Miesięczne archiwum: Wrzesień 2018

Ryanair w turbulencjach. Proszę zapiąć pasy!

  • Przyczyną turbulencji w RyanAir jest brak corporate governance. Wrześniowe walne zgromadzenie przyniosło manifestację niezadowolenia inwestorów;
  • Dotknęło ono przede wszystkim Davida Bondermana, przewodniczącego rady dyrektorów, który pełni funkcję od 22 lat i już dawno utracił przymiot niezależności;
  • Działalność linii zakłócają strajki pilotów i personelu pokładowego, co skutkuje odwoływaniem setek lotów;
  • Prócz kłopotów wywołanych odwoływaniem lotów pasażerów gnębią restrykcje dotyczące bagażu podręcznego i wymuszanie opłat za dodatkowe usługi.

Gdzie nie ma corporate governance, tam są, lub będą, kłopoty. Przykładem Ryanair – z konieczności mój przewoźnik, bowiem LOT wypiął się na Kraków i przestał obsługiwać większość połączeń z lotniska w Balicach. Za to Ryanair działa tu z rozmachem: obecnie łączy Kraków z portami w 21 państwach. Jest największą linią lotniczą w Unii Europejskiej. Obok gęstniejącej siatki połączeń oferuje też wynajem pokoi, samochodów, coraz bogatszą ofertę zakupów na pokładach swoich maszyn. Irlandczycy dowodzą, że potrafią liczyć pieniądze. Znają się na biznesie i coraz lepiej obsługują Polskę. Lecz nie są u nas szczególnie lubiani, ponieważ wyśmiewają nasz tromtadracki plan zbudowania lotniska-giganta pośrodku niczego, w Baranowie.

Wczoraj – w piątek 28 września – z powodu strajku linia odwołała od 250 lotów, w tym kilka z i do Krakowa. Personel strajkuje pod chwytliwym hasłem „no rights, no flights”. Spadają notowania spółki. Niedawne walne zgromadzenie Ryanair w Gormanston dało inwestorom sposobność do demonstracji niezadowolenia z sytuacji w spółce i wokół niej. Blisko 30% głosów padło przeciwko reelekcji 75-letniego Bondermana; w anglosaskich realiach to sporo, ale też nie jest często spotykane, by przewodniczący rady dyrektorów był tak zależny od CEO… Niezadowolenie inwestorów odczuł także senior independent director Kyran McLaughlin. Akcjonariusze, rozzłoszczeni jak pasażerowie odwołanego lotu, zapowiadali, że w następnym roku już nie dopuszczą do kolejnej reelekcji krytykowanej dwójki, względnie także wszystkich członków komitetu nominacji (Aberdeen Standard Investments, Royal London Asset Management, Local Authority Pension Fund Forum; do sprzeciwów namawiały także firmy doradzające inwestorom Glass Lewis i Institutional Shareholders Services).

Oczekiwania inwestorów dotyczą uporządkowania spraw pracowniczych i związkowych, a także wypracowania silnego, niezależnego i odczuwalnego przywództwa w radzie dyrektorów. W obliczu takich nastrojów spółka zamierzała nie dopuścić mediów na obrady zgromadzenia; byłby to skandal nad skandale! Opamiętano się w ostatniej chwili.

Co ciekawe: zadziorny, kłótliwy CEO Michael O’Leary uniknął krytyk. Zdobył 98,55 głosów poparcia. Wszystkim wiadomo o jego przywarach, ale też znane są jego zalety, oddanie spółce, zasługi, niekwestionowane osiągnięcia. Nie było bez znaczenia, iż z powodu odwołanych lotów zrezygnował z przyznanego mu bonusu w kwocie miliona eur. O’Leary kieruje liniami od 1994 r., przez te lata zaleciał daleko. W przyszłym roku wygaśnie jego kontrakt. Przebąkuje więc, że jeszcze nie wie, czy pragnie nadal posługiwać spółce, osiągnie sześćdziesiątkę i nie chce wiązać się aż na 5 lat. Ach, ci młodzi!

