Miesięczne archiwum: Sierpień 2018

Kto powinien administrować zasadami corporate governance?

  • Wielka Brytania, pionier zasad corporate governance i lider w procesie ich rozwoju stanęła przed pytaniem, kto powinien odpowiadać za tę materię;
  • Do tej pory odpowiedzialność za rozwój corporate governance pełniła niejako z urzędu Financial Reporting Council;
  • Jej najświeższym osiągnięciem jest ogłoszony w lipcu 2018 r. nowy UK Corporate Governance Code, ogólnie dobrze przyjęty;
  • Jednak wpływowy Instytut Dyrektorów proponuje: niech FRC zajmie się swoim podstawowym zadaniem – audytem, a zasady corporate governance zostawi rynkowi.

Wielka Brytania dba o zasady corporate governance. Szczególnie teraz, ponieważ upatruje w nich ważny argument przemawiający za atrakcyjnością jej rynku kapitałowego w obliczu brexitu, zapewne katastrofalnego dla gospodarki. Gospodarzem tej materii jest Financial Reporting Council, regulator i nadzorca standardów rachunkowości, audytu i aktuariatu oraz promotor przejrzystości i uczciwości biznesu. FRC związała się z procesem kształtowania zasad porządku korporacyjnego już u jego zarania, jako uczestnik inicjatywy owocującej raportem na temat finansowych aspektów corporate governance (1992), znanym jako Cadbury Report.

Obejmując urząd premiera, Therese May zapowiedziała reformę corporate governance. Wkrótce poddano pod dyskusję jej założenia, zebrane w Zielonej Księdze. 16 lipca b.r. FRC ogłosiła nowy UK Corporate Governance Code. Rynek pozytywnie ocenił ten dokument. Koresponduje z nim oczekiwanie na przedstawienie przez FRC, jeszcze w tym roku, nowej redakcji UK Stewardship Code, adresowanego do inwestorów. Ponadto trwają prace nad zbiorem zasad corporate governance dużych spółek niepublicznych; ich projekt został już poddany pod dyskusje i zyskuje przychylne oceny.

Powszechne uznanie dla dorobku Financial Reporting Council na polu corporate governance nie przeszkodziło The Institute of Directors zakwestionować pozycji FRC jako gospodarza tej dziedziny. IoD wystąpił właśnie z postulatem, by Financial Reporting Council skupiła się na swoim podstawowym zadaniu – rachunkowości i nadzorze nad audytem, pozostawiając administrowanie zasadami corporate governance i stewardship niezależnemu ciału ściśle powiązanemu z biznesem i inwestorami. Wniosek skierowano do tamtejszego ministerstwa gospodarki, czyli Department for Business, Energy and Industrial Strategy (BEIS).

Dina Medland, komentatorka tematyki corporate governance, zareagowała ogórkowo: jest sierpień, a w tym miesiącu pisuje się różne rzeczy. Lecz nie sądzę, by Instytutowi Dyrektorów przywidziała się potwora z Loch Ness. Nietrudno domyślić się, że proponując przejęcie tematu przez kręgi gospodarcze, Instytut ma na myśli swój udział w takim projekcie. Jest to nadzwyczaj wpływowa izba gospodarcza brytyjskiego biznesu, ma znaczny potencjał lobbingowy, ale przede wszystkim ma autorytet i spory dorobek w dziedzinie corporate governance. Z tego powodu IoD stał się wzorem dla podobnych organizacji w kilkunastu krajach, zajmujących się przede wszystkim krzewieniem corporate governance. Co więcej: Instytut ma wszelkie kompetencje by przejąć tę dziedzinę.

Zwłaszcza, że na Financial Reporting Council ciążą poważne zarzuty związane z brakiem skutecznego nadzoru nad profesją audytorską. Ilustracją fatalnego stanu rzeczy jest afera związana z nagłym upadkiem wielkiego konglomeratu budowlanego Carillion. Na spółce pasła się przez lata Tłusta Czwórka firm audytorskich, większość z nich pogrążała się w intratnych konfliktach interesów. Sprawę podjęły komisje parlamentarne, media, opinia publiczna; przeważa stanowisko, że konieczne jest rozbicie oligopolu potentatów branży. FRC bada sprawę, ale wyników jej śledztwa nie należy oczekiwać rychło. Ostatnio, 7 sierpnia, FRC zamknęła postępowanie wszczęte w 2014 r. w sprawie nieprawidłowości w sprawozdaniach finansowych jednej ze spółek z AIM za lata obrachunkowe kończące się 31 marca 2009 r. oraz 31 marca 2010 r. Na marginesie: wobec tego radzę nie złorzeczyć Komisji Nadzoru Finansowego za rzekomo karygodną opieszałość…

Znaczenie problemu wykracza daleko poza Wielką Brytanię. Czy zasadami corporate governance powinien administrować organ rządowy, bądź rządowo-prywatny – czy lepiej, by ta dziedzina znalazła się w gestii biznesu? W wielu państwach, w tym w Polsce, zasady corporate governance są stanowione przez giełdy. Kiedy Komisja Nadzoru Finansowego próbowała w 2014 r. upaństwowić tę problematykę, istniejący wówczas Polski Instytut Dyrektorów stanowczo sprzeciwiał się temu. Uważałem, i uważam nadal, że biznes lepiej czuje żywioły rynku, niż urząd – bunkier ufortyfikowany przed wpływami realnego świata, uzbrojony w nadzorców zza biurek. Wieczne urzędowanie racz im dać, Panie!

Czytaj także:

2014.08.16 Stosuj, albo pożałujesz!

2018.01.02 Wielka Brytania zmaga się z czasem

2018.06.16 Napychali sobie gęby złotem

2018.07.23 2018 UK Corporate Governance Code

 

 

Czy i komu potrzebne są raporty kwartalne?

  • Tytani rynku kapitałowego Warren Buffett i Jamie Dimon (oraz liczni inni) opowiadają się przeciwko ogłaszaniu przez spółki kwartalnych prognoz wyników;
  • Lecz gdyby w ogóle zrezygnowano z raportów kwartalnych, czy przyniosłoby to uszczerbek inwestorom, względnie rynkowi kapitałowemu?
  • Zyskałyby notowane spółki uwolnione od mitręgi żonglowania nieistotnymi danymi, co im nie przysparza kapitału:
  • Stratne byłyby giełdy, którym kwartalne huśtawki wyników napędzają obroty, oraz analitycy, pozbawieni piany do ubijania.

Nie milkną dyskusje nad ogłoszonym w czerwcu w Wall Street Journal manifestem założyciela Berkshire Hathaway Inc. i CEO JPMorgan Chase & Co. Dominuje w nich aprobata dla planu rezygnacji z przygotowywania i ogłaszania przez spółki kwartalnych prognoz wyników. Buffett i Dimon twierdzą, że takie prognozy nie kreują wartości dla spółek, natomiast krzewią w nich i pośród inwestorów podejście skrajnie krótkoterminowe. Odbywa się to kosztem myślenia strategicznego. Spółki niejednokrotnie odwlekają zakupy technologii, wstrzymują rekrutację talentów, ograniczają nakłady na badania i rozwój, by tylko dotrzymać prognozy. I zmagają się ze zjawiskami, na które nie mają wpływu, jak wahania cen surowców, zmienność rynku, nawet pogoda.

W dyskusji nad tym pomysłem Paul Singer, założyciel i szef Elliott Management, potrafi ująć temat z urzekającą przesadą: spółce zabraknie groszy do wypełnienia prognozy, a kurs poleci o 5, 25, lub o 55 procent. Cynthia Janison, dyrektor w wielu radach, uważa że idea rezygnacji z ogłaszania kwartalnych prognoz wyników jest zbyt piękna, by mogła zostać urzeczywistniona. Gdyby jednak Cynthia miała czarodziejską różdżkę, wyganiałaby nią z rynku nie kwartalne prognozy wyników, raczej nadmiernie nerwowe reakcje inwestorów na każdą informację.

Rynki zostały opanowane przez myślenie krótkoterminowe. Inwestorzy spodziewają się natychmiastowych owoców decyzji, zresztą podejmowanych często nie przez nich samych, a przez algorytmy. Dla jednych kwartał jest zbyt długą miarą czasu, w tym czasie spółka może pogrążyć się w kłopotach, dwukrotnie zmienić prezesa, odwołać lub zmienić prognozy. Innym short-termism przeszkadza. Opowiadają się za rezygnacją z raportów kwartalnych, albo szukają sposobów na zwiększanie siły głosu z akcji z upływem czasu ich przetrzymywania. W ubiegłym roku pisałem o obu tych stanowiskach. Rezygnacja z raportów kwartalnych zapewne dojdzie do skutku, jest to dla spółek ciężar wcale niemały – a zbędny.

Lecz rezygnacja z raportów kwartalnych miałaby uboczne skutki. Po pierwsze, straciłyby giełdy. Żyją one z obrotu. Mniej raportów – to zapewne niższe obroty, to mniej decyzji inwestycyjnych, podejmowanych nagle, pod wpływem doraźnych impulsów wywołanych danymi z raportów. Niższe obroty na parkiecie dotknęłyby też domy maklerskie. Po drugie, poszkodowane zostałoby środowisko analityków. W Polsce połowa z nich, lub nawet więcej, straciłoby pracę. Tu można postawić pytanie, czy pogrom analityków przyniósłby szkody spółkom, rynkowi, inwestorom…

Natomiast pomysł zwiększania siły głosu z akcji z każdym dniem posiadania jest w moim przekonaniu niedorzeczny. Wynalazek pieniądza bardziej zaważył na dziejach ludzkości, niż wprowadzenie zegara i kalendarza. Niemniej w dyskusji nad planem Buffetta i Dimona jeden z amerykańskich menedżerów, Ron Schaich (założyciel i chair Panera Bread) nie tylko poparł ten projekt, nawet twierdził, że jest on w niektórych krajach urzeczywistniany: „… a new long-term stock exchange (…) A stock exchange that essentially has differentiated voting rights based on how long you hold. And that is done in other countries, certain other countries”. Na Marsie?

Z ideą mnożenia siły głosu z akcji z upływem czasu koresponduje pomysł zniesienia lub obniżenia podatku od zysków kapitałowych pod warunkiem przetrzymania akcji przez wyznaczony okres. To także uderzyłoby w giełdy poprzez spadek obrotów. Niemniej akurat w tej sprawie nie zajmę stanowiska. Podatek jest bowiem należny pod warunkiem osiągnięcia zysku, a o to dzisiaj trudno. Zresztą obecny rząd z rozmachem mnoży podatki, żadnego nie uchylił i prawdopodobnie nie uchyli.

Czytaj także:

2017.09.09 Raport kwartalny: źródło informacji czy zbędny przeżytek?

2017.05.23 O sile głosu z akcji, czyli zamachu czasu na kapitał