Dzienne archiwum: 6 listopada 2017

Gordon Brown chce posyłać bankierów do więzienia – słusznie!

Gordon Brown nie daje o sobie zapomnieć. 30 października ukazała się jego kolejna książka: „My Life, Our Times”. Tytuł trafnie oddaje zawartość: jest to autobiografia na tle panoramy świata współczesnych finansów. Świata, na który Autor wywierał przez lata znaczny wpływ, najpierw jako najdłużej urzędujący kanclerz skarbu Zjednoczonego Królestwa, następnie jako premier. A także jako pierwszorzędny pisarz polityczny i publicysta ekonomiczny. Nic dziwnego, że na okładce czcionka tytułu jest kilkakroć mniejsza od tej, jaką podano imię i nazwisko Autora, a najwięcej miejsca zajmuje jego zdjęcie. To bardzo dobry przerywnik dla tak często pokazywanych podobizn obecnej premier.

Wątek autobiograficzny to droga zdolnego, pracowitego, hardego Szkota na Downing Street pod dziesiąty. Dorastał jako syn prowincjonalnego duchownego. W młodości omal nie stracił wzroku. Ożenił się późno (mawiano, że nie bez względu na rację stanu). Głęboko przeżył śmierć kilkudniowej córeczki. W działalności publicznej kierował się zasadami; nie każdy polityk zasłużył na taką charakterystykę! Wprowadził płacę minimalną, umocnił niezależność Banku Anglii, zreformował finanse służby zdrowia (NHS). Zyskał opinię rzetelnego człowieka i uczciwego polityka. A teraz głosi przestrogę dla świata: jeżeli odpuścimy bankierom („bankers”), jeżeli winowajcy pamiętnego kryzysu finansowego roku 2008 i lat następnych nie poniosą odpowiedzialności, nie trafią do więzienia – czeka nas jeszcze gorsza katastrofa.

Nadużycia, nieuczciwość, nonszalancja, rażący brak etyki – nie wystarczy piętnować te zjawiska, należy zastosować surowe sankcje, ponieważ bezczelni bankierzy gotowi znowu podjąć hazardową grę publicznymi pieniędzmi. Jest w przestrogach byłego premiera zrozumiała nuta osobista. Kryzys roku 2008 sprowadził na Zjednoczone Królestwo najgłębszą z powojennych recesji, w 2010 r. skutkował wyborczą porażką laburzystów, spowodował zmianę premiera. Browna zastąpił lider konserwatystów, nieszczęsny David Cameron… Dalszy ciąg nastąpi.

Jeżeli bankierzy, którzy dopuścili się karygodnych nieprawidłowości nie pójdą do więzienia, jeżeli nie zostaną odebrane im bonusy, nie będą konfiskowane ich dobra, nie zabroni się im uprawiać zawodu, damy jedynie zielone światło dla podobnie ryzykownych zachowań w przyszłości – pisze Brown. I ujawnia nieznaną publicznie rewelację, że Barclays, jeden z największych brytyjskich banków z wieloma skazami na reputacji, w toku kryzysu wystąpił z ofertą kupna pogrążonego w kłopotach rywala, Royal Bank of Scotland. Brown zablokował tę ofertę i w znacznym stopniu upaństwowił RBS. Fuzja tych dwóch instytucji byłaby niewyobrażalną katastrofą. Autor uważa, że za doprowadzenie banku na krawędź katastrofy były szef RBS Fred Goodwin powinien być pozbawiony nie tylko szlachectwa, także niesłusznie pobranych bonusów i prawa zasiadania w radach dyrektorów. Nie jest więc w porządku, że uszedł ze wszystkimi bonusami z przeszłości i wolną od podatku odprawą. Nawet kiedy zgodził się zrezygnować z połowy uposażenia, brał 300 tysięcy funtów szterlingów rocznie.

Brown zarzuca konserwatystom nadmierną łagodność wobec banków. Uznali oni, że brytyjskie banki są „to big to fail” (zbyt duże, by upaść). Obecnie są jeszcze większe. Dywidendy i wynagrodzenia bankowców reprezentują obecnie taką samą część dochodów banków, jak przed kryzysem. Autor wskazuje, że jeden z argumentów mających usprawiedliwić nadmiernie wysokie wynagrodzenia bankierów: jakoby były one nagrodą za podejmowane przez nich ryzyko – nie ostał się w obliczu krachu. Banki otrzymały znaczne wsparcie w postaci pieniędzy podatników i gwarancji rządu, więc ryzykowały nie swoimi, ale naszymi pieniędzmi – konstatuje Gordon Brown. Jego zdaniem bankierzy nie są premiowani za ryzyko, ale nagradzani za niepowodzenia. Skoro postępowanie bankierów odbiega od wzorców postępowania racjonalnego i uczciwego, Wielka Brytania powinna podążyć śladem Irlandii, Islandii, Hiszpanii, Portugalii – i wszcząć postępowania karne. Odpowiednim instrumentem byłaby ustawa o nadużyciach (Fraud Act) z 2006 roku.

Były premier ujawnia, że gotów był odejść, gdyby w październiku 2008 r. rynki finansowe nie wsparły w rządowego planu ratowania banków kosztem 50 mld funtów szterlingów. Ów niecodzienny program naprawczy został ogłoszony 8 października. „Kiedy nazajutrz wstałem – wspomina Autor – powiedziałem Sarze (Sarah Brown, żona premiera), by była przygotowana do spakowania naszych rzeczy na wypadek potrzeby szybkiego opuszczenia Downing Street. Gdybym przegrał, gdyby rynek spadł, gdyby zaufanie odpłynęło od Brytanii, nie miałbym innego wyjścia, jak rezygnacja. Kiedy rano wszedłem do biura nie wiedziałem, czy będę w nim jeszcze na koniec dnia”. Twardy, silny Szkot wytrzymał napięcie. Tym razem wygrał.

Czytaj także:
2017.04.25 Nawet w UK polityka szkodzi gospodarce
2016.07.22 Wielka Brytania na opak wywracana