Zarzuty inwestorów dotyczą nie tylko braku niezależności rady, także kaprysów kierownictwa spółki i braku należytego stosunku do interesów akcjonariatu. Przed rokiem spółka upierała się, by wiązać pracowników kontraktami irlandzkimi, dzisiaj wypycha ich na kontrakty lokalne i nie może zdecydować się, jak traktować związki zawodowe. W Polsce personel „zatrudnia się sam”, sam też zadba (?) o swoje emerytury. To kosztem ich, a także pasażerów, Ryanair zalicza się do „budget airlines”, co bywa na polski tłumaczone jako „tanie linie”. Tanie są były dranie z piosenki Czechowicza i Gołasa (Kabaret Starszych Panów).

Akcjonariusze Ryanair wywodzą się w znacznej mierze z Wielkiej Brytanii, są więc poważnie zaniepokojeni zapowiedziami spółki, iż w przypadku twardego brexitu, czyli braku umowy o warunkach wyjścia Zjednoczonego Królestwa z Unii Europejskiej, mogą utracić prawo głosu z akcji. Nie jest wykluczone, że O’Leary pragnie w ten sposób poskromić wojownicze zapędy Londynu. Z drugiej strony nie jest wykluczone, że wyjście Wielkiej Brytanii z UE spowoduje przejściowe zawieszenie jej połączeń lotniczych z państwami Unii.

Z podziwem patrzę na rozmach, z jakim rozwija się Ryanair. Przestroga dla akcjonariatu spółki w kwestii możliwości zawieszenia prawa głosu inwestorów spoza Unii Europejskiej sprawia, że przecież nie zainwestuję w akcje ambitnej linii. Prędzej czy później porachują się z nią pracownicy zrzeszeni w związkach zawodowych. Oraz pasażerowie: Trybunał Sprawiedliwości UE orzekł w kwietniu b.r., że linia powinna wypłacać pasażerom odszkodowania za loty odwołane z powodu strajku, nawet niezapowiedzianego.

Jest jeszcze jeden powód. Najważniejszy. Otóż nie mam za grosz zaufania do obecnego rządu Rzeczypospolitej. Przypuszczam, że jest on gotów do wypchnięcia Polski z Unii, bądź doprowadzenia do sytuacji, że Polska zostanie wypchnięta. Mógłbym wtedy stracić prawa z akcji irlandzkiej spółki. Nie wspominając o reszcie, albowiem wszystkich strat nie da się nawet ogarnąć. Doznają ich niebawem Brytyjczycy, ale to inna historia.

 

 

CalPERS pod lupą, czyli alotaż po amerykańsku

  • California Public Employees Retirement System to największy w USA fundusz emerytalny zarządzający aktywami rzędu 360 miliardów USD;
  • CalPERS uchodził przez dekady za złoty wzorzec dobrych praktyk i rzecznika corporate governance;
  • Na wizerunku funduszu fatalnie ciążą decyzje o zatrudnianiu na kierowniczych stanowiskach osób prezentujących fałszywe dane w życiorysach;
  • Potwierdza to prawidłowość, że im większa instytucja finansowa, tym mniej dba o swoją reputację.

W 2016 r. w California Public Employees Retirement System (CalPERS) doszło do nieoczekiwanej zmiany CEO. Z końcem roku obrachunkowego (30 czerwca) odeszła, po siedmiu i pół latach posługi, zasłużona dr Anne Stausboll. W październiku jej stanowisko objęła Marcie Frost. Jej niechlujnie sporządzone CV głosi, że kierowała działem HR w Department of Retirement Services stanu Washington. Oraz, że ma licencjat i nadal studiuje. Jakże skromne to kwalifikacje na stanowisku prezesa największego funduszu emerytalnego! W dodatku fałszywe. Wkrótce okazało się, że Marcie Frost ma nikłe pojęcie o human resources, a zwłaszcza o naturze funduszy emerytalnych, ponieważ na stanowisku głównego aktuariusza usiłowała zatrudnić osobę bez wymaganych kwalifikacji.

