Archiwum kategorii: Corporate governance

Najłatwiej odwołać prezesa z #MeToo Index!

  • Rada nadzorcza jest władna dokonywać zmian w składzie zarządu, ale odwołanie prezesa często przychodzi jej z trudem;
  • Spółki najczęściej nie mają planu sukcesji, którą można zrealizować niezwłocznie;
  • W spółkach z udziałem Skarbu Państwa rada nie podejmuje samodzielnych decyzji kadrowych, jest bezwolnym narzędziem polityki;
  • Także radzie dyrektorów niełatwo podjąć decyzję o odwołaniu CEO, zwłaszcza kiedy pełni on także funkcję przewodniczącego rady.

Do najtrudniejszych decyzji podejmowanych przez radę nadzorczą zależy dotycząca odwołania prezesa. Najczęściej spółka nie ma planu sukcesji. Albo pomyślano o sukcesji gdy prezes przejdzie na emeryturę, czyli za kilka lat, zaś potencjalny kandydat potrzebuje jeszcze sporo czasu, by dojrzeć do tego wyzwania. Niewiele spółek jest w stanie dokonać sukcesji w biegu nie wywołując kryzysu przywództwa i nie szkodząc swojej reputacji.Wprawdzie zawsze znajdzie się ktoś chętny by zająć opuszczone stanowisko, ale rada zdaje sobie sprawę, że aspirantowi do posady brakuje cech przywódczych, doświadczenia i kwalifikacji. Więc kiedy rada nadzorcza bywa zmuszona przez okoliczności do odwołania prezesa, często na zwolnione przezeń miejsce dokonuje tymczasowej delegacji kogoś ze składu rady, a wtedy delegowany stara się przylepić się do fotela, by zostać na nim na stałe.

Zazwyczaj prezes jest kimś, komu rada wierzy i chce wierzyć. Dlatego rada niechętnie przyjmuje do wiadomości, że prezes postępuje niewłaściwie, popełnia błędy albo nadużycia, naraża spółkę na straty, wyrządza jej trwałe szkody. Często rada nawet nie ogarnia pełnego obrazu spółki; zarząd , który zawsze dysponuje przewagą informacyjną nad radą, starannie kontroluje napływające do niej informacje. Często prezes traktuje członków zarządu jako swoją lojalną drużynę i stara się wpoić radzie, że gdyby miał odejść ze spółki, cały zarząd odejdzie wraz z nim. Natomiast członkowie rady nie są zintegrowani, czują się w spółce obco, traktują zarząd jako gospodarza, nie maja dość odwagi, by podnieść rękę na prezesa. Rada potrafi długo wypierać ze świadomości, że zarząd postępuje niewłaściwie, że odwołanie prezesa stało się koniecznością. Decyzje bywają odwlekane, straty rosną.

W spółkach z udziałem Skarbu Państwa mamy sytuację odwrotną: rada jest zwartą drużyną, zwornikiem jest dysponent polityczny powołujący radę i zsyłający jej do wykonania podjęte przez siebie decyzje, w tym dotyczące zmian w składzie zarządu. Dlatego w wielu spółkach z tej domeny prezesów zmienia się często, po kilka razy w roku, rekompensując im utratę stanowiska sutymi odprawami. Nie ujawnia się motywów odwołania ze stanowiska, zapewne z tego powodu, że skoro nie da się uzasadnić powołania, nie ma potrzeby wyjaśniać powodów odwołania. Nie bierze się pod uwagę, że karuzela stanowisk wyrządza dramatyczne szkody spółkom i demoralizuje członków rad nadzorczych sprowadzonych do roli fagasów wykonujących polecenia z góry. Komizm sytuacji bywa spotęgowany tam, gdzie w radzie nadzorczej istniej tzw. komitet nominacji, twór czysto ornamentacyjny, o którym nie wiadomo, czym miałby się zajmować.

W systemie one-tier board, gdzie miejsce dwóch organów, zarządu i rady nadzorczej, zajmuje jeden – rada dyrektorów, odwoływanie prezesów nierzadko bywa trudniejsze. Wprawdzie od wielu lat nasila się na rynkach dążenie do rozdziału funkcji prezesa zarządu (obecnie nosi on najczęściej tytuł Chief Executive Officer, CEO) i przewodniczącego rady (Chair), niemniej wciąż w licznych spółkach jest to ta sama osoba, a wówczas zakres jej władzy jest bardzo szeroki. Nie wszędzie udało się już zwalczyć fatalną praktykę, że to Chair osobiście dobiera członków rady dyrektorów, a walne zgromadzenie potulnie dobór zatwierdza. Dyrektor, tytularnie niezależny, bo wolny od powiązań ze spółką, zawdzięcza stanowisko i związane z nim pieniądze przewodniczącemu rady; co gorzej, obejmując stanowisko, niekiedy składa przewodniczącemu niedatowaną rezygnację z rady, którą przewodniczący może posłużyć się w dogodnym dla siebie momencie. Można przyjąć, że w radach dyrektorów częściej niż w radach nadzorczych dochodzi do szczególnej zażyłości menedżerów kierujących spółką z tymi, którzy mają ich nadzorować, co niekorzystnie wpływa na sytuację akcjonariuszy. Na takie przypadki mam dyżurne powiedzonko: „Władza korumpuje, a władza pozbawiona nadzoru korumpuje… nadzór”.

Zdesperowani fatalną reputacją naszych rad nadzorczych często zwracamy oczy ku radom dyrektorów, jak gdyby tam było lepiej, bardziej uczciwie. Zapewniam, że nie jest.

Do niedawna nie sądzono, że zachodzi konieczność odwołania prezesa uwikłanego wobec personelu w niestosowne zachowania seksualne. Owszem, zdarzały się takie przypadki, ale miały one charakter jednostkowy. Dzisiaj jest inaczej. Tsunami nadeszło od strony bez związku z rynkiem kapitałowym. W połowie dekady rozeszło się po świecie, że popularny komik, „wujek Ameryki”, Bill Cosby, brutalnie molestował przynajmniej dziesiątki kobiet. Narodził się ruch #MeToo, a jego śladem powstał #MeToo Index, zawierający nazwiska setek menedżerów i dziesiątek menedżerek dopuszczających się tego wstrętnego procederu. A spośród tych, którzy znaleźli się w kręgu zarzutów, blisko 90% odeszło ze stanowisk: złożyli rezygnacje, zostali odwołani lub zawieszeni (jak można rozumieć, do czasu odwołania lub złożenia rezygnacji). My nie mamy #MeToo Index, za to mamy IPN.

Z tego wniosek, że dzisiaj łatwiej wylecieć z posady za nieobyczajność lub (w przypadku spółek z udziałem Skarbu Państwa) za politykę, niż za kradzieże, malwersacje, oszustwa, działania na szkodę spółki. A nawet kiedy istnieją merytoryczne powody odwołania prezesa, lub nawet całego zarządu, rada często nie potrafi, bądź nie chce ich ujawnić. Lecz to już inna historia…

Kultury nie ma w bilansie, lecz trzeba w nią inwestować!

  • Najbardziej popularnym terminem ostatnich miesięcy jest w piśmiennictwie o spółkach „kultura korporacyjna”;
  • Wprowadza się „dress code”, zmienia gabinety w otwartą przestrzeń, maluje stołówkę na zielono, urządza kącik dla yogi, wszyscy są na „ty” – dlaczegóż to nie działa?
  • Najgorzej, gdy korporacja próbuje zakląć swoją kulturę w zbiorze przepisów, których nikt nie czyta, nie uszanuje;
  • Kultura płynie kaskadą z najwyższych szczebli na średnie, ze średnich na pozostałe, najbardziej liczy się przykład.    

