Miesięczne archiwum: Lipiec 2016

„Governance” ma wiele znaczeń

Źródło: CorpGov Bulletin

Źródło: CorpGov Bulletin

Zachwyciłem się zdjęciem przedstawiającym dominujące nad nowojorskim Times Square reklamy podręcznika „The Handbook of Board Governance”. Ogłosiłem tweeta z pytaniem: Czy można wyobrazić sobie cos podobnego u nas? Pewna spółka z New Connect zapewniła mnie w odpowiedzi, ze owszem, na wszystko przyjdzie czas, także na reklamy książek o investor relations, i podobnych, na warszawskim Times Square. Obawiam się, czy doczekam. Oraz, czy doczeka owa spółka.

Z kolei pod dachem hali odlotów gigantycznego Terminalu 5 na londyńskim lotnisku Heathrow wiszą plansze EY: „Czy aktywni akcjonariusze to mąciciele, czy doradcy?” (Are activist shareholders disruptors or advisors?). EY działa także w Polsce, czy wywiesiłby podobną planszę na lotnisku w podkrakowskich Balicach? Zapewne i tym razem odpowiedź brzmiałaby, że przyjdzie na to czas. EY jest, jak wiadomo, liderem w badaniach nad korupcją. Na naszym rynku niełatwo o aktywnych akcjonariuszy. O korupcję łatwiej.

Ostatnio w USA podjęto kolejne badania nad aktywnością inwestorów. Jest ona skupiona wokół węzłowych zagadnień corporate governance, jak prawa akcjonariuszy, wynagrodzenia menedżerów, usiłowania zmierzające do burzenia zapór przeciwko przejęciu, dążenie do zwiększenia w radzie dyrektorów liczby i znaczenia dyrektorów zewnętrznych (niewykonawczych) oraz do umacniania ich niezależności. Inicjatywy na tych polach mogą liczyć na poparcie większości. Użyty w tytule reklamowanego na Times Square podręcznika termin „board governance” mieści się wobec tego w szerszym pojęciu „corporate governance” oznaczającym, jak spółka jest zarządzana i nadzorowana. Definicję tę ukuł niezapomniany Adrian Cadbury; jest także wiele innych, zazwyczaj bogatszych w słowa, ale uboższych w treść.

Lecz nasila się i inny nurt aktywności inwestorów, określony popularnym skrótem ESG: Environment, Social, Governance. Chodzi o styk korporacji ze światem zewnętrznym w wymiarze jej oddziaływania na środowisko, na społeczeństwo (bądź społeczności lokalne), oraz… Tu pojawia się słowo „governance”, ewidentnie rozumiane inaczej niż wspomniany w powyższym akapicie termin „corporate governance”. Najczęściej określa się nim szczególnie interesujące akcjonariat sprawy o charakterze politycznym: skuteczność oddziaływania lobbingu na spółkę; finansowe wspieranie przez spółkę polityków, względnie partii politycznych; korupcję; oraz stosunek spółki do standardów praw człowieka. Aktywni inwestorzy dążą do poszerzenia board governance poprzez postawienie w polu zainteresowania rady dyrektorów nie tylko zagadnień corporate governance w ścisłym znaczeniu, także spraw governance w rozumieniu politycznym, społecznym i ekologicznym.

Co ciekawe: większość wniosków zmierzających ku zainteresowaniu spółek ostatnim z wymienionych znaczeń pojęcia governance nie znajduje aprobaty akcjonariatu. Brak consensusu w tej sferze może wynikać z obaw o finansowe konsekwencje takich inicjatyw. Odsetek wyrażających dla nich poparcie nie przekracza 20% głosujących. Lecz nie znaczy to, że z chwilą odrzucenia wniosku sprawa umiera. Przeciwnie: nawet odrzucone postulaty pełnią istotną funkcję promocyjną, krążą w obiegu intelektualnym, drążą umysły, zwolna zyskują poparcie i mobilizują zwolenników, czasem też kruszą opór oponentów. Jest prawdopodobne, że niepopularnym dzisiaj wnioskom zostaną nadane nowe, bardziej atrakcyjne szaty słowne, że powrócą one pod obrady już w innej, korzystniejszej atmosferze. Obserwatorzy amerykańskiego rynku są przekonani, że tematyka ESG z czasem przybierze na znaczeniu.

Powstała nawet nowa instytucja, The Sustainability Accounting Standards Board (SASB), zajmująca się pomiarem finansowych następstw postulatów zgłaszanych przez akcjonariuszy. Zbadano już 2.665 wniosków dotyczących zagadnień ESG. Chodzi o to, które z nich kreują wartość spółek, które zaś ją umniejszają. Próba badawcza jest – zważywszy skalę rynku kapitałowego USA – zbyt niewielka, by wynik badania okazał się konkluzywny. Zwłaszcza, że próby wyceny spodziewanych następstw niektórych aspektów aktywności akcjonariatu mogą okazać się kontrowersyjne.

Pragnę zwrócić uwagę na problem, w którego obliczu stajemy. Jest nim dążenie do kwantyfikacji wszelkich aspektów rynku. Być może w przyszłości zostanie wypracowana metodologia rzeczywiście pozwalająca na kwantyfikację wielu aspektów żywiołu rynku. Wcześniej należy je przecież porządnie zdefiniować. Łatwiej rozróżnić między „governance” w przytoczonym powyżej znaczeniu a powszechnie rozumianym „corporate governance”. Trudniej poruszać się po obszarze pojęć tak nietrafnie nazwanych, jak nasz rodzimy przekład „corporate governance” na „ład korporacyjny”. Jako zawzięty przeciwnik tego terminu zostanę zapewne znowu nazwany zwolennikiem sprawy już przegranej. Lecz nie ustąpię.

Wielka Brytania na opak wywracana

Wcale nie tak miało być! Referendum, zamiast rozbroić zwolenników wystąpienia Zjednoczonego Królestwa z Unii Europejskiej, przyniosło zwolennikom opcji „Leave” niespodziewaną przewagę nad głosującymi „Remain”. Premier David Cameron, który w ubiegłym roku zapewnił Partii Konserwatywnej zdecydowane zwycięstwo w wyborach parlamentarnych, w pośpiechu odszedł z urzędu. Objęła go minister spraw wewnętrznych Theresa May; wcześniej opowiadała się za pozostaniem Wielkiej Brytanii w Unii – teraz robi dobrą minę do złej gry i obiecuje, że przekształci Brexit w sukces (ciekawe, jak).

Jedyna, do tej pory, korzyść z Brexitu, to pogrom jego zwolenników. Najgłośniejszy z krytyków UE, szef stronnictwa „niepodległościowego” Nigel Farade, w obliczu tryumfu nieoczekiwanie wycofał się z polityki. Były burmistrz Londynu Boris Johnson, który najbardziej wśród konserwatystów mącił za wyjściem z Unii, nawet nie ośmielił się stanąć do wyborów przywódcy partii (i szefa rządu); dostał posadę ministra spraw zagranicznych, ale jej zapewne nie podoła. Szpetnie zdradził go poplecznik, minister sprawiedliwości Michael Gove, który niebawem przepadł. Na koniec z rywalizacji z Theresą May szybko wycofała się odpowiedzialna w rządzie za energię Andrea Leadsom, gwiazda kampanii „Leave”. Niech będzie to przestrogą dla przeciwników Unii, nie tylko w Wielkiej Brytanii: zaprawdę, marny spotyka ich los!

Brexit rozpoczyna proces wywracania Wielkiej Brytanii na opak. 76. premier Zjednoczonego Królestwa zapowiada reformę państwa, rządzącej nim Partii Konserwatywnej, gospodarki, corporate governance. Państwo ma zapewnić, że dobrodziejstwa gospodarki będą dostępne dla wszystkich, nie tylko dla nielicznych uprzywilejowanych (the privileged few). Partia Konserwatywna ma odtąd służyć ludziom pracy… Opozycyjna Labour Party oddała torysom pole, jest zajęta i przejęta przepędzaniem swojego nieudanego przywódcy: Jeremy Corbyn długo występował jako eurosceptyk, zmienił zdanie tuż przed referendum, ale niewielu przekonał do pozostania w Unii.