Kolejnym dopustem dla funduszu była dymisja niedawno zatrudnionego dyrektora finansowego, gdy wyszło na jaw, że w procesie rekrutacji Charles Asubonten udzielił fałszywych informacji o przebiegu swojej kariery zawodowej. Spółka, w której miał piastować stanowisko dyrektora zarządzającego, w ogóle nie istniała. Na koniec kompromitacja sięgnęła samego szczytu: również Marcie Frost wielokrotnie kłamała na temat swojej kariery zawodowej i wykształcenia. Oszukała także swojego poprzedniego pracodawcę. Znane powiedzenie głosi, że kłamcy powinni mieć dobrą pamięć, natomiast Frost w swoich życiorysach raz pisała, że uzyskała magisterium, innym razem, że jest w trakcie jego uzyskiwania, podawała także różne daty i fakty. A co najgorsze: przewodnicząca rady funduszu Priya Mahur usiłowała ukryć skandal, personel brał winę na siebie, a rzecznik prasowy niemal rzucał się pod koła autobusu zapewniając, że to on jest sprawcą nieporozumień.

Rzecz nie mieści się w głowie. Kiedy w Polsce przed laty, w epoce AWS, prezesurę Zakładu Ubezpieczeń Społecznych powierzono partyjnemu działaczowi bez kwalifikacji – ukułem termin „alotaż”, brzmiący z francuska (korektor Google poprawia mi pisownię na balotaż), lecz w pełni rodzimy, wywiedziony od nazwiska nominata. Kariera nieszczęśnika trwała krótko, ale należy przyznać, że niczego złego nie dokonał, więc został zapomniany. Także termin „alotaż” nie zrobił kariery, przyćmiła go niebawem formuła TKM („teraz, k…., my), zrazu użyta w tonacji szyderczej, niebawem podniesiona do rangi programu partii rządzącej. Gwoli ścisłości dodam, że za nominacją Marcie Frost, nie stoją, jak się wydaje, przesłanki polityczne. Oceny jej poczynań nie są jednak wolne od zarzutów o cronyism i featherbedding. Pierwszy z tych terminów oznacza kumoterstwo, drugi, m.in., poplecznictwo.

CalPERS ma ogromne zasługi w krzewieniu corporate governance w spółkach portfelowych na wielu rynkach kapitałowych. Uczestnicząc w walnych zgromadzeniach 11 tysięcy spółek, fundusz najczęściej przyjmuje aktywną, nawet waleczną postawę. Toczy i wygrywa spory z zarządami. Ponad 500 spółek portfelowych uległo naciskom funduszu na wprowadzenie, lub zwiększenie ilości kobiet w radach dyrektorów. Oraz zwiększanie różnorodności składu rad. Przy tym fundusz zapatruje się sceptycznie na propozycje wprowadzenia kwot (skarbnik Kalifornii John Chiang daremnie prosił CalPERS o wsparcie dla wymogu 30-toprocentowego udziału kobiet w radach). Szczególnie zasługuje na wyróżnienia działalność funduszu na rzecz krzewienia odpowiedzialności klimatycznej spółek i sprawozdawania przez nie na temat ekologicznych następstw ich działalności. Oraz opór przeciwko planom podnoszenia płac menedżerów.

Z drugiej strony fundusz bywa krytykowany za okazjonalne straty. Za przepłacanie marnych usług zarządzania jego aktywami przez private equity. Za częste i kosztowne przypadki naruszania praw autorskich. Za wewnętrzne intrygi i spory, których echa rozchodzą się daleko. Za wstrzemięźliwość wobec postulatu wycofania się z inwestycji w producentów i dystrybutorów broni palnej (CalPERS twierdzi, że więcej uczyni dla dobra sprawy jako wpływowy inwestor). Cieniem na reputacji funduszu kładzie się wreszcie niska ocena pracy pani prezes i przedziwna atmosfera wokół niej. Odnosi się wrażenie, że funduszowi przestało zależeć na utrzymaniu świetnej reputacji. Im większa instytucja finansowa, im bardziej spuchnięta od miliardów, tym mniejsza jej troska o opinię. Czyżby wielki nie musiał się starać? Czy wszystko mu uchodzi?

Czytaj także:

2017.05.16 Skaza na złotym wzorcu dobrych praktyk

2017.01.30 CalPERS, czyli etyka przed biznesem

2003.04.20 CalPERS, bicz rynku

Czy senator Elizabeth Warren naprawi kapitalizm?

  • Elizabeth Warren, profesor prawa Uniwersytetu Harvarda, wpływowa polityk Partii Demokratycznej, reprezentuje w Senacie USA stan Massachusetts;                           
  • Wyrazista, aktywna, popularna, bywa wymieniana w gronie potencjalnych kandydatów w wyborach prezydenckich w 2010 r.
  • Pani senator promuje projekt Accountable Capitalism Act – ustawy, dzięki której kapitalizm będzie „znowu wielkim” i odpowiedzialnym przed społeczeństwem;
  • Projekt zawiera wiele haseł słusznych i niemało bałamutnych; jeżeli – w co wątpię – wejdzie w życie, więcej zepsuje, niż naprawi.

Założenia są… odważne: Accountable Capitalism Act dokona sprawiedliwej redystrybucji bilionów dolarów (ameryk. trillions) z rąk akcjonariuszy w ręce ludu, czyli klasy średniej. Spółki korzystają z przywilejów przynależnych osobom prawnym, więc powinno się od nich wymagać przyjęcia wynikających z tej osobowości wrażliwości moralnej, sumienia. Owszem, niech sobie odnoszą sukcesy rynkowe, lecz niechaj poczuwają się także do odpowiedzialności wobec pracowników, klientów, społeczeństwa. W ostatnich dziesięcioleciach zaniedbały one swoje zobowiązania wobec interesariuszy, kierują się przede wszystkim dobrem akcjonariatu – a z tym, zdaniem pani senator, należy skończyć.

Senator Warren pragnie ograniczyć środki przeznaczone na dywidendy i skierować je na inwestycje. Pragnie – bardzo słusznie – poskromić polityczne powiązania spółek. Pragnie, też jakże słusznie, zwiększyć ilość szczebli karier dostępnych kobietom. Pragnie większej stabilności finansowej biznesu – któż byłby przeciw? Oraz wyższych płac. A także, może przede wszystkim, udziału pracowników w podejmowaniu przez spółki decyzji strategicznych. Oraz reprezentacji pracowników w radach dyrektorów. Powinni oni stanowić 40 proc. składu rad. Nie jestem przekonany, czy ukształtowana w niemieckich realiach powojennych praktyka Mitbestimmung przyjmie się w USA.

„Spółki nie powinny działać jak socjopaci, których jedynym zadaniem jest zarabianie” – domaga się pani senator. Wobec tego postuluje utworzenie w Departamencie Handlu Biura do spraw spółek. Miałoby ono wymóc na spółkach osiągających przychody przekraczające bilion USD występowanie o federalną kartę obywatelstwa korporacyjnego, która określi obowiązki spółki względem interesariuszy, w tym pracowników, klientów – oraz formy ich udziału w procesach podejmowania decyzji. Elizabeth Warren jest zdania, że takie rozwiązanie pozwoli zastąpić niepożądaną kulturę prymatu akcjonariuszy odpowiedzialnością o ludzkim obliczu.

Jest w omawianym projekcie osobliwe materii pomieszanie. Założenia realne i słuszne idą w parze z pomysłami trudniej wykonalnymi. Z jednej strony mamy zasadę, że menedżerowie nie będą mogli przez 5 lat zbywać akcji otrzymywanych tytułem wynagrodzenia, z drugiej – że polityczne zaangażowanie spółki powinno być uprzednio zatwierdzane przez 75% proc. akcjonariatu oraz 75% proc. dyrektorów, w tym reprezentujących pracowników. Oczywiście, spółki nie powinny zajmować się polityką, ale budowa skomplikowanych procedur decyzyjnych nikomu nie posłuży.

Środowisko corporate governance nie wykazało entuzjazmu wobec projektu lubianej senator. Krytyka formułowana jest oględnie w słowach, celnie w argumentach. W zamierzeniu ustawa miałaby służyć umocnieniu, wręcz wielkiej odnowie, corporate governance. Mówiono o rewolucji na rynku kapitałowym. Ktoś napomknął o współczesnym wydaniu rooseveltowskiego New Dealu. Biorąc pod uwagę doświadczenia mojej strony świata, dostrzegam tu raczej elementy leninowskiego NEPu. Odebrać dywidendy rzekomo bogatym inwestorom, by wspomóc ubożejącą klasę średnią – to współczesna mutacja hasła sprzed stulecia: „Pokój chatom, wojna pałacom”. Elizabeth Warren jest specjalistką prawa upadłościowego. Urzeczywistnienie jej pomysłów może sprawić, że upadłości przybędzie.

Donald Trump zaślepił swój elektorat populizmem pseudoprawicowym, wahadło wychyla się teraz ku lewicowej wersji populizmu. Musimy uzmysłowić ignorantom: spółka akcyjna wcale nie służy wyłącznie akcjonariuszom, z dobrodziejstwa jej zysków korzysta w pierwszej kolejności społeczeństwo reprezentowane przez fiskusa. Najpierw spółka wywiązuje się z podatków, wszak płaci nie tylko dochodowy; dopiero z zysku, która pozostanie w kasie spółki po uiszczeniu rozmaitych danin, może być jakaś cząstka wypłacona inwestorom w formie dywidendy. Kto pragnie naprawiać kapitalizm zwalczając dywidendę, podąża na manowce.

Tekst ogłoszony 11 września 2018 r. w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET

Czytaj także:

2018.01.24 Black Rock podważa dogmat rynku, promuje cele społeczne

Reforma corporate governance w Indiach – pierwsze kroki

  • Indie, srodze dotknięte korupcją, podejmują ostrożne reformy na niwie corporate governance;
  • Regulator zarządził oczyszczenie parkietów z setek nieprowadzących działalności spółek-wydmuszek;
  • Podjęto dyskusję nad ustrojem rady dyrektorów i niezależnością jej przewodniczącego;
  • Planuje się wprowadzenie egzaminu dla kandydatów na niezależnych członków rad i rejestru uprawnionych do piastowania tej funkcji.

Przyczynkiem do oceny rynku kapitałowego Indii jest pozycja kraju w ogłaszanym przez Transparency International dorocznym Corruption Perceptions Index 2017. Największa demokracja świata została sklasyfikowana na 81 pozycji wraz Ghaną, Marokiem i Turcją (dla porównania: Polska jest na 36 miejscu, za Botswaną i Słowenią, razem z Seszelami). Prócz wysokiej tolerancji dla korupcji TI piętnuje Indie (oraz Filipiny i Malediwy) także za ograniczanie wolności słowa oraz warunki pracy dziennikarzy i rekomenduje zdecydowane zwiększenie wysiłków na rzecz wolności słowa, wolnych mediów, politycznej różnorodności oraz otwartego, zaangażowanego społeczeństwa obywatelskiego. Chodzi o ograniczenie regulacji dotyczących mediów, promowanie swobody głoszenia opinii oraz ochronę dostępu do informacji. Polskie doświadczenia potwierdzają wpływ tych zjawisk (lub ich braku) na rozwój rynku kapitałowego.

W sierpniu ub.r. regulator – Securities & Exchange Board of India (SEBI) zarządził podjęcie przygotowań do usunięcia z parkietów spółek, których notowania zawieszone były ponad sześć miesięcy, przede wszystkim z uwagi na brak znamion prowadzenia działalności. Bombay Stock Exchange (BSE) w maju b.r. usunęła z notowań 200 spółek, a z początkiem lipca kolejnych 210 zawieszonych spółek oraz 6 spółek w procesie likwidacji; ponadto National Stock Exchange (NSE) usunęła 6 spółek; robi to wrażenie, ale liczba spółek notowanych w Mumbaju przekracza 3 tysiące. Inwestorzy strategiczni (w lokalnej angielszczyźnie „promoters”) są zobowiązani do przeprowadzenia wykupu akcji od pozostałych akcjonariuszy; nie dotyczy to spółek w likwidacji. Zakazem powrotu na rynek przez okres 10 lat objęto usunięte z parkietu wydmuszki, ich dyrektorów wykonawczych, a także wspomnianych „promoters”.

Wiosną 2017 r. powołano komitet na rzecz poprawy standardów w notowanych spółkach. Na jego czele stanął bankowiec Uday Kotak (stąd potoczna nazwa Kotak Commission). Ogłoszony w październiku ub. r. raport komitetu wyznaczył kierunki dalszej reformy corporate governance. SEBI przyjęła ogromną większość z ok. 100 rekomendacji, odrzuciła jednak te, które dotyczyły uprzywilejowania znaczących inwestorów w dostępie do informacji o spółce. Z dniem 1 IV 2020 r. upłynie termin obligatoryjnego rozdzielenia w 500 największych notowanych spółkach funkcji CEO i przewodniczącego rady dyrektorów. Od 1 IV 2019 przynajmniej jeden mandat niezależnego członka rady dyrektorów powinna piastować kobieta. Od 1 IV 2019 r. dopuszczalne będzie piastowanie stanowiska w nie więcej, niż ośmiu radach, a od 1 IV 2020 r. – w nie więcej niż w siedmiu (obecnie w dziesięciu). Przewiduje się także zwiększenie przejrzystości related-party transactions.

Najwięcej dyskusji wzbudza rozdział stanowisk CEO i przewodniczącego rady. Słyszy się głosy, że to rozwiązanie zachodnie; że nie wszystko, co przychodzi z Zachodu, jest dla Indii właściwe; że specyfiką miejscowego rynku jest szczególna pozycja inwestora strategicznego („promoter”), który zazwyczaj lubi łączyć te funkcje. Zwraca się uwagę na silną w Indiach tradycję rodzinnego władztwa w spółkach publicznych. Tak więc w Bajaj Group wspomniane funkcje skupia Rahul Bajaj, w reliance Group – Mukesh Ambani, a gdyby przewodnictwo rady powierzyć komuś niezależnemu, nie miałby on nic do powiedzenia…

Zwraca się uwagę na słabość dyrektorów niezależnych, na serię afer w spółkach IT, a na tym tle pojawia się postulat dopuszczenia na gruncie miejscowego prawa spółek rozdziału zarządu i rady nadzorczej (two-tier board) oraz, podążając dalej za niemieckim modelem spółki akcyjnej – wprowadzenia do rady nadzorczej reprezentacji pracowniczej. Lecz nawet zwolennicy tej koncepcji przyznają, że do jej urzeczywistnienia daleka jeszcze droga. Bardziej realne są propozycje SEBI dopuszczenia hinduskich spółek do bezpośrednich (bez kwitów depozytowych) notowań na zagranicznych giełdach, a spółek zagranicznych – na miejscowych giełdach.

Rząd zmierza do ograniczenia swojej pozycji na rynku kapitałowym, co pociągnie za sobą wzrost znaczenia rad dyrektorów, zwłaszcza ich członków reprezentujących przymiot niezależności. Minister do spraw korporacyjnych P.P. Chaudhary opowiada się za podniesieniem kwalifikacji niezależnych członków rad dyrektorów poprzez adresowane dla nich kursy i wprowadzenie obowiązkowego egzaminu państwowego dla kandydatów na takie funkcje w radach. Rozważa się także powierzenie Indian Institute of Corporate Affairs (IICA) listy osób legitymujących się złożeniem takiego egzaminu. Mam szczególne powody, by śledzić realizację tego pomysłu…

 

Koalicja oszustów (Main Street Investors Coalition)

Jak państwo oszukuje obywateli za ich własne pieniądze, rzekomy rzecznik inwestorów za ich własne pieniądze zwalcza ich interesy.

  • Nazwa „Main Street Investors Coalition” brzmi poczciwie: sugeruje, że chodzi o obronę interesów rzeszy akcjonariuszy mniejszościowych;
  • Koalicja zdołała zyskać wpływ na Komisję Papierów Wartościowych i Giełd (SEC) i członków Kongresu USA, zyskała też posłuch w Białym Domu;
  • Szkopuł w tym, że koalicja jest zdominowana przez lobbystów i finansowana przez wielkie korporacje, z którymi niby walczy;
  • Koalicja kwestionuje wpływ spółek na zmiany klimatyczne, zwalcza postulaty kontroli broni palnej i tezy o zaletach zróżnicowania zatrudnionych.

Najpierw przywołuje się argument ahistoryczny: „W 1950 r. inwestorzy detaliczni bezpośrednio posiadali ponad 90 proc. akcji wyemitowanych przez amerykańskie spółki. Dzisiaj ta wielkość bliższa jest 30 proc., a rynek kapitałowy jest zdominowany przez wielkich instytucjonalnych i często pasywnych inwestorów”. Takie postawienie sprawy ułatwia atak na zarządzających funduszami: to wielkie, ociężałe instytucje dbające o własne interesy kosztem interesów detalistów, którzy wnieśli do spółek kapitał, w sumie wcale niemały, ale nie mają na te spółki wpływu. Brzmi dobrze, nieprawdaż?

Main Street Investors Coalition pragnie przekonać regulatorów, że lepiej rozumie problemy drobnych inwestorów, uczestników funduszy emerytalnych i planów inwestycyjnych 401(k), niż te tłuściochy BlackRock albo Vanguard lansujące jakieś kłopotliwe, abstrakcyjne teorie o potrzebie krzewienia ESG (environment, social, governance). Jak pisze jeden z krytyków koalicji, jej celem jest wywołanie wrażenia, że to nie Dow Chemical występuje przeciwko zgłoszonemu przez akcjonariuszy projektowi uchwały przeciwko zatruwaniu chemikaliami ziemi uprawnej. To raczej sprawka Karen, samotnej matki, posiadaczki konta 401(k) z saldem 936,14 USD, walczącej o to, by firma zarządzająca jej środkami nie zawracała korporacjom głowy jakimiś sprawami społecznymi. Po ciężkim dniu, zmęczona pracą i dodatkowymi zajęciami (czynsz właśnie znowu wzrósł), Karen śle artykuły do lokalnych mediów.

Lecz żadnej Karen nie ma. Pod prowincjonalnie brzmiącym hasłem main street (głównej ulicy miasteczka lub wielkomiejskiego przedmieścia) działa chmara lobbystów finansowanych przez waszyngtońską organizację National Association of Manufacturers. W jej władzach zasiadają przedstawiciele nie drobnych inwestorów, a bogatych firm wydobywczych i produkcyjnych jak Exxon Mobil, Goodyear, Dow Chemical, Cargill, Pfizer, Toyota. Firm, którym prospołeczne, prośrodowiskowe zapędy wielkich fund managerów, jak BlackRock, przeszkadzają.

Dlatego koalicja neguje wpływ działalności spółek na klimat i środowisko, kwestionuje idee ograniczania dostępu do broni palnej, wyśmiewa teorię o korzyściach płynących ze zróżnicowania siły zespołu menedżerów i pracowników. Kwestionuje system wartości propagowanych na rynkach przez BlackRock oraz innych wielkich zarządzających funduszami. I broni wielkie spółki przed koniecznością wprowadzania zmian korzystnych dla społeczeństwa, oraz dla środowiska, lecz przecież kosztem tych spółek.

Zatem koalicja jest oszustwem. Jest uzurpacją na szkodę drobnych akcjonariuszy. Jak państwo oszukuje obywateli za ich własne pieniądze, rzekomy rzecznik inwestorów za ich własne pieniądze zwalcza ich interesy. Natomiast występuje w interesie spółek niezdolnych do stawienia czoła realiom współczesnego świata, co naraża na znaczne ryzyko ich pracowników oraz inwestorów.

Afera ma także wymiar medialny. Zwróciła na nią uwagę Nell Minow, jedna z najbardziej rozpoznawalnych w świecie postaci corporate governance. Z jej inspiracji fałszywą koalicją fałszywych inwestorów zajął się New York Times, ogłaszając demaskatorski, miażdżący artykuł. Oszustom na ratunek pośpieszył Forbes osobliwym (niewykluczone, że kupionym) tekstem, w którym z Nell zrobiono mężczyznę o imieniu Neil. Ani to mądre, ani gustowne. Albo nie wiedzieli, kim jest Nell, co dowodzi dokuczliwej ignorancji, albo wiedzieli, lecz chcieli to ukryć, co jedynie dowodzi głupoty.

Tekst ogłoszony 25 września 2018 r. w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET