Archiwum autora: Katarzyna Łasak

Nowe media to Piąty Stan rynku. Nieokiełznany!

Wiele wskazuje, że dojdzie do powołania Ministerium Prawdy i Godności odpowiedzialnego za prawdę słuszną, godność narodową i rachunki krzywd. Skupi się ono na prawdzie swoistej, czyli szerzeniu nieprawdy, oraz na godności osobliwej w postaci skrajnej podłości. Będzie ono nie tylko ustalało słuszną postać oficjalnej prawdy, także reglamentowało dostęp do niej. Na przykład na niedawną konferencję prasową w Trybunale Konstytucyjnym nie wpuszczono dziennikarzy, bo jeszcze któryś z nich zadałby pytania (w wiadomych okolicznościach każde byłoby niewygodne), poprzestając na mediach posłusznych, TVP i Polskim Radiu. Dało to sposobność do wspomnienia, jak tego samego dnia przed laty, 2 lutego 2006 r., na ceremonię podpisania porozumienia koalicyjnego PiS z Samoobroną i Ligą Polskich Rodzin nie wpuszczono dziennikarzy świeckich, poprzestając na mediach posłusznych, Telewizji Trwam i Radiu Maryja, co spotkało się z protestem pominiętych dziennikarzy rzeczywistych.

Pamiętam tamto wydarzenie, nawet wspomniałem o nim piórem. Nie dlatego, bym uważam je za ważne: pisałem o „ceremonii podpisania w Sejmie jakiegoś kwitu bez znaczenia”. Miałem rację: Kaczyński oszukał koalicjantów, na jednego z nich nasłał bezpiekę, a uczynił to tak nieudolnie, że krzywdę zrobił sam sobie i zniknął na jakiś czas, uff! Niemniej uważałem, że są ważniejsze sprawy: „Skarb Państwa, jak czynny wulkan, zieje trującymi pomysłami, a wstrząsy rozchodzą się daleko. Toczymy już spór z Eureko, w którym nasze szanse są mizerne. Wdaliśmy się w bijatykę o osobę jednego z arbitrów. Prowokujemy do sporu Komisję Europejską i UniCredito Italiano. Co gorzej, toczymy te spory bardzo nieudolnie, po prostacku. Równie prostackim gestem było wyrzucenie dziennikarzy z walnego zgromadzenia Lotosu” (Gazeta Bankowa 13 II 2006).

Minęły lata. Prostactwo rozkwitło. Kaczyński powrócił i dokazuje. Znaleźliśmy się w konflikcie z całym światem. Prawda jest znowu reglamentowana. Na niedawnym walnym zgromadzeniu, tym razem Orlenu, projektów uchwał nie ujawniono zawczasu, nie odczytano ich na użytek transmisji w internecie, tylko wydrukowane rozdano uczestnikom zgromadzenia. Poinformował o tym red. Bartłomiej Mayer, dziennikarz godny zaufania. I zapytał: czy to są dobre praktyki? Są to praktyki złe. Żałosne.

Wspomniane walne zgromadzenia Lotosu i Orlenu dzieli dokładnie 12 lat. W tym czasie zmieniło się wiele, także media i ich zainteresowanie walnymi zgromadzeniami. Wtedy jeszcze redakcje obsyłały walne zgromadzenia własnymi reporterami, dzisiaj czynią to rzadko. Wtedy wiedzę o spółkach i rynku kapitałowym czerpaliśmy z gazet. Zawdzięczamy im wiele, ale dzisiaj już tylko Parkiet się liczy. Konkuruje z nim internet, w nim portale gospodarcze, jak Bankier.pl, bądź giełdowe, jak StockWatch.pl, także wysoce profesjonalne gniazda informacji prowadzone przez lidera (niekiedy zarazem inwestora) z niewielką grupką współpracowników, jak Strefainwestorów.pl, Okiemmaklera.com, bądź Relacjeinwestorskie.org.pl. Wymienić tu można też blogi NadzórKorporacyjny.pl lub MariuszKanicki.pl (Mój Giełdowy Punkt Widzenia). Tradycyjne media tracą odbiorców, na wspomnianych tu stronach stale rośnie ruch, mają one więcej stałych użytkowników, niż niejedno pismo – czytelników.

