Premie będą naliczane według siatki wskaźników. Gospodarka jest żywiołem, którego nie da się ujarzmić zarządzeniami zza burka. Premier i wicepremier do spraw rozwoju mówią wprawdzie o innowacyjności, lecz polityka rządu temu przeczy, ciąży ku przeszłości, daje prymat nawykom z PRL.

W spółkach z przeważającym udziałem państwa ma ono spore możliwości wprowadzania własnych zasad wynagradzania zarządów. Projekt ustawy ma jednak objąć wszystkie spółki, w których państwowe podmioty mają udziały, choćby mniejszościowe. Ustawa zakłada zatem, że w sytuacjach, gdy walne zgromadzenie nie przyjmie wniosku Skarbu Państwa o zaszycie wynagrodzeń zarządu w określonym przedziale, odpowiedzialność za wprowadzenie nowych zasad poniosą członkowie rady nadzorczej. Kandydaci do rad mają podpisywać zobowiązanie do kierowania się wytycznymi płynącymi z ustawy. Skarb Państwa dotąd wyobrażał sobie rady nadzorcze jako miotły służące do pozbywania się ze spółek niechcianych przezeń zarządców, bez merytorycznej oceny ich pracy; teraz do zadań rad należeć będzie także ociosywanie zarządu z wynagrodzeń, bez merytorycznej oceny ich zasadności. Wynagrodzenia rad także będą ustalone w ministerialnym katalogu zaszeregowania…
Stawia to w trudnej sytuacji osoby zarządzające spółkami z udziałem Skarbu Państwa. Mają one mniej zarabiać, a nie będą mieli możliwości znalezienia lepiej płatnej pracy. Zajęli stanowiska po ofiarach wielkiej czystki, zajęli je z nadania partii rządzącej, najczęściej z pominięciem względów merytorycznych. Do sektora prywatnego nie przejdą, bo kto ich będzie chciał? Są już skażeni zatrutą aurą polityki. Do zagranicznych spółek nie przejdą, bo najczęściej brakuje im kwalifikacji. Opinia publiczna zdaje się tego nie dostrzegać. Wzburzyły ją zmiany kadrowe w stadninach, natomiast równie bezsensowne zmiany w spółkach paliwowych, nieporównanie ważniejszych dla gospodarki, przyjęto bez reakcji.

Dotkliwe ograniczenia dotkną także odprawy. Mam do tej formy wynagradzania wiele zastrzeżeń, podobnie jak do świadczeń z tytułu zakazu konkurencji. Wielu menedżerów otrzymuje takie świadczenia, żeby już sobie poszli. Otóż – jak starałem się wykazać to powyżej – kadra pomazańców partii obecnie rządzącej nie będzie miała dokąd pójść. Kto coś umiał, mógł zrobić karierę wcześniej, rynek był otwarty dla talentów. Ci, którzy wkrótce zejdą ze świeczników ze skromnymi odprawami, znajdą się w trudnej sytuacji.
Polityka Skarbu Państwa daje czytelny sygnał: osoby z wysokimi kwalifikacjami i płynącymi z tych kwalifikacji aspiracjami płacowymi powinny unikać zatrudnienia w podmiotach z udziałem państwa. Zaszkodzi to tym podmiotom, część z nich zapewne zwiędnie, za to wydatnie posłuży firmom zagranicznym i prywatnym. Zamiast produkować omówione tu przepisy – państwo, ta widoczna ręka rynku, mogłoby wesprzeć zasady wynagradzania proponowane rynkowi przez giełdę w Dobrych praktykach spółek notowanych 2016. Więcej można osiągnąć działając etycznie i po dobroci niż wymachując na oślep maczetą.

Tekst ogłoszony 29 kwietnia 2016 r. w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET
Czytaj także:
2015.12.12 Owoce zatrutej aury
2015.02.17 Widzialna ręka rynku

O dwóch postaciach dyskryminacji

Do 28 kwietnia trwają konsultacje projektu ustawy o badaniach sprawozdań finansowych, zastępującej ustawę z 2009 roku o biegłych rewidentach i ich samorządzie, podmiotach uprawnionych do badania sprawozdań finansowych oraz o nadzorze publicznym. Miałem o niej złe zdanie, nazwałem ją „Wielkim Zderzaczem Andronów”. Pastwiłem się nad pomysłem uregulowania komitetu audytu rady nadzorczej poza Ksh – wszak jego wprowadzenie było największą reformą ustroju spółki akcyjnej po II wojnie światowej, a dokonano tej reformy chyłkiem, na doczepkę, w ustawie o biegłych. Zwalczałem pomysł, zrodzony w ubiegłym roku i zaprezentowany w jednym z wcześniejszych projektów nowej ustawy, zakładający możliwość wprowadzenia do komitetu audytu „podrzutka”, osoby spoza składu rady nadzorczej. Przede wszystkim protestowałem przeciwko pozbawieniu przez ustawę o biegłych członka komitetu audytu posiadającego akcje nadzorowanej spółki – przymiotu niezależności. Uznaję, że nic tak nie skłoni członka rady nadzorczej, w tym członka jej komitetu audytu, do najwyższej staranności w nadzorze, jak zaangażowanie kapitałowe, rzecz jasna w umiarkowanym wymiarze, poniżej progu znacznego pakietu akcji.

Sprawa uregulowania komitetu audytu w ustawie o biegłych nie obciąża pilotującego tę ustawę Ministerstwa Finansów. To niezbyt fortunne rozwiązanie wynikło z braku wyobraźni i lenistwa urzędników Ministerstwa Sprawiedliwości. Zamysł ulokowania w komitecie audytu podrzutka szczęśliwie został zaniechany. Projekt ustawy zawiera kilka sensownych rozwiązań, lecz niestety podtrzymuje założenie, że członek rady nadzorczej, który jest (lub był w ciągu ostatnich 2 lat) akcjonariuszem nadzorowanej spółki, nie korzysta z przymiotu niezależnego członka komitetu audytu. To złe rozwiązanie, bowiem ponad potrzebę mnoży ono kryteria niezależności. Już teraz w komitetach audytu działają obok siebie niezależni w rozumieniu Dobrych praktyk spółek notowanych na GPW 2016, oraz niezależni w rozumieniu ustawy o biegłych.

Zwrócono mi uwagę na jeszcze jeden niefortunny przepis projektu ustawy. Wymaga on od biegłych rewidentów stałego uczestniczenia w programach szkoleń zawodowych. Słusznie, należy podnosić kwalifikacje. Nie przewidziano jednak wyjątku dla biegłych rewidentów, którzy z powodu podeszłego wieku zaprzestali wykonywać zawód, utrzymują się z emerytur, rent lub oszczędności. Teraz grożą im postępowania dyscyplinarne i wykreślenie ze swojej społeczności zawodowej. Szkolenia są odpłatne, co rzutuje na sytuację materialną weteranów zawodu, a przy tym – bezużyteczne, skoro nie prowadzą już oni badań sprawozdań finansowych.

Jest nie bez znaczenia, czy doświadczeni weterani zawodu biegłego rewidenta biorą udział w życiu swojej społeczności zawodowej. Przez dwa kolejne lata przewodniczyłem – ja, ktoś spoza tej społeczności, ale znający ją i szanujący – komisji powołanej przez Krajową Izbę Biegłych Rewidentów do opiniowania wniosków o medale i odznaki KIBR. Wnioski dotyczyły najbardziej zasłużonych biegłych, a wespół ze mną opiniowali je doświadczeni seniorzy profesji. Miałem możliwość poznania pożytków płynących z uczestnictwa w pracach KIBR i oddziałów regionalnych specjalistów, którzy zaprzestali już badania sprawozdań, bądź planowali uczynić to niebawem, ale dysponują ogromną wiedzą o warunkach wykonywania zawodu, koniecznych kwalifikacjach merytorycznych i etycznych, oraz umiejętnościami dydaktycznymi. Wypchnięcie ich na margines wyrządzi profesji biegłych niewypowiedzianą szkodę.

Projekt ustawy wymaga przeto zmian! Chodzi o art. 6 ust 1 pkt 2, traktujący o obowiązku odbywania przez biegłego obligatoryjnego doskonalenia zawodowego w każdym roku kalendarzowym, oraz art. 128 ust 7 pkt 6 lit. a) odbierający przymiot niezależności członkowi komitetu audytu posiadającemu (obecnie lub w ostatnich dwóch latach) akcje nadzorowanej spółki. Pierwszy przepis dyskryminuje weteranów zawodu biegłego rewidenta, drugi – posiadaczy akcji. Nie godzi się w Polsce, w Unii, w cywilizowanym świecie, dyskryminować kogokolwiek.
Czytaj także:
2015.09.23 Podrzutek w radzie nadzorczej
2015.12.01 Trzy powiewy grozy
2015.08.20 Zderzacz Andronów do remontu
oraz przywołane tam wcześniejsze teksty.

Jak wspierać giełdę, by jej nie zaszkodzić?

Prezydent Rzeczypospolitej wziął udział w obchodach 25-lecia Giełdy Papierów Wartościowych i wygłosił okolicznościową mowę, z której wyłowiłem dwa motywy. Pierwszy to gratulacje dla giełdy za Dobre praktyki spółek notowanych na GPW 2016. Podzielam pogląd, że to osiągnięcie godne jest szacunku głowy państwa. Brawo giełda, brawo matkująca przedsięwzięciu dyr. Agnieszka Gontarek, brawo zespół redakcyjny! Gdyby tak jeszcze Dobre praktyki były stosowane w spółkach z udziałem Skarbu Państwa, gdyby politycy także przyjęli do stosowania zbiór swoich dobrych praktyk – skorzystalibyśmy na tym wszyscy.

B_REIT_bannerDrugi motyw pogadanki prezydenta: należy wspierać giełdę. Zastanawiam się, jak przybrać w konkrety tę całkiem słuszną myśl. Jak powinno postępować państwo, by nie zaszkodzić giełdzie, będącej jego tytułem do chluby? Warto pamiętać, że giełdzie lepiej wiodło się wtedy, kiedy pozostawała poza sferą wpływów polityków. Giełda potrzebuje zaufania, jest ono podstawą gospodarki, osnową tkanki społecznej, ale nasi politycy go nie krzewią. By wesprzeć giełdę, powinni zaniechać szkodzenia gospodarce, wzniecania nastrojów wrogości, judzenia, mącenia w głowach w nadziei, że ciemny lud wszystko kupi. Bieda w tym, że kupuje. Rządzący powinni poskromić zapędy ku demolce obłudnie nazywanej dobrą zmianą.

Po pierwsze, nie należy psuć rynku absurdalnymi interwencjami w działalność spółek giełdowych z udziałem Skarbu Państwa. Przykładem nakłanianie zdrowych spółek energetycznych do zakażenia się od wspieranego przez nie górnictwa węgla kamiennego wirusem destrukcji. Akcjonariusze nie po to inwestowali w Tauron, by spółka trwoniła ich pieniądze w deficytowej kopalni. Inwazja polityki do spółek oznacza gorsze wyniki, niższe dywidendy, odpływ inwestorów.

Po drugie, nie należy demoralizować społeczeństwa powszechną i szkodliwą czystką kadr. Następuje „wymiecenie na czysto” (termin ukuty przez Churchilla zapowiadającego wysiedlenie Niemców z Polski, Czechosłowacji i Węgier, nieprzypadkowo sięgam do wojennej terminologii) członków zarządów i rad nadzorczych spółek z udziałem Skarbu Państwa i zdominowanych przez PiS samorządów. Nawet jeżeli na miejsce wymiecionych przychodzą kompetentni – a przecież nie zawsze tak bywa! – noszą oni na sobie znamię owoców szkodliwej czystki i zatrutej nią na długo aury.

Po trzecie, nie należy dążyć do likwidacji OFE, dotkniętych już boleśnie poczynaniami Jana Rostowskiego. Fundusze miały swoje za uszami, ale służyły krzewieniu corporate governance w spółkach ze swoim udziałem. Ich likwidacja oznaczałaby faktyczną nacjonalizację licznych spółek ze znaczącym udziałem funduszy, co – biorąc pod uwagę realia – przyniosłoby dramatyczne straty akcjonariuszom tych spółek. Kiedyś pisałem, że nie inwestuję w spółki, w których nie ma funduszy emerytalnych. Dzisiaj z ostrożności nie inwestuję w spółki, w których udziały funduszy są znaczne, ponieważ obawiam się tego, o czym piszę w dwóch powyższych akapitach.

