Miesięczne archiwum: Listopad 2017

Różnorodność po polsku, czyli o radzie nadzorczej

Pracownik w radzie skłonny jest dbać o macierzystą spółkę nawet bardziej niż jej pozostali dyrektorzy oraz akcjonariusze.

Głosy o potrzebie zwiększenia różnorodności w składach rad nadzorczych słychać jak świat długi i szeroki. Im bardziej rozwinięty jest rynek kapitałowy, tym częściej podnosi się na nim kwestię różnorodności w radach nadzorczych spółek, zwłaszcza tych notowanych. Podobno polski rynek już zaliczany jest do rozwiniętych, lecz różnorodność rad nie jest tu jeszcze gorącym tematem. Zresztą na tym polu czeka nas nieco mniej wyzwań, niż innych.

Modnym ostatnio tematem na kilku zachodnich rynkach jest udział pracowników w radach dyrektorów. Podniosła go z impetem premier Theresa May niezwłocznie po objęciu przez nią funkcji. Sprawa przygasa, bowiem Brytyjczycy są przywaleni problemem brexitu, a pozycja pani May osłabła na tle sporów wśród konserwatystów. Nie ulega jednak wątpliwości, że udział pracowników w radzie dyrektorów może doskonale służyć spółce, jej inwestorom, całemu rynkowi. Doświadczenie uczy, że w przypadku kłopotów spółki, zwłaszcza jej upadku, najwięcej traci pracownik. Piastuni, nie bez racji nazywani tłustymi kotami, spadną na cztery łapy. Akcjonariusze stracą część lub całość swoich inwestycji, lecz zapewne nikt nie inwestuje wszystkiego w jedną spółkę. Pracownik może stracić nie tylko miejsce pracy, także środki gromadzone przez lata w firmowym programie emerytalnym – czyli bezpieczną przyszłość. Dlatego pracownik w radzie skłonny jest dbać o macierzystą spółkę nawet bardziej niż jej pozostali dyrektorzy oraz akcjonariusze.

W Polsce udział pracowników w radach nadzorczych jest rozpowszechniony, lecz skoro nie mamy jeszcze należycie rozwiniętych zakładowych funduszy emerytalnych, przedstawiciel pracowników w radzie dba nie o przyszłość spółki, a głównie o podwyżki, bądź trzynaste lub czternaste pensje. Jest często liderem związkowym zatroskanym nie tyle o spółkę, co o posadę w związku. Nie dociera do niego argument, że jest zobowiązany działać w interesie całej spółki, nie tylko pracowników. Nie zna angielskiego, a po polsku „fiduciary duty” nic nie znaczy. Niemniej i tak jesteśmy o krok przed Anglosasami.

Nie dręczy nas także ich problem tzw. „all-white boards”. Nikt nie żąda zwiększenia udziału kolorowych w radach, ponieważ kolorowych u nas nie ma. U nich są, ale nie jest łatwo wyłuskać spośród nich dostatecznie kwalifikowanych i doświadczonych dyrektorów. Nie mamy wreszcie kłopotów z zapewnieniem należytej reprezentacji mniejszości etnicznych w radach. Zwracam uwagę na słowo „należytej”. Rynek kapitałowy nie jest ostoją demokracji, więc nie każdy osiąga na nim to, do czego aspiruje. Ponadto nie jesteśmy piętnowani za obsadzanie spółek z udziałem Skarbu Państwa nominatami partii rządzącej, bez związku z ich kwalifikacjami i doświadczeniem, ponieważ takie praktyki bywają stosowane tylko na rynkach o marginalnym znaczeniu (jak Zimbabwe), gdzie i tak nikt rozsądny nie inwestuje.

Dotyka nas, jak całą resztę świata, niedostateczny udział kobiet w radach. Na szczęście przeważa w Polsce pogląd, że udział kobiet w radach służy wzbogacającej spółkę różnorodności doświadczeń, postaw, poglądów, a nie statystyce. Statystycznie polski rynek wypada równie kiepsko, jak wiele innych rynków, lecz u nas nie utarło się jeszcze publiczne nawoływanie poszczególnych spółek do zwiększenia udziału kobiet w radzie – być może dlatego, że mamy też inne powody do manifestowania.

Jestem zaprzysiężonym zwolennikiem stopniowego równoważenia udziału mężczyzn i kobiet w radach nadzorczych, gdyż czerpanie kandydatur do rad z możliwie największej puli talentów, kwalifikacji, doświadczeń – wzbogaci gospodarkę. Dlatego martwi mnie wspieranie słusznej sprawy niesłusznymi argumentami. Niedawno czytałem wywód brytyjskiej dziennikarki, że wśród dyrektorów niewykonawczych (non-executive directors) spółek z indeksu FTSE-350 jest nazbyt mało kobiet, brakuje ich dotkliwie także w zarządach spółek, a przecież to kobiety podejmują większość decyzji konsumenckich.

Wprawdzie nie widzę związku między podejmowaniem decyzji konsumenckich a członkostwem rad, ale gdyby taki związek istniał – należałoby zwiększyć udział kobiet w organach KGHM; wprawdzie nie podejmują one decyzji o zakupie miedzi, ale kombinat jest także pierwszym w świecie producentem srebra. Rada nadzorcza LPP zostałaby w pełni obsadzona kobietami. Rada CCC także, ponieważ kobiety kupują znacznie więcej butów niż mężczyźni (jestem żonaty od 50 lat i takie rzeczy wiem). Na szczęście znany producent odzieży roboczej Unimil zszedł z giełdy, więc ominie nas dyskusja o udziale płci w decyzjach konsumenckich dotyczących wyrobów tej firmy.

Tekst ogłoszony 13 listopada 2017 r. w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET

Czytaj także:
2017.04.05 Statystyka, gender i parytet absolutny
2015.10.17 Związkowiec w konflikcie interesów
2015.07.18 Różnorodność krzepi
2017.04.25 Nawet w UK polityka szkodzi gospodarce

Dobry duch Dobrych praktyk, czyli czym jest konsensus

Tytuł „Człowiek Corporate Governance 2017” zasłużenie przypadł Agnieszce Gontarek. Laureatka jest prezesem Bond Spot, platformy obrotu obligacjami, lecz dla społeczności corporate governance jest przede wszystkim dobrym duchem Dobrych praktyk spółek notowanych na GPW. Zajmowała się nimi od lat jako dyrektor Działu Emitenta Giełdy, a w 2013 r. została przewodniczącą Komitetu konsultacyjnego GPW do spraw ładu korporacyjnego, który przez ponad dwa lata pracował z mozołem nad projektem kolejnej edycji Dobrych praktyk, na tyle udanym, że ostatecznie niewiele zdołała w nim popsuć majsterkująca przy nim Rada Giełdy. By uwidocznić szczególną rolę pani Agnieszki w tym przedsięwzięciu, pokrótce przypomnę, jak powstawały poprzednie redakcje dokumentu.

Pierwsza redakcja Dobrych praktyk z 2002 r. była produktem prac kameralnego zespołu złożonego przeważnie z prawników. Firmował ją społeczny Komitet Dobrych Praktyk, giełda wolała pozostawać w tle, przyjęła dla siebie skromną rolę depozytariusza zasad, nie ich stróża. Po kilku latach inicjatywę przygotowania nowej redakcji Dobrych praktyk podjął z rozmachem Ludwik Sobolewski, ówczesny szef GPW. Zaprosił do współpracy rynek kapitałowy, odbył wiele spotkań, zebrał tom ekspertyz i opinii, lecz skoro były rozbieżne, o wszystkim w końcu decydował sam, niekiedy wbrew większości – ale Dobre praktyki spółek notowanych na GPW, które weszły w życie 1 stycznia 2008 r., były tworem udanym. Pisząc podręcznik tych praktyk poznałem Agnieszkę Gontarek (akurat przeszła na GPW z Komisji Nadzoru Finansowego) i wiele skorzystałem z jej uwag, często krytycznych i słusznych.

W 2013 r. ówczesny prezes GPW Paweł Tamborski przyjął odmienny tok postępowania. Powołano komitet doradczy, będący w istocie rzeczy zespołem redakcyjnym zupełnie nowej wersji dokumentu. Rzecz w tym, że w tej gromadce zebrali się rzecznicy różnych, zazwyczaj sprzecznych interesów: przedstawiciele emitentów i inwestorów, indywidualnych i instytucjonalnych: funduszy emerytalnych, funduszy inwestycyjnych, domów maklerskich. Był Polski Instytut Dyrektorów strzegący ładu korporacyjnego po dobroci, oraz Komisja Nadzoru Finansowego, usiłująca to czynić przy pomocy urzędowych środków perswazji, był prawnik ze znanej kancelarii, bankowiec, ekspert z firmy doradczej. Och, nie zanosiło się na zgodę! Przewodnicząca pracom redakcyjnym Agnieszka Gontarek zręcznie łączyła własny autorytet wybitnego znawcy zagadnienia z powagą stojącej za nią Giełdy. Cierpliwie poszukując punków stycznych, wytrwale budując przyczółki porozumienia, unikając – gdzie się dało – antagonizmów, konsekwentnie dążyła do konsensusu.