Uważam, że zasada Dobrych praktyk IV.Z.3: „Przedstawicielom mediów umożliwia się obecność na walnych zgromadzeniach” obejmuje nie tylko tradycyjne media tzw. Czwartego Stanu, czyli prasę codzienną i periodyczną, radio i telewizję, ale także nowe media, ów kształtujący się na naszych oczach Stan Piąty, czyli portale, wortale lub blogi poświęcone problematyce rynku kapitałowego, giełdy, spółek, prawa itp. Odprawienie z walnego zgromadzenia wysłannika którejkolwiek z wymienionych tu stron także byłoby ekscesem godnym napiętnowania.

Niektórzy politycy dążą do poddania mediów kontroli merytorycznej. Pewien wiceminister argumentował: „Musimy mieć 100-procentową pewność, że wszystko, co dzieje się w Polsce, jest kontrolowane przez polskie władze”. Naiwny! Nawet w KL Auschwitz nie wszystko, co się tam działo, potrafiła kontrolować władza najbardziej totalitarna. Nie tylko w Polsce politycy usiłują okiełznać siłę mediów: wyobrażając sobie, że idąc po pełnię władzy – rozciągną ją także na wydawców i dziennikarzy, nawet na umysły odbiorców.

Aby okiełznać publikujących w Sieci należałoby wtargnąć do niej, wyłączyć w kraju prąd, licencjonować blogerów, ścigać autorów niepokornych, ustanowić surową cenzurę, operować karami za wszelką nieprawomyślność. Kilka reżymów próbuje tego dokonać, nie wróżę im powodzenia. Im bardzie władza blokuje obywatelski wentyl – organizacje pozarządowe, tym więcej ludzkiej energii przenosi się do mediów społecznościowych, co pobudza ich rozwój i zwiększa zasięg. Media to najbardziej innowacyjna i dynamiczna dziedzina współczesnej gospodarki. Informacja uważana jest powszechnie za najcenniejszy towar. Imponuje tempo jej rozpowszechniania. Trudniej o jej prawdziwość. Jedni pragną eliminować z obiegu informacje dla nich niekorzystne, co chyba się nie uda. Inni myślą, jak weryfikować informacje. Wątpię, czy taki pomysł okaże się wykonalny, technicznie i finansowo.

Czytaj także:
2016.05.08 Media na walnych zgromadzeniach
2015.05.16 O ochronie informacji przed… mediami
2012.12.04 Piekielny kocioł z Rafako
2006.02.13 Tsunami
2005.12.09 Co wolno pismakom?
2005.10.17 Czwarty Stan rynku
2003.01.27 Banki, szanujcie pismaków!

„Governance” ma wiele znaczeń

Źródło: CorpGov Bulletin

Źródło: CorpGov Bulletin

Zachwyciłem się zdjęciem przedstawiającym dominujące nad nowojorskim Times Square reklamy podręcznika „The Handbook of Board Governance”. Ogłosiłem tweeta z pytaniem: Czy można wyobrazić sobie cos podobnego u nas? Pewna spółka z New Connect zapewniła mnie w odpowiedzi, ze owszem, na wszystko przyjdzie czas, także na reklamy książek o investor relations, i podobnych, na warszawskim Times Square. Obawiam się, czy doczekam. Oraz, czy doczeka owa spółka.

Z kolei pod dachem hali odlotów gigantycznego Terminalu 5 na londyńskim lotnisku Heathrow wiszą plansze EY: „Czy aktywni akcjonariusze to mąciciele, czy doradcy?” (Are activist shareholders disruptors or advisors?). EY działa także w Polsce, czy wywiesiłby podobną planszę na lotnisku w podkrakowskich Balicach? Zapewne i tym razem odpowiedź brzmiałaby, że przyjdzie na to czas. EY jest, jak wiadomo, liderem w badaniach nad korupcją. Na naszym rynku niełatwo o aktywnych akcjonariuszy. O korupcję łatwiej.