W kraju, gdzie nawet ministra kultury cechuje jej niedostatek, niełatwo podjąć temat kultury korporacyjnej. Wiadomo, że przymiotnik dodany do rzeczownika, który wyraża wartość, tej wartości nierzadko zaprzecza. Przykłady to demokracja, ale ludowa; socjalizm, ale narodowy; muzyka, ale wojskowa; praworządność, ale socjalistyczna; football, ale amerykański. Czy do tej kategorii należy także kultura, ale korporacyjna? Rozprawia się o niej dużo, lecz pojęcia popularne, modne, są najtrudniejsze do zdefiniowania. Więc wszyscy definiują kulturę korporacyjną według własnego uznania. Według mojego jest to niemierzalna, niematerialna wartość korporacji. Wartość materialną i mierzalną wyraża wynik, kapitalizacja. Nie można zmierzyć lub zważyć kultury, umieścić jej w bilansie. Natomiast można wprowadzać ją w życie, budować korporację na jej tkance.

Kulturą korporacyjną jest przeto system wartości, na których jest oparta działalność korporacji. Wartości rzeczywistych, nie oklepanych formułek o celach, misji, wizji itp. Do tych wartości należy etyka, praktykowana w działaniu, nie zaklęta w „kodeksie etycznym” będącym często spisem jednostronnych powinności pracowników. I firmowa etykieta, czyli sposób zachowania się na wszystkich szczeblach hierarchii. Oraz rzetelny stosunek do prawa i dobrych praktyk. Tak rozumiana kultura organizuje wnętrze korporacji i promieniuje na zewnątrz. Może być źródłem radości i powodzenia interesariuszy. Nie dodam, że w dłuższym terminie zapewne przyniesie sukcesy, ponieważ w dłuższym terminie z pewnością wszyscy pomrzemy (John Maynard Keynes). Jeżeli wszyscy uświadomią sobie, że życie przemija, czas płynie, ale wartości trwają, łatwiej będzie osiągnąć wyżyny kultury korporacyjnej.

Kultura nie ma wpływu na wynik korporacji, lecz może mieć wpływ na to, czy rynek uwierzy w ów wynik. Kiedyś służyli temu audytorzy, aż straciwszy własną wiarygodność, przestali uwierzytelniać wyniki korporacji. Kiedyś wierzono, że wpływ na kulturę mają poświęcone jej zebrania, lecz przynudzanie na temat kultury korporacji nie sprzyja jej krzewieniu. Spisywano kodeksy etyczne, by stosował się do nich personel, ale kultura wcale nie zmierza od dołu w górę, lecz spływa z góry w dół, więc jeżeli nie ma jej na górze, nie będzie i na pole. Zatem nie chodzi o to, by proklamować wartości, jakimi kieruje się firma, ale by dawać przykłady poszanowania ich. Kultura korporacyjna oznacza zaproszenie do niewygodnych pytań, gwarancję uczciwych odpowiedzi, atmosferę rzetelnych dyskusji.

Kultura korporacyjna to jednoznaczne przywództwo. Jego miejsce jest w spółce, nie poza nią. Jest ono pochodną własności, nie władzy politycznej. Nie może ulegać wątpliwości kto za co odpowiada, jakie są mechanizmy podejmowania decyzji i jakie są ich motywy. Oraz jakie racje stoją za polityką kadrową.

Najwyższą formą kultury korporacyjnej jest współudział. Może on dotyczyć procesów podejmowania decyzji, gdy kierownictwo zasięga opinii pracowników lub otoczenia biznesowego korporacji. Może on także przybrać formę współwłasności, czyli osobistego zaangażowania materialnego pracowników. W takiej sytuacji chodzi nie tyle o wysokość wynagrodzenia, nawet podbijanego premiami, nagrodami, lecz o udział w podejmowaniu decyzji właścicielskich, o świadomość osobistej przynależności do firmy i jej sukcesu. Miejsce pracownika jest wówczas w akcjonariacie, a jego ewentualny udział w radzie wynika nie z przepisu o reprezentacji pracowniczej, a z realnej pracowniczej współwłasności. Co ciekawe: dyskusje o akcjonariacie pracowniczym są najbardziej żywe w USA. Trump może siedzieć sobie w Białym Domu i słać swoje niedorzeczne tweety, lecz niezależna od niego Wall Street chce przyzwoitej, ludzkiej twarzy współczesnego kapitalizmu.

Największy wpływ na kulturę korporacji najczęściej wywiera jej zarząd, ale odpowiedzialność za należyty stan rzeczy spoczywa na radzie, nadzorczej lub dyrektorów. State Street, jeden z gigantów zarządzania aktywami, wystosował właśnie list do rad 1 100 spółek portfelowych w sprawie ich odpowiedzialności za stan kultury korporacyjnej. Do listu dołączono ściągawkę, jak postępować (Framework for Assessing and Monitoring Corporate Culture) zawierającą sugestie, jak rada powinna dokonać wnikliwej analizy zagadnienia w ramach długoterminowej (a jakże!) strategii spółki,  jak wcielać w życie wnioski płynące z tej analizy, jak komunikować je rynkom i pracownikom.

Czyli: spółki, inwestujcie w kulturę! State Street podpiera swój apel raportem EY, który objawia, że niewidoczne aktywa, jak kultura właśnie, kreują przeciętnie 52% wartości rynkowej spółki, a w niektórych sektorach to nawet 90%. O rety, nie widziałem tego, prawda? Kiedyś zuchy z Tłustej Czwórki się rozpędzą i wyjdzie im z obliczeń, iż wpływ kultury na wartość spółki przekracza nawet 100%. A wtedy rynki może się obudzą…

 

 

 

Kiedy audytor śpi, spółka upada znienacka

  • Spółka jest notowana i audytowana, wykazuje dobre wyniki i rezerwy gotówkowe, aż znienacka okazuje się, że może upaść w najbliższych godzinach;
  • Audytor zawiódł, pieniędzy zabrakło, na jaw wychodzą spore zadłużenia na sekretnych rachunkach bankowych;
  • Zarząd nie wie, co się dzieje, rada jest zdezorientowana, dominujący inwestor próbuje zasypać finansową Czarną Dziurę pożyczkami nie do odzyskania;
  • Wbrew pozorom nie chodzi o Getback, ani o polski rynek – rzecz dzieje się w Wielkiej Brytanii według powtarzającego się scenariusza.

Dwie godziny poświęcił partner PwC na audyt giganta. Gdyby nie lenistwo trutnia z Tłustej Czwórki, spółka zapewne i tak upadłaby, lecz może nie znienacka. Biegły, Steve Davison, zwalił nadzór nad badaniem ksiąg na bary niedoświadczonego pracownika. Bankrut to British Home Stores, kiedyś duma brytyjskiej gospodarki. Równie nagle upadł Carillion, „haniebny przykład, jak nasz kapitalizm działa pod cieplutką kołderką audytorów grzęznących na każdym kroku w konflikcie interesów” – mówiono w Izbie Gmin. Na potentacie budowlanym pasła się zgodnie cała Tłusta Czwórka, a badająca księgi firma KPMG była równie zdumiona katastrofą spółki, jak jej rada dyrektorów. Ostatnio historia powtórzyła się znowu w przypadku Patisserie Valerie, notowanej na AIM sieci cukierni, względnie przyzwoitych jak na brytyjskie standardy.

Audytor, Grant Thornton, badał księgi za lata 2015, 2016 i 2017, a w październiku 2018 spółka znalazła się na krawędzi, o kilka godzin od katastrofy. Honorarium za ostatnie badanie wyniosło 120 tys. funtów, w tym 23 tys. za doradztwo podatkowe, ale przegapiono zaległości wobec fiskusa i overdrafty na sekretnych rachunkach. Financial Reporting Council wzięła te badania pod lupę, ale jest znana z powolności. Sprawą interesuje się także Serious Fraud Office. Niedawno FRC nałożyła na Grant Thornton karę w wysokości kilku milionów funtów za poważne naruszenia zasad etyki zawodowej.

Brytyjczycy zwracają uwagę, że audyt jest coraz większą gałęzią gospodarki, ale korzyści z niego nie ma żadnych (zapewne jest w tym przesada, lecz ilustruje ona punkt widzenia). Uwagi krytyczne dotyczą także komitetów audytu w radach dyrektorów, nasyconych dyrektorami niewykonawczymi i pełniących rolę ornamentalną. Nie miały z nich pożytku ani banki, które w latach 2008-2009 seryjnie wpadały w kłopoty, ani wspomniane spółki. Sprawą zajmuje się także Competition and Market Authority, z czego – na razie – nic nie wynika.

Sieć cukierni winna jest dostawcom 4 240 tys. GBP, a fiskusowi 222 tys. GBP. W Czarnej Dziurze tajemniczo zaginęło kilkadziesiąt milionów funtów. Sumy zbyt poważne, by audytor mógł je przegapić, niemniej przegapił. Kiedy banki (HSBC i Barclays) odmówiły dalszego finansowania, 22 stycznia 2019 r. Patisserie Valerie ogłosiła niewypłacalność i została objęta postępowaniem administracyjnym (odpowiadającym naszej restrukturyzacji). W spółce odkryto tysiące fałszywych zapisów księgowych. Najwięcej traci główny akcjonariusz Luke Johnson, ale skoro jednocześnie zasiadał w 40 radach dyrektorów, mało kto go żałuje. Niemniej należy oddać mu honory: w październiku uratował sieć udzielając jej wysokiej pożyczki, zaś ostatnio wniósł do spółki 3 mln GBP tytułem pożyczki niezabezpieczonej i nieoprocentowanej (nie zobaczy z tego ani pensa i dobrze o tym wie) na pokrycie styczniowych wynagrodzeń personelu. Natychmiast zamknięto 70 placówek, zwolniono 920 zatrudnionych. Podjęto poszukiwanie kupca na 121 pozostałych placówek. Administratorem wyznaczono KPMG, wywołując znaczne poruszenie: audytor ma sprawę za nieetyczne postępowanie wobec spółki Silentnight, ponadto bada sprawozdania kilku spółek związanych z Johnsonem, co rodzi przypuszczenia konfliktu interesów. KPMG zaprzecza konfliktowi, ale na Wyspach audytorom nie daje się już wiary.   

Lecz wini się nie tylko audytorów. Rynek kapitałowy nie spełnia wymogów przejrzystości. Spółkom brakuje corporate governance. Rady dyrektorów są jak tekturowe dekoracje. Menedżerowie są wysoko wynagradzani, wciąż nie wiadomo, za co. Skomplikowana księgowość nie odzwierciedla rzeczywistej sytuacji finansowej przedsiębiorstw. Współpraca między zarządem a działem rachunkowości w wielu spółkach nie istnieje lub nie jest wystarczająco owocna. Brexit – jeżeli do niego dojdzie – obnaży te słabości brytyjskiego rynku, osłabi gospodarkę. W dodatku może zabraknąć tortów i ciastek.

Czytaj także:

2018.11.10 Niech jedzą ciastka – afera Patisserie Valerie

 

Z boiska do rady dyrektorów

  • Różnorodność w radach nie sprowadza się do liczenia zasiadających w nich kobiet, a na odzwierciedleniu w składzie rady społeczności, jakiej ona służy;
  • W Anglii corporate governance dotyczy nie tylko spółek giełdowych, także klubów piłki nożnej;
  • Tu nie chodzi o kwoty genderowe, lecz o równouprawnienie grup BAME (black, Asian, and ethnic minorities);
  • Przy współpracy Professional Footballers Association podejmowane są inicjatywy na rzecz szkolenia piłkarzy do przyszłej posługi w radach dyrektorów.

 

 

Birmingham w hrabstwie West Midlands to drugie miasto Wielkiej Brytanii. Powiada się złośliwie, że od cmentarza w Chicago jest aż trzy razy większe i cztery razy tak nudne. Ma wprawdzie system kanałów bogatszy od Wenecji, ale mało kogo to porywa. Dla społeczności corporate governance to rodzinne gniazdo Adriana Cadbury. Dla socjologów temat badań różnorodności etnicznej, tu odczuwalnej bardziej niż w Londynie. Dla turystów baza wypadowa do Coventry, imponującego Warwick Castle lub Stratford upon Avon; nawet wzgórza Cotswolds są w pobliżu. Dla kibiców piłki nożnej West Midlands to siedziba słynnych klubów: Wolverhampton Wanderers grają w Premier League, na niższych szczeblach rozgrywek uczestniczą założony w 1875 r. Birmingham City, Aston Villa, West Bromwich Albion, Walsall, Coventry City.

Miejscowy tygodnik Birmingham Post wydał okazały dodatek DIVERSITY IN THE BOARDROOM – Różnorodność w radzie dyrektorów. Jest to temat w Wielkiej Brytanii wałkowany wszechstronnie, ale w tym niecodziennym przypadku inspirację dało PFA – Professional Footballers Association. Rady działają nie tylko w spółkach notowanych na LSE, także w klubach sportowych, uczelniach, fundacjach i szpitalach. Myśląc o różnorodności, na względzie mamy przede wszystkim udział kobiet. W Zjednoczonym Królestwie chodzi także o to, by rady odzwierciedlały społeczności, jakim służą; o etniczną różnorodność rad reprezentujących poszczególne grupy BAME (black, Asian, and minority ethnic). Nie wypada kwestionować, że różnorodność jest słuszna, że płyną z niej korzyści dla biznesu – lecz w oczy bije brak różnorodności.

Ubiegłoroczny Hampton-Alexander Review pokazał, że w indeksie FTSE 350 już tylko 5 spółek ma rady złożone wyłącznie z mężczyzn, ale liczba kobiet w radach rośnie wolno. Wspierają je program „Women Lead the Board” i kampania „Diversity in the Boardroom”. Za to w piłce brak różnorodności jest wciąż uderzający. Kobiety też grywają, ale kwot ich udziału w drużynach jeszcze nie wymyślono. Za to z kręgów BAME wywodzi się niemal 30 proc. piłkarzy, lecz tylko 3,3 proc. menedżerów klubów i trenerów pierwszej drużyny. W latach 70-tych i 80-tych XX w. dochodziło w futbolu do horrendalnych naruszeń praw czarnych zawodników. PFA działa od 1907 r., ale dopiero w 1992, wespół z kampanią „Kick Racism out of Football”, podjęła wysiłki na rzecz zrównania praw zawodników różnych ras. Rezultaty są skromne. W 92 czołowych angielskich klubach piłkarskich jest raptem tylko 6 menedżerów z BAME. Awans z boiska do rad dyrektorów lub na trenerską ławkę nie jest łatwy.

Kluby zobowiązały się stosować Zasadę Rooneya: przy obsadzie stanowisk menedżerskich i trenerskich należy brać pod uwagę także kandydatów z BAME (nazwisko dał zasadzie nie piłkarz Wayne Rooney, lecz Dan Rooney, właściciel klubu futbolu amerykańskiego Pittsburgh Steelers).  Przynosi to rezultaty, kandydaci z BAME objęli już stanowiska w Queens Park Rangers, Wolverhampton, Carlisle, Northampton i Chesterfield. W inną stronę zmierza „Effective Board Member Programme” polegający na profesjonalnym przygotowaniu byłych sportowców do posługi w radach dyrektorów i ich komitetach.

Wprawdzie angielska piłka nie jest najlepsza na świecie, lecz w żadnym innym kraju futbol nie jest tak głęboko nasycony zasadami corporate governance. Świadczy o tym omawiana inicjatywa prowincjonalnego tygodnika, który pozyskał do współpracy nie tylko związek piłkarski, także Instytut Dyrektorów, KPMG i innych liczących się partnerów. Nie wyobrażam sobie, by któreś z krakowskich pism podjęło inicjatywę na rzecz corporate governance w sporcie we współpracy z PZPN lub Małopolskim Związkiem Piłki Nożnej. Jedyny znany mi przypadek z Polski to inicjatywa nieżyjącego już Bogusława Sosnowskiego, dyplomaty i wybitnego menedżera (a wówczas prezesa Widzewa) wprowadzenia dobrych praktyk w klubach. Chciał dobrze, starał się bardzo, wyszło jak zwykle.

Tekst ogłoszony w Gazecie Giełdy i Inwestorów Parkiet 10 grudnia 2018 r.

Łomża: kandydat do rady nadzorczej pilnie poszukiwany

Jeden z dzienników zamieścił ciekawe ogłoszenie: inwestor poszukuje kandydata do rady nadzorczej niewielkiej spółki giełdowej i oczekuje od niego wysokich kwalifikacji, które zostały jasno określone. To rzadki powiew profesjonalizmu na rynku kapitałowym. W dzisiejszej Polsce profesjonaliści nie są w cenie. Do rad nadzorczych spółek z udziałem Skarbu Państwa często powołuje się karierowiczów bez kwalifikacji. Jest więc zjawiskiem krzepiącym, że na miejsce w radzie ktoś publicznie ogłosił otwarty nabór; do tej pory inwestorzy słali do rad albo pracowników, albo znajomych z notesu. Praktyka poszukiwań odpowiednich kandydatów inseratami w gazetach jest w świecie znana od lat. Na łamach The Economist często widuję takie ogłoszenia, chodzi tylko nie o rady fundacji, szpitali, wyższych uczelni, klubów sportowych, nawet o obsadzany przez Koronę Court of the Bank of England. Nasz bank centralny także ma swój „dwór”, lecz nie obsadza go przez ogłoszenia.

Ogłoszeniodawcą jest Saturn TFI, które w imieniu jednego ze swoich funduszy, Epsilon FIZ AN poszukuje kandydata do rady Pepees SA. Jest to niewielka spółka z siedzibą w Łomży, od ponad dwudziestu lat notowana na warszawskiej giełdzie. O spółkę i wokół niej toczyły się w przeszłości liczne spory – gorszące, zaciekłe i głośne. Obecnie Epsilon, będący największym akcjonariuszem, zamierza poszukiwanego profesjonalistę wprowadzić do rady w wyborach przeprowadzonych w drodze głosowania oddzielnymi grupami, by następnie delegować go do stałego indywidualnego wykonywania czynności nadzorczych. Z chwilą dokonania takiego wyboru wygasną mandaty obecnych członków rady nadzorczej, co może zaowocować zmianą układu sił w spółce.

Od kandydata oczekiwane są „wysokie kompetencje w zakresie ekonomiki przedsiębiorstw, zarządzania przedsiębiorstwami oraz analizy inwestycyjnej potwierdzone wynikami w praktyce. Dodatkowym atutem kandydata będą posiadane tytuły naukowe z dziedziny ekonomii lub zarządzania oraz doświadczenia w pełnieniu funkcji w organach spółek akcyjnych, w tym notowanych na GPW”. Poprzeczkę ustawiono więc wysoko, ale jest w Polsce liczne grono osób z nadwyżką spełniających wspomniane wymagania. Widzę tu jednak trzy ważne szkopuły. Po pierwsze, termin zgłoszeń mija już 14 stycznia (z uwagi na termin walnego). Po drugie, członek rady z należytymi kwalifikacjami powinien oczekiwać stosownego wynagrodzenia, w szczególności w związku z indywidualnym wykonywaniem nadzoru, a spółka wygląda na biedną, nie stać jej na fachowca (koszty poniesie zatem TFI). Po trzecie, spółka ma marną opinię; chodzi nie tylko o sprawy z przeszłości, także o komiczne zacofanie w stosunku do współczesności.

Spółka nie zamieszcza na swojej stronie internetowej tekstu statutu (link do statutu nie działa), co bardzo utrudnia jej ocenę. Jeżeli spółka ukrywa swój statut, rodzą się dwojakie przypuszczenia. Albo spółka nie zdaje sobie sprawy, jak ważny to dokument, co podważa zaufanie do niej, albo w statucie są dziury, przez które wyciekają pieniądze akcjonariuszy, co w pełni przekreśla zaufanie. Nie inwestuję w spółki, póki nie poznam ich statutów. Natomiast z materiałów przygotowanych na najbliższe nadzwyczajne walne zgromadzenie w sprawie zamierzonych zmian w statucie dowiaduję się, że spółka wciąż odwołuje się w tym dokumencie do przepisów kodeksu handlowego (od 1 stycznia 2001 roku obowiązuje kodeks spółek handlowych!) i ustawy o NFI; czyżby dopiero teraz do Łomży dotarły wiadomości o uchyleniu tych aktów? Spółka deklaruje, że ponadto nie stosuje 3 rekomendacji i 13 zasad szczegółowych zbioru Dobrych praktyk 2016. Ale w praktyce jest gorzej: Dobre praktyki na przykład wskazują na potrzebę udostępnienia na stronie internetowej spółki podziału zadań i odpowiedzialności członków zarządu – spółka na to, że owszem, zasada jest stosowana, bo podział obowiązków wynika z regulaminu zarządu, ale regulaminu na stronie także nie ma…

Nadzwyczajne walne zgromadzenie zostało zwołane na 15 stycznia. Akcjonariuszem nie jestem, więc w zgromadzeniu nie wezmę udziału, nie zobaczę też transmisji wydarzenia na stronie internetowej, ponieważ spółka jej nie przewiduje. Nie oglądnę także pliku z zapisem przebiegu obrad, ponieważ go nie będzie. W dyskusjach na temat Dobrych praktyk często słyszę głos Stowarzyszenia Emitentów Giełdowych, żeby dać spółkom spokój, bo nadmiar regulacji może skłonić je do delistingu. Lecz dobre praktyki to tylko elementarne zasady należytego zachowania na rynku giełdowym; której spółce się nie podobają, niech wyjdzie z notowań, a za takimi jak Pepees SA mało kto będzie płakał. Chyba, że inwestorzy, którzy zaufali jej na zapas. Ale już uczestnicy funduszy inwestycyjnych mogą nigdy nie dowiedzieć się, gdzie zniknęły ich pieniądze.

Na marginesie pochwał dla Saturna: wcześniej w mediach pojawiały się wyłącznie komunikaty o naborze na kursy na członków rad nadzorczych. W latach mojej posługi w Polskim Instytucie Dyrektorów nagabywano mnie często, dlaczego nie urządzam takich kursów, skoro zarabia się na nich wybornie. Brak zgody motywowałem twierdzeniem, że to oszustwo. Szkolono powierzchownie, liczba rozdanych świadectwo po wielekroć przekraczała liczbę miejsc w radach nadzorczych, a do rad trafiali, bez kursów i egzaminów, protegowani resortu. Gdyby szybciej prywatyzowano, oszustw byłoby mniej.

 

 

 

O tłustych kotach i kotkach, czyli wynaturzeniach płacowych

  • Brytyjski CEO z FTSE 100 przez 29 godzin pracy zarabia roczną pensję statystycznego pracownika;
  • Akcjonariaty spółek przepłacających menedżerów daremnie buntują się przeciwko wynaturzeniom;
  • Nowe przepisy usiłują poskromić rosnącą różnicę między wynagrodzeniami menedżerów i pracowników;
  • Ostrzeżenie: niektóre zarobki są przeliczane z funtów szterlingów na złote, co grozi głęboką frustracją (nie dotyczy asystentek prezesa NBP!).

Brytyjskie High Pay Centre oblicza, że statystyczny CEO spółki z indeksu FTSE 100 już w piątek 4 stycznia 2019 r., w porze lunchu (Brytyjczycy spożywają go najczęściej ok. 13:00 GMT), czyli w trzeci roboczy dzień roku, zarobił równowartość rocznej płacy statystycznego pracownika zatrudnionego na Wyspach w wymiarze pełnego etatu. Prasa nazwała ten dzień obrazowym terminem Fat Cat Friday. Tłustymi kotami nazywano w latach dwudziestych XX wieku zamożnych Amerykanów łożących sute dotacje na rzecz partii politycznych. Termin odżył w latach 80-tych w Wielkiej Brytanii w odmiennym znaczeniu: tym razem chodzi o doskonale opłacanych menedżerów, przypominających tłuste koty leniwie wylegujące się na przypiecku, a kiedy stamtąd zostają strącone, spadają na cztery łapy.

Miło przez dwa i pół dnia pracy zarobić tyle, co inni w rok. Wspomniany statystyczny CEO zarabia ok. 3,9 miliona funtów szterlingów rocznie, czyli (przeliczając te kwotę na 12-godzinny dzień pracy) 1.020 funtów na godzinę. To o 11% więcej, niż przed rokiem. Ponieważ statystyczna średnia płaca to 29.574 funty, menedżer zarobił ją w ciągu 29 godzin. Czyli o 2 godziny wcześniej, niż przed rokiem. W Kanadzie, gdzie jest kilka stref czasowych, zegary chyba pędzą szybciej, ponieważ – jak donosi Financial Post najlepiej opłacany na tamtejszym rynku menedżer roczną średnią płacę zarobił już 2 stycznia w południe!

Już przed wielu laty mądry tygodnik The Economist diagnozował, że płace zarządzających to najpoważniejszy problem współczesnego kapitalizmu. Sytuacja dojrzewa do sprzeciwu akcjonariatów spółek przepłacających menedżerów. W 2018 r. protest ogarnął w Wielkiej Brytanii 63 wielkie spółki. Wielka centrala związkowa Trade Union Congress zdecydowanie wypowiada się za „sprowadzeniem płac na ziemię”. Skandal goni skandal. Jeff Fairburn z budowlanej firmy Persimmon otrzymał w ub. r. bonus w wysokości 75 milionów funtów (w naszej walucie byłoby to ponad 356 milionów złotych!). Spółka przeszła do porządku nad faktem, że 64% głosujących wypowiedziało się przeciw. Na pocieszenie podniesiono stawkę godzinową do 9 funtów. Wprawdzie prezes obiecywał, że „znaczną część” nagrody przeznaczy na cele charytatywne, ale tego nie uczynił. Słaba pociecha, że wyleciał z pracy. W Royal Mail ok. 70% głosów padło przeciw polityce wynagrodzeń, lecz wbrew temu prezes, Rico Back, otrzymał 2,7 mln GPB plus 6 mln GBP tytułem „złotego pożegnania” z funkcją w spółce zależnej.

Pay ratio, czyli stosunek wynagrodzeń szefa do pensji pracownika, wynosi obecnie 133. Taka poważna rozpiętość jest, w przekonaniu większości, nieuzasadniona. W Kanadzie to aż 197! W Wielkiej Brytanii statystyczny menedżer zarabia obecnie 386-krotność płacy minimalnej; to więcej, niż w USA, gdzie wskaźnik ten wynosi 312. High Pay Centre ma na to właściwe słowo: obscure (nieprzyzwoite).

Statystykom płacowym zazwyczaj towarzyszą dane ukazujące, o ile mniej kobiety zarabiają mniej od mężczyzn na takich samych stanowiskach. Spójrzmy na sprawę inaczej: według brytyjskiej prasy najlepiej zarabiającą kobietą świata jest Denise Coates szefująca rodzinnej firmie Bet365 w Stoke-on-Trent. Jej zarobki wynoszą 265 milionów funtów (w naszej walucie byłoby to ok. 1 miliard 258 milionów 750 tysięcy złotych. Jak wskazuje nazwa, firma prowadzi zakłady online przez cały rok na okrągło. Można postawić złamanego pensa na szansę przejęcia Wisły Kraków przez fałszywego królewicza z Kambodży.

1 stycznia weszły na Wyspach w życie przepisy wymagające od wszystkich notowanych spółek zatrudniających 250 osób uzasadniania różnicy między wysokością wynagrodzeń CEO i pracowników (pay gap). Chętnie poczytam, co też wymyślą. Zapewne niebawem pojawią się regulacje dotyczące składu komitetów wynagrodzeń w radzie dyrektorów: ile ma być w nim kobiet, ilu przedstawicieli mniejszości etnicznych, ilu pracowników.

Widziany z tej perspektywy, polski rynek prezentuje się ubogo. Pocieszające są tylko wysokie stawki oferowane asystentkom prezesa NBP. Na twisterze ktoś obliczył, że któraś z nich zarabia więcej, niż prezydent Francji. Wobec tego zadzwoniłem do przyjaciela w Paryżu z sondażowym zapytaniem, czy prezydent republiki nie zamieniłby się z asystentką na posady. Przyjaciel odpowiedział słynnym słowem generała Cambronne’a. Wynika z tego krzepiący wniosek, że pieniądze to jeszcze nie wszystko.

Czytaj także:

2000.03.06 Tłuste koty

2013.01.03 Od wypasionych do Oburzonych

Jak spółki nienotowane zostały objęte w UK dobrymi praktykami

  • 10 grudnia 2018 r. ogłoszono brytyjskie zasady corporate governance spółek nienotowanych;
  • Ostateczna redakcja dokumentu niewiele odbiega od projektu ogłoszone wcześniej i tu omawianego;
  • Jest to pierwszy w świecie przypadek objęcia dobrymi praktykami spółek, które nie są notowane, nawet nie wybierają się na giełdę…
  • …ale mają obowiązki wobec społeczeństwa, bo korzystają z jego zasobów, prawa, pracowników, przywileju ograniczonej odpowiedzialności.

W 2016 r. upadła z hukiem spółka BHS (British Home Stores), kiedyś notowana, później wycofana z giełdy i źle zarządzana przez ekscentrycznego miliardera. Na bruku znalazło się 11 tysięcy pracowników. Luka w firmowym systemie emerytalnym wyniosła 571 mln GBP. Skandal przywołał wspomnienia koszmarnej afery Roberta Maxwella (1990). W jej następstwie zapoczątkowano trwający do 2018 r. proces redagowania zasad corporate governance spółek notowanych: w 1992 r. ogłoszono Report on the Financial Aspects of Corporate Governance (Cadbury Code). Sprawa BHS zapoczątkowała dyskusję o potrzebie poddania dobrym praktykom także spółek nienotowanych.

2 października 2017 r. o godz. 04:00 GMT upadł lotniczy przewoźnik czarterowy Monarch Airlines. Firma latała od 50 lat, zatrudniała 2.700 pracowników, pozostawiła w basenie Morza Śródziemnego, od Gibraltaru po Turcję, 110 tysięcy pasażerów. Brytyjski rząd sprawnie sprowadził ich do kraju, ale w powietrzu zawisło pytanie, czy prywatne firmy nie mają żadnych powinności wobec klienteli, społeczeństwa?

Powołano zespół redakcyjny dobry praktyk spółek niepublicznych, z udziałem Financial Reporting Council, Confederation of British Industry, Institute of Directors, Trade Union Congress, Institute of Family Business i innych organizacji. Na czele stanął i nazwisko projektowi dał James Wates, szef rodzinnej firmy budowlanej. Projekt zasad ogłoszono w czerwcu, konsultacje trwały do 7 września, a 10 grudnia – zgodnie z planem – FRC ogłosiła THE WATES CORPORATE GOVERNANCE PRINCIPLES FOR LARGE PRIVATE COMPANIES.

„Large companies” to takie, które zatrudniają 2.000 pracowników lub wykazują sumę bilansową ponad 2 mld GBP i roczne obroty ponad 200 mln GBP. Według szacunków, to około 1.700 spółek, w tym duże spółki zależne spółek notowanych i fundusze private equity. W żadnym wypadku nie ma jednak mowy o zrównaniu sytuacji prawnej spółek notowanych i nienotowanych. W przypadku tych notowanych – zasady corporate governance ingerują w ich ustrój, modelują skład i działalność rady dyrektorów. W przypadku nienotowanych – dotyk zasad corporate governance jest delikatny, łagodny. Utrzymano podstawowy przywilej spółek nienotowanych: brak ciężaru regulacyjnego. Zarazem udzielono im wskazówek, jak mają postępować i sprawozdawać o postępowaniu. Zasady Watesa wchodzą w życie od początku 2019 r. (równolegle z 2018 UK Corporate Governance Code), więc sprawozdania na temat ich stosowania przez spółki znajdą się w raportach ogłaszanych w 2020 r., przeglądanych pod tym kątem przez Financial Reporting Council.

Wśród argumentów za objęciem spółek nienotowanych zasadami corporate governance pojawił się i taki, iż dawniej, jeżeli spółka potrzebowała kapitału, przychodziła po niego na giełdę i tym samym poddawała się rygorom corporate governance. Przykład „jednorożców”, coraz liczniejszych w Stanach Zjednoczonych, a także w Wielkiej Brytanii, wskazuje na możliwości pozyskiwania kapitału także ze źródeł prywatnych.

U Brytyjczyków podoba mi się, że kiedy dostrzegają ważny problem, powołują do jego rozwiązania zespół z ogromną przewagą instytucji pozarządowych, a na jego czele stawiają prywatną osobowość o ugruntowanej reputacji na rynku. W ten sposób szybko dochodzą do sensownych rozwiązań przyjmowanych po wnikliwych konsultacjach, ale najczęściej finalny dokument w niewielkim tylko stopniu odbiega od pierwotnego projektu. Tak było i tym razem. „Nie staraliśmy się wynaleźć koła” – mówi James Wates o pracach swojego zespołu. Uzgodniono sześć ogólnych, zdroworozsądkowych zasad; jeżeli ich stosowanie napotka na trudności, zapewne do gry wejdzie regulator i uchwali surowsze reguły, więc stosowanie zasad w dobrej wierze leży w powszechnym interesie rynku.

Zasada pierwsza to CEL I PRZYWÓDZTWO. Rada dyrektorów kreuje i promuje cele spółki, jej wartości, strategię i kulturę. Zatem w radzie tkwi jądro odpowiedzialności za spółkę i jej rynkowe powodzenie. Zasada druga to KOMPOZYCJA RADY: skuteczne przywództwo przewodniczącego/ej (chair, już nie chairman, nawet nie chairperson), oraz dyrektorzy zdolni do wzbogacania spółki wartościowymi kwalifikacjami. Zasada trzecia to ODPOWIEDZIALNOŚĆ RADY: chodzi o płynne procesy decyzyjne przebiegające w atmosferze zrozumienia odpowiedzialności ciążącej na radzie i jej członkach. Zasada czwarta: SPOSOBNOŚĆ I RYZYKO: rada dąży do osiągnięcia przez spółkę trwałego, solidnego sukcesu w dłuższym terminie, identyfikuje jej szanse i mityguje ryzyko. Zasada piąta: WYNAGRODZENIA. To jeden z najbardziej palących problemów na brytyjskim rynku – tu chodzi o zapewnienie wynagrodzeń pobudzających długoterminowy trwały sukces spółki, natomiast ujawnianie ważnego wskaźnika proporcji wynagrodzeń menedżerów i średniej płacy (pay ratio) pozostawiono dobrej woli spółek; ciekawe, jak się to rozwinie. I zasada szósta: RELACJE Z INTERESARIUSZAMI I ZAANGAŻOWANIE, czyli odpowiedzialność rady dyrektorów za współpracę z otoczeniem rynkowym, pracownikami i środowiskiem społecznym, w jakim spółka działa.

Zasady podlegają reżymowi apply or explain: spółki nie poprzestają na mechanicznym zakreśleniu okienka, że stosują zasady, lecz opisują ich stosowanie, bądź wyjaśniają przyczyny niestosowania / niezastosowania. Na rynku brytyjskim są to sprawy traktowane bardzo serio, nawet nie przez FRC, ale przez inwestorów.

Czytaj także:

2018.08.21 Dobre praktyki spółek nienotowanych – wzór brytyjski

O wpływie doktryny Pence’a na corporate governance

  • Dążenie do zwiększenia udziału kompetentnych kobiet w radach dyrektorów rozbija się o rosnącą izolację kobiet w niektórych środowiskach;
  • Jest ona spowodowana obawami rodzaju męskiego przed możliwością zarzutów o niewłaściwe zachowanie wobec kobiet (sexual harassment);
  • Takie obawy świadczą o niewłaściwej reakcji na kampanię #MeToo, demaskującą niewłaściwe zachowania, ale uznaną za spektakularną;
  • Odpryskiem tej kampanii są utrudnienia awansu kobiet na stanowiska w radach dyrektorów oraz asymilacji awansowanych.

„Doktryna Pence’a” to żart. Mike Pence, wiceprezydent Stanów Zjedniczonych (ewentualny prezydent, gdyby dopadli Trumpa) nie jest, broń Boże, intelektualistą skłonnym obmyślać doktryny. Lecz skoro niewiele jest powodów do cytowania jego wypowiedzi, rozgłos zdobyła myśl natury obyczajowej. Otóż Mike Pence ogłosił, że unika jadania kolacji z jakąkolwiek kobietą inną niż jego żona. W istocie to jego sprawa, lecz wypowiedź została przyjęta, jak gdyby stała za nią racja stanu.

Odpryskiem problemu #MeToo – głośnej kampanii ujawnień przypadków nieodpowiednich zachowań obyczajowych – jest narastająca izolacja kobiet w świecie (amerykańskich) finansów – piszą autorki serwisu Bloomberg, Gillian Tan i Katia Porzecanski. Mężczyźni przyjmują szczególne zasady ostrożnościowe: unikają spotkań sam na sam ze współpracownicami lub kontrahentkami w interesach. Nie umawiają się z kobietami na lunch lub kolację. Podczas podróży służbowych wynajmują pokój na innym piętrze.

Ostrożność wykracza poza stosunki służbowe. Nie należy zajmować miejsca obok nieznanej kobiety w samolocie lub pociągu. Nie należy zagadywać nieznajomych kobiet, nawiązywać z nimi znajomości. Kobieta staje się tematem tabu w rozmowach. Należy unikać sytuacji, w których, względnie po których, można zostać pomówionym. W obecnych czasach już samo zatrudnienie kobiety bywa uznawane za źródło ryzyka, w dodatku nieubezpieczalnego – wszak tego obszaru spraw nie obejmie polisa D&O. Ubocznym efektem tej tendencji może stać się segregacja ze względu na płeć, zjawisko rodem z przeszłości słusznie minionej.

To, co potocznie nazywamy poprawnością polityczną, może przekształcić rodzącą się segregację w dyskryminację płci. Do obaw przed plotkami, pomówieniami, dochodzą obawy przed odpowiedzialnością. Ktoś nie spotka się już z podwładną inaczej niż w przeszklonym pomieszczeniu, lub przy szeroko otwartych drzwiach. Ktoś nie wsiądzie do zatłoczonej windy. Ktoś nie wsiądzie do kabiny, w której jedzie samotna kobieta. Nie wypada opowiadać dowcipów o kontekście lub podtekście erotycznym (to fatalne, bo Amerykanie znają niewiele innych). Cytowany przez autorki Bloomberga menedżer firmy private equity, idąc za radą żony (prawnika), nie jada biznesowych kolacji z kobietami w wieku poniżej 35 lat… Czy on je legitymuje? Czy jego żona nie wie, że kobiety bywają atrakcyjne także w późniejszym wieku?

Zachowania ostrożnościowe owocują wykluczeniem kobiet. Najpierw towarzyskim. Nie chodzi się z nimi na drinka. Unika się koleżeńskich pogawędek. Do rozmowy biznesowej lub służbowej doprasza się świadka. Jeżeli nawet organizuje się party z udziałem kobiet, już nie zaprasza się ich na afterparties. Kolejnym krokiem jest wykluczenie zawodowe. Asekurując się, menedżerowie nie przedstawiają do awansu – z obawy „co ludzie pomyślą?” – kandydatur kobiet, nawet uzasadnionych merytorycznie, godnych docenienia i poparcia. Istnieje niebezpieczeństwo, że znikną gdzieś mężczyźni będący dotąd dla kobiet doświadczonymi mentorami, wspierający je na kolejnych szczeblach kariery. Kobiety,  ostatnio tłumnie powoływane do rad dyrektorów (wymaga tego rynek) nie są w radzie należycie wspomagane w procesach orientation i onboarding przez doświadczonych kolegów. To dowód, że nowa obyczajowość kłóci się z najlepszym interesem spółki.

Opisane postawy wykoślawionej pseudopoprawności nie dziwią w zderzeniu z faktami: liczne przypadki niewłaściwych zachowań menedżerów wobec kobiet bywały dobrze znane na szczytach korporacji, lecz skandale tuszowano, winnych kryto. Za przykład może posłużyć głośny niedawno skandal w CBS, znanej amerykańskiej korporacji medialnej. Jej szef, Leslie Moonves, dopuszczał się wielokrotnie niestosownych zachowań wobec kobiet, wszyscy wiedzieli, nikt nie starał się go powstrzymywać. Aż wyrzucono go z hukiem, a Charles M. Elson, ekspert corporate governance z Uniwersytetu Delaware, określił aferę jako „katastrofę dla akcjonariuszy CBS”. Albowiem za wszelkie afery płacą akcjonariusze. Wszystko zostanie, teraz albo kiedyś, przeliczone na ich pieniądze. Nawet to, kto z kim zje kolację.

Czytaj także:

2018.02.24 Przez #Metoo do sedna corporate governance

2018.05.15 Prezes w sypialni (przez dziurkę od klucza)

2018.10.14 Onboarding, orientation, randka w ciemno

 

 

 

 

Fundusz Inwestycji Kapitałowych to “Plan Zdzisława” do sześcianu

  • To nie jest, wbrew mediom, rozgrywka między rządzącymi, to rozgrywka przeciwko rynkowi kapitałowemu, kapitalizmowi, demokracji;
  • Rząd zabutelkował swoją „prawdę”, że własność państwowa jest lepsza od własności prywatnej;
  • Zamierza powołać fundusz mający wykupywać akcje spółek ze swoim udziałem, po dobroci lub przez wyciskanie;
  • Jeżeli współżycie państwa z innymi inwestorami napotyka w spółkach trudności, lepiej te spółki sprywatyzować do końca niż do końca nacjonalizować!

Dobra wiadomość: nareszcie zapadnie decyzja ważna dla gospodarki. Zła wiadomość: będzie to decyzja fatalna. Chodzi o zmianę zasad zarządzania majątkiem państwowym, planowane powołanie państwowego Funduszu Inwestycji Kapitałowych, zasilanego m.in. dywidendami ze spółek z udziałem Skarbu Państwa, a zajmującego się wykupywaniem akcji tych spółek z rąk inwestorów innych niż państwo i jego agendy, po dobroci albo w formie wyciśnięcia.

Dobra wiadomość: czyli będą dywidendy, przynajmniej mają być. Zła wiadomość: dywidenda jest produktem podziału zysku, a w spółkach z udziałem państwa zysku do podziału może nie być, są one źle zarządzane i trwonią pieniądze akcjonariuszy na bezsensowne wydatki związane z finansowaniem kampanii nienawiści (do sędziów, Niemiec lub do opozycji), „patriotycznych” fundacji, „niepokornych” mediów, swojskich kongresów, (po)słusznych związków zawodowych, różańców, świątyń, objawień. „Dobra zmiana” nie ustaje w czystkach, w osadzaniu na posadach swoich ludzi (kiedyś zwałem to „alotażem”, dzisiaj mówi się o „PiSiewiczach”) o skromnych kwalifikacjach. Wcześniej minister od zawierzania energetyki Matce Boskiej zapowiadał koniec dywidend, premier opowiadał bajki o kwotach wyprowadzanych z Polski tytułem dywidend…

Dobra wiadomość: państwo pragnie przejąć odpowiedzialność za spółki ze swoim udziałem. Zła wiadomość: państwo tego nie potrafi, działa obecnie w interesie PiS, nie spółek, rynku, Polski. Wykupić akcjonariuszy spółek z udziałem państwa – to odwrócić prywatyzację, ściągnąć te spółki z giełdy (która jakże uwiera rządzących!), wygasić rynek kapitałowy, zapewne po to, by później przystąpić do zwalczania własności prywatnej, wolnego rynku, demokracji. Od nastania „dobrej zmiany” GPW spychana jest na margines, zagrożona obumarciem. Nie tylko zapowiedziano koniec prywatyzacji, także otrąbiono krucjatę na rzecz nacjonalizacji, co grozi katastrofą. Ile od początku „dobrej zmiany” straciły na wartości spółki z udziałem Skarbu Państwa? Dla przykładu: o ile spadła kapitalizacja „zrepolonizowanego” Banku Pekao SA? Jak wyglądają rządy państwa w spółkach świadczą przypadki LOT, Poczty Polskiej, PKP…

Dobra wiadomość: przejęcie przez państwo spółek mających teraz także innych akcjonariuszy pozwoli skoncentrować wszystkie siły na twórczej realizacji wielkich zamierzeń premiera: miliona samochodów elektrycznych, promów, dronów, itp. Zła wiadomość: to bzdury, androny; symbolem współczesnej rzeczywistości gospodarczej jest „stępkopodobny” (albo i nie) kawałek metalu rdzewiejący w „stoczniopodobnym” (ale raczej nie) przedsiębiorstwie w Szczecinie. Niektórzy podpowiadają, że Skarb Państwa czeka z wykupem akcji drobnych inwestorów w spółkach ze swoim udziałem, aż kursy akcji ustabilizują się w pobliżu dna, lub poniżej – wtedy dokona „repolonizacji”.

Dobra wiadomość: giełda służy temu, by spółki mogły rozwijać się za cudze pieniądze. Zła wiadomość: spółki z udziałem Skarbu Państwa nie rozwijają się. Znacjonalizowane, będą one pogrążać się w mroku za pieniądze podatników. Już nie od dzisiaj są to antyrynkowe mutanty służące politykom, nie rynkowi. Nazywam je „blue cheats”, ponieważ państwo – inwestor wcale niekoniecznie większościowy – lekceważy głos pozostałych akcjonariuszy, działa na ich niekorzyść, oszukuje na pieniądzach.

Fundusz Inwestycji Kapitałowych może okazać się narzędziem realizacji „Planu Zdzisława” na ogromną skalę, pogromu własności prywatnej, zniszczenia i zaorania rynku kapitałowego. Jego patronem mógłby zostać obwołany Hilary Minc, który już w późnych latach 40-tych i wczesnych 50-tych ub. w. przeprowadził Polskę z kapitalizmu do socjalizmu, o co i teraz chodzi. Przesadzam? Ależ przesada bywa dopuszczalna, kiedy ilustruje punkt widzenia! Mój punkt widzenia zakłada prymat prywatyzacji nad nacjonalizacją. Rozumiem racje stojące za „repolonizacją” Banku Pekao SA: ileż tam posad, bonusów dla PiSiewiczów „dobrej zmiany”! Ale nie rozumiem uporu, z jakim państwo rzuciło się do odzyskiwania kolejek linowych i przepłacenia za nie sum wyższych niż Kasprowy. Do dzisiaj utajnionych, zapewne ze wstydu za niegospodarność. A może kryje się za tym kolejna z afer PiS? Dziwne, że opozycja nie drąży tego tematu. Życzyłbym sobie opozycji bardziej totalnie totalnej.

Czytaj także:

2017.01.21 Dlaczego nie inwestuję w spółki z udziałem Skarbu Państwa?

2016.12.10 A teraz sprywatyzujcie Bank Pekao SA przez giełdę!

2016.09.24 Jak Krzysztof Tchórzewski psuje spółki, rynek i państwo

 

 

 

Z kart historii: Tajny radca w Radzie Giełdy

  • Niekiedy dopiero z upływem czasu okrywamy elementy tajemniczych epizodów na rynku kapitałowym;
  • Takim epizodem było zwołanie w 2017 r. nadzwyczajnego walnego zgromadzenia GPW dla wyboru dwóch osobliwych członków Rady Giełdy;
  • Nie zmiany w Radzie Giełdy wzbudziły poruszenie, wszak rady spółek z udziałem Skarbu Państwa są jak drzwi obrotowe, ale uzasadnienie zmian;
  • Kandydatur już nie uzasadniano, w czym zresztą nic dziwnego: nie dało się ich racjonalnie uzasadnić.

W tle afery korupcyjnej byłego już przewodniczącego Komisji Nadzoru Finansowego Marka Chrzanowskiego jawi się zagadkowa postać radcy prawnego Grzegorza Kowalczyka. Został on polecony Leszkowi Czarneckiemu do zatrudnienia w Getin Noble Bank z trzyletnim wynagrodzeniem podobno w wysokości 1 proc. kapitalizacji banku, co dać miało 40 mln zł. Pan mecenas (zaraz okrzyknięty „prawnikiem 1 procent”) nie umykał przed mediami, nie odmawiał rozmowy, nie krył oblicza, udzielał wyjaśnień. Nie zaprzeczył, że z protekcji Chrzanowskiego jest już członkiem rady niewielkiego PlusBanku. Ponadto przywołał doświadczenie z pracy w radzie Banku Częstochowa.

Ten niewielki bank, notowany na GPW, miał niezwyczajną radę, kreującą wobec niego atmosferę skrajnej nieufności. Zawieszono prezes banku, nie ujawniono powodów. Odwołano zarząd, jego członków pozbawiono, nie wiedzieć czemu, absolutorium. Prezesurę powierzono urzędnikowi z Warszawy, który skąpił czasu na pracę dla banku. Jeden z członków rady późną jesienią 2000 r. udzielił mediom anonimowej wypowiedzi, z której wynikało, że bank może przestać istnieć (przestanie istnieć?) jeszcze przed końcem roku. Doszło do runu na kasy, popełniono wszelkie możliwe błędy w kontaktach z klientelą i inwestorami.

Bank został przejęty przez większy, a po latach radca prawny – w dziwnych okolicznościach – znalazł się w Radzie Giełdy. Skarb Państwa zwołał na 22 lutego 2017 r. nadzwyczajne walne zgromadzenie GPW z jednym merytorycznym punktem porządku obrad: miały być nim zmiany w składzie Rady Giełdy. Jak wynikało z uzasadnienia żądania Skarbu Państwa zwołania NWZ, zmiany te miały na celu „wzmocnienie sprawowanego przez Radę Nadzorczą nadzoru nad działalnością spółki”. Akurat!

Giełda przechodziła trudny okres. Rząd PiS nie rozumie rynku, otwarcie zlekceważył giełdę. Wicepremier Mateusz Morawiecki zapomniał o niej przy tworzeniu swojej strategii odpowiedzialnego rozwoju. Dopiero pod naciskiem społeczności rynku kapitałowego dopisano mu stosowny slajd o giełdzie. Prezesurę GPW sprawowała biernie prof. Małgorzata Zaleska; witałem ją z nadzieją, żegnałem z niecierpliwością, kiedy już sobie pójdzie. Na jej miejsce walne zgromadzenie powołało Rafała Antczaka, ale KNF nie chciała go zatwierdzić, chociaż kwalifikacje miał wyższe od Chrzanowskiego. Ustawka Skarbu Państwa w sprawie „wzmacniania nadzoru” była absolutnie nie na miejscu. Do dostojnej, szanowanej Rady Giełdy powołano bowiem dwie przypadkowe osoby o tajemnych koneksjach i wątpliwych kwalifikacjach.

Jedną z nich był Eugeniusz Szumiejko, wrocławski astronom, piastun kilku kolejnych stanowisk o niewielkim znaczeniu. Drugim Grzegorz Kowalczyk, radca prawny, wcześniej członek kilku lat nadzorczych. Obaj nieznani rynkowi, bez należytych doświadczeń, nie byli w stanie wzmacniać nadzoru nad Giełdą Papierów Wartościowych. Kosztami zwołania zgromadzenia obciążono GPW. Szumiejko ponoć był kiedyś związany z Solidarnością Walczącą (Warczącą?), powiązania polityczne Kowalczyka nie zostały podówczas odkryte. Jak owe nominacje zostały odebrane przez pracowników GPW, świadczy pomylenie życiorysów nowowybranych członków Rady Giełdy. W raportach bieżących 16/2017 i 17/2017 osiągnięcia Szumiejki przypisano Kowalczykowi i vice versa. W obliczu politycznej woli osadzenia tych osób w Radzie Giełdy nie miało przecież znaczenia, kto jest kim. Szkód wielkich porobić nie zdążyli, kadencja Rady Giełdy wygasła już w czerwcu 2017 r. Radca Kowalczyk był nawet krótko sekretarzem rady. Nie wypada wypominać, że w kilkanaście tygodni zarobił blisko 30 tysięcy złotych, bo to mniej niż 1 procent.

Obaj byli zatem króliczkami wyciąganymi z cylindra, jak często bywa w spółkach z udziałem Skarbu Państwa. Nie wiedziano, kto był sztukmistrzem trzymającym cylinder. Inicjatorem zgromadzenia i „wzmacniania nadzoru” był Skarb Państwa, cokolwiek lub ktokolwiek kryje się za tym pojęciem. Kandydatury zgłoszono bez uprzedzenia, w ostatniej chwili; uczynił to PKO Bank Polski jako uprawniony akcjonariusz. Ostatnio premier Morawiecki ujawnił, że inicjatorem hecy był Narodowy Bank Polski kierowany przez prof. Adama Glapińskiego. NBP nie jest akcjonariuszem GPW, zapewne PKO Bank Polski nie odmówiłby jego prośbie o przedstawienie kandydatur, nawet tak niedorzecznych. Trzeba było głośnego skandalu przewodniczącego KNF, by wątki zaczęły się splatać. Teraz wiemy więcej o karierach bardzo zdolnych dzieci, żon i byłych żon, przedszkolanki, prezenterki rajstop, a majestat NBP wyraźnie blednie. Nie jest to sprawa błaha, wszak chodzi o nasze pieniądze.

Czytaj także:

2015.06.03 Królik z cylindra

2016.12.24 Jak prezes GPW straciła sposobność, żeby siedzieć cicho

2005.11.14 Królik z kapelusza

2000.12.18 Oblężenie Częstochowy