Alternatywy cztery, czyli rozważania o celach inwestycyjnych 2019

  • OSTRZEŻENIE PUBLICZNE: tekst został wprawdzie zamieszczony w kategorii FACECJE, lecz nie wszystko jest w nim śmieszne
  • W 2018 większość inwestorów giełdowych nie miała powodów do radości; czy 2019 okaże się lepszy?
  • Jestem rozczarowany notowaniami na warszawskiej giełdzie, rozgoryczony stanem moich inwestycji;
  • Skorzystam z wolnego czasu w Boże Narodzenie, by przemyśleć swoje inwestycje.

Sytuacje, gdy nie wiadomo co robić, a zrobić coś należy, emitenci nazywają „przeglądem opcji strategicznych”. Ja rozważam cztery cele inwestycyjne, acz do żadnego z nich nie jestem w pełni przekonany.

ALTERNATYWA PIERWSZA: KAPLICE. W moim ulubionym programie telewizyjnym „Ucieczka na wieś” (Escape to the country) mieszczuchy zmęczone życiem w brytyjskich aglomeracjach szukają odpowiednich rezydencji na wsi. Często otrzymują propozycje kupna zdesakralizowanej świątyni lub kaplicy przerobionej na wygodne mieszkanie. Kaplice urzekają przestrzenią, świetnymi rozwiązaniami pomieszczeń, wygodami, udogodnieniami. Zanim Duch Święty opuścił budowlę, natchnął architekta do stworzenia arcydzieła. Jestem urzeczony zwłaszcza kaplicami Metodystów, często z ogródkiem i garażem, wystawianymi na sprzedaż po atrakcyjnej cenie. Mógłbym w Polsce kupować kaplice, zatrudniać mistrzów architektury wnętrz, sprzedawać je z zyskiem. Rzecz w tym, że w Polsce obiektów sakralnych nie ubywa, a przybywa i przybywa. Nasz Narodowy Czempion „dóbr martwej ręki” nie sprzedaje, lecz inwestuje w nowe z wydatną pomocą publiczną. A Metodystów mamy niewielu.

ALTERNATYWA DRUGA: CMENTARZE. Syn moich londyńskich przyjaciół ma świetną posadę. Pracuje w międzynarodowym funduszu private equity i odpowiada za inwestycje w liczne francuskie cmentarze. Co tydzień lata do Francji, dogląda interesu, zajada się frykasami miejscowej kuchni (moim zdaniem to one napędzają cmentarny interes). Brytyjskich cmentarzy nikt nie kupuje, są nadzwyczaj skromne, nawet wielki Winston Churchill z dumnego rodu diuków Marlborough leży w Bladon w dojmująco skromnym grobie. W Polsce cmentarze to targowiska próżności, zarabia się na nich wyśmienicie. Niestety, należą do Narodowego Czempiona, bądź są własnością komunalną. Czempion, jak wspomniałem, nie uczestnicy w obrocie (przynajmniej po stronie sprzedaży), a żadna miejscowość nie zadłużyła się jeszcze tak bardzo, by komornik cmentarz zajął i wystawił do sprzedaży. Dźwięczy mi zresztą w uszach powiedzenie Rodneya Dangerfielda: „Mam takiego pecha w interesach, że gdybym kupił cmentarz, ludzie przestaliby umierać”. Pomyślałem, że z takim nazwiskiem pecha w interesach trzeba mieć. Wszystkowiedząca Wikipedia wyjaśnia, że Dangerfield to właścicie Jacob Cohen (1921-2004), amerykański stand-upowiec. Nie wiem, kto to taki: stan-upowiec. Chyba jakiś powstaniec… A gdyby ludzie przestali umierać, interesy robiono by z nimi, nie nimi.

ALTERNATYWA TRZECIA: WIĘZIENIA. Klawo byłoby mieć prywatne więzienie! Mam nawet krótką listę osób, które chciałbym w nim ugościć. W Polsce jest duży, niezaspokojony, popyt na miejsca w więzieniach. Warunki pobytu osadzonych są koszmarne. Prywatne więzienia przyniosą inwestorom spory dochód, rozładują tłok, przyczynią się do poprawy warunków pobytu osadzonych i pensjonariuszy aresztów wydobywczych. W moim więzieniu jednemu z dożywociem pozwoliłbym trzymać w celi kota. Niestety, panuje przekonanie o wyższości własności państwowej nad prywatną (rzecznicy takich poglądów mieliby u mnie przestronny pawilon), więc nacjonalizuje się wszystko, od banku po kolejki linowe. Licencji na więzienie i tak bym nie otrzymał, ponieważ gdyby były wydawane, właściwy w tej sprawie minister siedziałby u mnie pod celą. Lecz klimat inwestycyjny zdecydowanie się psuje. W Vancouver aktywiści naciskają na Canada Pension Plan, by wycofał się z inwestowania w amerykańskie ośrodki przymusowego pobytu nielegalnych migrantów. California State Teachers’ Retirement System (CalSTR), jeden z największych funduszy emerytalnych, dbały o etykę, już wycofuje środki ze spółek prowadzące prywatne więzienia, a to z uwagi na prawa człowieka, temat szczególnie wrażliwy w czasach Donalda Trumpa.

ALTERNATYWA CZWARTA: PRODUKCJA BRONI PALNEJ. Nie mam konsumenckiego pociągu do broni. Ale ministrowie sprawiedliwości mają. Jeden ma właśnie proces za nielegalne wejście w posiadanie broni. Inni chciał Polaków uszczęśliwić powszechnym dostępem do broni. W Stanach Zjednoczonych, gdzie prawo do posiadania broni stoi wyżej niż prawo do życia i masakry bywają powszechne, zarabiają na tym wszyscy: producenci broni, kaplice i kościoły (msze żałobne), cmentarze i więzienia. Zarządzający funduszami zdecydowanie brzydzą się finansowaniem produkcji broni palnej i handlu nią, ale produkcja i handel nie mają trudności z dostępem do kapitału. W Polsce produkcją broni zajmuje się Państwowa Grupa Zbrojna (albo coś o podobnej nazwie), która ledwo dycha, co dowodzi, że jest to w naszych warunkach mocno wątpliwy interes.

Na rok 2019 muszę obmyślić inne plany inwestycyjne.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *