Miesięczne archiwum: Styczeń 2017

CalPERS czyli etyka przed biznesem

Lektura depesz ze świata umacnia mnie w przekonaniu, że corporate governance to w Polsce pojęcie wciąż obce. Oto największy na świecie fundusz emerytalny, CalPERS – California Public Employees’ Retirement System (kalifornijski fundusz emerytalny pracowników sektora publicznego), po wnikliwej dyskusji podtrzymał zasadę nieinwestowania środków swoich uczestników w przemysł tytoniowy. Zasada została wprowadzona w roku 2000. Analiza Wilshire Associates, konsultanta inwestycyjnego CalPERS, wykazała że w następstwie tego kroku fundusz utracił latach 2001 -2014 ok. 3 miliardy USD.

W grudniu 2016 r. rozważano, czy zasadę utrzymać, czy uchylić. Utrzymano ją znaczną większością głosów. Co więcej: zdecydowano o wycofaniu się przez fundusze afiliowane z inwestycji w akcje i obligacje spółek tytoniowych; chodzi o kwoty rzędu 547 milionów USD. Inny kalifornijski potentat emerytalny, CalSTRS – California State Teachers’ Retirement System (kalifornijski stanowy fundusz emerytalny nauczycieli) poszedł tą drogą już w 2009 r.
Decyzja nie była łatwa. Eksperci CalPERS wnioskowali o powrót do praktyki inwestowania w branżę tytoniową. Dyskusja chwilami przybierała tony emocjonalne. Jeden z menedżerów funduszu, Terry Brennand z Service Employees’ International Union, deklarował „Nie stanę przed moimi emerytami by im oświadczyć, że ich świadczenia zależą od firm produkujących choroby lub śmierć” (cyt. za dziennikiem Sacramento Bee). Ustalając politykę inwestycyjną funduszu wzięto więc pod uwagę opinie m.in. American Heart Association i American Cancer Society, że podejmując współpracę z firmami tytoniowymi CalPERS naraziłby się na ryzyko kroku, który mógłby zostać niewłaściwie odczytany przez potencjalnych palaczy.

Nasuwa się wniosek, że etykę postawiono przed biznesem. W polszczyźnie słowo etyka spotykam coraz rzadziej. Nie występuje ono w języku polityków, zostało wyparte z języka rynku kapitałowego. Należę do obrońców Otwartych Funduszy Emerytalnych, lecz nie wyobrażam sobie prezesa zarządzającego funduszem Powszechnego Towarzystwa Emerytalnego, który staje przed swoimi emerytami i oświadcza im cokolwiek. Może wśród przyczyn kryzysu OFE należy wymienić nie tylko błędy popełnione przy ich konstruowaniu, nie tylko kalkulacje budżetowe Jana Rostowskiego, nie tylko zamiary obecnego rządu odebrania przyszłym emerytom ich składek dla łatania nimi dziury w finansach państwa – także konsekwentne stawianie biznesu przed etyką, a z czasem polityki przed biznesem.

Ale sprawa nie jest aż tak prosta. Albowiem pod uwagę wzięto nie tylko etykę, także ideologię inwestowania społecznie odpowiedzialnego (Socially Responsible Investment), wspartą fałszywymi prognozami, że przemysł tytoniowy chyli się ku ruinie, że tylko patrzeć, jak zniknie. Słyszałem takie proroctwa już przed 20 laty. Decyzją CalPERS z 2000 r. sterowała nie tylko etyka, także błędne kalkulacje inwestycyjne. To one kosztowały fundusz (a właściwie jego uczestników) aż 3 mld USD. Niby niewiele, skoro jego środki wynoszą aktualnie 303,6 mld USD. Lecz najprawdopodobniej fundusze emerytalne nie zwiążą w przyszłości końca z końcem. CalPERS oficjalnie zakłada roczną stopę zwrotu z inwestycji na poziomie 7,5%, ale pospolitość skrzeczy: w ostatnim roku obrotowym uzyskano 0,61%, w poprzednim 2,4%.

CalPERS zyskał zasłużoną opinię rzecznika corporate governance. Owszem, może za daleko wyszedł na spotkanie idei inwestowania społecznie odpowiedzialnego, lecz przecież lepsze to, niż zaślepienie bezwzględnym podnoszeniem stopy zwrotu. Niemniej im słabsze CalPERS osiągał będzie wyniki, tym mniej nieba gwiaździstego nad nim będzie, tym mniej ładu moralnego w nim. Niepowetowana byłaby to szkoda!

Tekst ogłoszony w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET 14 stycznia 2017 r.

Dlaczego nie inwestuję w spółki z udziałem Skarbu Państwa

Kurs KGHM rwie na północ, ostatnio rośnie nawet PZU, moje biuro maklerskie zaleca kupno akcji m.in. PKO BP, PGNiG, PZU oraz akumulowanie walorów Energy, Tauronu, KGHM. Lecz ja jestem niedzisiejszym starszym panem i odżegnuję się od interesów ze Skarbem Państwa, a już szczególnie od inwestowania w spółki z jego udziałem. Albowiem nie ma „spółek Skarbu Państwa”, to niesympatyczny skrót myślowy. Są spółki, w których Skarb Państwa ma udział większościowy albo mniejszościowy, co przecież nie ma znaczenia: ileż razy ze zgorszeniem wskazywałem, że nawet w spółce, w której Skarb Państwa ma niespełna 30 procent kapitału zachowuje się on tak, jak gdyby miał 330 procent! Zawłaszczono więc nie tylko terminologię, także władztwo w spółkach.

Na postawione w tytule pytanie odpowiedź jest całkiem prosta: otóż żywię głębokie przekonanie, że jako akcjonariusz spółki z udziałem państwa zostałbym oszukany. Mali mogą wchodzić w relacje gospodarcze z dużymi, lecz na uczciwych zasadach. Takie zasady nie są dzisiaj praktykowane. Zostałem oszukany jako obywatel, skoro parlament nie potrafił uczciwie uchwalić budżetu. Oraz jako podatnik uczciwie dostarczający państwu środków wydawanych przezeń nieroztropnie. Nie zostałem oszukany jako uczestnik Otwartego Funduszu Emerytalnego wyłącznie z tego powodu, że z racji wieku nie zostałem objęty reformą emerytalną. Natomiast jako inwestor nie dam się oszukiwać, ponieważ na rynku mam prawa, których odebrać sobie nie pozwolę – dopóki rynek trwa.

Rekomendowane przez maklerów blue chips to w istocie blue cheats, antyrynkowe mutanty na służbie polityków. To oni zabiegają o tzw. repolonizację banków, czyli nacjonalizację, dla wykorzystywania ich potencjału w celach politycznych. Istnieją obawy, że kredyty popłyną nie do tych, którzy rokują spłatę, a „do tych, którzy zasłużyli” (czego domagał się niegdyś Jarosław Kaczyński). Ponadto: czy ktoś obliczył, ile stanowisk otrzyma do obsady partia rządząca po ostatecznym przejęciu Banku Pekao? Puls Biznesu od czasu do czasu ogłasza listę posad obsadzonych na rynku przez nominatów partii politycznych. Nad listą protegowanych przez PO i PSL oburzali się kiedyś obłudnie politycy PiS: Dawid Jackiewicz (był taki) i Mariusz Błaszczak (jeszcze jest). Ogłoszona ostatnio lista nominatów PIS i przystawek (tzw. sPiS zasobów własnych) zawiera ponad tysiąc nazwisk. Nie wszyscy z listy wstydu są do niczego, chociaż większość jest – lecz nawet wymienione tam osoby kompetentne stały się ofiarami zatrutej w kraju aury.

Ze spółek z udziałem Skarbu Państwa wyciskane są przez rząd pieniądze obracane na cele bez związku z przedmiotem działalności tych spółek. Zrobiono zrzutkę na Polską Fundację Narodową o mętnym posłannictwie. Ministerstwo Skarbu komunikowało: „Czempioni łączą siły w budowaniu nowego wizerunku polskiej gospodarki”. Wcześniejszy wizerunek gospodarki był wprawdzie lepszy, natomiast tu chodzi o obronę osobliwych metod rządzenia krajem. Lecz tego nie da się obronić za żadne pieniądze, nawet wydatkowane na szkodę inwestorów mniejszościowych. Zarządom spółek z udziałem Skarbu Państwa wyznacza się, gdzie wolno lokować ogłoszenia, jakie tytuły prasowe należy prenumerować, komu należy powierzać kolportaż przesyłek i listów, jakie inicjatywy wspierać, jakie obrzydzać.

Co gorzej: zarządom spółek z udziałem Skarbu Państwa wyznacza się cele inwestycyjne odległe od strategicznych interesów spółek i ich akcjonariatów. W niektórych spółkach otwarcie dąży się do ograniczenia dywidendy, co uderza mniejszość po kieszeni. Tę mniejszą mniejszość, czyli inwestorów indywidualnych. Instytucjonalni, gotowi skutecznie walczyć o prawa mniejszości w innych spółkach, są wobec Skarbu Państwa zadziwiająco potulni. Niektóre decyzje „właściciela” wyrządzają spółkom trwałą szkodę. Najbardziej wymownym przykładem grania akcjonariuszom na nosie było przeniesienie części kapitału zapasowego pewnej spółki na kapitał zakładowy. Niby nic się nie zmieniło, spółce nie przybyło, ale pieniędzy ubyło z niej sporo, poszły na podatek od tej ekscentrycznej operacji, a przy okazji trwale ograniczono zdolność emisyjną spółki. Wiele spółek z udziałem Skarbu Państwa już tej zdolności nie ma.

W interesie rynku leży niezbędna stabilizacja kadr zarządzających spółkami i nadzorujących je. Niestety, kadencyjność nie jest w poszanowaniu. Niesławnej pamięci minister Jackiewicz pouczał menedżerów, że nie mogą być pewni swoich posad. Wymieniał ich po uważaniu, nie bacząc kwalifikacji, doświadczenia, walorów etycznych swoich nominatów. W takim samym stylu wymienia się jego ludzi na innych, a i tych innych zapewne wkrótce wymiotą na czysto. W taki sposób nie uzyska się oczekiwanych wyników. Od rad nadzorczych nie oczekuje się wcale sprawowania stałego nadzoru nad działalnością spółek we wszystkich dziedzinach ich działalności; ważna jest dyspozycyjność polityczna, gotowość do sprawnego wyrzucania wskazanych członków zarządów. Zwołuje się nadzwyczajne walne zgromadzenie poważnej spółki, by dokonać kolejnych zmian w składzie rady, po czym odracza się obrady na trzy tygodnie: to skrajna amatorszczyzna, ludzie rynku tak nie postępują.

Od nadejścia „dobrej zmiany” w spółkach z udziałem Skarbu Państwa nie respektuje się Dobrych praktyk spółek notowanych na GPW. Dobre praktyki naprawdę są dobre, natomiast „dobra zmiana” niekoniecznie. Doświadczenia płynące z wieloletniej obserwacji rynków kapitałowych skłaniają mnie do poparcia opinii licznych znawców zagadnienia, że spółki bez corporate governance wcześniej czy później ugrzęzną w kłopotach. I raczej wcześniej niż później. Wynika z tego, że spółki z udziałem Skarbu Państwa mogą poważnie ucierpieć z powodu nieudolnego władztwa polityków. Nie mam ochoty do tego dopłacać. Niestety i tak ucierpię, kiedy podniosą podatki.

Czytaj także:
2015.12.12 Owoce zatrutej aury
2016.09.24 Jak Krzysztof Tchórzewski psuje spółki, rynek i państwo
2016.10.10 O pułapce utraty zdolności emisyjnej

Między walnym zgromadzeniem a walnym zwyrodnieniem [I]

Walne zgromadzenie nie zawsze toczy się sprawnie, w harmonii uczestników. Nierzadko dochodzi do wydarzeń zakłócających przebieg obrad lub uniemożliwiających podjęcie uchwały, nawet odbycie zgromadzenia. Oto pierwszy z wpisów przedstawiających skrótowy przegląd sytuacji krytycznych, mogących prowadzić do przekształcenia walnego zgromadzenia w walne zwyrodnienie… Kontynuacja tematu – niebawem.

AWANTURY I ZAMIESZKI. Spory między uczestnikami walnego zgromadzenia nie zawsze toczą się z poszanowaniem prawa, dobrych obyczajów, kultury. Dochodzi do ekscesów i skandali. Tumult, obstrukcja walnego zgromadzenia, pyskówki – powodują, że czasem można ustalić ani treści głosowanych uchwał, ani wyników głosowania. Pisałem kiedyś o przypadku, gdy do krewkiego pełnomocnika trzeba było wezwać policję; pikanterii sprawie dodał fakt, że owym pełnomocnikiem był… adwokat. W Wielkiej Brytanii głośny był przypadek, że akcjonariusze przybyli na walne zgromadzenie ze świnią, nazwaną w dodatku imieniem prezesa spółki. Nasi okazali mniej kurtuazji: w Gliwicach związkowcy przynieśli kiedyś na walne zgromadzenie jedynie świński łeb. W Gandawie zakłócono doroczne walne zgromadzenie wielkiego niegdyś banku, ponieważ inwestorzy wdarli się na scenę, gdzie stał stół prezydialny, i obrzucili prezesa butami. W Dublinie na walnym akcjonariusze zachowali się bardziej konwencjonalnie obrzucając prezesa banku jajami. W USA inwestorzy niekiedy korzystają na walnych zgromadzeniach z tub, trąbek i innych przedmiotów zakłócających obrady. Do dzisiaj pamiętają tam przypadek sprzed lat, gdy protestujący usiłowali uniemożliwić akcjonariuszom wstęp na walne niepopularnej korporacji; doszło do zamieszek, wezwano policję konną, aresztowano kilkunastu zadymiarzy. Rany odnieśli demonstranci, policjanci, oraz ich konie, które akcji ani nie miały, ani nie miały nic przeciwko im.

SZANTAŻ. Najbardziej wyrafinowane formy przybierał szantaż spółek przez uczestników walnych zgromadzeń w Japonii. Mafijny gangster (sokaiya) rozgarnięty w prawie i finansach rejestrował się na walne zgromadzenie i – wcześniej opanowawszy dokumenty i materiały spółki – zasypywał zarząd pytaniami, niekiedy związanymi z tematyką obrad, niekiedy nie. Na przykład pytano o koszty utrzymania przez spółkę kochanek prezesa, niekiedy trafiając w punkt. Nic dziwnego, że nawet największe spółki Japonii opłacały się gangsterom, którzy – posmarowani – przeobrażali się w stróżów porządku na zgromadzeniu. W Polsce w pierwszym okresie rozwoju rynku szantażowano spółki głosując przeciwko uchwałom walnego zgromadzenia i zgłaszając sprzeciw, a następnie proponując zarządowi wypłacenie szantażyście okupu w zamian za odstąpienie od zaskarżania uchwał. To już nie działa. Prawdziwi gangsterzy zalęgli się nie w spółkach, a w klubach piłki nożnej – i wokół nich. Za to wprowadzenie telewizyjnych transmisji walnych zgromadzeń zmobilizowało kilku przyjemniaczków do żądania od spółek odszkodowania za naruszenie ich praw do wizerunku…

NIEDOPUSZCZENIE NIEKTÓRYCH AKCJONARIUSZY DO UDZIAŁU W WALNYM ZGROMADZENIU. Powód jest zawsze jeden: konflikt w akcjonariacie. Metody bywają różne. Czasem traktuje się antagonistów w rękawiczkach, odmawiając im prawa do uczestnictwa w walnym z powodu prawdziwych lub wydumanych przeszkód formalnych i na podstawie wniosku komisji zgromadzenia do sprawdzenia listy obecności. Czasem traktuje się akcjonariuszy siłowo, nie dopuszczając ich fizycznie do uczestnictwa w obradach. Dlatego twierdzę, że najważniejszym organem spółki bywa niekiedy firma ochroniarska. Zdarza się, że wypędzeni z walnego zgromadzenia, lub niedopuszczeni do udziału w zgromadzeniu, przewidzieli taki obrót sprawy i mając pod ręką własnego notariusza odbywają swoje konkurencyjne walne na parkingu lub gdziebądź, powołują na nim swoją radę nadzorczą, ta powoła swój zarząd – a konflikt znowu przyjdzie rozstrzygnąć firmie ochroniarskiej, która zdecyduje, który zarząd wpuścić do spółki, a który nie. Głośne przejęcie skromnego polskiego banku przez wielki bank niemiecki zostało udaremnione właśnie przez ochroniarzy, którzy nie wpuścili „agresorów” do siedziby banku.

NIEDOPUSZCZENIE DZIENNIKARZY NA WALNE ZGROMADZENIE. Formalnie rzecz ujmując, na spółce nie ciąży obowiązek dopuszczania dziennikarzy na walne zgromadzenia, lecz wymagają tego dobre praktyki spółek notowanych na GPW, oraz dobre obyczaje. Spółka publiczna nie powinna ukrywać swoich spraw przed akcjonariuszami nieobecnymi na walnym, przed potencjalnymi inwestorami, przed opinią publiczną. Nieprzyjazne traktowanie dziennikarzy świadczy niezbicie, że coś śmierdzi, że spółka pragnie się schronić za kurtyną poufności. Nic z tego!

EGZOTYCZNY TERMIN WALNEGO ZGROMADZENIA. Prawo temperuje zapędy do odbywania walnych zgromadzeń w egzotycznych miejscach, lecz zezwala na zwoływanie ich na egzotyczne terminy. Nie masz co robić w sylwestrowy wieczór? Jedną z propozycji może być spędzenie czasu na ciekawym walnym zgromadzeniu jakiejś zabawnej spółki. Zamiast biletu na zabawę wystarczy nabyć jedną akcję i zarejestrować uczestnictwo. Niektóre spółki zwołują walne zgromadzenia w wigilię Bożego Narodzenia.

NIEMOŻNOŚĆ ODBYCIA WALNEGO ZGROMADZENIA WSKUTEK NIEPRAWIDŁOWEGO ZWOŁANIA. Prawo ściśle reguluje tryb i formę zwoływania walnych zgromadzeń, niemniej spółkom zdarza się popełniać błędy, jak zwołanie walnego zgromadzenia do miejscowości, która nie jest wyznaczona w statucie jako miejsce odbywania walnych zgromadzeń. Albo zwołanie walnego tak, by nie wszyscy uprawnieni mogli się o tym dowiedzieć…

NĘKANIE AKCJONARIATU ZWOŁYWANIEM NADZWYCZAJNYCH WALNYCH ZGROMADZEŃ BEZ RZECZYWISTEJ POTRZEBY. Doroczne walne zgromadzenie w celu zatwierdzenia sprawozdań, rozdysponowania wyniku i rozpatrzenia absolutoriów jest obligatoryjne. Nadzwyczajne walne zgromadzenia mogą być zwoływane bez ograniczeń i często są zwoływane bez istotnej potrzeby. Dla przykładu: zwołano nadzwyczajne walne w celu ograniczenia wynagrodzenia przewodniczącego rady nadzorczej, a zarząd utrzymywał, że koszty walnego zwrócą się już po miesiącu. Nie wzięto – i zazwyczaj nie bierze się pod uwagę – kosztów akcjonariuszy, którzy mogliby wziąć udział w zgromadzeniu. Ale zazwyczaj nie biorą, ponieważ nie widzą ani korzyści, ani potrzeby. A później narzekamy na bierność akcjonariuszy – niesłusznie.

NIEODBYWANIE PRZEZ SPÓŁKĘ WALNYCH ZGROMADZEŃ RZEKOMO Z POWODU „braku środków”. Na polskim rynku wszelkie granice przekroczyła pewna spółka z Rybnika, która „zgubiła się” giełdzie, nie przysyłała raportów bieżących lub okresowych, nie odpowiadała na pisma z GPW i nie zwoływała walnych zgromadzeń, ponieważ „nie stać jej na to”.

Kontynuacja przeglądu krytycznych aspektów walnych zgromadzeń – niebawem.

Czy i kiedy może rada nadzorcza zmieniać porządek obrad?

Zastanawiająco często rady nadzorcze spółek akcyjnych grzęzną w wątpliwościach, czy w trakcie posiedzeniu mogą dokonywać zmian porządku obrad. Ponieważ kodeks spółek handlowych nie jest instrukcja obsługi spółki i z zasady nie zajmuje się „oczywistymi oczywistościami”, materię tę z fantazją podejmują statuty spółek, bądź regulaminy rady nadzorczej. Wiele z tych dokumentów staje na stanowisku, że rada nadzorcza porządku obrad dotykać nie powinna, a jeżeli już – to tylko w ściśle określonych szczegółach i sytuacjach. Takie rozumowanie świadczy o nieznajomości mechanizmu działania rady nadzorczej.

Kwestię, czy rada nadzorcza może w trakcie posiedzenia zmieniać porządek obrad tegoż posiedzenia, najłatwiej ogarnąć odpowiadając na pytania, przez kogo i kiedy ów porządek został ustalony. Otóż najczęściej przez samą radę na początku posiedzenia, którego porządek obrad dotyczy. W teorii rada mogłaby ustalać porządek obrad następnego posiedzenia na poprzednim, bądź ustalać porządek obrad kolejnych posiedzeń nawet na rok z góry, ale byłoby to i niepraktyczne, i mało rozsądne. Rada może na poprzednim posiedzeniu uzgodnić założenia porządku swoich obrad na następnym, może także przyjąć założenia rocznego planu pracy, ale porządek obrad najczęściej przyjmuje dopiero na każdym posiedzeniu. Tym różni się od walnego zgromadzenia, którego porządek obrad ustalany bywa z wyprzedzeniem.

Porządek obrad spełnia ważną rolę. Zawiera listę spraw, w których przewidziane jest podjęcie uchwał. Należycie przygotowany jest wskazówką, jak rada powinna gospodarować czasem na posiedzeniu, by zapoznać się z przedstawionymi jej tematami oraz podjąć uchwały. Inspiruje radę do działania, mobilizuje i dyscyplinuje jej członków, unaocznia im odpowiedzialność rady nadzorczej za spółkę, powinien też zniechęcać do retorycznych popisów.

Zwołując radę nadzorczą jej przewodniczący zazwyczaj (nie jest to wprawdzie jego obowiązkiem, niemniej jest to wskazane dla ułatwienia prac rady) przedkłada członkom rady projekt porządku obrad, który – do chwili przyjęcia go przez radę – nie ma mocy wiążącej. Przeto, skoro to rada przyjmuje porządek obrad, nie ma przeszkód, by w trakcie posiedzenia dokonywała w tym porządku zmian, uzupełniała go, korygowała. Na członkach rady ciąży obowiązek udziału w jej posiedzeniach, obowiązuje na nich wymóg kworum, więc członek rady nadzorczej, który nie bierze udziału w posiedzeniu, nie korzysta z ochrony przez zmianą porządku obrad, który jest ustalany dopiero na posiedzeniu, bądź zostałby ustalony wcześniej.

Zamieszanie w tej materii zawdzięczamy Komitetowi Dobrych Praktyk, który w „Dobrych praktykach w spółkach publicznych 2002” przyjął zasadę 29: „Porządek obrad rady nadzorczej nie powinien być zmieniany lub uzupełniany w trakcie posiedzenia, którego dotyczy. Wymogu powyższego nie stosuje się, gdy obecni są wszyscy członkowie rady nadzorczej i wyrażają oni zgodę na zmianę lub uzupełnienie porządku obrad, a także gdy podjęcie określonych działań przez radę nadzorcza jest konieczne dla uchronienia spółki przed szkodą jak również w przypadku uchwały, której przedmiotem jest ocena, czy istnieje konflikt interesów między członkiem rady nadzorczej a spółką”. Czyli: rada nadzorcza nie może, bez spełnienia tych warunków, zmienić porządku obrad, który sama uchwaliła… Co ciekawe, wyjątek dotyczy konfliktu interesów między członkiem rady a spółką, który to konflikt jest w świetle prawa dopuszczalny i najwyżej rzutuje na status niezależności członka rady.

Niechęć do wprowadzania na posiedzeniu rady nadzorczej uzupełnień porządku obrad wzięła się zapewne z archaicznej tradycji Kodeksu handlowego, tak skomentowanego w tej kwestii przez prof. Maurycego Allerhanda: „W zaproszeniu (na posiedzenie rady – ASN) nie musi być podany porządek dzienny, jeżeli go jednak podano, można powziąć uchwałę nad przedmiotem, nie wymienionym w zaproszeniu, tylko wtedy, gdy wszyscy członkowie są obecni, jeżeli zaś brak niektórych, powzięcie uchwały jest niedopuszczalne, bo możliwie członek nie zjawił się tylko ze względu na porządek dzienny, uważając przedmiot za pozbawiony doniosłości, a byłby się zjawił, gdyby wiedział, że obradować się będzie także nad innym przedmiotem poza wymienionymi w zaproszeniu”.

Współcześnie założenie, że członek rady nadzorczej „możliwie … byłby się zjawił, gdyby wiedział” nie ma racji bytu. Na gruncie Ksh udział członka rady w posiedzeniu nie jest kaprysem, ale obowiązkiem. Niestety, cytowana zasada 29 z 2002 roku została przejęta do statutów wielu spółek i rozprzestrzeniła się po rynku niczym wirus. Wiele statutów przyjmuje, że zwołując radę przewodniczący podaje proponowany porządek obrad, który w trakcie posiedzenia nie może być zmieniany – chyba, że zachodzą warunki wskazane przez cytowaną zasadę 29. Stawia to przewodniczącego rady, osobę zazwyczaj powiązaną z dominującym akcjonariuszem, w sytuacji bezwzględnej przewagi nad pozostałymi członkami rady. Taka praktyka stoi w sprzeczności z przepisem art. 388 § 2 Ksh expressis verbis dopuszczającym wprowadzanie spraw do porządku obrad rady nadzorczej już na jej posiedzeniu.

Dlatego trudno zrozumieć racje stojące za rozwiązaniem przyjętym w statucie jednej z wielkich spółek z GPW: „W zaproszeniu na posiedzenie Rady Nadzorczej Przewodniczący określa termin posiedzenia, miejsce obrad oraz szczegółowy projekt porządku obrad. Zmiana zaproponowanego porządku obrad może nastąpić, gdy na posiedzeniu obecni są wszyscy członkowie Rady Nadzorczej i nikt nie wnosi sprzeciwu co do zmiany porządku obrad”. W przypadku nieobecności lub sprzeciwu choćby jednego członka rady, pozostali jej członkowie stają się zakładnikami porządku obrad niby tylko proponowanego, lecz w takiej sytuacji – narzuconego przez przewodniczącego.

W świetle prawa swoboda rady nadzorczej w kwestii przyjmowania i modyfikowania porządku obrad nie jest ograniczona nawet w sytuacji, gdy rada zwoływana jest przez przewodniczącego na żądanie uprawnionego podmiotu, bądź – wobec bezczynności przewodniczącego – przez uprawniony podmiot samodzielnie. Wówczas proponowany porządek obrad podaje przed posiedzeniem podmiot uprawniony do zwołania rady (art. 389 §§ 1 i 2 Ksh). Jedynie w tym przypadku podanie proponowanego porządku obrad jest obligatoryjne. Uprawnionymi do żądania zwołania rady są zarząd (kolegialnie) i członkowie rady nadzorczej (indywidualnie). Wiele statutów wbrew prawu ogranicza przywilej zwołania w tym trybie rady przez członka rady nadzorczej wymagając współdziałania dwóch lub więcej członków rady. Takie postanowienia są niezgodne z ustawą, więc oczywiście nie mają mocy prawnej; niepokoi jednak brak kompetencji kancelarii prawnych przygotowujących takie statuty.
Czytaj także:
20015.04.25 Nieobecny nie ma racji
2013.08.16 Wszystko w porządku
2001.12.10 Od porządku do obrad
2001.11.19 Między sztuką a sztuczkami

Dlaczego warto rozważyć powierzenie szefostwa GPW obcokrajowcowi?

Obcokrajowiec na czele warszawskiej giełdy… Niespełna trzy lata temu zgłosiłem taki pomysł pod rozwagę rynku. Kandydata nie wskazałem, nie opowiadałem się za kimś ani przeciwko komuś. Uważałem, że trzeba ruszyć z miejsca, w którym giełda utknęła na dobre. Byłem świadomy, że pomysł nie zostanie zrealizowany. Polsce już wtedy, wiosną 2014 roku, opadały skrzydła. Wspominano jeszcze, acz z niewiarą, o przejmowaniu Wiednia z plejadą giełd zależnych, inwestowano na rynku brytyjskim, ale mentalnie byliśmy już odklejeni od świata, który zdawał się coraz mniej potrzebny. W zarządach i radach nadzorczych spółek strategicznych – tych o największym znaczeniu dla państwa, gospodarki, społeczeństwa – rozsiedli się sami nasi. Ekspatów nie chciały już także pozostałe spółki z udziałem Skarbu Państwa, bądź firmy rodzinne, nawet spółki mieniące się innowacyjnymi.

2017-01-17_kaDzisiaj powtarzam tamtą propozycję, chociaż zdaję sobie sprawę, że jest ona nierealna. Polska stała się bardzo nieufna wobec obcokrajowców. Obawiamy się ich w przekonaniu, że mogą nas zdemaskować, więc lepiej zatrzasnąć się przed nimi. Zatrzaskujemy zatem drzwi i okna. Niemniej korzyści płynące z proponowanego rozwiązania byłyby liczne i niezaprzeczalne. Obcokrajowiec z natury byłby kimś spoza układów, nie byłby ani z Tamtych, ani z Naszych, co dawałoby mu niezbędną samodzielność. To nie jest, nigdy nie było i nie powinno być, stanowisko polityczne. Co więcej: szef GPW ma robić swoje bez oglądania się na polityków. Bez podpinania się pod tę czy inną partię, koterię, kamarylę. Nie powinien wyczekiwać, kiedy komuś odpowiedzialnemu w rządzie za gospodarkę napiszą wreszcie slajd, który wspomni o giełdzie. Powinien natomiast recenzować politykę gospodarczą rządu przez pryzmat interesów uczestników rynku kapitałowego.

Państwo nie zawsze kieruje się interesami swojego rynku kapitałowego, ale powinno je znać. Lecz rodzimi politycy, zwłaszcza ci z najwyższego obecnie szczebla władzy, nie znają rynku kapitałowego. Wiedzą o nim tyle, że to żywioł, którego państwo nie poskromi. To się im nie podoba, ponieważ pragną wzmacniać państwo, rozwijać je kosztem, między innymi, rynku. Giełda pragnie ukształtować zachowania uczestników rynku dobrymi praktykami – zasadami pozbawionymi mocy obowiązującej, wypracowanymi przez sam rynek i obwarowanymi wspólnymi interesami. Politykom nie mieści się w głowach, że można dobrowolnie stosować regulacje, za którymi nie stoi państwo ze swoim aparatem przymusu. Świat oparty na wzajemnym zaufaniu i wspólnocie interesów jest dla nich nie do przyjęcia, ponieważ sami nikomu nie ufają, zwłaszcza sobie; do wspólnoty się nie poczuwają; ewentualnego partnera mają za przeciwnika i zamierzają zniszczyć, a jego interesów nie chcą szanować lub realizować.

GPW zawsze była, i wciąż jest, krainą fachowości. Jej rozwój był możliwy dzięki dyskretnej kurtynie odgradzającej ją od polityki. Zapowiedź zmiany prezesa przez najbliższe walne zgromadzenie nie spowodowała ogłoszenia żałoby narodowej, ale na giełdzie wzbudziła niepokój. Jedni boją się desantu „bankomatów”, czyli specjalistów z sektora bankowego. Inni dowodzą, że przecież gorsi są urzędnicy. Wyrażane są obawy, by giełda nie stała się kolejną agendą realizacji strategii odpowiedzialnego rozwoju. Nie mam nic przeciwko rozwojowi, ale wolę go bez przymiotnika. Przymiotniki już były.

Dzisiejsza Polska oddala się od Europy, więc i nasz rynek dryfuje w nieokreślonym kierunku. Gdybyśmy jednak ogłosili międzynarodowy konkurs na stanowisko szefa GPW, zachęcając do udziału w nim także zagranicznych menedżerów, zapewne moglibyśmy pozyskać ciekawe zgłoszenia. Jeszcze nie wszystkie mosty są zerwane, jeszcze istnieją szanse, że taki krok zostałby przyjęty w dobrej wierze.

We wspomnianym już tekście pisałem: „Rynek kapitałowy to środowisko szczególnie wrażliwe na swobodę przepływu kapitału, idei, specjalistów. Skoro mógł ekspat zostać szefem rumuńskiej giełdy lub gubernatorem Banku Anglii, dlaczego nie mógłby starać się o posadę na Książęcej?” Dzisiaj z powtórzę tezę o szczególnej wrażliwości rynku na swobodę. Wszelką swobodę. Bez niej niczego nie było, czego doświadczyliśmy w okresie słusznie minionym, ani nie będzie dzisiaj lub w przyszłości.
Czytaj także:
2014.03.31 Obcy na Książęcej?