Po czwarte, należy unikać awantur politycznych, dynamizowania sporów, podsycania złych emocji. Napływ inwestycji na warszawską giełdę zależy od perspektyw polskiej gospodarki, a ich najbardziej miarodajnym dla światowych inwestorów wykładnikiem są ratingi nadawane Polsce. Agencje ratingowe biorą pod uwagę nie tylko reputację rynku kapitałowego i zakres stosowania wspomnianych Dobrych praktyk spółek notowanych na GPW, także klimat polityczny. Kto burzy trójpodział władz, szkodzi rynkowi kapitałowemu, dewastuje giełdę, ponieważ sądy są nie tylko ostoją Rzeczypospolitej, także gwarancją poszanowania praw inwestorów w ewentualnym sporze z administracją.

Kiedy powstawała warszawska giełda, zakładano jej rychłą prywatyzację, mówiono o dwóch latach, ale czas płynął, dwuletni horyzont przesuwał się, oddalał. GPW została upubliczniona, jest notowana na własnym parkiecie, ale nie przestała być spółką państwową, w której akcjonariusze inni niż Skarb Państwa mają niewiele do powiedzenia. Lecz kto wie, jaki obrót przybrałaby sytuacja, gdyby giełdę rzeczywiście sprywatyzowano. Czy dokonałaby ekspansji na ościenne rynki? Czy zostałaby już przejęta przez większą konkurentkę? Jedno jest pewne: przyszłość GPW zależy przede wszystkim od koniunktury na rynkach. Hossa potrafi zamroczyć najbardziej rozważnych inwestorów, bessa ma wielkie oczy, wszędzie dostrzeże zagrożenia. A tych wokół warszawskiej giełdy nie brakuje.

Między cedułą a kulturą

Narodziny warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych (XXV-lecie za pasem!) przyjmowano jako błahą ciekawostkę. Uwagę mediów przykuły czerwone szelki maklerów drużyny Igora Chalupca w scenerii dawnego Komitetu Centralnego. Zlecenia złożone na pierwszą sesję 12 kwietnia 1991 roku kojarzono na pożyczonych komputerach, notowano akcje pięciu spółek, obrót wyniósł 2.000 złotych (20 milionów sprzed denominacji). Lecz było to wydarzenie historyczne; z dzisiejszej perspektywy widać, że wcześniej nie było w Polsce, ani za ziemiach polskich, prawdziwego rynku i prawdziwej giełdy. Dzisiaj mamy i jedno, i drugie.

GPW powstała jako platforma prywatyzacji przedsiębiorstw państwowych. Z tej roli wywiązała się chwalebnie. Nie tylko sprzedano poprzez giełdę papiery licznych spółek, ale – co najważniejsze! – osiągnięto wysokie standardy procesu prywatyzacji. Transakcje były przejrzyste. Wzbudziły zainteresowanie rynkiem kapitałowym. Przysporzyły mu zaufania inwestorów krajowych i zagranicznych. Nie obyło się bez lamentów nad wyprzedażą majątku narodowego za niewielki ułamek wartości. Krytykom często chodziło o wartość domniemaną, bezkrytycznie pomnożoną przez emocje, natomiast giełdowe wyceny, kreowane grą podaży i popytu, są liczone w prawdziwych pieniądzach.

Z czasem proces prywatyzacji wyhamował, przygasło też zaufanie do państwa jako wspólnika, bo mimo wyzbywania się własności nie wyzbywało się ono wszechwładztwa nad upublicznianymi spółkami. Dysponując nierzadko udziałem rzędu 30%, Skarb Państwa dzieli i rządzi jak gdyby miał w portfelu po 330% udziału w sprzedanych już spółkach. Lecz nie można winić za to giełdy, która sama mocno ucierpiała, wiążąc swój wizerunek z zapóźnioną, nieudaną akcją Akcjonariatu Obywatelskiego, poległą gdzieś na dnie szybów Jastrzębskiej Spółki Węglowej. Zresztą i GPW, będąca tytularnie spółką publiczną notowaną na własnym parkiecie, jest powszechnie uznawana w świecie za instytucję państwową, co wydatnie utrudniało jej ekspansję.

Z czasem na plan pierwszy wyszła inna funkcja giełdy jako platformy pozyskiwania kapitału przez spółki prywatne, ambitne, innowacyjne, także zagraniczne. W miarę, jak kurczyć się będą obroty walorami spółek surowcowych i energetycznych (ostatnio angażujących się w kontrowersyjne przedsięwzięcia inwestycyjne), a także instytucji finansowych, zwiększy się udział w obrotach, a więc także w indeksach, spółek od zawsze prywatnych. Należy to wziąć pod uwagę w procesie budowy strategii rozwoju polskiego rynku kapitałowego, nowej Agendy Warsaw City 2020 (a może 2025?).

Wielkie giełdy słyną z wielkich afer. Warszawska jeszcze do wielkiej afery nie dorosła. Owszem, w ćwierćwieczu nie brakło przekrętów, ale za żaden z nich nie można winić giełdy. Wszędzie wokół parkietów kręcą się aferzyści, rodzimi i zagraniczni. „Dezyderata” śpiewana w krakowskiej Piwnicy Pod Baranami zaleca ostrożność w interesach, bowiem dokoła pełno jest oszustwa. W kabarecie zwanym polityką populiści plotą o kasynie, ignoranci o ruletce. Przekładając mowę kabaretów na język rynku kapitałowego należy dostrzegać ryzyko czające się na giełdach, gdzie pieniądze płyną z rak do rąk, aż wpływają we właściwe ręce. Lecz warto mieć na uwadze, że warszawska giełda tylko raz – raz jeden w całym ćwierćwieczu ! – dała pożywkę prasie sensacyjnej. Chodziło, przypomnę, o sprawę związaną z niedochowaniem standardu dobrych obyczajów w działalności biznesowej, gdzie obowiązują wymogi nieporównanie wyższe niż w polityce.

Przez lata rodzima polityka trzymała się daleko od parkietu. Politycy wstydzili się przyznać, że nie rozumieją mechanizmów giełdy. Nieodżałowany Krzysztof A. Lis, architekt polskiego rynku kapitałowego, powiadał że swoista autonomia warszawskiej giełdy od rozgrywek politycznych jest zasługą opieki, jaką nad tą instytucją roztacza Najświętsza Panienka. Wkrótce po wypadku, w którym zginął, Panienka wyjechała na wakacje, więc politycy od czasu do czasu przecież dobierają się do giełdy lub do jej otoczenia (pamiętny rajd Jana Rostowskiego na Otwarte Fundusze Emerytalne), z czego nic dobrego nie wynika.

Rynek jest żywiołem. Warszawska giełda dąży do poddania go rygorom dobrych obyczajów. Służą temu przyjmowane przez nią, systematycznie od kilkunastu lat, dobre praktyki spółek notowanych na GPW. Ich najnowsza redakcja weszła w życie 1 stycznia 2016 r. Dobre praktyki nie mają mocy obowiązującej, nie niosą z sobą nakazów i zakazów, a na ich straży nie stoi państwo ze swoimi organami i sankcjami. Wyrażają one wartości godne ochrony i promocji, wypracowane z udziałem rynku i zalecone mu przez giełdę. Zawierają wskazówki postępowania spółek giełdowych, służące rynkowi do ich oceny, a międzynarodowym inwestorom do oceny rynku. Od ich dobrowolnego stosowania przybywa zaufania, na którym opiera się gospodarka.

Warszawską giełdę można oceniać według rozlicznych kryteriów, biorąc pod uwagę jej wkład w rozwój rynku, liczbę notowanych spółek, ich kapitalizację, obroty, wielkość kapitału pozyskanego dzięki giełdzie przez notowane na niej spółki, innowacyjność i różnorodność oferowanych produktów i usług. Nie należy jednak zapominać o kulturotwórczej woli GPW, o jej zaangażowaniu w budowę systemu wartości służących rozwojowi gospodarczemu i etycznemu Polski, o roli giełdy w krzewieniu dobrych obyczajów handlowych oraz kultury i czystości obrotu. Przed dwudziestu pięciu laty nikt nie śmiał oczekiwać, że otrzymamy od giełdy aż tyle.

Tekst ogłoszony 2 kwietnia 2016 r. w dzienniku Parkiet