Znaczenie tego terminu uległo osobliwej dewiacji za sprawą analityków. Nazywają oni konsensusem średnią wyciągniętą z ich rozbieżnych prognoz. Jeden postawi na sto, drugi na dziesięć, średnią będzie więc pięćdziesiąt pięć, orzekną ją konsensusem; za odchylenia od niego piętnują nie siebie, lecz spółki. W znaczeniu poprawnym konsensus to zgoda dyplomatyczna: rokowania prowadzone są tak długo, aż znikną podstawy do sprzeciwów względem porozumienia. Może nie wszyscy będą nim zachwyceni, lecz nikt otwarcie nie wystąpi wbrew. Tak było i tym razem. Talent i takt przewodniczącej mobilizowały nas, rzeczników rozmaitych punktów widzenia, do budowania zgody. Ostatecznie, po ponad dwóch latach ciężkiej pracy, nie wszyscy byli zachwyceni rezultatem, ale przeważył rozsądek i dobre obyczaje: zdania odrębne były najczęściej zgłaszane poza salą obrad. Sam, po wyjeździe z Warszawy, wyłączyłem się z prac redakcyjnych, przeto nie spłonąłem w ogniu sporów i mogłem z pewnym dystansem napisać kolejny podręcznik, natomiast pani Agnieszka znowu wspierała mnie, tym razem z pozycji szefowej projektu. Dobre praktyki spółek notowanych na GPW 2016 są w ogromnej mierze jej zasługą.

Wyróżnienie zostało dobrze przyjęte przez rynek. Laudację wygłosił sam Wiesław Rozłucki, ubiegłoroczny laureat tytułu Człowieka Corporate Governance. Agnieszka Gontarek – mówił – należy do naszej parafii: do kręgu rynku kapitałowego, społeczności corporate governance. To zarazem zasłużony laur dla Giełdy Papierów Wartościowych, która Dobre praktyki inspiruje i firmuje, chociaż – dodam – ma spore kłopoty z sumiennym ich stosowaniem. Być może dlatego wydarzenie na samej GPW nie wywołało echa. Nie potrafię tego zrozumieć.

Wyróżnienie przyznawane jest podczas dorocznej, tym razem już siódmej, konferencji „Rada Nadzorcza” organizowanej przez ekspertów z Katowic: Piotra Rybickiego i Zbigniewa Błaszczyka, bezinteresownych zapaleńców. Tym razem gospodarzem była Dąbrowa Górnicza, miasto ambitne, gotowe do wyzwań, przyciągające zdyscyplinowaną publiczność. Chciałbym tam być i za rok.

Przed dwoma laty napisałem: „bardzo komfortowo być pierwszym laureatem, ponieważ liczę, że z czasem opromieni mnie blask nazwisk i dokonań następnych roczników „Ludzi corporate governance”. Jako się tak dzieje!

Czytaj także:
2015.11.06 „Człowiek corporate governance 2015”

Na zdjęciu od lewej: Wiesław Rozłucki, Agnieszka Gontarek z dyplomem, Zbigniew Błaszczyk, ASN, Piotr Rybicki

Gordon Brown chce posyłać bankierów do więzienia – słusznie!

Gordon Brown nie daje o sobie zapomnieć. 30 października ukazała się jego kolejna książka: „My Life, Our Times”. Tytuł trafnie oddaje zawartość: jest to autobiografia na tle panoramy świata współczesnych finansów. Świata, na który Autor wywierał przez lata znaczny wpływ, najpierw jako najdłużej urzędujący kanclerz skarbu Zjednoczonego Królestwa, następnie jako premier. A także jako pierwszorzędny pisarz polityczny i publicysta ekonomiczny. Nic dziwnego, że na okładce czcionka tytułu jest kilkakroć mniejsza od tej, jaką podano imię i nazwisko Autora, a najwięcej miejsca zajmuje jego zdjęcie. To bardzo dobry przerywnik dla tak często pokazywanych podobizn obecnej premier.

Wątek autobiograficzny to droga zdolnego, pracowitego, hardego Szkota na Downing Street pod dziesiąty. Dorastał jako syn prowincjonalnego duchownego. W młodości omal nie stracił wzroku. Ożenił się późno (mawiano, że nie bez względu na rację stanu). Głęboko przeżył śmierć kilkudniowej córeczki. W działalności publicznej kierował się zasadami; nie każdy polityk zasłużył na taką charakterystykę! Wprowadził płacę minimalną, umocnił niezależność Banku Anglii, zreformował finanse służby zdrowia (NHS). Zyskał opinię rzetelnego człowieka i uczciwego polityka. A teraz głosi przestrogę dla świata: jeżeli odpuścimy bankierom („bankers”), jeżeli winowajcy pamiętnego kryzysu finansowego roku 2008 i lat następnych nie poniosą odpowiedzialności, nie trafią do więzienia – czeka nas jeszcze gorsza katastrofa.

Nadużycia, nieuczciwość, nonszalancja, rażący brak etyki – nie wystarczy piętnować te zjawiska, należy zastosować surowe sankcje, ponieważ bezczelni bankierzy gotowi znowu podjąć hazardową grę publicznymi pieniędzmi. Jest w przestrogach byłego premiera zrozumiała nuta osobista. Kryzys roku 2008 sprowadził na Zjednoczone Królestwo najgłębszą z powojennych recesji, w 2010 r. skutkował wyborczą porażką laburzystów, spowodował zmianę premiera. Browna zastąpił lider konserwatystów, nieszczęsny David Cameron… Dalszy ciąg nastąpi.

Jeżeli bankierzy, którzy dopuścili się karygodnych nieprawidłowości nie pójdą do więzienia, jeżeli nie zostaną odebrane im bonusy, nie będą konfiskowane ich dobra, nie zabroni się im uprawiać zawodu, damy jedynie zielone światło dla podobnie ryzykownych zachowań w przyszłości – pisze Brown. I ujawnia nieznaną publicznie rewelację, że Barclays, jeden z największych brytyjskich banków z wieloma skazami na reputacji, w toku kryzysu wystąpił z ofertą kupna pogrążonego w kłopotach rywala, Royal Bank of Scotland. Brown zablokował tę ofertę i w znacznym stopniu upaństwowił RBS. Fuzja tych dwóch instytucji byłaby niewyobrażalną katastrofą. Autor uważa, że za doprowadzenie banku na krawędź katastrofy były szef RBS Fred Goodwin powinien być pozbawiony nie tylko szlachectwa, także niesłusznie pobranych bonusów i prawa zasiadania w radach dyrektorów. Nie jest więc w porządku, że uszedł ze wszystkimi bonusami z przeszłości i wolną od podatku odprawą. Nawet kiedy zgodził się zrezygnować z połowy uposażenia, brał 300 tysięcy funtów szterlingów rocznie.

Brown zarzuca konserwatystom nadmierną łagodność wobec banków. Uznali oni, że brytyjskie banki są „to big to fail” (zbyt duże, by upaść). Obecnie są jeszcze większe. Dywidendy i wynagrodzenia bankowców reprezentują obecnie taką samą część dochodów banków, jak przed kryzysem. Autor wskazuje, że jeden z argumentów mających usprawiedliwić nadmiernie wysokie wynagrodzenia bankierów: jakoby były one nagrodą za podejmowane przez nich ryzyko – nie ostał się w obliczu krachu. Banki otrzymały znaczne wsparcie w postaci pieniędzy podatników i gwarancji rządu, więc ryzykowały nie swoimi, ale naszymi pieniędzmi – konstatuje Gordon Brown. Jego zdaniem bankierzy nie są premiowani za ryzyko, ale nagradzani za niepowodzenia. Skoro postępowanie bankierów odbiega od wzorców postępowania racjonalnego i uczciwego, Wielka Brytania powinna podążyć śladem Irlandii, Islandii, Hiszpanii, Portugalii – i wszcząć postępowania karne. Odpowiednim instrumentem byłaby ustawa o nadużyciach (Fraud Act) z 2006 roku.

Były premier ujawnia, że gotów był odejść, gdyby w październiku 2008 r. rynki finansowe nie wsparły w rządowego planu ratowania banków kosztem 50 mld funtów szterlingów. Ów niecodzienny program naprawczy został ogłoszony 8 października. „Kiedy nazajutrz wstałem – wspomina Autor – powiedziałem Sarze (Sarah Brown, żona premiera), by była przygotowana do spakowania naszych rzeczy na wypadek potrzeby szybkiego opuszczenia Downing Street. Gdybym przegrał, gdyby rynek spadł, gdyby zaufanie odpłynęło od Brytanii, nie miałbym innego wyjścia, jak rezygnacja. Kiedy rano wszedłem do biura nie wiedziałem, czy będę w nim jeszcze na koniec dnia”. Twardy, silny Szkot wytrzymał napięcie. Tym razem wygrał.

Czytaj także:
2017.04.25 Nawet w UK polityka szkodzi gospodarce
2016.07.22 Wielka Brytania na opak wywracana