Ostatnio w USA podjęto kolejne badania nad aktywnością inwestorów. Jest ona skupiona wokół węzłowych zagadnień corporate governance, jak prawa akcjonariuszy, wynagrodzenia menedżerów, usiłowania zmierzające do burzenia zapór przeciwko przejęciu, dążenie do zwiększenia w radzie dyrektorów liczby i znaczenia dyrektorów zewnętrznych (niewykonawczych) oraz do umacniania ich niezależności. Inicjatywy na tych polach mogą liczyć na poparcie większości. Użyty w tytule reklamowanego na Times Square podręcznika termin „board governance” mieści się wobec tego w szerszym pojęciu „corporate governance” oznaczającym, jak spółka jest zarządzana i nadzorowana. Definicję tę ukuł niezapomniany Adrian Cadbury; jest także wiele innych, zazwyczaj bogatszych w słowa, ale uboższych w treść.

Lecz nasila się i inny nurt aktywności inwestorów, określony popularnym skrótem ESG: Environment, Social, Governance. Chodzi o styk korporacji ze światem zewnętrznym w wymiarze jej oddziaływania na środowisko, na społeczeństwo (bądź społeczności lokalne), oraz… Tu pojawia się słowo „governance”, ewidentnie rozumiane inaczej niż wspomniany w powyższym akapicie termin „corporate governance”. Najczęściej określa się nim szczególnie interesujące akcjonariat sprawy o charakterze politycznym: skuteczność oddziaływania lobbingu na spółkę; finansowe wspieranie przez spółkę polityków, względnie partii politycznych; korupcję; oraz stosunek spółki do standardów praw człowieka. Aktywni inwestorzy dążą do poszerzenia board governance poprzez postawienie w polu zainteresowania rady dyrektorów nie tylko zagadnień corporate governance w ścisłym znaczeniu, także spraw governance w rozumieniu politycznym, społecznym i ekologicznym.

Co ciekawe: większość wniosków zmierzających ku zainteresowaniu spółek ostatnim z wymienionych znaczeń pojęcia governance nie znajduje aprobaty akcjonariatu. Brak consensusu w tej sferze może wynikać z obaw o finansowe konsekwencje takich inicjatyw. Odsetek wyrażających dla nich poparcie nie przekracza 20% głosujących. Lecz nie znaczy to, że z chwilą odrzucenia wniosku sprawa umiera. Przeciwnie: nawet odrzucone postulaty pełnią istotną funkcję promocyjną, krążą w obiegu intelektualnym, drążą umysły, zwolna zyskują poparcie i mobilizują zwolenników, czasem też kruszą opór oponentów. Jest prawdopodobne, że niepopularnym dzisiaj wnioskom zostaną nadane nowe, bardziej atrakcyjne szaty słowne, że powrócą one pod obrady już w innej, korzystniejszej atmosferze. Obserwatorzy amerykańskiego rynku są przekonani, że tematyka ESG z czasem przybierze na znaczeniu.

Powstała nawet nowa instytucja, The Sustainability Accounting Standards Board (SASB), zajmująca się pomiarem finansowych następstw postulatów zgłaszanych przez akcjonariuszy. Zbadano już 2.665 wniosków dotyczących zagadnień ESG. Chodzi o to, które z nich kreują wartość spółek, które zaś ją umniejszają. Próba badawcza jest – zważywszy skalę rynku kapitałowego USA – zbyt niewielka, by wynik badania okazał się konkluzywny. Zwłaszcza, że próby wyceny spodziewanych następstw niektórych aspektów aktywności akcjonariatu mogą okazać się kontrowersyjne.

Pragnę zwrócić uwagę na problem, w którego obliczu stajemy. Jest nim dążenie do kwantyfikacji wszelkich aspektów rynku. Być może w przyszłości zostanie wypracowana metodologia rzeczywiście pozwalająca na kwantyfikację wielu aspektów żywiołu rynku. Wcześniej należy je przecież porządnie zdefiniować. Łatwiej rozróżnić między „governance” w przytoczonym powyżej znaczeniu a powszechnie rozumianym „corporate governance”. Trudniej poruszać się po obszarze pojęć tak nietrafnie nazwanych, jak nasz rodzimy przekład „corporate governance” na „ład korporacyjny”. Jako zawzięty przeciwnik tego terminu zostanę zapewne znowu nazwany zwolennikiem sprawy już przegranej. Lecz nie ustąpię.