Zapowiedziana reforma corporate governance zmierza daleko. Po pierwsze, przewiduje ona zapewnienie pracownikom reprezentacji w radach dyrektorów. Po drugie, zakłada umocnienie pozycji akcjonariuszy, którzy mają decydować o wynagrodzeniach menedżerów (obecnie mają głos wyłącznie opiniujący, najczęściej puszczany mimo uszu). Po trzecie, Theresa May zapowiada ograniczenie wynagrodzeń i przywilejów kadry zarządzającej największymi spółkami. Brzmi ładnie, ale szczegółów dotąd nie przedstawiono. Najdalej idzie zapowiedź wzbogacenia składu rad dyrektorów o przedstawicieli pracowników. Zostali oni pominięci, kiedy do rad dyrektorów wprowadzano reprezentację konsumentów. Klawo być konsumentem klejnotów Asprey’a lub samochodów aston martin! Za obecnością pracowników w radach dyrektorów przemawia postulat zwiększenia liczby beneficjentów (spodziewanego) wzrostu gospodarczego. To ważny zwrot w polityce Partii Konserwatywnej, która do niedawna zaprzeczała, jakoby nie wszyscy w równym stopniu korzystali z dobrodziejstw gospodarki. Pani premier uważa, że dominujący w radach dyrektorów non-executive directors (NEDs, dyrektorzy niewykonawczy, czyli spoza zespołu zarządzających) reprezentują te same kręgi zawodowe i społeczne, co dyrektorzy wykonawczy, których mają nadzorować. Dyskusji na temat reprezentacji pracowniczej zaniechano w radach przed czterdziestu laty (po raporcie Bullocka z 1977 r. o demokracji w przemyśle), lecz dzisiaj odżywają oczekiwania, że rady dyrektorów będą dzięki udziałowi pracowników podejmować lepsze decyzje, co leży w interesie spółek, gospodarki i społeczeństwa. Pożyjemy, zobaczymy.

Zapowiedź wzmocnienia roli akcjonariuszy w procesie ustalania płac menedżerów oznacza zerwanie z zasadą, że akcjonariuszom przysługuje tylko głos opiniujący propozycje zarządzających, często bezkrytycznie zatwierdzane przez radę dyrektorów. Od ćwierćwiecza opinia publiczna krytycznie oceniała wysoko opłacanych menedżerów przyrównując ich do tłustych kotów, które wylegują się leniwie na przypiecku, spijają śmietankę, a strącone – bezpiecznie spadają na cztery łapy. Obecnie w Westminsterze dojrzewa apetyt na zmiany. Przyczynił się do tego prezes BP Bob Dudley, który za nieudany rok marnego przywództwa w spółce zgarnął – mimo sprzeciwów akcjonariuszy – 14 milionów funtów, czym zgorszył brytyjską opinię. Narastający sprzeciw wobec przywilejów, z jakich korzystają menedżerowie, pobrzmiewa jednak tanim populizmem.

Wywracanie Wielkiej Brytanii na opak ilustruje rysunek w jednym z dzienników. Kelner proponuje gościowi herbatę, gość… odmawia. Podpis pod rysunkiem: „Anarchia w Zjednoczonym Królestwie”. O czasy, o obyczaje!

Tekst ogłoszony w dzienniku Parkiet 20 lipca 2016 r.

Walne na antypodach

Nie tylko w Polsce widoczny jest kryzys walnych zgromadzeń (szczególnie irytują mnie spółki gromadnie zwołujące swoje zgromadzenia akurat na 30 czerwca, co utrudnia akcjonariuszom możliwości uczestniczenia). Nie tylko w Unii Europejskiej, która z takim animuszem przystąpiła do promowania możliwości zdalnego udziału akcjonariuszy w elektronicznych walnych zgromadzeniach, lecz krnąbrni akcjonariusze nie widzą w tym korzyści i rezygnują z tej możliwości. Na temat konieczności modernizacji walnego zgromadzenia spółek notowanych i kierunku pożądanej reformy wypowiedział się ostatnio poważny, wpływowy i niezależny Australijski Instytut Dyrektorów (Australian Institute of Corporate Directors, AICD) zrzeszający ponad 38.000 członków (!).

Członkowie AICD zgodnie uznają, że walne zgromadzenie w formie praktykowanej w spółkach notowanych na tamtejszym rynku pozostaje daleko w tyle za zmieniającym się światem. Popierając inicjatywę rządu na rzecz reformy walnego zgromadzenia, zwracają oni uwagę na kilka kwestii praktycznych. Ich przegląd dowodzi niezbicie, że nasze regulacje poszły wcześniej i o wiele dalej; inna sprawa, że jeszcze nie doszły do celu. Instytut opowiada się za wykorzystywaniem udogodnień dostarczanych przez współczesną technologię, ale przy zachowaniu konieczności odbywania walnego zgromadzenia w postaci fizycznej. Uważa się, że obecność akcjonariuszy na obradach walnego zgromadzenia jest ważnym komponentem corporate governance. Na ich frekwencję ma wpływ metoda dostarczania im dokumentacji walnego zgromadzenia. Zdobycze elektroniki można – i należy – wykorzystać w procesach komunikacji spółki z akcjonariatem, w szczególności dla dystrybucji do akcjonariuszy materiałów przygotowanych na walne zgromadzenie, oraz w głosowaniu na walnym zgromadzeniu.

W kwestii dostępu akcjonariuszy do materiałów walnego zgromadzenia panuje zgoda, że należy w tym celu wykorzystać komunikację elektroniczną, lecz istnieją rozbieżności w kwestii, jak należy to robić. Jedni uważają, że każdy akcjonariusz powinien indywidualnie otrzymać pocztą elektroniczną komplet materiałów dotyczących walnego zgromadzenia (chyba, że jednoznacznie zrezygnuje z tej możliwości, poprzestając na powszechnie dostępnych informacjach), inni – że spółka powinna udostępniać te materiały do pobrania ze swojej strony internetowej, ale indywidualnie zawiadamiać każdego z akcjonariuszy pocztą elektroniczną lub (w formie SMS) o dostępności tych materiałów. AICD odrzuca obiekcje rządu, iż tylko 86% ludności kraju dysponuje w mieszkaniach dostępem do internetu. Liczba elektronicznie wykluczonych jest znacznie niższa, ponieważ wielu posługuje się internetem w telefonie komórkowym, inni dysponują łączem w miejscu pracy.

AICD zwraca uwagę na spadającą od lat frekwencję na walnych zgromadzeniach. Można temu zapobiec poprzez upowszechnienie bezpośredniego głosowania akcjonariuszy (direct voting), bez konieczności udzielania wcześniej lub ad hoc pełnomocnictw do oddana głosu na formularzach ukierunkowujących sposób głosowania (proxy voting) i zdalnego głosowania elektronicznego. Ogromna większość członków Instytutu opowiada się za zobowiązaniem notowanych spółek do wprowadzenia głosowania bezpośredniego. Niemniej walne zgromadzenie nie powinno być jedynie platformą do głosowania, powinno ono służyć przedkładaniu sprawozdań i dyskusji nad nimi, oraz zadawaniu pytań. AICD proponuje, by kandydaci do rad dyrektorów zostali zobowiązani do udzielania odpowiedzi na pytania akcjonariuszy. Można wnioskować, że przynajmniej uczestniczą oni w zgromadzeniach; w Polsce często – nazbyt często! – kandydat do rady nadzorczej nie jest w ogóle obecny, nawet nie można mu zadawać pytań, jego życiorys zawodowy budzi wątpliwości, liczy się głównie rekomendacja władzy aktualnie panującej. Do czasu.

Australijskie rozważania na temat wykorzystania elektroniki w głosowaniu na walnym zgromadzeniu kładą nacisk na potrzebę odstąpienia od zwyczaju głosowania na walnych zgromadzeniach notowanych spółek przez podniesienie rąk… Wynika z tego, że na antypodach dopiero szykują rozwiązania wprowadzone na naszym rynku już dawno, ale – jak dotąd – bez wpływu na ożywienie walnych zgromadzeń, na wzrost frekwencji akcjonariuszy na walnych, na praktyczne wykorzystywanie możliwości oferowanych przez współczesną technikę. Za kilka lat Australia znajdzie się w tym miejscu, co my teraz. Gdzie my będziemy wówczas?

Tekst ogłoszony 11 lipca 2016 r. w dzienniku PARKIET

Wymiatanie nie tworzy wartości

W amerykańskim piśmiennictwie toczy się spór na temat „kroczącej” (lub „zębatej”) kadencji rad dyrektorów. Oba terminy są równie stosowne, ale równie rzadko stosowane, gdyż taka kompozycja kadencji organu spółki, aczkolwiek bez ograniczeń dopuszczona przepisami Ksh, jest przecież na polskim rynku zjawiskiem wyjątkowym. Chodzi o organ (zarząd lub radę nadzorczą), którego skład jest corocznie częściowo odnawiany, a kadencje poszczególnych jego członków trwają tak samo długo, lecz nie rozpoczynają się, ani nie kończą, jednocześnie, jak w przypadku popularnej kadencji wspólnej. Traktują o tym art. 369 § 2 i 386 § 2 Ksh, przewidujące zazębiające się (kroczące) kadencje członków zarządów i rad nadzorczych spółek akcyjnych.

Amerykanie także nie są pewni, jak nazwać taką praktykę stopniowego odnawiania składu rady dyrektorów. W użyciu są dwa terminy: „staggered board of directors” lub „classified board of directors”. W dosłownym tłumaczeniu pierwszy oznacza radę dyrektorów o zróżnicowanych terminach upływu kadencji, drugi – radę, w której składzie występują klasy członków w zależności od terminu upływu ich kadencji: za rok, za dwa lata, za trzy lata.

Spór dotyczy kwestii, czy taka kompozycja składu rady nie jest poważną przeszkodą na drodze do wrogiego przejęcia spółki, swoistą zatrutą pigułką. Chodzi o to, że w praktyce warunkiem przejęcia jest opanowanie rady dyrektorów, natomiast w przypadku takiej rady na dorocznym walnym zgromadzeniu wymianie podlega jedynie część (zazwyczaj jedna trzecia) jej członków, wobec czego przejęcie – jeżeli do niego dochodzi – odbywa się na raty, przynajmniej dwie. Krytycy kadencji kroczącej są zdania, że takie rozwiązanie ustrojowe godzi w interesy akcjonariuszy, negatywnie rzutuje na wycenę spółki i naturę rynku. Zakłada się, nie bez racji, że wrogie przejęcia leżą w interesie akcjonariuszy, zapewniają efektywność rynku, a stratnymi są jedynie menedżerowie przejmowanej spółki, zresztą nieudacznicy, których nie warto żałować. Podatność spółek na wrogie przejęcia decyduje o atrakcyjności rynku, tworzy jego wartość. Zwolennicy kadencji kroczącej nie dostrzegają związku między takim rozwiązaniem ustrojowym rady dyrektorów a wyceną spółki przez rynek.

Nie zajmę stanowiska w amerykańskim sporze. Natomiast pragnę zwrócić tu uwagę, ze podobne rozwiązanie ustrojowe polskiej spółki akcyjnej ma całkiem inne znaczenie praktyczne. Chwalę kadencję kroczącą, ponieważ daje ona szansę kontynuacji zarządzania i nadzoru, wymianie ulega najwyżej część składu organów spółki, przy czym ustępujący piastuni mogą być ponownie wybierani. Niemniej wspomniana szansa często nie jest wykorzystywana, ponieważ w polskim prawie brakuje instrumentu stabilizującego członkostwo w zarządzie lub radzie nadzorczej.

Członek amerykańskiej rady dyrektorów bywa nieusuwalny przed upływem kadencji. Członek organu polskiej spółki akcyjnej może zostać odwołany w każdej chwili. Wcale nie chodzi przy tym o pobudzanie zdrowej konkurencji na rynku kapitałowym, o ułatwianie przejęć wrogich jedynie wobec zasiedziałych piastunów spółki. Chodzi o celowe osłabienie pozycji piastunów spółki, zawieszenie nad ich głowami miotły mogącej ich wymieść bez powodu, za sprawą byle kaprysu akcjonariuszy albo polityków. Nawet jeżeli dopuści się możliwość odwołania wyłącznie z ważnych powodów, przecież o tym, czy powód jest ważny – decyduje ten, kto odwołuje. Ponadto kadencja członków rady nadzorczej automatycznie wygasa przed terminem z chwilą dokonania przez walne zgromadzenie wyboru przynajmniej jednego członka rady w drodze głosowania oddzielnymi grupami.

Wniosek jest oczywisty: polskie prawo nie stabilizuje członkostwa piastunów spółki, nie ułatwia im wytrwania do końca kadencji, wypełnienia mandatu powierzonego przez akcjonariuszy. Wobec tego ich odpowiedzialność za działanie w interesie spółki staje się iluzoryczna. Zarządy i rady nadzorcze polskich spółek nie są okopane na pozycjach, pracują w przeciągu. Wcale nie z powodu wrogich przejęć, do których na naszym rynku dochodzi rzadko. Szkoda. Wrogie przejmowanie ma zalety, wrogie wymiatanie – szkodzi spółkom, ich piastunom i rynkowi.

Tekst ogłoszony 27 czerwca 2016 r. w dzienniku PARKIET

Czytaj także:
2013.11.30 Kadencja krocząca (zębata)
2010.05.18 Zębata kadencja
2005.96.13 Wycinanie w pień

Duma i uprzedzenie

Funkcjonariusze międzynarodowi nie są korpoludkami, gotowymi do zmian miejsca pracy w poszukiwaniu lepszego wynagrodzenia i ciekawszego zajęcia. Zatrudnieni w organizacji międzynarodowej, są z nią związani na długo, nieraz do końca zawodowego życia. Liczą się dla nich nie tylko przyzwoite warunki wynagradzania, niski wiek emerytalny i wysokie świadczenia – także świadomość, że ich doświadczenia i kwalifikacje są najbardziej przydatne w obecnym miejscu pracy, zaś poza nim nie będą równie efektywnie wykorzystane.
Organizacja międzynarodowa oglądana z wewnątrz prezentuje się całkiem inaczej niż w oczach postronnych. Personel dobrze wie, ile pracy kosztowały osiągnięcia, których zewnętrzny obserwator często nie docenia, ile goryczy przyniosły porażki angażujące wysiłek i ambicje pracowników. Czy chodzi o ONZ, Unesco lub Komisję Europejską, funkcjonariusze każdej instytucji międzynarodowej reprezentują dumę z jej dorobku, lojalność wobec jej misji i celów, szacunek dla dokonań państw członkowskich osiąganych wespół z ich organizacją.

Wprawdzie politykę każdej instytucji międzynarodowej kształtuje społeczność państw członkowskich, lecz nie należy pomijać podejścia jej personelu do powierzanych mu zadań. Uważam, że należy uderzyć na alarm: Polska czyni wiele, by zrazić sobie niezmiernie jej życzliwych pracowników Komisji Europejskiej. Zaczęło się od niepotrzebnej, nieprzemyślanej, manifestacyjnej obrazy flagi Unii Europejskiej przez szefową rządu, uwydatnionej komentarzem jednej posłanek, równie prostackim, jak ona. Niedługo później zabrzmiało wiele nieprzyjemnych akordów: że Unia nie powinna nas pouczać, bo Polska jest ostoją demokracji, że im w Brukseli chodzi o pieniądze, jakie ponoć na nas zarabiają (?), że z niskich pobudek politycznych utrącili naszego kandydata, że przewodniczący Komisji Europejskiej zasłużył na surową karę, może nawet zasadniczą. Polscy politycy i europosłowie, bez doświadczenia dyplomatycznego i obycia w świecie, protekcjonalnie krytykują politykę Unii Europejskiej, na domiar złego któryś z profesorów zaczął snuć rozważania o Polexicie.

Budowanie wrażenia, że Polska winna jest Unii nic albo niewiele, a Unia to intruz, moralny agresor – jest krytycznie odbierane przez polityków czynnych na scenie europejskiej, ale szczególnie obraźliwe jest dla unijnych funkcjonariuszy, reprezentujących uzasadnioną dumę ze swojej organizacji i jej oczywistego wkładu na rzecz pomyślności Polski. Zrażamy do Polski jej oddanych sprzymierzeńców, tracimy sympatyków, budzimy rozczarowanie naszą polityką i uprzedzenie do naszego kraju. Funkcjonariusze międzynarodowi nie działają na pierwszym planie, poruszają się dyskretnie w tle, lecz od ich nastawienia, sympatii bądź antypatii, działań lub zaniechań, zależy bardzo wiele. Ważne wydarzenia nierzadko nie budzą emocji, pamięć o nich z czasem wyblaknie; symboliczne zachowania, jak to z usunięciem unijnej flagi z gabinetu szefa rządu, budzą poruszenie i negatywne emocje u tych, od których tak wiele zależy. Parafrazując historyczne powiedzenie: nigdy tak wielu nie poczuło się tak dotkniętych przez tak nielicznych. Szkoda.

Tekst, napisany w połowie kwietnia b.r., został przesłany do redakcji jednego z poważnych dzienników, niezwłocznie przyjęty do druku i… chyba zapomniany, więc ogłaszam go tutaj.